Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Nienawidziła swojej krwi i pochodzenia. Nie potrafiła pogodzić się z narzuconym z góry losem, a mimo to wiedziała, że musi wypełnić swoje obowiązki – jakkolwiek przerażające i niesprawiedliwe by nie były. Może łatwiej by jej było wszystko zaakceptować, gdyby nie to, że urodziła się i wychowała w normalnym świecie, a nie w tym magicznym jak wszyscy jej krewni. Przez dziewiętnaście lat żyła po prostu jak normalny człowiek. Zastępcza rodzina, która nie miała pojęcia o istnieniu magii, zwykła szkoła, koleżanki, problemy dorastania. To wszystko jej dotyczyło, nie znała natomiast swojego dziedzictwa, nie interesował jej świat, w którym była nosicielką krwi czarownic. Chciała tylko, żeby zostawili ją w spokoju. Kiedy jednak zaprotestowała, postawiła się kobietom w czarnych szatach, jasno dały jej do zrozumienia, że to nie do niej należy wybór. Wytłumaczyły jej spokojnie, surowym tonem kim jest i, że jeżeli nie spełni swoich obowiązków, to ją po prostu do tego zmuszą, za pomocą magii lub innych środków, a ukarana zostanie jej przybrana rodzina. Najgorsza była ta bezradność i wiedza, że nic nie może zrobić.

    Teraz posłusznie, w niebieskiej, sięgającej do ziemi sukni, siedziała przed lustrem i pozwalała by służąca szczotkowała jej ciemne włosy. Dziewczyna musiała być w jej wieku, może nawet młodsza, ale zwracała się do niej „pani”, a przy każdej próbie nawiązania kontaktu Neva widziała przerażenie w jej oczach. To był zupełnie inny świat – miejsce w którym nigdy nie chciałaby żyć. I choć jej życie nigdy już nie będzie zwyczajne, na to jedno uparła się stanowczo i całą sobą – cokolwiek by się nie stało, ona wróci do normalności.

    – Gotowa? – zapytała srogo wyglądająco kobieta, z włosami tak mocno związanymi z tyłu, że wydawało się jakby naciągały skórę jej twarzy.

    Gotowa?! Neva była pewna, że nigdy nie mogłaby być przygotowana na to, co ją tej nocy czeka. Wzdrygnęła się, ale posłusznie wstała, gdy służąca skończyła układać jej włosy. Podążyła za kobietą szerokim, jasno oświetlonym korytarzem zamku. Kiedy mijały gobelin z wyszytą na nim krwawą bitwą, zatrzymała je kobieta w ciemnozielonej, aksamitnej sukni. 

    – Dziękuję Sofia – odezwała się chłodnym tonem, odprawiając kobietę – teraz ja zajmę się naszym gościem. 

    Kiedy tylko zniknęła, chwyciła Nevę za łokieć, zmuszając dziewczynę, by spojrzała prosto na nią. Neva była pewna, że kojarzy tę twarz. Lady Agatha, jedna z arystokratek obecnych na sali, gdzie dziewczyna po raz pierwszy wyraziła swój głośny protest. Pamiętała ją, ponieważ była jedną z tych, które głosowały za jej uwięzieniem i zmuszeniem siłą do wypełnienia obowiązków. 

    – Zostaw mnie! – syknęła.

    – Jesteś upierdliwym bachorem – sapnęła kobieta wrogim tonem. – To co cię spotkało jest zaszczytem, a ty traktujesz to jakby było karą! Nie rozumiesz jak ważne jest by rodziły się dzieci czystej krwi?! 

    Neva, mimo, że obiecała sobie spokój i chłodną obojętność, zwyczajnie nie potrafiła się powstrzymać.

    – Zaszczytem?! – niemal się roześmiała. – To, że jakieś kobiety postanowiły uczynić mnie klaczą rozpłodową ma być dla mnie honorem?! 

    Lady Agatha i tak już czerwona na twarzy spurpurowiała jeszcze bardziej.

