Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Deamon pobladł na twarzy. To nie było możliwe, nie miało sensu, nie tutaj. Violette była wściekła. Cieszył się, że nie na niego.

    – Jesteś tego pewna? – zapytał.

    – Tak, moi ludzie znają się na rzeczy. Oni są martwi. Obydwoje. Już żadne do niczego nam się nie przyda.

    Mężczyzna zacisnął dłonie w pięści. Było dobrze, od kiedy zawarł układ z czarownicą. Jeżeli jednak miała rację, jego przyszłość powoli się rozsypywała. Nie należał jednak do tych, którzy poddawaliby się tak łatwo.

    – W takim razie trzeba ich stamtąd wyciągnąć – oznajmił obojętnie, w duchu mając nadzieję, że przy odrobinie szczęścia Aedan umrze, broniąc księżniczki, a on będzie mógł sobie przypisać za to zasługi.

    Violette była zaskoczona jego zuchwałością. 

    – Rozumiem, że wpadł ci do głowy jakiś genialny plan? – zapytała z sarkazmem.

    – Z twoją pomocą, to nie powinien być żaden problem, Madame – oznajmił uśmiechając się czarująco.

    – Obyś tylko nie przeceniał moich możliwości – westchnęła nieco udobruchana.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    W celi, do której ją wepchnięto unosił się nieprzyjemny zapach. Dziewczyna z trudem powstrzymywała łzy. Rozejrzała się w półmroku. Trochę siana, jakieś wiadra i rozłożony na ziemi barłóg, a na nim potężnie zbudowany mężczyzna, który podniósł się leniwie na jej widok. 

    – Kim jesteś? – szepnęła, widząc, jak obcesowo się jej przygląda.

    – Proszę, proszę – odezwał się zachrypniętym głosem. – Zasłużyłem sobie na to, żeby się zabawić. – Lekko zmarszczył krzaczaste brwi. – Człowiek? Interesująco… Nie sądziłem, że Łowcy łapią również ludzi.

    – Czego ode mnie chcesz? – odsunęła się pod samą kamienną ścianę.

    Roześmiał się nieprzyjemnie.

    – Tu panują zasady – wyjaśnił. – Jesteśmy niewolnikami. Walczymy między sobą na arenach. Jeżeli któryś z nas się spisuje, właściciel go nagradza. Lepszym jedzenie, czasem alkoholem no i oczywiście panienkami. Nie mam zamiaru cię krzywdzić, mała, jeżeli będziesz grzeczna, to nie będzie bolało.

    Victorique z trudem przełknęła ślinę. Więc to ją teraz czeka? Gwałt? Zamknęła oczy. Jeżeli wytrzymała to co zrobił jej Aedan, to i to wytrzyma. Tyle, że… Aedan ją pociągał, fizycznie, wcześniej sypiała z nim również z własnej woli, natomiast ten mężczyzna napawał ją obrzydzeniem. Podszedł do niej, zsuwając z ramion dziewczyny białą sukienkę. Łzy zaczęły spływać po jej bladych policzkach. Wahała się. Nie miała pojęcia czy poddać się czy walczyć. Czy ból, który jej z pewnością zada, będzie gorszy od bierności? Zamknęła oczy, mając nadzieję, że zdarzy się cud i nie będzie musiała odpowiadać sobie na to pytanie.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

      Nareszcie się doczekał. Gdy tylko otwarto jego celę, natychmiast zaczął się szarpać i wyrywać. Miał nadzieję okazać się na tyle irytującym, żeby Łowcy postanowili go zabić. 

    – To nie jest zbyt mądre, chłopcze – odezwał się spokojnie, stojący za kratami, we własnej celi, mężczyzna.

    Aedan nie przestawał. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale nie miał czasu na żaden inny plan. Przynajmniej nie dopóki nie upewni się czy Victoriqua jest bezpieczna. Ci dziwni pół-ludzie byli wyjątkowo silni. Silniejsi od Illi’andin. Już sama szamotanina sprawiała mu problem, a bójki sobie nawet nie wyobrażał. W końcu rzeczywiście się zdenerwowali. Zaciągnęli go w głąb korytarza i wepchnęli go jakiegoś pomieszczenia. W ciemności zobaczył żółte oczy. Usłyszał warczenie. Wydał bezgłośny rozkaz. Wyczuł zaskoczenie, wahanie, a w końcu posłuszeństwo. Wilki wyrwały się na wolność. Przestały bać się trzymających je w niewoli Łowców. Wymknął się za nimi, by niezauważony, wydostać się z zagród niewolników. Instynktownie wiedział dokąd iść. To nie była magia, więc nie mogli mu tego odebrać. To było jak podświadome wołanie, a on teraz, wyraźniej niż kiedykolwiek dotąd, wyczuwał strach Victorique. 

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Ugryzła go, a on ją uderzył i to z taką siłą, że upadła na pokrytą zgniłym sianem podłogę. Po chwili znalazł się na niej, ściągając z niej lnianą sukienkę. Skuliła się, kiedy spadł na nią kolejny cios. Twarz mężczyzny wykrzywiała wściekłość. Nie spodziewał się żadnego oporu. Twarde dłonie ugniatały jej ciało, sprawiając ból. Zamknęła oczy, nie mając już siły dłużej walczyć. Nagle ciężar zelżał. Usłyszała charczenie. Wilk! Najprawdziwszy, co prawda mocno wychudzony, ale jednak wilk. Rzucił się na mężczyznę, przegryzając mu gardło. Wtedy zobaczyła Aedana. Podniosła się z podłogi. W jednej chwili był już przy niej. Przygarnął ją do siebie. Wtuliła się w niego mocno, dopiero teraz pozwalając sobie na łzy.

    – Nic ci nie jest? – spytał, odsuwając się od niej i przyglądając uważnie dziewczynie. Przecząco pokręciła głową. Chwycił ją za rękę. – Nie możemy tu zostać – oznajmił, ciągnąc ją za sobą.

    Biegła najszybciej jak się dało, choć nogi odmawiały jej posłuszeństwa. W wiosce szalały wilki, zauważyła również kilkanaście martwych, zwierzęcych ciał. Aedan zaczął przeklinać.

    – Za szybko giną – mruknął – pospiesz się!

    Ktoś zagrodził im drogę, ale chłopak nie zwalniał. Wilk zwalił z nóg kolejnego Łowcę. Kiedy usłyszeli śmiertelny skowyt zwierzęcia, byli już kilkadziesiąt metrów dalej i ciągle biegli. Victoriqua czuła, jak palą jej płuca. Znaleźli się w lesie, wśród tropikalnej roślinności. Przedzierali się przez krzaki. Za nimi słychać było pościg. Kiedy jednak zagłębili się w dżunglę, wszelkie odgłosy ucichły. Zwolnili.

