Rozdział 5 – Na granicy szaleństwa
by Vicky
Maeve siedziała w zaciszu swoich komnat, obracając w dłoniach czarny kryształ. Może powinna go oddać Andre? Skrzywiła się. Zdawała sobie sprawę, że to nie byłby dobry wybór. Nie chciała jednak także, żeby był to Gilbert lub Raven, a jak inaczej miała ratować sytuację? Do jej pokoju wszedł David, bezceremonialnie podchodząc do dziewczyny i biorąc ją w ramiona. Zamarła, gdy po raz pierwszy, nie przestrzegając żadnych zasad dobrego wychowania, pocałował ją w usta. Ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, jak bardzo przyjemny i miękki jest ten pocałunek.
– Przepraszam, że znalazłaś się w takiej sytuacji – szepnął dłonią dotykając jej policzka. – Tak bardzo mi przykro!
Spojrzała na niego, zastanawiając się czy może mu to zrobić. Nie mogła! chyba, że byłaby to jego własna decyzja…
– Davidzie – zaczęła cicho – znam sposób, żeby uratować twojego ojca… uratować nas wszystkich.
Spojrzał na nią pytająco. Czekał. Wyciągnęła z sakiewki czarny jak noc kamień.
– Co to? – zapytał David przyglądając się mu nieufnie.
– Tu zamknięty jest demon – przyznała cicho – jeżeli go rozbijesz, zamieszka w tobie.
– Czemu miałbym to zrobić? – spojrzał na nią pytająco, odrobinę przestraszony.
– Ponieważ on jest silny, silniejszy i szybszy niż zwykli ludzie… Jeżeli to on poprowadzi atak, nawet garstkę żołnierzy, zwycięży.
Wzrok Davida w dalszym ciągu mówił, że ciężko mu w to uwierzyć.
– Czemu miałby chcieć nam pomóc? – zapytał.
– Nie nam, tylko mi – przyznała szczerze, spuszczając wzrok. – Wydaje mi się, że mnie kocha… – szepnęła.
David wyrwał jej z ręki kamień, a potem, ze wściekłym warknięciem, rozbił go o podłogę. Jego oczy zmieniły się. Przez chwilę stały się kocie, żółte z podłużnymi źrenicami.
– Ty mała, zdradziecka dziwko! – zbliżył się w jej stronę. Przestraszona cofnęła się pod ścianę. – Zaufałem ci! Słyszałem potem każde wasze słowo!
– Rael, to nie tak – zaczęła cicho, ale on nie słuchał, tylko trzaskając drzwiami wyszedł z pokoju.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Maeve stała na blankach, przyglądając się, jak David, a raczej teraz Rael, na karym koniu pędzi na czele małej armii. Dołączyli do nich również Gilbert i jego ludzie, co było niemałą niespodzianką dla Lorda Petersona. Kiedy jego żołnierze przekonali się, że ich strzały spadają na ziemię, jak zwiędłe liście, a miecze najczęściej rozbijają się o niewidzialną tarczę, przerażeni uciekli z pola bitwy, woląc śmierć za dezercję niż spotkanie z czarami. Po dwóch godzinach było już po wszystkim.
„Nie wolno ci tak o niej myśleć!” usłyszałam zapalczywe myśli Davida.
„Pieprz się! Będę o niej myślał jak tylko zechcę!” odpowiedział mu znudzonym głosem Rael, co świadczyło o tym, że to już któraś z kolei tego typu wymiana zdań.
Rael, mimo, że w kolczudze, zgrabnie zeskoczył z konia, a potem podszedł bezpośrednio do Maeve.
– Pomóż mi się pozbyć tego cholerstwa! – rozkazał.
„Hej, jak się do niej zwracasz?!” zaprotestował natychmiast David.
Niechętnie pomogła mu przez głowę ściągnąć kolczugę. Odetchnął z ulgą. Bez pytania chwycił ją za rękę i pociągnął w kierunku oranżerii.
– Musiałaś?! Naprawdę musiałaś?! – stanął oburzony górując nad nią, pośród egzotycznych roślin. Spojrzała na niego pytająco. Zielone oczy płonęły. – Dlaczego akurat on?! – jęknął. – W zamku miałaś do wyboru ponad trzystu innych mężczyzn!
Spuściła wzrok, wiedząc, że to co powie, bardzo mu się nie spodoba.
– Ale to właśnie jego kocham – oznajmiła cicho.
