Rozdział 3 – Na granicy szaleństwa
by Vicky
Trawa była tu tak wysoka, że sięgała Maeve niemal do kolan. Dziewczyna stała sama, na środku najwyraźniej czegoś, co służyło ubłoconym stworkom za plac. Zabrali gdzieś Raela, a ją tu po prostu zostawili. Wiedziała jednak, że samotność jest tylko złudzeniem, że jest bezustannie obserwowana spomiędzy bujnych liści drzew. W końcu usiadła po turecku, na miękkiej trawie, cierpliwie czekając. Wrócili po nią po niemal godzinie. Tym razem jednak nie byli sami. Szła między nimi spowita w białą szatę dziewczyna. Maeve uznała, że musi być od niej młodsza o przynajmniej kilka lat. Ledwo zaczęła być kobietą. Miała hebanowo czarne włosy i roziskrzone, brązowe oczy, w których czaiły się lekko złośliwe iskierki.
– Interesujące – zamruczała, podchodząc do Maeve.
Dziewczyna całą sobą wyczuwała napięcie otaczających ją stworzeń. Stała spokojnie, pozwalając się obejrzeć nieznajomej.
– Kim jesteś i co to za miejsce? – zapytała nie potrafiąc już dłużej wytrzymać.
– Thijs mówi, że nie zabili was tylko dlatego, że byliście podobni do mnie – oznajmiła, zupełnie ignorując pytanie Maeve. Potem wymówiła kilka słów w dziwnym, gardłowym języku, a jedno ze stworzeń zagulgotało, wyraźnie oburzone. – Chodź za mną – rozkazała i nie czekając przeszła między rzędami uzbrojonych, pokrytych błotem postaci. – Jestem Lilien – przedstawiła się nieznajoma, wprowadzając dziewczynę i depczące im po piętach stworzenia, na wąską, leśną ścieżkę – a jak ty masz na imię?
– Maeve – odpowiedziała nieco zbita z tropu dziewczyna, przedzierając się przez otaczające je, gęste krzaki.
Lilien odwróciła się ku niej. W jej ciemnych, brązowych oczach zatańczyły iskierki.
– Od dzisiaj jesteś moją przyjaciółką, Maeve – oznajmiła w dziecięcy sposób wydymając usta. – Będziemy się razem doskonale bawiły.
Po chwili dziewczyna zatrzymała się, tak nagle, że Maeve prawie na nią wpadła. Z jednego z wysokich drzew, spuszczono sznurową drabinkę. Lilien złapała się jej, cicho nucąc poważną melodię, a potem została wciągnięta na górę. Maeve ruszyła jej śladem. Znalazły się na zbitej z desek, szerokiej platformie, położonej tak, że z ziemi w ogóle nie było jej widać. Dziewczyna z zachwytem przyjrzała się łączącym drzewa, wiszącym mostom i ukrytym w liściach, drewnianym domostwom. Wyglądało na to, że zbudowane w ten sposób jest całe miasto!
– Ile masz lat? – zapytała Lilien, przebiegając ze śmiechem po drewnianym moście.
– Dziewiętnaście – odpowiedziała nieco zmieszana Maeve.
– Ja prawie szesnaście – oświadczyła z dumą tamta. Minęły kolejny most, a potem jeszcze jeden, ciągle pnąc się w górę, coraz wyżej i wyżej. W końcu Lilien otworzyła jedne z drewnianych drzwi. – Tutaj mieszkam – oznajmiła, pokazując udekorowane leśnymi kwiatami wnętrze.
W środku był drewniany, niski stolik i wyłożony białym materiałem, schludnie i miękko wyglądający siennik. Nieznajoma usiadła na nim, miejsce obok siebie wskazując Maeve. Dziewczyna posłusznie usiadła. Chwilę później, niskie, tym razem czyste, odziane w workowate sukienki, stworzenia wniosły do drewnianego domku pełne różnorakich owoców i, smakowicie wyglądających, podpłomyków tace. W dzbankach niosły krystalicznie czystą wodę i mleko. Maeve, mimo głodu, spróbowała czegokolwiek, dopiero, gdy zrobiła to najpierw Lilien.
– Gdzie jest mój przyjaciel? – zapytała zaspokoiwszy pierwszy głód.
– Och, on nie jest twoim przyjacielem – wyjaśniła cierpliwie Lilien, a jej ton brzmiał tak, jakby powtarzała to Maeve po raz niewiadomo który. – Ja jestem twoją przyjaciółką – uzupełniła. Uśmiechnęła się drapieżnie. – Zajmę się nim osobiście, a potem pozwolę Thijsowi i Urghowi go zabić, w zamian będę mogła zatrzymać ciebie. Taka była umowa.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Maeve obudziła kłótnia sprzeczających się ze sobą, gardłowych głosów. Była w drewnianym domku sama. Leżała na miękkim sienniku, przez chwilę nasłuchując, a potem wstała i wyjrzała przez szparę, po cichu uchylając drzwi.