    – Tylko to gwarantuje nam bezpieczeństwo i magiczną równowagę! – przestała się pilnować i jej głos stawał się coraz bardziej donośny. – Czarownice są coraz mniej płodne, rodzi się coraz mniej dzieci, czemu nie jesteś w stanie tego zrozumieć? Bez nich ten świat umrze!

    – Co mnie obchodzi wasz świat? – warknęła Neva. – To jak żyjecie to nie mój problem! Nie rozumiesz, że jedyne czego pragnę to wrócić do domu?!

    – I wrócisz – oznajmiła patrząc wrogo na dziewczynę – kiedy urodzisz dla nas córkę, będziesz mogła zrobić co tylko będziesz chciała.

    Neva nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ na korytarzu, w zasięgu ich wzroku, zaczęli pojawiać się inni goście. Lady Agatha puściła ją natychmiast, pospiesznie wygładzając suknię. Skinęła jej głową i ruszyła przed siebie korytarzem, a dziewczyna chcąc nie chcąc podążyła za nią. Na środku wielkiej komnaty stał suto zastawiony stół. Za nim rozstawili się muzycy. Pozostała część pomieszczenia przeznaczona była do tańczenia. Złote i ciemnoczerwone draperie na ścianach sprawiały, że czuła się nie jak na przyjęciu, a raczej jak w kościele. Zresztą to przecież był jej pogrzeb. Usiadła na wskazanym przez Lady Agathę rzeźbionym krześle. Nie rozglądała się dookoła. Z całych sił walczyła z własną bezradnością i paniką – a wiedziała, że kiedy będzie zmuszona wreszcie ich zobaczyć, będzie jeszcze tylko gorzej. Znienawidzona krew czarownic po matce i błękitna krew w żyłach po ojcu, mieszanka wybuchowa, która sprowadziła na nią te wszystkie kłopoty. Najgorsze było to, że tak naprawdę, Neva nigdy swoich rodziców nie poznała. Przez całe swoje życie wychowywała się w rodzinie zastępczej i to Isabelle oraz Thomas byli jej prawdziwymi rodzicami, a nie postacie rodem z dawno zapomnianej baśni. Bardziej poczuła niż zobaczyła, jak ktoś się ku niej pochyla.

    – Będzie dobrze – powiedział cicho siedzący przy niej mężczyzna. 

    Spojrzała na jego poznaczoną zmarszczkami, pełną współczucia twarz. Wydał się jej pierwszą osobą, która okazała jej w tym świecie choć odrobinę sympatii. Mimo to przecząco pokręciła głową.

    – Nic nie będzie dobrze – szepnęła.

    Uśmiechnął się łagodnie, uspakajająco, niczym ukochany dziadek.

    – Nazywam się Lucas Brendt – przedstawił się uprzejmie. – Uwierz mi, też kiedyś byłem młody i wiem co przeżywasz. Moją żonę, Magdalen, również poznałem w ten sposób, przy uroczystej kolacji, dzień przed ślubem. Zajęło nam to kilka lat, ale zaprzyjaźniliśmy się, a potem naprawdę pokochaliśmy.

    Dziewczyna wzdrygnęła się w środku na samą myśl. Współczuła teraz również i jemu, a nie tylko sobie. Nagle zapragnęła się przed nim otworzyć, wyżalić.

    – W moim świecie to nie jest normalne – westchnęła. – Poza tym moja sytuacja jest inna. One nie chcą mnie wydać za mąż. Czarownice chcą, żebym urodziła dla nich dziecko i oddają mnie jak zabawkę obcym mężczyznom.

    To nie do końca była prawda i doskonale o tym wiedziała. Sabat chciał wydać ją za mąż. Po prostu przedstawił jej dwóch kandydatów, a kwestią rozstrzygającą miało być to, który pierwszy pocznie z nią dziecko. Czuła się jak w chorej grze. Jednak grożąc tym, że popełni samobójstwo, wywalczyła sobie przynajmniej tyle, że zanim to się stanie, będzie mogła przebywać w swoim własnym świecie, chodzić do szkoły i być z rodziną. Jedynym mankamentem miał być nowy aspekt w jej życiu, a mianowicie stale obecny seks. Nie wiedziała czy śmiać się czy płakać, kiedy oznajmiły jej, że czarownice są bardzo mało płodne i zajście w ciążę może jej zająć nawet kilka lat. 