Niemal fizycznie wyczuła szczęście wypełniające Davida. Rael zamarł, nie spodziewając się takiej odpowiedzi.
– Więc trzeba było pozwolić Gilbertowi zrobić, to co chciał – odezwał się oschłym głosem. – Wtedy miałabyś swojego Davida – niemal wypluł to słowo – tylko dla siebie.
Tym razem spojrzała mu w oczy.
– Tylko, że… – wyszeptała.
– Tylko, że co? – ponaglił nieuprzejmie.
– Tylko, że ciebie kocham bardziej – mruknęła zawstydzona.
Zielone oczy rozszerzyły się, na chwilę stając się żółte, kocie.
– Ty mała egoistko! – z jego gardła wydobył się niemal zwierzęcy warkot. – Doskonale to sobie zaplanowałaś!
Maeve przecząco pokręciła głową.
– Jeżeli nie chcesz, to więcej go nie dotknę – oznajmiła cichym, ale stanowczym głosem. – Będziemy razem tylko w twoim miejscu…
Wyczuła płynącą od Davida panikę. Zrobiło jej się go ogromnie żal. Rael patrzył na nią przez chwilę, a potem porwał ją w ramiona. Pocałował ją w usta, najpierw lekko, a potem coraz głębiej i namiętniej. Lekko oszołomiona odwzajemniła pocałunek, zarzucając mu ręce na szyję. Odsunęła się jednak zaskoczona, czując zachwyt i podniecenie nie tylko Raela, ale i Davida…
– Chyba nie mógłbym mu tego zrobić – mruknął niechętnie Rael, nie wypuszczając dziewczyny z objęć. – On prawie cały czas myśli tylko i wyłącznie o tobie. Nie jest w stanie skierować myśli gdzie indziej. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek choćby spojrzał na inną dziewczynę. Poza tym, mimo, że go nie lubię, jest naprawdę dobrym szermierzem – przyznał niechętnie.
David odrobinę się rozpromienił. Jednak uśmiechnął się szeroko, dopiero kiedy Rael, nie wypuszczając Maeve z objęć, wycofał się głębiej i go wpuścił.
„Nie chcę się tobą dzielić” – oznajmił – „ale skoro kamień już nie istnieje, to nigdy nie opuszczę jego ciała, więc podejrzewam, że i tak muszę.”
– Ja też nie chcę – przyznał cicho David. Spojrzał jej w oczy – ale wiesz, ze dla ciebie zrobię wszystko.
Pocałowała go. Rael zamruczał.
– Jakim cudem to czujesz? – zwróciła się bezpośrednio do niego.
„Nie wiem” – odpowiedział – „po prostu. Przy Ravenie tego nie było.”
– Czytałem legendy – wtrącił się ku ich zaskoczeniu David. – Nie wierzyłem, że są prawdziwe, ale teraz wierzę. W księgach to się nazywało przeznaczenie – oznajmił. – Jeżeli demon spotka odpowiedniego człowieka – zająknął się, w dalszym ciągu z trudem mieszcząc całą sytuację w głowie – stają się jednością i mają jedynie dwie różne jaźnie. Wszystko inne współodczuwają.
„To brzmi jak choroba psychiczna” wzdrygnął się Rael, śmiejąc się głucho.
David objął Maeve ramieniem, a ona nie protestowała. Była szczęśliwa. Miała ich obu – dwóch mężczyzn, których w życiu kochała. Wyczuła z zadowoleniem, jak mimo powierzchownej wrogości, wytwarza się między nimi nić przyjaźni i zrozumienia. Razem weszli wspólnie na zamkowy korytarz. Z zamyślenia wyrwał ją radosny śmiech Raela. Raven stał przy oknie, zaborczo obmacując jedną z pokojówek. Demon znów przejął kontrolę. Wziął dziewczynę za rękę i razem podeszli do chłopaka.
– Od początku nieźle sobie poczynasz – zamruczał, nie puszczając dłoni Maeve.
– Ty też – stwierdził Raven kierując w jej stronę spojrzenie. – Naprawdę myślałem, że ona jednak na mnie leci… – wyznał zawiedziony.
– Masz szczęście, że nie – oznajmił Rael, z drwiącym uśmieszkiem, błąkającym się w kącikach pociągających ust, uśmiechem, którego nigdy wcześniej nie widziała u Davida, a jednak, doskonale tam pasował – bo gdyby tak było, musiałbym cię zabić.
The End