    – Nie gonią nas – stwierdziła dziewczyna, z trudem łapiąc oddech.

    – Wiem i to mnie właśnie niepokoi – mruknął.

    Zachłysnęła się powietrzem, kiedy tuż przy nich, pojawił się szary, wychudzony wilk. Aedan objął ją uspakajająco. Pod i nad okiem zwierzęcia przebiegała podłużna blizna, futro miał zmierzwione i poszarpane, ale poza tym nie wyglądał na rannego.

    – Więc tylko ty przeżyłeś? – Aedan zwrócił się do wilka, a potem przez chwilę milczał, jakby oczekując odpowiedzi. 

    – Co robimy? – zapytała w końcu zniecierpliwiona.

    – Idziemy dalej. Musimy jakoś wydostać się z tej wyspy – stwierdził. – Kiedy miniemy tę cholerną kopułę, damy już sobie radę.

    – Nie możemy ich tam zostawić! – oznajmiła stanowczym głosem Victoriqua.

    – Kogo? – spytał nie rozumiejąc.

    – Illi’andin! Są niewolnikami… Widziałeś, co z nimi… co z nami robią!

    Aedan spojrzał na nią zaskoczony. Tego się po dziewczynie nie spodziewał. Więc jednak przejmowała się losem innych… Poczuł, jak jeszcze bardziej boli go to, że on sam jej kompletnie nie obchodził. Nie ważne. To przecież nie stanowiło problemu. 

    – Zginiemy, jeżeli postanowimy tam teraz wrócić – powiedział wprost. 

    – Więc kiedy? – szepnęła cicho, a w jej oczach znowu zalśniły łzy.

    Zastanowił się przez chwilę. Nie chciał jej okłamywać, to jednak mógł jej przecież obiecać.

    – Kiedy skończy się wojna – oznajmił. – Jeżeli przestaniemy się nawzajem zabijać, wrócimy, żeby rozprawić się z Łowcami.

    Skinęła tylko głową, puściła jego rękę i ruszyła przed siebie, coraz bardziej oddalając się od zagród niewolników i wioski. Westchnął i podążył za nią, a wilk szedł tuż przy jego boku.

    Rozdział XI – Tropiki

    Mimo, że wyspa wydawała się naprawdę mała, to jednak oni chodzili w nieskończoność. Już dawno powinna pojawić się plaża i brzeg oceanu, a jednak… nigdzie ich nie było. Victorique zawsze do tej pory sądziła, że jest silna, odporna, wytrzymała i stanowcza. Wiele przyprawiających o dreszcze rzeczy potrafiła robić z zimną krwią. Tak jak zwabienie w pułapkę Aedana. Teraz jednak czuła się bezbronna i bezradna, niczym mała dziewczynka. Wreszcie się zatrzymali.

    – To nie ma sensu – stwierdził chłopak. – Muszę pomyśleć – oznajmił siadając pod drzewami, wygniatając rosnącą między nimi, wysoką trawę.

    Wilk gdzieś zniknął. Victorique opadła w milczeniu na ziemię. 

    – Czy ta dżungla ma jakikolwiek koniec? – westchnęła, podartym rękawem wycierając pot z czoła.

    Było gorąco i wilgotno. Dziewczyna czuła się, jakby ktoś próbował ją ugotować. 

    – To nie ma sensu – powtórzył Aedan. – Zbyt łatwo dali nam uciec. Coś tu musi być.

    Victorique wzruszyła ramionami.

    – Przecież jesteśmy na wyspie. Otoczeni morzem. Pewnie uznali, że i tak nie uda nam się uciec.

    – Nie – mruknął chłopak. – To nie to.

    W milczeniu obserwowała jego skupioną twarz. Przez moment przemknął po niej grymas bólu, który szybko ukrył pod maską obojętności. Mniej więcej po kwadransie wrócił wilk. Niósł w pysku jakieś zabite stworzenie, którego nie byli w stanie rozpoznać. Rzucił zdobycz pod nogi Aedana, patrząc wyczekująco. Chłopak podrapał drapieżnika za uszami, niczym dużego psa. 

    – To bardzo miło z twojej strony, ale nie sądzę, żebyśmy byli w stanie to zjeść. Zwłaszcza nie na surowo.

    Wilk obrzucił go obojętnym spojrzeniem, a potem ułożył się wśród traw, sam, powolnymi ruchami łap i szczęki, obskubując swoją zdobycz. Victorique położyła się obok nich, zwinięta w kłębek. Burczało jej w brzuchu. Była też wykończona. Sama nie wiedziała kiedy, odpłynęła w sen.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Obudziła się zaniepokojona. Aedan nie spał. Siedział oparty o pień drzewa. Mimo wieczornego chłodu, który nastał po upalnym dniu, po jego czole spływały krople potu. Victorique podniosła się i podeszła do niego. 

    – Coś się stało? – spytała klękając przy nim.

    – Odsuń się ode mnie – poprosił nieco zachrypniętym głosem.

    – Aedan, co się dzieje? – chciała wiedzieć dziewczyna.

    – Po prostu się odsuń – jęknął błagalnie – jak najdalej.

    Przyjrzała mu się uważniej. Dotknęła jego rozpalonego czoła. 

    – O matko nocy, ty się przemieniasz – szepnęła przestraszona. – Jak to możliwe, przecież to miejsce blokuje naszą magię…

    – Wiem – odpowiedział z trudem przełykając ślinę. – Dlatego właśnie nie mogę się przemienić. Czuję się, jakby coś rozsadzało mnie od środka.

    – Nie kontrolujesz się – mruknęła i nagle ją olśniło.

    Wiedziała dlaczego. Przypomniała sobie po co w ogóle Aedan jej potrzebował i dlaczego tak genialny był plan jej i Deamona. Od nocy, którą spędzili w karczmie z Violette, tego nie miał. Przysunęła się do niego bliżej. Pocałowała go w usta. Zachłysnął się powietrzem. Odsunął ją od siebie gwałtownie.

    – Nie – z jego ust wydobyło się jedno słowo, które jednocześnie było błaganiem.

    – Dlaczego? Przecież tego właśnie potrzebujesz, prawda? – spytała skonsternowana.

    – Stokrotko, proszę cię… – jego głos był pełen bólu i rozpaczy.

    Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz nazwał ją imieniem z ogródka. Zirytowała się jeszcze bardziej.

    – Nie bądź dzieckiem – warknęła na niego. – Jak mamy się stąd wydostać, jeżeli ty nie będziesz w stanie stanąć na nogach?

    – Nie chcę tego robić z osobą… dla której nic nie znaczę.

    – Ostatnio ci to nie przeszkadzało – prychnęła.

    Chwyciła za poły lnianej koszuli i przyciągnęła go do siebie. Pocałowała go ponownie, tym razem mocniej, bardziej stanowczo, a on jej nie odepchnął. 

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Victorique już zdążyła zapomnieć jak przyjemne jest ciepło jego dłoni. Tonęła w smaku jego ust. Był czuły, dotykał jej delikatnie, zupełnie inaczej niż… Deamon. Nie, o nim zdecydowanie teraz nie chciała myśleć. Wpatrywała się w orzechowe oczy Aedana. Chłopak przyciągnął ją do siebie. Powoli zaczął zsuwać podartą, lnianą sukienkę z jej ramion. Palcami przesunął po jej piersi. Mruknęła zadowolona. On również na nią patrzył. Przyglądał się jej uważnie. Mimo tego, że była brudna, miała potargane włosy i podarte, workowate ubranie, on i tak patrzył na nią z zachwytem. Nawet nie zauważyła, kiedy zupełnie pozbyli się lnianych okryć i teraz leżeli na nich na trawie. Aedan przesuwał dłońmi po jej ciele, rozkoszując się dotykiem jedwabistej skóry pod palcami. Victorique z rozmarzeniem muskała jego wężowe tatuaże, w tym miejscu nie musząc obawiać się, że będą niebezpieczne. Po kilku, pełnych wzajemnej fascynacji, minutach, chłopak zaczął przesuwać się w dół. Całował jej szyję, piersi, potem brzuch, aż wreszcie zszedł na uda. Delikatnie rozsunął jej nogi. Językiem zaczął pieścić jej intymne miejsce. Dziewczyna jęknęła. Nie tego się spodziewała. Kiedy proponowała mu seks, liczyła na to, że chłopak po prostu się nią zaspokoi. Nie podejrzewała, że on również postanowi dać jej rozkosz, że obydwoje naprawdę będą tego chcieli. Poczuła jak całe jej ciało przeszywa cudowny dreszcz zaspokojenia. Wtedy on znalazł się nad nią. Wszedł w jej pulsujące, ciepłe i wilgotne wnętrze. Victorique objęła go za szyję, przymykając oczy. Czuła go w środku całą sobą. Każdy jego ruch sprawiał jej dodatkową przyjemność. To było coś, czego jeszcze nigdy do tej pory nie zakosztowała.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Leżała odwrócona do niego plecami, okryta jego koszulą. Tulił ją w swoich ramionach. Od początku, do końca nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Teraz też nie. Jednak czułość w jego gestach mówiła sama za siebie. 

    – Powinieneś mnie nienawidzić – szepnęła w pustkę.

    Nie zobaczyła jego uśmiechu, ale wiedziała, że się uśmiecha. Czuła to.

    – Powinienem – przyznał, przyciągając ją do siebie jeszcze mocniej.

    – Ja dalej tego nie rozumiem… – mruknęła.

    Nie miała pojęcia dlaczego chciał jej pomóc w ucieczce, czemu się nią opiekował. Gdyby to ona była na jego miejscu, prawdopodobnie chciałaby po prostu go zabić. Odwróciła się w jego stronę. Chciała znów na niego spojrzeć.

    – Ja też nie – westchnął. – Victorique, twoje czary na mnie nie działają. Od początku nie działały.

    – Przykro mi – wyznała szczerze.

    Zobaczyła na jego twarzy grymas bólu. Coś bardzo smutnego pojawiło się w jego oczach.

    – Tak… – mruknął niechętnie. – Chyba powinienem powiedzieć, że mi też.

    Rozdział XII – Pozory

    Poczuła jak wraca do niej magia. Wizja powaliła ją na kolana. Była zbyt realna, zbyt silna i zdecydowanie zbyt bolesna. Fiołkowe oczy błyszczały w przyćmionym świetle świec. Burza kasztanowych włosów opadała na ramiona i plecy Violette. Jej nagie ciało wiło się z rozkoszy. Natomiast sprawcą takiego stanu był… Deamon. Victorique zamknęła oczy, ale to nie pomagało. Nigdy nie mogłoby pomóc, a rzeczy, które widziała, nie ważne czy już się wydarzyły, czy dopiero miały się wydarzyć – zawsze się sprawdzały. 

    – Stokrotko, nic ci nie jest? – Aedan opadł przy niej na ziemię i tym razem nie zirytowało jej nawet imię, jakim ją nazwał.

    Kiedy dotknął jej ramienia, zaskoczona zdała sobie sprawę, że to co robił Deamon z Violette nagle przestało mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. 

    – Wszystko w porządku – mruknęła, podnosząc się z powrotem, do pozycji stojącej. 

    Chłopak wstał razem z nią. Chwycił ją za rękę.

    – Magia, magia Illi’andin wróciła. Wynośmy się stąd dopóki mamy taką możliwość – oznajmił, ciągnąc ją za sobą.

    Victorique bez protestów pobiegła za nim. Miał rację. Teraz mieli szansę dostać się przynajmniej nad brzeg oceanu. Tylko, że wcale nie była pewna, co tam ich czeka…

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

      Po kwadransie znaleźli się na plaży. Po szalonym biegu zatrzymali się zaskoczeni. W oddali widniała smukła sylwetka statku. Natomiast nad brzegiem oceanu czekała niewielka armia. Aedan wypuścił dłoń dziewczyny, zasłaniając ją sobą. Żołnierze stali, niczym marmurowe posągi. Żaden z nich się nie poruszył. Żaden też nie spuścił z przybyszy czujnego wzroku. W ich kierunku ruszyła smukła postać. Jasnowłosy mężczyzna w skórzanych spodniach i białej, jedwabnej koszuli.

    – Deamon – jęknęła Victorique, mając pewność, że skoro on tu jest, będzie również i Violette.

    Kiedy podszedł bliżej, Aedan syknął z bólu, osuwając się na piasek. Deamon uśmiechnął się pogodnie. Wysunął przed siebie dłoń, w której ściskał na wpół przezroczysty, biały kamień. 

    – Kamień księżycowy – odpowiedział na pytające spojrzenie dziewczyny. – Odszukał was i zrobił dla was przejście w kopule Łówców, a teraz blokuję magię Aedana. – Teraz jego uśmiech stał się pogardliwy – to dość bolesny proces.

