Rozdział 1 – Zrodzony z ognia
by VickyProlog
Grace i Lethan byli bardzo biedni. Mieszkali w dwuizbowym mieszkanku w ubogiej dzielnicy miasta. Grace spodziewała się dziecka, była coraz bliżej rozwiązania. Jej mąż podejmował się każdej pracy jaką zdołał znaleźć. Pracował od świtu do zmierzchu, ale i to nie wystarczało by w tym ponurym, pełnym złych ludzi mieście zapewnić utrzymanie rodzinie.
Pewnego upalnego dnia na progu ich niewielkiego mieszkania stanęła niesamowitej urody dziewczyna. Wyglądała zupełnie jak księżniczka, tylko ubogi strój wieśniaczki przeczył temu wrażeniu, ale i w nim nosiła się dumnie. Jej falujące, jasne włosy sięgały do pasa, nawet, tak jak teraz, splecione w gruby, dobierany warkocz. Różowe usta unosiły się w kącikach uśmiechając nieśmiało. Chabrowo niebieskie oczy patrzyły śmiało przed siebie jakby chciały zaprzeczyć trwożliwemu uśmiechowi. Jej alabastrowa cera i nieskalane pracą dłonie świadczyły przeciwko słowom dziewczyny, lecz Grace była dobrą kobietą. Zachwycona, że może gościć kuzynkę męża, nie zwróciła na szczegóły najmniejszej uwagi.
Kiedy Lethan wrócił znużony do domu, obie kobiety były już najlepszymi przyjaciółkami. Nieznajoma przedstawiła się jako Marry Loren, kuzynka Lethana z Morningdale, wioski której pochodził.
– Maleńka Marry! – wykrzyknął Lethan – Nie widziałem cię od 15 lat!
Ponieważ on również był dobrym, rodzinnym człowiekiem, ze szczerym zachwytem wziął dziewczynę w ramiona i powitał równie ciepło jak jego żona. Przygotowali dla Marry posłanie przy kuchennym palenisku. Od tej pory zamieszkała razem z nimi w ich ubogim domu. Pomagała Grace jak tylko mogła. Okazała się być bardzo pracowitą i zaradną dziewczyną, jednak to nie odjęło im zmartwień. Poród zbliżał się nieubłaganie, a z pieniędzmi było tylko coraz gorzej.
Marry wychodziła codziennie w poszukiwaniu pracy i każdego dnia wracała z niczym. Po dwóch tygodniach, z zachwyconą miną oznajmiła Grace, że będzie pracowała jako kelnerka w bogatej dzielnicy miasta. Miała pracować na wieczorną zmianę, w dobrej sławy, oberży „Pod Gryfem”. Obiecała kobiecie, że nie da jej dziecku umrzeć z głodu. Obie płakały ze szczęścia tuląc się nawzajem i marząc o tym, jak to jest nie żyć w biedzie. Niecierpliwie czekały na powrót Lethana by podzielić się z nim radosną nowiną.
Rodział I – Ogród Rozkoszy
O tak! dobrze znała swoją wartość, zdawała sobie sprawę, że jest piękna i dokładnie wiedziała dokąd pójść. Włożyła na siebie odświętną niebieską sukienkę, której dekolt więcej odsłaniał niż zasłaniał i wyszła z domu niespiesznym krokiem.
Marry? Co za głupie imię! Dziewczynie bardzo się nie podobało, w ogóle nie pasowało do jej osobowości. Trudno, niech będzie Marry, skoro musi… pomyślała niechętnie.
– Marry Loren – zanuciła pod nosem w takt skocznej ballady – Marry Loren, dziewczyna z plebsu, Marry Loren wstająca o świcie, Marry Loren idąca na pole, Marry Loren utonęła w jeziorze – uśmiechnęła się do siebie idąc dalej ulicą.
Po niezbyt długim spacerze dotarła wreszcie do celu. Teraz stała w wykładanym czerwoną boazerią holu, naprzeciwko eleganckiej, starszej kobiety, równie pewna siebie jak królowa rozkazująca pałacowej służbie.
– Tak Madame Marigold, chciałabym tu pracować. Jestem pewna, że sobie poradzę – oznajmiła gorliwie.
– Oh dziecko! Naprawdę piękna z ciebie dziewczyna, ale czy jesteś pewna, że to właśnie droga, którą chcesz obrać – zapytała właścicielka „Ogrodu Rozkoszy” z niemal matczyną troską w głosie.
Marry uśmiechnęła się do siebie w duchu. Czy ona chce, żeby się przed nią płaszczyć? Niech będzie i tak… Dziewczyna zawsze uważała się za dobrą aktorkę. Natychmiast postanowiła obrać inną taktykę.
– Proszę, pani Marigold! – zawołała ze łzami w oczach. – Moja rodzina głoduje, moja kuzynka jest bliska rozwiązania. Tylko na mnie mogą liczyć! Musi mi pani pomóc!
Starsza kobieta westchnęła z rezygnacją. Dłonią przygładziła wysoko upięty, skomplikowany, siwy kok. Skinęła na dwie urocze dziewczyny plotkujące przy okrągłym stoliku w rogu wielkiego, usłanego grubym, wiśniowym dywanem holu.
– Dalia, Hortensja nauczcie nową koleżankę naszych reguł. Od dzisiaj kochanie, na imię będziesz miała Stokrotka – powiedziała kierując te słowa do Marry. – Pasuje do twojej niewinnej buzi. Jesteśmy tu jedną, wielką rodziną – uśmiechnęła się z przekąsem.
Marry? Stokrotka? Właściwie co za różnica. Dziewczyna uśmiechnęła się ładnym, nieśmiałym uśmiechem. To także doskonale jej wychodziło. Kobiety wstały roześmiane. Każda przywitała ją jak dawno nie widzianą siostrę. Nie była dla nich konkurencją, była ich nową „rodziną”, cokolwiek to słowo miałoby oznaczać.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
„Ogród rozkoszy”, bo taka była nazwa najlepszego przybytku rozpusty w mieście, cieszył się dobrą sławą. Były tam tylko najpiękniejsze dziewczęta, a za każdą spędzoną chwilę z jedną z nich trzeba było słono zapłacić. Mimo to klientów nigdy nie brakowało. Słońce jeszcze nie chyliło się ku zachodowi, kiedy Deamon Maes przekroczył próg królestwa pani Marigold.
– Madame – ukłonił się grzecznie i ucałował dłoń starszej kobiety.
– Deamonie! Jak miło cię widzieć – uśmiechnęła się do młodzieńca, a jej zadowolenie było zupełnie szczere.