– Marilah kita membunuh Dia! – zażądało jedno ze stojących nieopodal, na drewnianej platformie stworzeń.
– Wanita kami mahu bermain dengan ia – odpowiedziało mu ponuro drugie. – Kita tidak boleh membunuhnya. Bukan sekarang.
Dziewczyna zdecydowanym krokiem wyszła przed dom. Istoty spojrzały na nią wrogo.
– Wiecie gdzie jest Lilien? – zaryzykowała.
Po ich owłosionych pyszczkach przemknęły cienie zrozumienia.
– Cabutan di sana, ini akan menyelesaikan perkara itu – zadecydował pierwszy.
– Persetujuan – przytaknął mu drugi.
Potem skinęli ponaglająco na Maeve, a jeden z nich, niemal wepchnął ją na wiszący most. Dziewczyna, uważnie rozglądając się dookoła, ruszyła za nimi. Po kilkunastu kolejnych mostach i platformach, doszli do jednego z większych domów, jakie Maeve do tej pory widziała między drzewami. Zgodnie zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami, pokazując jej wejście. Zanim dziewczyna zdążyła otworzyć drzwi, usłyszała w myślach kłótnie znajomych głosów. Walczyli między sobą.
„Zabiję ją!” warczał Rael „wpuść mnie tylko tam, a ją zabiję!”
„Dlatego właśnie cię nie wpuszczę” syknął na niego Raven.
Maeve niemal fizycznie czuła ich wewnętrzną walkę o kontrolę nad wspólnym ciałem. Myśli Raela zaprzątały uczucia wstrętu, obrzydzenia i niechęci. Raven natomiast był niepokojąco podniecony. Dziewczyna pchnęła drzwi i weszła do środka. Stanęła jak wryta, jeszcze w progu. Chłopak leżał na podłodze, nie mogąc się poruszyć, najwyraźniej czymś sparaliżowany, a na nim, okrakiem, siedziała zupełnie naga Lilien, której biała szata leżała teraz niechlujnie rzucona na podłogę. Powoli, mrucząc jak mały kociak, rozpinała guziki jego koszuli, od czasu do czasu pochylając się i muskając językiem usta Ravena. W ogóle nie zwróciła uwagi na to, że ktoś wszedł do środka.
„Zabierz ją” odezwał się błagalnie Raven, a ona wiedziała, że myśli są skierowane bezpośrednio do niej. „Zabierz ją stąd, bo kiedy się rozproszę, to on wygra walkę, a wtedy ta dziewczyna zginie”.
„Może to i lepiej” pomyślała mimowolnie Maeve.
„Moja dziewczynka” zamruczał ukontentowany Rael.
„Pieprz się” warknęli na niego jednogłośnie obydwoje.
Odpowiedział im głuchy śmiech.
– Lilien? – spróbowała Maeve, nie licząc na jakąkolwiek reakcję.
Dziewczyna odwróciła na nią wzrok, jakby dopiero teraz spostrzegła jej obecność. Uśmiechnęła się drapieżnie.
– Przyłączysz się? – zapytała kusząco, skończywszy rozpinać koszulę Ravena i dobierając się do jego spodni.
Maeve poczuła, że zbiera się jej na mdłości.
– On cię zabije, jeżeli nie przestaniesz – powiedziała cicho.
Lilien roześmiała się wdzięcznie.
– Jest sparaliżowany – wyjaśniła rozbawiona – jego ciało reaguje, ale on sam nie może się ruszyć.
– Mylisz się – oznajmiła podchodząc bliżej do dziewczyny.
Tamta wstała, uśmiechnęła się promiennie. Zarzuciła Maeve ręce na szyję, przytulając się do niej nagim ciałem.
„Nie” wyszeptał Raven, któremu to w zupełności wystarczyło.
„Tak” wymruczał rozbawiony Rael, wypychając towarzysza w głąb umysłu.
Natychmiast zerwał się z podłogi. Chwycił drobną Lilien, odciągając ją od Maeve i jak szmacianą lalką rzucił dziewczyną o ścianę. Spojrzała w jego oczy. Nie zrobiły się fioletowe, tylko dalej pozostały żółte i kocie, zupełnie jak w momencie kiedy się pojawiał.
– Przestań! – krzyknęła na niego Maeve, stając pomiędzy nim, a dziewczyną.