    – Co tu robisz? – spytała Victorique, starając się nie pokazywać po sobie zaskoczenia.

    – Miałem nadzieję, że podejdziesz do mojej obecności z większym entuzjazmem – skarcił ją, a ona dopiero teraz dostrzegła chłód w jego spojrzeniu.

    – Nie chciałabym znowu spotkać czarownicy – odpowiedziała mu odważnie, nie spuszczając wzroku z jego zimnych oczu.

    – Nie spotkasz – uśmiechnął się aroganckim, leniwym uśmiechem. – Wracamy do twierdzy, czas porozmawiać z twoim ojcem.

    Zaskoczył ją. Nie była na to gotowa. Deamon gestem dłoni przywołał dwóch żołnierzy, którzy podnieśli z piasku z trudem chwytającego powietrze Aedana i zaciągnęli go do łodzi. 

    – Nie cieszysz się na mój widok… – to nie było ani do końca stwierdzenie, ani pytanie, ona jednak wiedziała, że Deamon oczekuje odpowiedzi.

    Tym razem spuściła wzrok. Nie mogła mu powiedzieć prawdy. Przynajmniej nie całą.

    – Widziałam was. Ciebie i Violette. Miałam wizję.

    Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego. Potem skrzywił się nieznacznie. Wreszcie wzruszył ramionami, postanawiając zbagatelizować sprawę.

    – Na tym polega polityka – wyjaśnił gładko. – W końcu dostałem to czego chciałem. Ludzi, statek i możliwość działania na własną rękę.

    Dziewczyna powoli skinęła głową. Jego tłumaczenie było marne. Powinna się wściekać. Powinna zrobić mu awanturę. Nie potrafiła jednak w żaden sposób zareagować. Była zbyt zaskoczona faktem, jak mało ją to co robił Deamon obchodzi.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Aedan przymknął oczy. Znajdował się pod pokładem, w ładowni. Jego nadgarstki były skrępowane i podwieszone na zwisającej z sufitu linie. Z trudem stał na palcach. Był przekonany, że po chłoście, którą zapewnił mu Deamon, w ogóle nie miał już na plecach skóry. Na dodatek księżycowy kamień w dalszym ciągu blokował jego magię. Nawet regenerację. Zresztą i tak prawdopodobnie by nie zadziałała, bo był upiornie głodny. On i Victorique nie jedli od ponad doby, a wcześniej karmiono ich bardzo niewiele. Nie rozumiał czemu Violettet go zdradziła, czemu zdradziła jego ojca i inne czarownice. Nie miał pojęcia co zrobił Deamon, żeby dostać tak potężną zabawkę. Jedno jednak wiedział na pewno. Po raz kolejny znalazł się w sytuacji bez wyjścia i tym razem nikt i nic mu nie pomorze. Drzwi się otworzyły, tworząc jedynie wąską szparę, a potem natychmiast zamknęły. Spojrzał w ich kierunku, mrużąc zapuchnięte oczy, kolejny ślad po zabawie Deamona. Victorique. Nie był pewien czy wytrzyma, jeżeli i ona zacznie się nad nim znęcać. Na pewno nie psychicznie. Dziewczyna podeszła do niego bliżej. W dłoni ściskała nóż. Zmusił się, żeby otworzyć oczy i spojrzeć na nią. Położyła palec na ustach, nakazując mu milczenie. Z trudem przełknął ślinę, ale ona podeszła nie do niego, a do naprężonej, ukośnej liny, która trzymała go w górze, a potem przecięła ją ostrym nożem. Upadł na podłogę. Podbiegła do niego zwinnie.

    – Dasz radę chodzić? – szepnęła pytanie. – Musimy się stąd wydostać, teraz. Stoimy w porcie. Następny przystanek będzie w twierdzy, a kiedy znajdziemy się pod władzą mojego ojca już nie będzie żadnej drogi ucieczki.

    Niezbyt przekonany skinął głową i spróbował wstać. Chwyciła go za rękę, a on bezwiednie przyciągnął ją do siebie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, z tego co zrobił, ale ona nie protestowała. Wyczuł jak szybko bije jej serce. Jak usta dziewczyny rozchylają się by pocałować jego spierzchnięte wargi. Victorique… Przyszła tutaj. Po niego… Nie mógł w to uwierzyć. Nie wierzył, ale naprawdę chciał.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Poczuła jak ktoś ciągnie ją za włosy. Jęknęła z bólu. Napotkała jego wściekły wzrok. Aedan upadł na deski pokładu, zwijając się w pozycji embrionalnej. Z trudem łapał oddech.

    – Zawsze wiedziałem, że jesteś małą dziwką – syknął Deamon, przytrzymując ją jeszcze mocniej.

    Odepchnął ją z taką siłą, że uderzyła o ścianę tuż przy drzwiach, upadając na podłogę. Mężczyzna stanął nad Aedanem. Odwrócił go kopniakiem na plecy. Postawił mu na gardle obutą stopę. Wyjął z pochwy przy pasie długi, myśliwski nóż.

    – Wydaje mi się, że co nieco powinienem ci obciąć – uśmiechnął się paskudnie. – A może również wydłubać oczy, żebyś nie mógł na nią patrzeć…

    – Błagam, nie, nie krzywdź go! – krzyknęła spanikowana Victorique. Wiedziała, że kto jak kto, ale on nie rzucał gróźb na wiatr. – Deamon, proszę…

    Blondyn na chwilę stracił zainteresowanie chłopakiem. Spojrzał na nią chłodnym wzrokiem. 

    – Tak ci na nim zależy? – syknął, podchodząc bliżej i podnosząc dziewczynę z podłogi.

    Jęknęła, kiedy wykręcił jej do tyłu rękę. Łzy bólu same napłynęły jej do oczu. 

    – Deamon… – błagalnie wyszeptała jego imię.

    Pchnął ją na podłogę.

    – Rozbieraj się! – rozkazał.

    – Co? – spojrzała na niego zdezorientowana.

    – Rozbieraj się, do naga – powtórzył.

    Z trudem przełknęła ślinę, ale posłuchała. Dopóki skupiał się na niej, przynajmniej nie interesował się Aedanem, a ona nie potrafiła znieść myśli o tym, że go jeszcze bardziej skrzywdzi. Chłopak z trudem podniósł się do pozycji siedzącej, podpierając się dłońmi.

    – Stokrotko – szepnął rozpaczliwie.