Deamon Maes pojawił się na dworze królewskim zaledwie przed miesiącem, ale już całe miasto znało i uwielbiało tego czarującego młodzieńca. Jego wygląd przyciągał spojrzenia kobiet, aksamitny głos uwodził, a nienaganne maniery sprawiały, że nigdzie nie miał wrogów. Chłopak był blondynem, miał szczupłe ciało i sposób chodzenia pantery szukającej zdobyczy. Cechowała go niemała pewność siebie i przekonanie o własnej atrakcyjności. W „Ogrodzie Rozkoszy” był już wiele razy, nigdy jednak nie zamawiał żadnej z dziewczyn dla siebie. Zawsze stawiał któremuś ze swoich licznych przyjaciół, którzy otaczali go tłumnie, niczym dworzanie króla. Zdążył już zostawić w przybytku niewielką fortunę, ponieważ osobom, nazywającym go przyjacielem, nigdy nie odmawiał.
– Na dzisiejszy wieczór potrzebuję czegoś specjalnego – powiedział swoim niesamowitym, aksamitnym tembrem głosu. – Mój przyjaciel jest bardzo nieśmiały, to będzie jego pierwszy raz. Dziewczyna musi być bardzo łagodna i wyglądać niewinnie, najlepiej gdyby nie była jeszcze za bardzo doświadczona.
– Oh! Idealnie się składa – zaśpiewała Pani Marigold.
Zbliżyła się do kontuaru. Zadzwoniła niedużym, blaszanym dzwoneczkiem i już chwilę później pojawiła się, odziana w biały fartuszek, służąca.
– Pani, wzywałaś mnie? – odezwała się cienkim, lekko piskliwym głosem.
– Każ Dalii przyprowadzić Stokrotkę – rozkazała właścicielka.
Służąca skinąwszy głową, oddaliła się spiesznym krokiem. Po krótkiej chwili w holu pojawiły się dwie dziewczyny, obie niezwykłej urody. Kasztanowo-włosa piękność ubrana w czerwoną, wyzywającą suknię, z dużym, wyciętym w rąb dekoltem, uwydatniającym bujne piersi, oraz delikatna, jasnowłosa dziewczyna w śnieżnobiałej, luźnej szacie z szerokimi rękawami i długą, rozciętą z boku spódnicą.
– To nasza Stokrotka – pani Marigold wskazała na odzianą w biel, niewinnie wyglądającą dziewczynę.
Deamon zmierzył dziewczynę wzrokiem. Coś błysnęło w jego przyciągających uwagę, szmaragdowych oczach. W końcu uśmiechnął się z uznaniem.
– Myślę, że będzie odpowiednia. Zapłacę za całą noc, Madame.
Właścicielka „Ogródka” szybko ukryła zdumienie, jej przybytek naprawdę nie należał do tanich i nawet Deamon zazwyczaj wynajmował dziewczyny dla przyjaciół, jedynie na godziny.
– Oczywiście, jak sobie życzysz Deamonie. Twój przyjaciel musi być kimś naprawdę wyjątkowym, skoro dostaje takie prezenty. Zdradzisz mi kim on jest? – zapytała nieudolnie ukrywając swoje zainteresowanie.
– Wszystko w swoim czasie – odpowiedział młodzieniec z szelmowskim uśmiechem.
Zrezygnowana kobieta nie naciskała więcej, mimo, że wyraźnie było widać, jak dręczy ją własna ciekawość. Przysłuchująca się rozmowie Dalia, spróbowała wykorzystać okazję.
– A ty panie, nie potrzebujesz towarzystwa? – uśmiechnęła się do niego kusząco i pokazała zgrabną nogę podwijając sukienkę.
– Nie dzisiaj kwiatku – odparł Deamon z leniwym uśmiechem na twarzy. – Wybaczcie drogie panie, na mnie już czas. Skłonił się madame Marigold i opuścił budynek niespiesznym, pełnym gracji krokiem.
Rozdział II – Pierwsza Noc
Stokrotka stanęła przy drzwiach. Przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że „przyjaciel” Deamona już na nią czeka. Zadrżała na całym ciele. Tak naprawdę wcale tego nie chciała. Wiedziała jednak, że zrobi to, co będzie musiała, dla dobra lepszej sprawy. W końcu sama się na to zgodziła. Zebrała się na odwagę, pchnęła drzwi, po czym weszła do środka.
Młody chłopak, a obecnie jej klient, siedział na łóżku. Był wyraźnie spięty. Ciemnobrązowe włosy opadały mu niesfornie na czoło, nasuwając na myśl lwią grzywę. Kiedy weszła spojrzał na nią dużymi, kasztanowymi oczyma, ocienionymi wachlarzem czarnych rzęs. Co taki facet robi w ogródku? – przeszło jej przez myśl. Była przekonana, że wiele kobiet chętnie zabiłoby dla tego spojrzenia. Deamonowi najwyraźniej nie brakowało daru przekonywania. W każdym razie na pewno nie tego się spodziewała. Z trudem powstrzymała się, żeby nie zamruczeć. No cóż, może uda się tej nocy nie zaliczyć do najgorszych w jej życiu…
Podeszła do niego pełnym gracji krokiem. Odgarnęła mu z twarzy kosmyk opadających na oczy włosów, po prostu nie mogła się powstrzymać. Uśmiechnęła się do chłopaka delikatnie, nieśmiało.
– Połóż się – powiedziała prawie szeptem.
Chłopak posłuchał i zajął łóżko opierając się plecami o stertę białych poduszek. Wyglądał na niepewnego, ale nie wystraszonego. Przyglądał się jej uważnie. Uklęknęła przy jego prawym boku. Rozpięła czarną koszulę młodzieńca, odchyliła jej poły i przesunęła dłonią po jego torsie i płaskim brzuchu. Znów miała ochotę zamruczeć. Zsunęła mu koszulę z ramion i zrzuciła ją na podłogę. Jego umięśnione ramiona oplatały tatuaże przedstawiające węże. To upewniło ją w przekonaniu, że to naprawdę był on. Wiły się z ramion aż do nadgarstków. Wyglądały jakby były żywe. Dziewczyna z ciekawości pogładziła dłonią jednego z gadów. Jego skóra była aksamitna w dotyku, nie była nieprzyjemna czy oślizła, ale zdecydowanie nie była też ludzka. Nie zwróciła na to uwagi zbyt zaabsorbowana chłopakiem. Ubrany w luźną, czarną koszulę nie prezentował się aż tak doskonale. Był wysoki i szczupły w talii, spodziewała się więc kogoś… no cóż na pewno nie tak dobrze zbudowanego. Wcześniej zmyliły ją te duże, kasztanowe oczy i była pewna, że jest jej rówieśnikiem. Teraz, oglądając jego ciało, uznała, że bliżej mu raczej do dziewiętnastu, niż siedemnastu lat. Tak czy owak, było na co popatrzeć. Zadowolona z siebie zerknęła na rysującą się w jego spodniach wypukłość. Sięgnęła ręką, żeby rozpiąć chłopakowi rozporek. Kiedy tylko dotknęła jego spodni gwałtownie chwycił ją za nadgarstek.