    – Nevo – to że znał jej imię ani trochę dziewczyny nie zdziwiło, chyba wszyscy tutaj wiedzieli kim jest – nie miej im tego za złe. Sabat jedynie chce ratować swój świat. Zastanów się również czy nie warto odpuścić tym chłopcom, nie musisz być przecież dla nich utrapieniem. Oni o niczym nie decydowali. Zupełnie tak jak ty. Ich los został przesądzony z góry, tylko z powodu rodzin, w których się urodzili.

    Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. W ten sposób nigdy o tym nie myślała. Pieprzona polityka baśniowego świata, który nie powinien istnieć! A już z pewnością nie w jej życiu!

    – Nie znam ich! – z trudem powstrzymała się od warknięcia na staruszka.

    – Oni ciebie też nie – oznajmił ze spokojem. – Natomiast o tym co będą musieli zrobić wiedzieli przez całe życie. Ty przynajmniej spędziłaś wiele lat wolna od tej świadomości.

    Neva przymknęła oczy. W sali pojawiało się coraz więcej osób. Niechętnie spojrzała w kierunku, którego do tej pory tak bardzo unikała. Staruszek podążył za jej wzrokiem.

    – Niewiele o nich wiesz, prawda? 

    Niechętnie przytaknęła. Znała imiona i nazwiska. Właściwie nawet nie wiedziała który jest który, nie była też pewna czy w ogóle są ludźmi. W tym świecie to nie miało znaczenia. Siedzieli po przeciwległej stronie stołu. Rozmawiali przyciszonymi głosami. Przyjaźnili się? To ją zaskoczyło.

    – Blondyn – wskazał na chłopaka w błękitnej liberii – to najmłodszy syn króla Dareshii, książę David Michael De’vree. Jest twoim rówieśnikiem. 

    Musiała przyznać, że rzeczywiście wyglądał jak książę z bajki. Mimo, że nie widziała tego z tej odległości, mogła się założyć, że ma błękitne oczy. Jego sylwetka była szczupła, ale nie wątła. Złote, lekko kręcone włosy nosił splecione na karku w skomplikowany, myśliwski warkocz. Wyglądał dosyć miło i… bardzo, bardzo smutno. Nevie nie umknęło spojrzenie dziewczyny, która od czasu do czasu na niego zerkała. Szczupła, kasztanowowłosa ślicznotka, w słonecznie żółtej sukni. Patrzyła na księcia z prawdziwą rozpaczą i tęsknotą. Dziewczyna z całej siły zacisnęła pięści. Ten świat był okrutny i bezlitosny, jak ci wszyscy ludzie mogli w nim żyć?

    – Szatyn natomiast – kontynuował zostawiając jej chwilę na przemyślenia – jest wychowankiem władcy północnych krain. Nazywa się Matthew Cuttbert, urodziłaś się kiedy skończył pięć lat i już w tym momencie postanowiono powiązać jego losy z twoimi.

    Ciemne, nieco przydługie włosy niesfornie opadały chłopakowi na czoło. Ubrany był na czarno, jego tunika miała jedynie srebrne obramowanie. Neva nie miała pojęcia dlaczego gdy na niego patrzy przeszywa ją jakiś dziwny chłód, a jednocześnie po jej ciele rozlewa się przyjemne uczucie ciepła.

    – Czy oni są ludźmi? – odważyła się zapytać.

    – Nie do końca – przyznał Lucas. – Gdyby nie byli nadzwyczajni, czarownice nigdy by ich nie wybrały. W rodzie Davida płynie krew elfów, książę wywodzi się z bardzo starej, królewskiej linii. Natomiast o Matthew krążą plotki, że w jego żyłach jest smocza krew przemieszana z krwią demonów. Ile jest w tym prawdy nikt nie wie, ale coś w tym musi być, skoro sabat wybrał właśnie jego. Niewątpliwie jest niebezpieczny, ale tobie z jego strony nic nie grozi. Łączy was silna więź. Niedługo po tym jak się urodziłaś został odprawiony magiczny rytuał, posmakował twojej krwi i teraz moce silniejsze od niego zmuszają go, żeby cię za wszelką cenę chronić.