    – Uklęknij i spleć dłonie na karku, jeżeli spróbujesz się wtrącić, ona tego pożałuje – oznajmił Deamon spokojnie, rozkoszując się każdym słowem.

    Był sadystą. Znalazł się w swoim żywiole. Zwłaszcza teraz, gdy poznał więcej słabości, które mógł wykorzystać. Aedan posłuchał, z trudem klękając. Przepraszająco patrzył na Victorique. 

    – Nie zrobisz tego, nie ośmielisz się! – drżącym głosem zażądała dziewczyna, kiedy wiązał jej ręce w nadgarstkach.

    – Zrobię z tobą co będę chciał – zamruczał tuż przy jej uchu. – Teraz to już nie ma większego znaczenia. 

    Poczuła na pośladkach kilka mocnych uderzeń. Jego ręka znalazła się między jej nogami. Potem sięgnął po bat. Przywiązał ją w tym samym miejscu, w którym wcześniej przywiązany był Aedan. Kiedy zaczął ją bić, zachłystywała się własnym oddechem. Nie była w stanie krzyczeć, ani powstrzymać spływających po policzkach łez. Razy skończyły się tak samo szybko jak zaczęły. Deamon nie chciał jej skrzywdzić. Chciał sprawić jej ból. Chciał ją upokorzyć. Odwiązał ją i pchnął na podłogę. Zaczął dotykać jej piersi, pieścić intymne miejsce. W końcu zmusił dziewczynę, żeby klęknęła, podparta na rękach. Szarpnął jej włosy, zmuszając, by patrzyła na Aedana. Ból i przerażenie widoczne w orzechowych oczach były nie do zniesienia. Deamon wszedł w nią. Brutalnie, od tyłu. Jęknęła. Jego ruchy były energiczne i silne. Sprawiał jej w ten sposób ból, a jednocześnie dawał przyjemność. Kiedy nie była w stanie więcej znieść, doprowadził ją do orgazmu. Zwinęła się na podłodze, z trudem oddychając. 

    – Teraz twoja kolej – oznajmił Deamon, pełnym okrucieństwa głosem. 

    Aedan spojrzał na niego zaskoczony.

    – Nie – szepnęła Victorique błagalnie.

    – Ruszaj się – pogonił go Deamon. – Przecież widzę, że tego chcesz – wymownym wzrokiem obrzucił wypukłość w podartych spodniach chłopaka. – Jeżeli tego nie zrobisz – dodał – to zawołam strażników. Z pewnością znajdzie się kilku chętnych – zakpił.

    Aedan przysunął się do dziewczyny. Kiedy odwróciła się na plecy, łagodnie rozsunął jej nogi. 

    – Przepraszam – szepnął, pochylając się nad nią.

    Kiedy w nią wchodził, oplotła ramionami jego szyję. Jej mięśnie w dalszym ciągu były rozedrgane po orgazmie, do którego doprowadził ją Deamon. Zamknęła oczy. Seks z Aedanem nawet w takiej sytuacji sprawiał jej przyjemność. Gdyby nie obecność Deamona i piekący ból pleców… Chłopak jęknął. Nie zdążył się z niej wysunąć, zalewając jej wnętrze falą swojego nasienia. Przyglądający się temu Deamon wyglądał na zadowolonego.

    – Skończ co zacząłeś – rozkazał. – Językiem.

    Usiadł na podłodze obok Victorique i oparł ją o siebie. Dłonie położył na jej piersiach.

    – Podoba ci się to, prawda? – szepnął aksamitnym głosem, przygryzając płatek jej ucha. – Korzystaj póki możesz, bo kiedy zostaniesz moją żoną, postaram się o to, żebyś już nigdy w życiu nie spojrzała na innego mężczyznę.

    Deamon był pewny siebie. Zbyt pewny. Victorique bała się nawet myśleć jaki układ zawarł z Violette. Umowa, dzięki której przestała mu być potrzebna. To musiało być coś wielkiego, skoro był pewien, że bez wysiłku i jej dobrej woli, przekona do siebie jej ojca. Zamknęła oczy. Deamon był potworem. Nie mieściło jej się w głowie, jak kiedykolwiek mogła go kochać. 

    – Wystarczy – zmusił Aedana, żeby położył się na plecach, a ją, żeby usiadła na nim.

    Jego członek znowu był gotowy do akcji. Victorique była obolała i wykończona. Nie miała pojęcia, kiedy Deamon wreszcie odpuści. Co jeszcze zamierzał zrobić? Na odpowiedź nie musiała długo czekać. Aedan nie poruszał się w niej. Po prostu leżał, a ona siedziała na nim. Objął ją ramionami, przyciągając do siebie, kiedy Deamon palcami rozsunął jej pupę. Pisnęła z bólu. Mężczyzna, nie przejmując się niczym, po prostu wtargnął do środka. Nie był ani trochę delikatny. Boleśnie czuła w sobie dwa, duże członki. Mimo, że chłopak pod nią się nie poruszał, ona sama przesuwała się na nim pod wpływem ruchów Deamona. Widząc jej rozszerzone oczy, Aedan przytulił ją do siebie jeszcze bardziej. Pocałowała go w usta, a on odwzajemnił jej pocałunek, starając się w ten sposób, odwrócić jej uwagę od bólu, który powodował w jej ciele Deamon. Kiedy wreszcie po długich, wlokących się w nieskończoność chwilach, wysunął się z niej, Victorique marzyła tylko o tym, żeby zwinąć się w kłębek i umrzeć. Deamon chwycił ją za ramię i podniósł z podłogi, wpychając w jej objęcia podniesione z podłogi ubrania.