– Jeszcze nie teraz – powiedział cichym, zachrypniętym z podniecenia głosem.
Patrzył jej prosto w oczy. Nie puszczał jej ręki, jakby nie zdając sobie sprawy, że w ogóle ją trzyma.
– Jak się nazywasz? – spytał po chwili ciszy.
– Jestem Stokrotka – odpowiedziała zgodnie z przyjętymi w ogródku zasadami.
– Niech więc tak będzie, Stokrotko – uśmiechnął się do niej łagodnie – ja jestem Aedan.
Dziewczyna, zrezygnowana, westchnęła w myślach. Skoro chce najpierw porozmawiać, ona oczywiście da mu to czego potrzebował.
– Miło mi cię poznać, Aedan – uśmiechnęła się niewinnie.
– Jesteś piękna – powiedział wprost, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.
Stokrotka, jak na zawołanie, oblała się delikatnym rumieńcem. Spod długich rzęs, nieśmiało spojrzała na chłopaka. Pomyślała, że dobrze zrobi, jeżeli będzie z nim szczera.
– Nie rozumiem czemu tu przyszedłeś – mówiła cicho, powoli, jakby się namyślając – sądzę, że mógłbyś mieć każdą, której byś zapragnął i na pewno żadnej nie musiałbyś płacić.
– Pragnę ciebie – powiedział otwarcie.
Serce dziewczyny zatrzepotało, kiedy szybkim, zwinnym ruchem położył ją obok siebie. Jego twarz znalazła się tuż nad jej twarzą. Pocałował ją namiętnie, z pasją. Z jej piersi wyrwał się cichy jęk rozkoszy i pragnienia. Wplotła palce w jego gęste włosy, przysuwając go jeszcze bliżej siebie. Poczuła wilgoć między nogami. O tak! Skoro i tak musiała to robić, to zamierzała czerpać z tego tyle przyjemności, ile tylko się da.
Aedan powoli zdjął suknię z jej ramion, piersi, a wreszcie i talii. Zsunął się niżej całując szyję dziewczyny i nagie ramiona. Może i nie miał wielkiego doświadczenia, ale z pewnością wiedział, co robić. Leciutko dotknął dłonią jej odsłoniętych piersi, cały czas patrząc dziewczynie w oczy. Zaczął je delikatnie pieścić. Zapragnęła go całą sobą. Zawrócił jej w głowie na tyle, że zapomniała, iż to ona miała zapewnić mu rozkosz. Nie mogła doczekać się kiedy w nią wejdzie, ale on się nie spieszył. Jego palce z piersi zsunęły się na brzuch, uda, pośladki. Pocałował ją po raz kolejny. Dotknął jej jedwabistych, drobnych loczków i zanurzył palce w wilgotne ciepło. Nie przestawał całować. Stokrotka myślała, że zwariuje z podniecenia. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek było jej tak dobrze, żeby jakiś mężczyzna w ten sposób o nią dbał. To nie miało znaczenia, nie to było najważniejsze, upomniała się w myślach.
Aedan szybkim ruchem pozbył się spodni. Niespodziewanie znalazł się nad nią. Utonęła w oceanie pocałunków. Potem znowu spojrzał na nią. Jego kasztanowe oczy zalśniły. Delikatnie, powoli wszedł w jej wnętrze. Wypełniał ją całą, czuła go każdym kawałkiem swojego ciała. Jęknęła cicho z nieudawanej rozkoszy. Chłopak bezustannie patrzył jej w oczy. Poruszał się niespiesznie, jakby bojąc się, że ją zrani. Położyła dłonie na jego plecach, przyciągnęła go do siebie, pragnąc by był jeszcze bliżej. Nie trwało to specjalnie długo. Jego płynne ruchy dawały jej rozkosz. Poczuła spełnienie. Czy tak wygląda niebo? Oplotła go nogami. Aedan skończył niemal w tym samym momencie. Poruszył się jeszcze kilka razy, we wnętrzu dziewczyny. Wyszedł z niej i położył się obok, bardzo szybko oddychając. Przyciągnął ją do siebie i otoczył ramionami. Złożyła głowę na jego piersi, drżała. Wbrew wszystkiego, co do tej pory myślała, to było niesamowite przeżycie. Zupełnie inne od tego co znała. Po kilku minutach spostrzegła, że chłopak znowu jest gotowy. Wyswobodziła się z jego objęć i wypięła do niego pupę patrząc zalotnie spod burzy jasnych włosów.
– Nie – powiedział stanowczo chłopak – nie w ten sposób.
Dziewczyna poczuła konsternację. Przecież oni… on… najbardziej lubił właśnie w ten sposób. Aedan chwycił ją i posadził na sobie. Stokrotka zachłysnęła się powietrzem.
– Tak jest za duży – wyrwało jej się, zanim pomyślała, że przecież nie powinna protestować.
Chłopak usiadł i przytulił ją mocno do siebie. Oplotła ramionami jego szyję. Zaczął całować jej kark. Odchyliła głowę do tyłu, odsłaniając smukłą szyję. Aedan poruszał się wolno i rytmicznie. To było naprawdę przyjemne. Nawet bardziej niż tylko przyjemne! Wreszcie poczuła jak chłopak dochodzi. Wyraźnie nie był długodystansowym graczem, nie to co on… Ruch jego członka w jej wnętrzu spowodował, że ona także, lekko zaskoczona tym faktem, ponownie skończyła. Chłopak wyszedł z niej. Wyciągnął się na łóżku. Położył ją plecami do siebie, wtulając twarz w jej włosy. Delikatnie gładził dłonią jej brzuch, wyraźnie omijając intymne miejsca.
– Śpij – szepnął jej do ucha – jesteś zmęczona.
– Nie wolno mi – odpowiedziała sennie dziewczyna, ponownie pewna, że lepiej to rozegra, jeżeli będzie mówiła mu prawdę.
– Nie martw się, obudzę cię o świcie. Tylko ja będę o tym wiedział.
Stokrotka odetchnęła głęboko. Póki co wszystko szło zgodnie z planem. Osiągnie w życiu to, o czym zawsze marzyła. Po kilku, długich minutach, ufnie zasnęła wtulona w ramiona Aedana, już nie wyobrażając sobie nawet, że jest zupełnie z kim innym.