Rael odepchnął ją, zupełnie nie zwracając na nią uwagi. Podszedł do Lilien, która zdążyła się już pozbierać i teraz wycofywała się w kierunku drzwi. Minęła ich linię i znalazła się na zewnątrz. Tam chwiejnie wstała. Chłopak rzucił się w jej kierunku, a potem zaczął przeklinać.
– Co jest do cholery? – syknął, stając, jakby zatrzymała go niewidzialna bariera.
Maeve podniosła białą suknię i podała ją dziewczynie, bez problemu przechodząc przez drzwi. Lilien odwróciła się gwałtownie, długimi paznokciami przesuwając po jej policzku. Maeve poczuła ostry ból i ciepłą krew. Otoczyły ich niewielkie, włochate i ubrudzone błotem stworzenia. Tym razem wszystkie były uzbrojone w rurki i krótkie, drewniane łuki. Oddzieliły Maeve od Lilien, wpychając tą pierwszą z powrotem do chaty.
– Setan ini tidak akan melebihi jangka kami – wyjaśnił jeden, stając na czele pozostałych. Jego futro nie było szare ani brązowe, jak u reszty stworzeń, a zupełnie siwe. – Terdapat dua.
Zwracał się do Lilien. Dziewczyna założyła suknię i odgarnęła z ramion długie, czarne włosy. Obrzuciła Raela zawiedzionym spojrzeniem. Z żalem spojrzała też na Maeve. Potem w jej oczach pojawiła się jakaś mściwa, okrutna satysfakcja.
– Urgh mówi, że ten tutaj jest demonem, nie powiedziałaś mi – zwróciła się z wyrzutem do Maeve. – Chatę zabezpieczają runy. Jeżeli pojawi się ten drugi, będzie mógł przejść, a strażnicy przyprowadzą go bezpośrednio do mnie. Jeżeli nie, to cóż, demon zostanie tutaj na zawsze… – odwróciła się i zaczęła odchodzić, a potem nagle się zatrzymała, ponownie patrząc w kierunku Maeve. – Och, byłabym zapomniała, przyjemnych snów, bo sądzę, że tej nocy, będziesz miała same koszmary.
Kiedy tylko Lilien zniknęła z ich pola widzenia, strażnicy natychmiast zatrzasnęli, ciężkie, drewniane drzwi. Rael przestał przeklinać i teraz tylko cicho syczał. Przestał jednak natychmiast, kiedy jego wzrok zatrzymał się na Maeve. Milczał przez chwilę, a potem znów zaczął przeklinać. Podszedł do dziewczyny, odgarniając jej włosy z twarzy. Patrzyła na niego zaskoczona, gdy przyglądał się zadrapaniu. Wierzchem dłoni otarł jej z policzka krew.
– Ten dzieciak to Janda Hitam, czarna wdowa – wyjaśnił. – Jej zadrapanie jest trujące. Nie mam pojęcia co ci zrobiła.
– Doskonale – westchnęła dziewczyna, siadając pod jedną ze ścian. – Tylko tego jeszcze mi było trzeba.
Rael starannie zapiął koszulę, a potem usiadł obok niej.
– Jeżeli mi pozwolisz, to to sprawdzę – mruknął niechętnie.
Skinęła głową, nie mając pojęcia co miał na myśli, było jej już wszystko jedno. Chłopak pochylił się, tak jakby chciał ją pocałować, a potem przesunął językiem po jej policzku, tam gdzie ciągle jeszcze wypływała świeża krew.
– Ej! – syknęła na niego.
Roześmiał się. Po chwili jednak zupełnie spoważniał.
– To racun – westchnął – mówiła dosłownie, kiedy stwierdziła, że tej nocy będziesz miała koszmary. Właściwie to nawet gorzej, bo te halucynacje będą bardziej realne niż sny.
– Rewelacja – wzdrygnęła się Maeve.
Już po kilkunastu minutach, całe pomieszczenie zaczęło wirować, a dziewczyna poczuła, że spada. Opadała w bezdenną otchłań, a powietrze wokół niej płonęło. Słyszała swój własny krzyk. Potem zobaczyła twarze, potwornie zdeformowane, nieprzyjazne i wrogie.
– Maeve! – usłyszała swoje imię.
„Maeve” rozbrzmiewało echem w jej myślach.
Otworzyła oczy. Spojrzała w zaniepokojoną twarz pochylającego się nad nią Raela. Zdała sobie sprawę, że drży. Zacisnęła dłonie na jego koszuli i przylgnęła do niego, całym swoim ciałem, zupełnie jakby był kołem ratunkowym. Nie chciała wracać do tego koszmaru. Zdziwiła się, kiedy chłopak jej nie odtrącił. Objął ją ramionami, przytulając do siebie. Położył się razem z nią na drewnianej podłodze. Za wszelką cenę starała się utrzymać własną świadomość.