    – Wynoś się stąd! – warknął. – Jeżeli jeszcze raz zobaczę, że kręcisz się w jego pobliżu, to nie gwarantuję, że dostarczę go twojemu ojcu w jednym kawałku.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Deamon nie zamierzał czekać. Po dotarciu do twierdzy, natychmiast zażądał audiencji u władcy Illi’andin. Wieść o pojmaniu syna generała Voilà, dowódcy rebeliantów, z prędkością błyskawicy rozniosła się po warownym zamku. Było to śmiałe i ryzykowne posunięcie, a jednak, ojciec Victorique, zgodził się bez żadnych obiekcji. Okazja była zbyt kusząca, żeby jej nie wykorzystać. Poza tym Deamon nie był głupcem. Jeżeli stawiał żądania, musiał mieć jeszcze jakiegoś asa w rękawie. Poza tym, w ten sposób, nie dawał najmniejszej szansy na to, żeby Victorique mogła się w jakiś sposób wtrącić… Dziewczyna, stojąc za kamiennym tronem ojca, patrzyła jak strażnicy brutalnie popychają skutego łańcuchami Aedana na posadzkę. Ze stoickim spokojem obserwowała arogancki uśmiech, zdobiący twarz Deamona. Mężczyzna oświadczył, że oprócz syna przywódcy buntowników, przynosi jeszcze propozycję od czarownic. Zdradzą buntowników i nawiążą sojusz z Illi’andin, gdyż tak samo jak oni, nienawidzą ludzi. Victorique z wystudiowaną maską obojętności obserwowała pobladłą twarz Aedana. To jednak nie było wszystko. Deamon oznajmił, że w zamian za zasługi, życzy sobie tytułu generała oraz jej ręki. Natomiast jej ojciec… on po prostu się na to zgodził. Ustalono datę ślubu, a główną atrakcją wesela miała być egzekucja Aedana, jeżeli jego ojciec nie zdecyduje się do tego czasu na złożenie broni.

    Rozdział XIII – Kara dla królewny

    Już wcześniej miał w twierdzy dość wysoką pozycję, ale teraz… teraz był kimś naprawdę ważnym. Mógł wydawać rozkazy, a inni, niezależnie od stopnia i rangi, musieli je spełniać. Wszystko ułożyło się lepiej niż przypuszczał. Dręczyła go jeszcze tylko jedna, drobna sprawa – Victorique. To była zazdrość, dręczące uczucie porażki. Mimo, że królewna należała teraz do niego, to jednak stanęła po stronie buntownika. Nie zamierzał puścić jej tego płazem, a patrzenie na jego śmierć, to zdecydowanie zbyt mało. Jego rozkazy były wyraźne. Victorique miała prawo widywać się z buntownikiem. Nikt nie śmiał zapytać dlaczego. Nie musiał czekać długo na efekty. Kiedy dziewczyna zorientowała się, że nikt jej nie powstrzymuje przed widywaniem Aedana, natychmiast skorzystała z okazji. Teraz Deamon masochistycznie obserwował bolesne fragmenty swojej układanki. W powietrzu rozbrzmiewał gorzki śmiech Aedana.

    – Dla mojego ojca już jestem martwy – odpowiedział cicho, na sugestię dziewczyny. – Nie będzie żadnych negocjacji.

    Victorique była wyraźnie wściekła.

    – Więc tak po prostu pozwoli cię zabić?! – warknęła na niego.

    Klęczała na podłodzie, po drugiej stronie krat. Chłopak wysunął rękę, by palcami dotknąć jej dłoni.

    – Moje życie jest nieistotne. Mój ojciec walczy o znacznie ważniejsze sprawy. Nie poświęci setek tysięcy istnień, za niepewną szansę uratowania mi życia.

    – Nie zgadzam się! – krzyknęła na niego. – Nie pozwolę ci umrzeć – szepnęła znacznie ciszej.

    Jej naprawdę zależało na tym śmieciu. Tylko dlaczego go to tak bardzo wkurzało? Zemści się. Da jej nadzieję tylko po to, żeby za chwilę ją znowu odebrać. To jednak nie wystarczało. Czuł, że utracił coś bezpowrotnie. Jej miłość była bezwarunkowa. Kiedy ją miał, była mu obojętna. Teraz jednak nade wszystko jej pragnął.

    – Pozwolisz, ponieważ nie masz wyboru – mruknął chłopak zamykając oczy.

    Deamon obserwował zaciśnięte usta Victorique. Zacięty wyraz twarzy i płonące determinacją oczy. Nie. Ona tak łatwo się nie poddawała. Była sprytna i z pewnością coś jeszcze wymyśli, a wtedy, on sam, również to jej odbierze. 

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Victorique wiedziała, że to nierealne, ale musiała spróbować. Nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby tak po prostu pozwoliła mu umrzeć. Wszystko szło dobrze, do momentu, kiedy nie uwolniła chłopaka z celi. Wtedy, na korytarzu rozbłysło magiczne światło, a na nią, na nią czekał Deamon, razem z całą armią strażników. Brutalnie chwycił ją za ramiona i odciągnął od całego zamieszania. Nie była pewna co stanie się z Aedanem. Nie miała również pojęcia, co będzie z nią samą. Deamon chciał coś powiedzieć, ale milczał, a Victorique zobaczyła zbliżającego się do nich ojca. 

    – Zostaw nas – rozkazał mężczyzna, a Deamon nie miał wyboru. Skłonił się i odszedł. – Zawiodłem się na tobie – kontynuował władca Illi’amdin, a jego twarz nie wyrażała niczego. Victorique milczała, jedynie obserwując go uważnie. – Karą za zdradę królestwa jest śmierć – oznajmił obojętnie, jakby była kimś obcym, a nie jego córką. Chociaż nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek było inaczej. – Chcesz coś powiedzieć?

    Dziewczyna przecząco pokręciła głową, a on odszedł, po drodze wzywając straże.

    Rozdział XIV – Finał

    Nie mógł w to uwierzyć. Przecież była królewną. Córką władcy. Jak jej ojciec, tak po prostu, mógł skazać ją z zimną krwią na śmierć? Przez trzy dni walczył sam ze sobą. Z chłodem, który mroził go w środku. Przez trzy dni próbował zobaczyć się z dziewczyną. Na próżno. Miała zostać zabita. Tak po prostu, a wszystkie jego plany legły w gruzach. Kiedy czwartego dnia, o zachodzie słońca, Victorique wyprowadzono na plac, w białej, sięgającej ziemi sukni z pobladłą, ale dumną twarzą i jasnymi, naturalnymi włosami, Deamon wiedział już, że nie jest w stanie tego obserwować i zrobi coś, cokolwiek – chociażby miał zginąć razem z nią. Pędem rzucił się do, w tym momencie kiepsko pilnowanych, więziennych cel. Nie obchodziło go czy zabija, czy tylko ogłusza strażników. Kiedy wpadł do celi Aedana, pierwsze co zrobił, to roztrzaskał księżycowy kamień o kamienną podłogę. Nie zwrócił uwagi na wbijające się w jego skórę odłamki. Chłopak spojrzał na niego pytająco.

    – W co możesz się przemienić?! – warknął na niego Deamon.

    – W nic – odpowiedział zachrypniętym z pragnienia głosem Aedan – nie mam wystarczającej energii. 