Rozdział III – Książę z bajki
Zdziwiła się, jak szybko zaczęło bić jej serce, kiedy następnego dnia dowiedziała się, że Aedan chce ją zobaczyć ponownie. Tym razem także zapłacił za całą noc. Spodziewała się, że tak będzie, a mimo to poczuła w sobie jakąś dziwną, rozpierającą ją radość. Wszystkie jej zmysły reagowały na samo wspomnienie o tym chłopaku, a przecież znała go ledwie jeden dzień, a raczej noc i zdecydowanie nie tracili czasu na to, żeby rozmawiać. Pani Marigold zapłaciła jej za poprzednią noc, zadowolona, że Marry tak dobrze się spisała. Dziewczyna nie tracąc czasu wybrała się na targ, żeby kupić zapasy dla Grace i jej męża. Była w siódmym niebie. Jej plan jak na razie działał bez zarzutów. Kuzynka powitała ją jak bohaterkę. Szczęśliwe ugotowały obfity obiad dla siebie i Lethana. Dziewczyna chodziła przez cały dzień mocno podniecona, nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu. Nie mogła już doczekać się powrotu do Ogródka, żeby znów zobaczyć się z Aedanem.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Tym razem to ona czekała. Biała, atłasowa narzuta na łóżko pokryta była płatkami róż tak jak i śnieżnobiały, wełniany dywanik. Leżała podparta na łokciu i czytała jakąś książkę na której treści i tak nie potrafiła się w tym momencie skupić. Przeciągała się właśnie kiedy wszedł do pokoju. Roześmiał się na ten widok.
– Uroczo wyglądasz, jak mały kociak – powiedział rozbawiony.
– Więc może dołączysz do mnie – uśmiechnęła się zalotnie do chłopaka.
Aedan chętnie skorzystał z zaproszenia. Zniknęła cała jego nieśmiałość z poprzedniego wieczora. Błyskawicznie znalazł się przy dziewczynie. Pocałował ją na powitanie. Wtuliła się w niego całą sobą, a on delikatnie gładził jej włosy i ramiona. Była przekonana, że nie tak traktuje się dziwki. Aedan naprawdę był wyjątkowy.
– Dlaczego tu jesteś? – spytał po dłuższej chwili milczenia.
– Mój kuzyn Lethan i jego żona Grace spodziewają się dziecka. Głodowali. Musiałam im pomóc – oznajmiła stłumionym przez jego tors głosem.
– Przyjaciel mówił, że jestem twoim pierwszym klientem, czy to prawda? – zadał drugie pytanie.
Dziewczyna skinęła głową. Chłopak westchnął. Nie chciała dłużej o tym rozmawiać. Nie miała gotowych odpowiedzi. Pocałowała go w usta. Całowała długo i namiętnie, tak, żeby nie chciał już o nic więcej pytać. Nagle w powietrzu rozbrzmiał czyjś krzyk. Aedan zerwał się z łóżka i wybiegł na korytarz zobaczyć co się stało. Stokrotka niepewnie, zmartwiona, że coś im przerwało, poszła za nim.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
W sąsiednim pokoju, okazałej sypialni, gdzie ciemne, dębowe drewno mebli mieszało się z krwistą czerwienią poduszek, boazerii oraz dywanów swą pracę wykonywała Róża, najpiękniejsza z kobiet w „Ogródku” i ich nieoficjalna królowa. W obecnej chwili, był tam też krępy mężczyzna. Musiał być wysoko urodzony, bo tylko takich przyjmowała hebanowowłosa afrodyta. Teraz leżała na podłodze z posiniałym od uderzenia policzkiem, a mężczyzna zamierzał się na nią pięścią. Róża zasłoniła się przed ciosem, który jednak nie nadszedł. Aedan złapała mężczyznę za przygotowaną do ciosu rękę. Wykręcił ją do tyłu z taką siłą, że trzasnęła kość. Mężczyzna pobladł, drugą ręką próbował uderzyć chłopaka, ale ten był znacznie szybszy i najwyraźniej także silniejszy. Uderzył mężczyznę pięścią w twarz, precyzyjnie łamiąc mu nos. Tamten, uwolniony z uścisku Aedana, zatoczył się i upadł na podłogę. Chłopak podniósł go za włosy. Pochylił się tak, że jego twarz znajdowała się na wysokości twarzy tamtego.
– Wiesz kim jestem? – zapytał.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się z przerażenia. Pojawiło się w nich rozpoznanie. Zupełnie pobladł na twarzy. Powoli, niechętnie skinął głową.
– Więc wynoś się stąd i nigdy więcej nie wracaj. Przed wyjściem zapłacisz potrójnie za usługi tej pani – mówił powoli, cedząc każde słowo – jeżeli jeszcze kiedyś cię zobaczę, skręcę ci kark, zrozumiałeś?
Kiedy go puścił, przerażony mężczyzna wybiegł na korytarz, zapominając nawet o własnym ubraniu. Stokrotka stała wyglądając zza framugi. Z zaskoczeniem i podziwem oglądała całe wydarzenie. W międzyczasie Róża już zdążyła dojść do siebie. Uśmiechnęła się zalotnie prezentując bujne piersi, które wyglądały, jakby zaraz miały wyskoczyć z czarnego stanika sukienki.
– Dziękuję ci, byłeś bardzo odważny, panie – powiedziała podchodząc i ocierając się biodrem o bok chłopaka. – Jesteś moim wybawcą, możesz zażyczyć sobie czego tylko zechcesz. Spełnię twoje marzenia – obiecała kuszącym głosem.
Przesunęła się tak, żeby widział jej obfity biust. Marry poczuła skurcz w żołądku. Jej myśli przeszyła strzała zazdrości. W oczach miała łzy. Teraz, po raz pierwszy zwątpiła w sens tego co robi. Cały jej misterny, długo przygotowywany plan, pójdzie na marne. Wiedziała, że nigdy nie mogłaby konkurować z Różą. Może i była ładna, ale tamta kobieta była boginią!
– Może innym razem – powiedział chłopak, ku wielkiemu zaskoczeniu obu kobiet. Odsunął się od niej stanowczo – teraz jestem zajęty.
Nie patrząc na nią wyszedł z pokoju. W tym momencie spojrzeniem Róża mogłaby ciskać błyskawice. Nikt nigdy jeszcze jej nie odrzucił. To ona wybierała sobie klientów. Aedan chwycił oszołomioną Stokrotkę za rękę i pociągnął za sobą do białej sypialni. Posadził ją delikatnie na łóżku, a sam usiadł obok niej, nie wypuszczając z ręki jej drobnej dłoni.
– Przykro mi, że musiałaś to oglądać – powiedział szczerze. Dziewczyna spuściła wzrok wpatrując się w swoje kolana. Chłopak ogarnął ją smutnym spojrzeniem. – Nie potrafiłem się zachować inaczej, przepraszam.
Stokrotka przecząco pokręciła głową.
– Nie o to chodzi, uważam, że postąpiłeś słusznie.
– Więc o co? – spytał nie rozumiejąc.
Dłonią delikatnie uniósł podbródek dziewczyny i zmusił ją, żeby na niego spojrzała.