– Dlaczego tak nie znosisz kobiet? – zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.
Odsunął ją od siebie, ale tylko na tyle, żeby móc na nią patrzeć. Uśmiechał się ponuro.
– Nie w tym rzecz – oznajmił spokojnie.
– Więc nie będziesz miał nic przeciwko, jeżeli zrobię to? – zapytała z powrotem przysuwając się do niego i całując go w usta.
Odepchnął ją od siebie gwałtownie.
– Nigdy więcej nie całuj Ravena – zawarczał przez zaciśnięte żeby.
– Przecież nie całowałam jego, tylko ciebie… – nie zrozumiała dziewczyna.
– Nie! – uciął stanowczo. – To w dalszym ciągu jest jego ciało. Robiąc takie rzeczy nie chcesz mnie, tylko ciało Ravena – wyjaśnił już odrobinę spokojniej.
Postanowiła podjąć wyzwanie.
– Sam pocałowałeś mnie już dwa razy – oznajmiła mu z wyrzutem.
– Wiem – odpowiedział ponuro. – Przepraszam.
Teraz była już zupełnie zbita z tropu. Rael? Przepraszał? To jednak nie mógł być Raven. Wiedziała, że to nie on.
– Więc co mam zrobić, jeżeli chciałabym pocałować ciebie? – zapytała przekornie.
Roześmiał się. W jego śmiechu nie było nawet cienia wesołości.
– Nie chciałabyś – oznajmił.
Irytowało ją to, że postanowił decydować za nią.
– Przekonamy się? – zapytała wyzywająco.
– Jesteś pewna, że chcesz mnie zobaczyć? – mruknął niechętnie.
Maeve skinęła głową. Naprawdę chciała. Nie była tylko pewna, na co się zgadza. Rael przysunął się do niej, ponownie oplatając ją ramionami.
– Zamknij oczy – rozkazał, a ona posłuchała.
Kiedy je otworzyła, była zupełnie gdzie indziej. Stała teraz na porośniętej zieloną trawą łące. W oddali widziała linię drzew. Przed nią rozpościerało się wzgórze, na którym ktoś stał. Powoli podeszła w tamtym kierunku. Ujrzała wysokiego mężczyznę, o białych jak śnieg, krótko ściętych włosach. Od pasa w górę był obnażony, więc widziała jego szczupłe, starannie wyrzeźbione ciało. Był do niej odwrócony tyłem. Podeszła jeszcze bliżej. Stała może metr od niego, kiedy się odwrócił. Wpatrywały się w nią teraz niesamowite, żółte oczy z podłużnymi, kocimi źrenicami. Jego surowa, ogorzała od wiatru twarz była niewyrażającą niczego maską. Jego policzek, pod kątem, przecinała podłużna, biała blizna. Wieloma innymi było poznaczone jego ciało.
– Masz czego chciałaś – odezwał się spokojnie, a ona natychmiast rozpoznała jego głos, bo mimo, że brzmiał zupełnie inaczej, dalej zachowywał ten sam, specyficzny ton.
Teraz, kiedy widziała go nie przez pryzmat Ravena, nie mogła traktować go już, jak głupiego, zadufanego w sobie chłopca, takiego, za jakiego od pierwszego wejrzenia uważała Andre. Poza tym musiała mu przyznać rację. W kobietach budziłby bardziej trwogę niż pożądanie. Nie w niej. Za bardzo ją intrygował. Podeszła do niego jeszcze bliżej. Dłonią dotknęła jego policzka. Przytrzymał przy nim jej rękę, patrząc dziewczynie w oczy.
– Gdzie jesteśmy? – zapytała cicho.
– To takie moje miejsce – wyjaśnił. – Tylko tutaj Raven nie ma wstępu.
Poczuła, jak kręci się jej w głowie, a potem znów leżała na podłodze drewnianego domku, wtulona w ramiona Raela.
– Czemu wróciliśmy? – zaprotestowała.
Uśmiechnął się do niej ponuro.
– To miejsce by cię zabiło, gdybyś za długo w nim przebywała – westchnął. – Działanie trucizny już powinno minąć, lepiej się prześpij – zasugerował, nie patrząc na nią.
Wtuliła się w niego, układając tak wygodnie, jak tylko się dało, na twardej, drewnianej podłodze. Nawet, kiedy zamknęła powieki, nie potrafiła odgonić od siebie obrazu wpatrzonych w nią, żółtych, kocich oczu Raela.