    – Świetnie, więc pożyczysz sobie moją – oznajmił chłodnym, nieco tylko ponaglającym głosem, Deamon.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Gdyby Victorique nie czuła się taka przerażona, sytuacja wydałaby się jej nawet zabawna. Jej ojciec publicznie zdecydował o tym, żeby ją zgładzić za zdradę, a teraz nie mógł się z tego wycofać. Namawiał ją, żeby zdradziła Deamona, namawiał ją, żeby zdradziła Aedana, a ona nie chciała i nie potrafiła, a teraz… teraz nie było już odwrotu i czekała ją śmierć. Z wieży obserwowała jak budują dla niej stos, na którym spłonie żywcem. Jedynym aktem łaski, była trucizna, którą na polecenie ojca zostawiła jej służąca. Dziewczynie chciało się śmiać – wariacko i histerycznie. Zostanie spalona żywcem lub popełni samobójstwo. Nie podobała jej się żadna z tych opcji. Na dodatek jej śmierć prawdopodobnie będzie oznaczała również początek wojny z elfami. A jednak, mimo wszystko, jej ojciec nie miał żadnego wyboru. Teraz, mimo obezwładniającego strachu, postanowiła swój los przyjąć z godnością. Wraz z zachodem słońca zapalono pierwsze pochodnie, a ona, czując liźnięcia gorąca, była pewna, że wkrótce umrze. Stchórzyła. Przegryzła pestkę z trucizną, a dopiero poniewczasie zdała sobie sprawę, jak wielki popełniła błąd. Mimo, że nie była czystej krwi Illi’andin, to jednak jej organizm regenerował się znacznie szybciej niż ludzki, a teraz… teraz walczył z trucizną. Zamiast umrzeć natychmiast, bezbolesną śmiercią, los dał jej jeszcze godzinę lub dwie – chwile podczas których ona po prostu spłonie żywcem.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Wiedział, że zrobi wszystko, czego Deamon sobie zażyczył, ponieważ on również nie potrafił pozwolić jej umrzeć. W jakiś niewytłumaczalny sposób stała się sensem jego istnienia. Uśmiechnął się do siebie. Był pewien, że swoją postacią zaskoczy nie tylko Deamona. Nagle ogarnęła go panika. W świetle zachodzącego słońca ujrzał płomienie. Co jeśli nie zdąży?! Wtedy właśnie wyszedł z ukrycia i… rozpoczął przemianę. Pierwszy raz w życiu ją kontrolował. Wszystko to dzięki temu, że gdzie indziej pozbył się swojej energii seksualnej. Teraz wreszcie miał pełną świadomość tego co robi. Zaczął się zmieniać, a przemiana była jednocześnie bolesna i pełna euforii.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Ktoś krzyknął. Zebrani na placu żołnierze zaczęli panikować. Wszędzie wokół było pełno dymu i ognia. Na placu wylądował smok. Prawdziwy, ogromny, ziejący płomieniami, z łuskami ciemnymi jak najczarniejsza noc. Dobrze wyszkoleni wojownicy byli przygotowani na wszystko, na wszystko, ale nie na to. Smoki już od dawna nie istniały. Były postaciami z legend, z dawnych czasów, ale ten… ten tu był żywy i jak najbardziej realny. Victoriqua była przekonana, że ma omamy. To co się tam działo po prostu nie było  możliwe. Wtedy poczuła przy sobie czyjąś obecność. 

    – Zaufaj mi – usłyszała cichą prośbę Deamona.

    To nie miało sensu. Rozwiązał ją, a potem chwycił w ramiona, nie pozwalając upaść. Wtedy zbliżył się do nich smok, kładąc się na ziemi. Deamon zabrał ją ze sobą, na jego grzbiet, na którym byli zaledwie maleńkimi figurkami. Nie miała pojęcia co się dzieje. Kręciło jej się w głowie od dymu, ale przede wszystkim od rozgryzionej pestki z trucizną. Umierała, więc jaki był sens ją ratować? Smok wzbił się w powietrze, a dziewczyna straciła przytomność.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Victorique otworzyła oczy. Leżała na czymś miękkim. W jaskini. Tuż obok niej spał Aedan. Oddech miał miarowy. Nie poruszał się. 

    – Śpij – usłyszała cichy, aksamitny głos Deamona.

    Usiadła. Zakręciło jej się w głowie. W półmroku przyglądał jej się zaniepokojony.

    – Powinnaś odpocząć – powtórzył.

    – Ile spałam? – przerwała mu stanowczo.

    Wzruszył ramionami.

    – Zdecydowanie zbyt krótko w stosunku do tego, co przeszłaś. Lecieliśmy tutaj może pół godziny. 

    – Aedan, czy on? – Victorique nie mogła dokończyć pytania. 

    Nie potrafiła ubrać swojego zdumienia  w słowa.

    – Ma kilka nadzwyczajnych umiejętności – prychnął Deamon. 

    – Nic mu nie jest? – spytała cicho.

    – Jest wykończony. Trochę jeszcze pośpi. Ty też powinnaś – zwrócił jej uwagę.

    – Nie. Nie teraz – sprostowała. – Czy możemy wyjść na dwór? – poprosiła. – Nie chcę go budzić.

    Mężczyzna, niezbyt przekonany, skinął w końcu głową. Chwiała się. Kręciło jej się w głowie. Gdyby jej nie pomógł, prawdopodobnie w ogóle nie udałoby się jej wstać.

    – Może jednak powinnaś się położyć? – zasugerował, kiedy opadła na trawę przed jaskinią. 

    Usiadł obok niej. Przysunęła się do niego. Ku jego zaskoczeniu wtuliła się pod jego ramię, ukrywając twarz w jego torsie.

    – Zasnę. Niedługo – oznajmiła cicho. – Tylko, że wtedy już się nie obudzę.

    Deamon odsunął ją od siebie. Patrzył zaniepokojonym wzrokiem.

    – Dlaczego?

    Nie patrzyła mu w oczy.

    – Byłam pewna, że umrę i połknęłam truciznę, akt łaski mojego ojca – wyszeptała. – Zrobiłam to nieco zbyt późno, dlatego jeszcze nie jestem martwa – wyjaśniła niechętnie. – Miałam spłonąć żywcem… – usprawiedliwiła się cicho.

    Przytrzymał jej ramiona. Zmusił ją, żeby na niego spojrzała. Chłód w jego oczach zniknął. Zastąpiła go rozpacz.

    – Nigdy bym na to nie pozwolił! – warknął na nią.

    Uśmiechnęła się do niego smutno. Potem przysunęła się bliżej. Pocałowała go w usta. 

    – Nie zabijaj go – poprosiła.