– Dlaczego odmówiłeś Róży? – odważyła się zapytać, nie rozumiała tego i po prostu musiała wiedzieć.
– Ponieważ jestem z tobą… – wyraźnie się zmieszał.
– Mężczyźni płacą niesamowite sumy, żeby się z nią spotkać – powiedziała cicho. – Ty mogłeś mieć ją tak po prostu. Nie rozumiem, czemu odrzuciłeś jej ofertę.
Aedan zaśmiał się głośno.
– Czy jesteś o nią zazdrosna? – spytał niedowierzająco, nawet nie próbując ukryć rozbawienia.
Stokrotka zarumieniła się zawstydzona. Ponownie spuściła wzrok. Chłopak usiadł za nią oplatając ją ramionami.
– Wiesz, że jestem Illi’andin, prawda?
Skinęła głową potakująco. Od siódmej ery zapanował pokój miedzy rasami zamieszkującymi królestwa a demonami i teraz często spotykało się je w różnych zasiedlanych przez ludzi miastach. Co prawda potrafiły zmieniać formy, ale w swojej zwyczajnej skórze, z wyglądu niczym nie różniły się od ludzi. Były znacznie szybsze i silniejsze, ale po za tym wcale nie koniecznie musiały wyróżniać się z tłumu.
– U niektórych z nas, tych czystej krwi, działa to trochę inaczej niż u ludzi – stwierdził. – Przechodzę przez coś, co na siłę można by nazwać dojrzewaniem. Budzi się we mnie ogromna energia. Jeżeli jej w jakiś sposób nie wyzwolę, nie będę mógł kontrolować swoich przemian. Stanę się niebezpieczny. Będę zabijał. Jedyna znana droga, żeby pozbyć się nadmiaru tej energii to współżycie. Tyle, że moje ciało nie reaguje na ludzkie kobiety. Nie ważne jak ładne by były według waszych standardów. Przyjaciel przyciągnął mnie tutaj, twierdząc, że to miejsce pozbawi mnie tych problemów. Okazuje się, że miał rację. Stokrotko, jak głupio by to nie zabrzmiało, jesteś pierwszą kobietą, która obudziła we mnie pożądanie. Taka Róża równie dobrze mogłaby być dla mnie kłodą drewna.
Po tym wyznaniu Marry poczuła ogromną ulgę. Więc jednak miał rację. Zresztą, to żadna nowość, prawie zawsze ją miał. To tylko ona sama nigdy do końca mu nie ufała. Odwróciła się do chłopaka, oplotła go ramionami i przewróciła na łóżko. Objął ją czule odwzajemniając jej natarczywe pocałunki.
Rozdział IV – Propozycja
Następnego ranka już wiedziała, że Aedan przyjdzie znowu. Tylko czemu czuła się tak paskudnie, skoro o to jej przecież chodziło? Kiedy otworzyły się drzwi białej sypialni, siedziała przy pięknie zdobionej, malunkami kwiatów róż, białej toaletce i szczotkowała swoje długie, złociste włosy. Odwróciła się by go przywitać. Uśmiech zamarł jej na ustach, kiedy zobaczyła, że to nie Aedan stoi w drzwiach.
– Deamon – wyszeptała cicho – co tu robisz?
– Twój książę dziś się spóźni, pomyślałem, że skorzystam z okazji – powiedział uśmiechając się drwiąco.
W przeciągu ułamka sekundy znalazł się przy niej. Kiedy próbowała go odepchnąć chwycił ją za nadgarstki. Stanął za nią i przyciągnął ją do siebie, tak, że nie mogła się poruszyć. Jego usta znalazły się tuż przy niej. Pocałował najpierw jej szyję, potem płatek ucha.
– Nie broń się tygrysico – wyszeptał tym swoim aksamitnym głosem.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem, Stokrotka krzyknęła, Deamon ją puścił. Odskoczyła od niego jakby właśnie ktoś przyłapał ją na czymś niewłaściwym. Do pokoju wszedł Aedan. Omiótł przyjaciela gniewnym wzrokiem.
– Wynoś się stąd! – warknął ledwo nad sobą panując.
Kiedy tylko tamten opuścił pomieszczenie wziął dziewczynę w ramiona.
– Przepraszam – powiedział łagodnie – nie powinienem był się spóźnić. Musiałem coś załatwić. Proszenie Deamona o przysługę to był zły pomysł. Nie sądziłem, że tu przyjdzie…
Marry zamknęła mu usta pocałunkiem. Odsunął ją delikatnie od siebie, posadził na brzegu łóżka, a sam usiadł koło niej.
– Chciałbym z tobą porozmawiać – powiedział poważnie, patrząc jej w oczy. Spojrzała na niego swoimi migdałowymi, niewinnymi, chabrowymi oczami. – Muszę stąd wyjechać, pojedziesz ze mną? – nadzieja w jego głosie mieszała się z jakąś rozpaczliwą potrzebą.
Tak! To było właśnie to na co czekała!
– Wiesz, że nie mogę – odpowiedziała dziewczyna, spuszczając wzrok.
Aedan zmusił ją, żeby ponownie na niego spojrzała.
– Twój kuzyn dostał dzisiaj pracę w biurze handlowym. Jutro wraz z żoną przeprowadzą się do nowego domu.
Stokrotka spojrzała na niego z niedowierzaniem. Musiała mu przyznać, że zgrabnie to rozwiązał.
– Pomyślałem, że tak będzie lepiej niż jeżeli po prostu dostanie pieniądze… – ciągnął chłopak. – Nie zrani to w żaden sposób jego dumy. Jeżeli natomiast chodzi o Madame Marigold, to pałac zrekompensuje jej materialne straty. Kocham cię Stokrotko, nie mogę cię stracić, teraz gdy wreszcie cię odnalazłem. Proszę, pojedź ze mną. – Jego słowa już nawet nie były prośbą, były błaganiem.
Miłość? On wyznawał jej miłość? Z trudem powstrzymała się, żeby się nie roześmiać. Miała nadzieję, że go zauroczy, że będzie chciał seksu, ale w życiu nie przyszło jej do głowy, że powie jej, że ją kocha! Musiała być lepszą aktorką niż sądziła. Dziewczyna wtuliła się w niego całą sobą. Gorące łzy ciekły po jej bladych policzkach. Przyciągnął ja bliżej, chowając w swoich ramionach.
– Pojedziesz? – wyszeptał w jej włosy.
– Tak – odparła zduszonym głosem.
Odetchnął z ulgą i przytulił ją jeszcze mocniej.