    – Chyba jego powinnaś o to prosić. Widziałaś co potrafi.

    Victorique dłonią dotknęła jego policzka. Potem usiadła, opierając się o niego bokiem. 

    – I tak byś z nim wygrał – mruknęła.

    Oplótł ją ramionami. W duchu musiał przyznać jej rację. Aedan był w jego oczach impulsywnie działającym dzieciakiem, a on sam był od niego zdecydowanie sprytniejszy. I zdecydowanie bardziej okrutny. Gdyby chciał, mógłby go zabić. W tym momencie to jednak nie miało znaczenia. Jeżeli Victorique umrze, nic go już nie będzie miało.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Nie był czystej krwi Illi’andin natomiast w jego żyłach płynęła magia – krew czarodziejów. To właśnie to przed wszystkimi ukrywał. Nikt nigdy nie wpadłby na to, że ten, który go spłodził (słowo ojciec nigdy nie przecisnęłoby się Deamonowi przez gardło) był nekromantą. On sam również zgłębiał podstawy czarnej magii i teraz, dzięki więzi, którą stworzył podczas rytuału ognia, mógł ofiarować życie Aedana, w zamian za życie Victorique. Musiał się jednak pośpieszyć, zrobić to, zanim dziewczyna umrze. Przytulił ją do siebie mocniej, zamykając oczy, a potem dobrowolnie przeniósł się do krainy wiecznego zmierzchu. Poruszał się powoli wśród szarości. Był tu jedynym, materialnym bytem – nie zagubioną duszą. Musiał się spieszyć. Znacznie łatwiej było tu trafić, niż się z tego miejsca wydostać. Panowała tu cisza. Nic nie zakłócało jego myśli, a jednak.. Jednocześnie słyszał, jak oddech dziewczyny się uspakaja. Jak zapada w wieczny sen. Nie miał już więcej czasu. Oczami wyobraźni widział już pełen kwiatów ogród. Równiusieńkie grządki pełne czarnych irysów – kwiatów, które kwitły jedynie o północy. Był w nim tylko raz, ale wiedział, że gdzieś tam jest. Pragnienie było tu silniejsze od praw fizyki. Przeniosło go w miejsce z wyobrażeń. Bez trudu zerwał jeden z intensywnie pachnących kwiatów. Potem znów poczuł pod sobą trawę. Był pod bezchmurnym niebem, pod gwiazdami i przed jaskinią. W ramionach trzymał Victorique, dziewczynę, która już nigdy miała się nie obudzić. Ułożył ją delikatnie na ziemi. Splótł na sercu jej dłonie, a między nie wsunął rozkwitnięty kwiat. Wstał. Zza pasa wysunął nóż i ruszył w kierunku jaskini. Stanął nad śpiącym Aedanem. Chłopak otworzył oczy. Spojrzał na niego nieco oszołomiony. Deamon zawahał się. Na jedno uderzenie serca, ale to wystarczyło. Ból powalił go na kolana. Nóż miękko upadł na pokryte mchem dno jaskini. Aedan zerwał się na nogi. Chwycił mężczyznę za poły koszuli, podnosząc w górę. Za późno.

    – Zabij mnie! – rozkazał Aedanowi. 

    – Co? – chłopak puścił go zaskoczony.

    – Zabij mnie, albo Victorique umrze – warknął na niego Deamon.

    To nie tak miało się potoczyć, ale teraz, teraz nie miał wyjścia. Chłopak odsunął się od niego. Nie rozumiał. Deamon błyskawicznie sięgnął po nóż. Aedan odsunął się instynktownie, gotowy w każdej chwili do skoku. To jednak nie on był celem Deamona. Mężczyzna, z nieludzką siłą, nożem przebił własne serce.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Aedan przyglądał się oszołomiony krwi, która spływała po rękach Deamona. Potem, jego ciało zaczęło po prostu blaknąć. Po chwili nie było już po nim śladu, jakby nigdy tu nie stał. Chłopak wyszedł na zewnątrz. Victorique spała na trawie. Trzymała coś w splecionych dłoniach. Kwiat… kwiat był czerwony. Jakby ktoś skąpał go we krwi. Dziewczyna była blada i… sprawiała wrażenie jakby już nigdy miała się nie obudzić. Przerażony Aedan opadł przy niej na ziemię. Podniósł ją, przyciągając do siebie.

    – Stokrotko, obudź się! – rozkazał, potrząsając nią.

    Trwało to bardzo długo, ale w końcu… w końcu otworzyła oczy, Spojrzała na niego zdezorientowana i zagubiona.

    – Gdzie ja jestem? – zapytała cicho.

    Ulga, którą odczuł, nie równała się z niczym innym. Zamiast odpowiadać przyciągnął ją do siebie bliżej. Pocałował jej różane usta. Zaskoczył go smak krwi na jej wargach, ale kiedy odwzajemniła pocałunek, to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Żyła i wyglądało na to, że w jakiś sposób, Deamon uratował jej życie.

    Epilog

    Victorique obudziła się z koszmarnego snu. Śniła o krainie wiecznego zmierzchu. O błąkającej się wśród cieni duszy Deamona. Poczuła otaczające ją ramiona Aedana i wtuliła się w chłopaka jeszcze bardziej.

    – Znowu miałaś zły sen? – zapytał.

    Miała koszmary niemal każdej nocy. Od czasu, kiedy powinna obudzić się martwa. Skinęła niechętnie głową, ale milczała.

    – To się zmieni, kiedy dotrzemy do lasu elfów, do twojego dziadka – powiedział z wiarą.

    Być może, pomyślała Victorique, która jednak wcale zmian nie chciała. Nie mogła zostawić Deamona. Nie w tamtym miejscu. Nie po tym, jak uratował jej życie. Za to sny… one były jedynym co ją teraz z tamtym miejscem łączyło. Nie mogła ich stracić. Aedan się jednak o nią martwił, a ona nie chciała dawać mu ku temu powodów. Ich wspólnym marzeniem było zakończenie wojny. Pragnęli by zapanował pokój. Chcieli uwolnić trzymanych, przez Łowców, w niewoli, Illi’andin. I przede wszystkim obydwoje mieli nieśmiałą nadzieję na wspólną przyszłość. To wszystko jednak w obecnej chwili było mglistymi, odległymi planami. Przyszłością. Victorique pocałowała chłopaka w usta, a on namiętnie odwzajemnił jej pocałunek. Nic nie musiała mówić, ponieważ on wiedział. Teraz już rozumiała, dlaczego tak upierał się przy tym, że są sobie przeznaczeni. 

    The End

    Note