Rozdział V – Pułapka
Rankiem Marry pożegnała się z Grace i Lethanem życząc im powodzenia. Była pewna, że teraz sobie poradzą. Nie mówiła im dokąd jedzie. Oznajmiła tylko, że skoro nie jest im już potrzebna, wraca do domu. Miała na sobie luźną zieloną tunikę, wygodne bryczesy i wysokie, miękkie, skórzane buty, stój podróżny, który podarował jej Aedan. Czekała przed „Ogródkiem” aż się pojawi. Znalazł się tam w niedługim czasie. Siedział na olbrzymim, karym ogierze, a ze sobą prowadził smukłą, siwą klacz. Zeskoczył z siodła i przytulił ją na powitanie.
– Gotowa? – spytał wesoło.
Kiedy skinęła głową podsadził ją na siodło i ruszyli razem do bram miasta. Było bardzo ciepło, ale już nie tak parnie jak kilka dni wcześniej. Wiał lekki, przyjemny wiatr. Idealna pogoda do podróżowania. Kiedy wyjechali za bramę dołączył do nich Deamon, siedzący na pięknym jabłkowitym wałachu.
– Co on tu robi? – wyrwało się Stokrotce zanim zdąrzyła pomyśleć.
Młodzieniec roześmiał się, jak zwykle, zadowolony z siebie.
– Jadę z wami, Stokrotko – oznajmił z aroganckim uśmiechem.
– Nie nazywaj mnie tak – syknęła.
– Dobrze, jak sobie życzysz, Marry Loren – odpowiedział z wyraźnie słyszalną drwiną w aksamitnym głosie.
Zgromiła go gniewnym wzrokiem, ale już nic nie powiedziała. Aedan przysunął się do niej najbliżej jak się dało.
– Wiem, że się nie lubicie – powiedział cicho. – Przykro mi, że musimy z nim jechać. Nie martw się, to potrwa tylko kilka dni, później będziemy sami.
Stokrotka obdarzyła go swoim najmilszym, najładniejszym uśmiechem.
– Tylko proszę, trzymaj go ode mnie z daleka.
– Uwierz mi, nie będzie niczego próbował – oczy Aedana pociemniały groźnie.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Wieczorem zatrzymali się na jakiejś opuszczonej farmie. Tutejsi ludzie obchodzili akurat święto plonów, obrzęd związany z kultem roślin i drzew. Urządzano je dla żniwiarzy w nagrodę za wykonaną pracę przy żniwach i zebrane plony. Całe rodziny wraz z inwentarzem udawały się do oddalonej o dwa dni drogi wozem posiadłości. Był ciepły, wrześniowy wieczór. Wypełniona sianem stodoła wydawała się idealnym miejscem na spędzenie nocy. Deamon wprowadził do środka konie. Aedan i Marry zostali sami. Zjedli wspólnie kolację, a później wtuleni w siebie spacerowali po terenie farmy, oświetleni jasnym światłem białego księżyca. Aedan patrzył na dziewczynę z uwielbieniem w oczach. Nie mógł się nadziwić temu, że ona naprawdę istnieje. Nigdy dotąd na niczym mu jeszcze nie zależało. Nigdy jeszcze nie był szczęśliwy. Ona zmieniła cały jego świat. Stała się jego światem. I to wszystko zaledwie w przeciągu jednego tygodnia. Nie miał pojęcia jak to możliwe. Wiedział tylko jedno – naprawdę ją kocha.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Stokrotka wdrapała się na stryszek z sianem i rozłożyła tam dwa koce. Odetchnęła z ulgą, Deamona nigdzie nie było. Nie miała pojęcia dlaczego w ogóle z nimi jechał. Chciał jej wszystko utrudnić? Podgarnęła pod jeden z nich trochę siana, żeby stworzyć coś w rodzaju poduszki. Wymacała dłonią jakiś chłodny, metalowy przedmiot, ukryty pod słomą. Z trudem przełknęła ślinę. Więc jednak, ma to się stać dzisiaj – pomyślała. Odegnała tą myśl ze swojej głowy. Nie miała ochoty jej rozważać. Pragnęła teraz tylko znaleźć się w ramionach Aedana. Ze strachem i zaskoczeniem, zdała sobie sprawę, że naprawdę tego właśnie pragnęła.
Jakby na jej życzenie chłopak wdrapał się na górę. Powitała go uśmiechem. Kiedy znalazł się na kocu, tuż przy niej, objęła ramionami jego szyję. Skończy to dzisiaj! Musi! Pocałowała go. Jego ręce błądziły po jej ciele. Zdjął z niej tunikę, potem spodnie. Pragnęła go całą sobą. Czuła pojawiającą się między nogami wilgoć. Pożądała jego dotyku, jego ciała. Zaczęła całować jego twarz, szyję, tors. Była namiętna, nieokiełznana. Zsunęła z jego ramion czarną koszulę, przejechała palcami po wężowych tatuażach wijących się na jego rękach. Aedan pozbył się spodni i położył na kocu, ciągnąc ją za sobą. Usiadła na nim okrakiem. Poczuła pod sobą jego sztywny członek. Wygięła się w łuk, ocierając się o niego przez chwilę, podczas gdy on, delikatnie pieścił jej piersi. Nasunęła się na jego męskość, głaszcząc dłońmi klatkę piersiową chłopaka. Delikatnie przesunął dłonią z jej piersi na ramiona, plecy, pośladki. Położyła się na nim, całując jego usta. Przyspieszyła powolne, rytmiczne ruchy. Ramionami oplotła mu szyję, uniósł się odrobinę. Poczuła, że zaraz dojdzie. Teraz, albo nigdy! To mogła być jej jedyna szansa. Nie przerywając pocałunku wymacała palcami metalowy przedmiot. Była to obroża wiążąca magiczne istoty i wykorzystująca ich magię przeciwko nim. Tylko garstka specjalnie wyszkolonych kobiet potrafiła się nimi posługiwać, a ona właśnie była jedną z nich. Illi’andin, demony, zwłaszcza te czystej krwi, posługiwały się magią by dokonywać przemian w swą silniejszą formę, często także w różnego rodzaju drapieżniki oraz by leczyć i regenerować swoje ciało. Z tego co wiedziała, Aedan również władał ogniem. Dziewczyna poczuła, że jej partner kończy. Również ją samą ogarnęła nieopisana fala rozkoszy. Ciągle całując go w usta, szybkim ruchem, włożyła obrożę na jego szyję, a ta natychmiast się zatrzasnęła. Doszła wraz z nim do taktu cichego jęku rozkoszy.
Rozdział VI – Więzień
Aedan spojrzał na Stokrotkę nic nie rozumiejącym wzrokiem. Dziewczyna wstała, jej twarz wykrzywiał brzydki grymas. Spojrzała na niego z nienawiścią. Otuliła się starannie drugim kocem. Dlaczego ten pieprzony chłopak tak na nią działał? Czuła się nie fair, nie fair wobec ukochanego i całą sobą nienawidziła tego uczucia.
– Deamon! – zawołała.
Chwilę później drugi młodzieniec pojawił się na stryszku. Spojrzał na dziewczynę z uznaniem. Uśmiechnął się leniwie.
– Udało ci się! Jesteś niesamowita – powiedział aksamitnym, nasuwającym skojarzenie z gwiaździstym niebem, głosem.
Podszedł do dziewczyny i objął ją czule. Pocałowała go delikatnie. Aedan, dalej oszołomiony, rzucił się na Deamona. W ułamku sekundy na ziemię powalił go niesamowity ból. Drżąc zwinął się w pozycję embrionalną. Z trudem oddychał. Dziewczyna podeszła do niego, chwyciła go za włosy odginając mu głowę tak, żeby musiał na nią spojrzeć.
– Zostawię was samych, jeżeli chociaż pomyślisz o tym, żeby go skrzywdzić, ból wróci, a mnie tu nie będzie, żeby go powstrzymać – powiedziała miłym głosem.
– Ty też uważaj – zwróciła się do Deamona, wiedząc, że chłopak będzie chciał zemsty – musi być w stanie z nami podróżować, nie uszkodź go za bardzo.
Zebrała swoje ubrania i zeszła na dół. Magiczny ból zniknął. Aedan łapczywie chwytał powietrze. Deamon roześmiał się głośno. Z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Naprawdę myślałeś, że to normalna ludzka dziewczyna tak tobą zawładnęła? – w jego głosie dalej wyczuć można było nutkę rozbawienia.
Pierwszy cios wymierzył w plecy chłopaka. Kopnął go z całej siły. Potem w mostek. Aedan odwrócił się z jękiem. Deamon kopał go po brzuchu i klatce piersiowej. Ostatni cios zadał w żebra. Chłopak zwinął się w kłębek. Nawet nie próbował się bronić. Powoli opuszczało go oszołomienie, docierała do niego okrutna rzeczywistość. Jego ukochana i jego przyjaciel, ale dlaczego? Po co zadali sobie tyle trudu? Był przekonany o więzi, która łączyła go ze Stokrotką i wiedział, że nie mógł się co do tego pomylić.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Dziewczyna starannie wypłukała włosy w wywarze z kory dębu. Kiedy wyschły stały się zupełnie czarne, przez co jej piękne, chabrowe oczy stały się jeszcze większe. Wiedziała, że Deamon woli ją właśnie taką. Był wczesny ranek. Demony właściwie nie musiały spać, ale ona czuła się naprawdę zmęczona, po prawie nieprzespanej nocy. W końcu, tak naprawdę, nie była jedną z nich. Właściwie nie do końca wiedziała kim jest. Jej ojciec był demonem, matka driadą. Magicznym prawem dziedziczenia poprzez płeć powinna mieć swoje drzewo i mieszkać w lesie – zakpiła w myślach. Tak się jednak nie stało. Przez wiele lat była powodem sporów między elfią rodziną matki, a krainą w której rządził jej ojciec. Wszystko dlatego, że nie stała się driadą. Nie była też demonem, elfem ani tym bardziej człowiekiem. Była po prostu sobą.
Dzieciństwo spędziła wraz z dziadkiem w lesie elfów, nastoletnie życie w ponurej twierdzy Manhaim, w krainie demonów. Tam właśnie poznała Deamona. Od początku zaimponował jej swoim uporem i determinacją, mimo, że był w połowie człowiekiem. Zadrżała na wspomnienie tego w jaki sposób go poznała. Gisbern, prawa ręka jej ojca, zmusił ją by uczyła się posługiwania obrożą. Deamon, jak to miał w zwyczaju wpakował się w jakieś kłopoty i został ukarany. Bardzo surowo ukarany. Stał się obiektem ćwiczeń, a raczej czymś w rodzaju „kukły treningowej” młodej księżniczki. Nie chciała o tym dłużej myśleć, nie były to przyjemne wspomnienia.
– Victorique, pospiesz się – usłyszała ponaglające wołanie Deamona.
Uśmiechnęła się na dźwięk swojego prawdziwego imienia. Tak dawno już go nie słyszała. Każdą cząstką swojego ciała nienawidziła tej całej, cholernej Marry! Niespiesznie ruszyła w stronę wołającego. Stanęła przed nim i okręciła się wokół własnej osi.
– Jak ci się podobam?
Deamon w odpowiedzi przycisnął ją do pnia starej gruszy, pod którą czekał. Unieruchomił jej ręce swoimi i zaczął namiętnie całować. Złapał jedną dłonią za oba nadgarstki dziewczyny, a wolną ręką podwinął jej tunikę. Roześmiała się.
– Przestań, podobno nie mamy na to czasu.
– Na to zawsze znajdzie się czas – mruknął, ale mimo swoich słów puścił dziewczynę. – Myślałem, że zwariuję, ilekroć pomyślałem o tym, co z nim robisz.
– Przecież wiesz, że nie mieliśmy innego wyboru – powiedziała cicho, delikatnie muskając dłonią jego policzek. – Dla mnie istniejesz tylko Ty.
Uśmiechnął się do niej kocim uśmiechem. Ponownie przyciągnął ją do siebie, całując namiętnie, tym razem jednak szybko wypuścił dziewczynę z objęć. Wzięła go za rękę i razem wrócili do stodoły.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Aedan siedział na podłodze, przywiązany do słupa podtrzymującego stryszek. Lina krępująca mu nadgarstki była śliska od krwi. Kiedy weszli podniósł opartą o belkę głowę i spojrzał na nich smutnym wzrokiem.
– Co się stało z twoimi włosami? – spytał. – Bardziej podobałaś mi się jako blondynka.
– Zamknij się – warknął Deamon.
Podszedł i uderzył chłopaka w twarz. Z rozciętej wargi popłynęła stróżka krwi. Aedan roześmiał się usatysfakcjonowany, że ciągle ma możliwość go zdenerwować. Jak ta dziewczyna mogła aż tak go zauroczyć? A jednak, mimo tego co zrobiła, ciągle czuł, że ją kocha i każdy jej kontakt z Deamonem sprawiał mu niemal fizyczny ból.
Aedan nie był w najlepszym stanie. Miał pocięte nożem ręce, posiniaczoną i pozrywaną skórę. Deamon nieźle się bawił katując go za każdym razem kiedy tylko dziewczyna zostawiała ich na chwilę samych. Wyraźnie nie mógł wybaczyć mu tego, że dotykał w jakikolwiek sposób Victorique. Ona była jego. Tylko jego! Tym razem jednak, z przyjemnością zdał sobie sprawę, że gdy kopnął Aedana w brzuch, dziewczyna beznamiętnie patrzyła, jak chłopak cierpi. Wiedza, że to zapewne zabolało go jeszcze bardziej, dawała mu mściwą, mroczną satysfakcję. Aedan kaszlał i wymiotował krwią. Deamon nie szczędził mu kolejnych razów. Z przyjemnością obserwował jak tamten zwija się z bólu. W końcu, po ciągnących się w nieskończoność minutach, dziewczyna podeszła do Deamona. Oplotła go od tyłu ramionami i przytuliła się do jego pleców.
– Wystarczy już – mruknęła pojednawczo. – Zmuś go lepiej, żeby coś zjadł, bo nie będzie w stanie się zregenerować. Im szybciej wyruszymy tym lepiej. Pójdę przygotować konie.
Deamon zrobił minę naburmuszonego dziecka.
– Jak sobie życzysz, pani – skłonił się drwiąco, ani trochę nie zadowolony, z faktu, że popsuła mu tak świetną zabawę.
Rozdział VII – Trudy podróży
Victorique podeszła do czarnego ogiera. Był niespokojny. Położyła mu dłoń na wspaniałej, muskularnej szyi i zajrzała do jego umysłu. Odskoczyła przerażona. To nie był zwykły koń. Był jednym z tych rzadkich, magicznych stworzeń, których tajemnicy Illi’andin tak pilnie strzegą, czymś w rodzaju ducha uwięzionego w ciele zwierzęcia… i był związany z Aedanem. Teraz martwił się o swojego pana, gotowy bronić go za wszelką cenę. Nie zaatakował jej tylko dlatego, że czuł na niej jego zapach, co go mocno dezorientowało. Victorique odwiązała go i zdjęła mu uprząż.
– Uciekaj stąd – powiedziała – jeżeli tu wrócisz, mój towarzysz skrzywdzi twojego pana.
Jakby już tego nie zrobił, pomyślała. Mimo wszystko nie chciała zabijać ogiera. Wolała, żeby odszedł. Najwyraźniej to wyczuł, bo ruszył galopem i po chwili zniknął jej z oczu. Odetchnęła z ulgą. Trudno, poradzą sobie mając tylko dwa konie. Osiodłała swoją klacz i konia na którym jeździł Deamon. Potem wróciła do stodoły, zastanawiając się jak wytłumaczy ukochanemu fakt, że mają już tylko dwa wierzchowce.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Victorique… Victoria… Vicky… Tak, to imię zdecydowanie bardziej do dziewczyny pasowało. Marry było jakieś nie na miejscu, jakby obce, zupełnie nie jej. Aedan przymknął oczy. Dlaczego nie potrafił jej znienawidzić? Victorique, Victoria, Vicky… Stokrotka… Dlaczego nie potrafił przestać o niej myśleć w ten sposób? Przecież nienawiść do Deamona przychodziła mu z tak wielką łatwością. Doskonale wiedział, jak bardzo jest naiwny i łatwowierny. Był pewien, że pomaga zwykłej, ludzkiej dziewczynie! Chociaż… Deamon udawał jego przyjaciela przez prawie rok. Był doskonałym aktorem. Obydwoje byli.
– Wstawaj – warknął stojący nad nim blondyn.
Przeciął nożem krępujące go więzy, tylko po to, by za chwilę znów związać poranione nadgarstki chłopaka, tym razem jednak z przodu.
– Czemu zadaliście sobie tyle zachodu? – spytał cicho Aedan, ignorując ból.
– Och, zapewniam cię, że jesteś tego wart – roześmiał się Deamon, z powrotem popychając chłopaka na ziemię. – Myślisz, że nie wiem z kim mam do czynienia? Illi’andin nie układają się z wiedźmami, nie giną w obronie śmiertelników. Ty i twój lud książę – zadrwił blondyn – wszyscy jesteście banitami wyjętymi spod prawa. Sądzę, że kiedy do stóp władcy demonów rzucę syna przywódcy rebeliantów, znacznie przychylniej spojrzy na moje pretensje do ręki swojej córki.
Aedan niedowierzająco podniósł na niego wzrok. Skoro Deamon był półkrwi, jakim cudem osiągnął w społeczeństwie tak wysoki stopień by pretendować do ręki księżniczki? Uświadomił sobie, że nie osiągnął. To właśnie on miał być kartą przetargową… ale… oczy Aedana rozszerzyły się jeszcze bardziej. Księżniczka! Victorique Avrieel, córka Lorda Richarda Avrieel, obecnie panującego władcy demonów! Jak mógł być tak głupi, żeby tego nie skojarzyć? Więc ona była jedną z nich? Była Illi’andin czystej krwi? Tylko dlaczego w takim razie jej nie rozpoznał?
Przez lekko uchylone drzwi do stodoły weszła dziewczyna. Aedan mimowolnie odwrócił się w jej stronę. Nawet z czarnymi włosami, w prostym stroju do jazdy konnej, wyglądała zjawiskowo, wręcz obłędnie. Ignorując obecność klęczącego na podłodze chłopaka, który wodził za nią wzrokiem, podeszła prosto do Deamona. Oplotła ramionami jego szyję, pocałowała go delikatnie. Blondyn z zadowoloną miną kota, który opił się śmietanki, przygarnął ją do siebie zaborczo. Aedan miał ochotę wrzasnąć, odepchnąć ich od siebie, zrobić cokolwiek, nie zrobił jednak nic. Masochistycznie siedział na drewnianej podłodze, wpatrując się w stojącą niedaleko parę. W klatce piersiowej poczuł ból, coś, czego do tej pory nigdy nie znał. Tak bardzo pragnął jej nienawidzić!
– Deamon – mruknęła Vicorique zwinnie wyplatając się z objęć blondyna – jest pewien problem – odezwała się patrząc mu w oczy. – Uciekł mi jeden koń – oznajmiła spokojnie – zresztą i tak na nic by się nie przydał, ponieważ był w nim uwięziony duch.
Usłyszawszy to Aedan odetchnął z ulgą. Przynajmniej o Shiredana nie musiał się już dłużej martwić. Czarny ogier nie był po prostu zwykłym zwierzęciem. Był jego przyjacielem. Deamon uśmiechnął się paskudnym uśmiechem, obrzucając pogardliwym spojrzeniem klęczącego na podłodze chłopaka.
– Myślę, że jakoś sobie poradzimy – mruknął całkiem zadowolony z zaistniałej sytuacji. – Przyprowadź te dwa tutaj – zasugerował. Wyraźnie zauważył, że Aedan nie może oderwać wzroku, od znikającej za drzwiami stodoły, Victorique. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Nie martw się – powiedział niemal przyjacielskim tonem – czar, który nad tobą roztoczyła powinien rozwiać się za kilka dni. No cóż, do tego czasu będziesz w niej, w każdym razie, obłędnie zakochany – roześmiał się pogardliwie, brutalnie podnosząc z ziemi poranionego chłopaka.