    Neva znowu była pod wrażeniem sprytu czarownic. Sabat wszystkich wykorzystywał do swojej polityki. Bardzo wygodne. Strażnik i kochanek w jednym. Na dodatek taki, który z pewnością nie zawiedzie, bo nie dano mu żadnego wyboru. Coraz bardziej nienawidziła tego świata. Wreszcie, po długim oczekiwaniu, pojawił się pan tego zamku. U jego boku szła drobna, uroczo uśmiechnięta kobieta. Uczta się rozpoczęła. Parkiet zajęły barwne, wirujące w tańcu pary. Neva siedziała jak na szpilkach. Jednocześnie pragnęła by skończyły się te tortury, a z drugiej strony wcale nie chciała by przyjęcie dobiegło końca, ponieważ to oznaczało tylko jedno… rzecz, z którą nie chciała się pogodzić.

    – Zatańczysz pani? – usłyszała nad sobą aksamitny głos, chylącego się we wdzięcznym ukłonie Davida.

    Dziewczyna zamrugała zaskoczona. Wzięła sobie do serca słowa Lucasa i ze wszystkich sił starała się by na niego nie warknąć. Przecież to nie była jego wina.

    – Nie umiem tańczyć – oznajmiła chłodnym tonem.

    Z jego twarzy nie znikał przyjazny uśmiech.

    – Ja potrafię i zapewniam cię pani, że to wystarczy za nas obydwoje.

    Może rzeczywiście lepiej będzie, jeżeli pozna go teraz, niż kiedy znajdą się w łóżku? Może dzięki temu łatwiej będzie jej to wszystko znieść… Niezbyt przekonana wstała od stołu, a on poprowadził ją na przeznaczony do tańca parkiet. Rzeczywiście nie kłamał. Prowadził tak, że ani razu nie ośmieszyła się myląc skomplikowane kroki dziwacznego walca. Czuła się jakby płynęła, kiedy trzymał ją blisko siebie. Nie odezwał się ani słowem, ale przyglądał jej się z zainteresowaniem, zupełnie jakby próbował odgadnąć jej myśli. Gdy muzyka przestała grać podziękował, ukłonił się i odszedł, zostawiając ją samą. Neva, nieco oszołomiona, wymknęła się na prowadzący ku ogrodom taras. Sama, w nocnej ciemności, rozjaśnionej jedynie blaskiem dochodzącego z komnaty magicznego światła i bladą poświatą migoczących w ogrodzie lamp, poczuła nową falę panicznego strachu. Nie zastanawiając się nad tym co robi, zbiegła po schodach i popędziła przed siebie odgrodzonymi zielonym bluszczem alejkami. Zdyszana zatrzymała się w różanym ogrodzie. Przymknęła oczy rozkoszując się zapachem i ciszą. Pod powiekami pojawiły się jej nieproszone łzy. Usłyszała czyjeś goniące ją kroki i zdyszany oddech. Stanęła przed nią potężnie zbudowana Lady Agatha. W półmroku z trudem dostrzegała jej purpurową, wykrzywioną gniewem twarz. 

    – Nawet nie próbuj uciekać głupia smarkulo! – warknęła kobieta wściekłym głosem. 

    Czy takie zachowanie przystoiło damie? Neva szczerze w to wątpiła.

    – To co robię nie jest twoją sprawą – odgryzła się natychmiast.

    Zaskoczona poczuła jak kobieta wymierza jej mocny policzek. Nawet nie widziała, kiedy tamta uniosła dłoń. W porównaniu do Lady Agathy czuła się mała i bezbronna. Cofnęła się o krok, by tym razem zobaczyć, jak tamta unosi dłoń. Zamknęła oczy. Cios tym razem jednak nie nadszedł. Po chwili uchyliła powieki, by zobaczyć co się stało. Nad nimi górowała ciemna sylwetka. Chłopak trzymał nadgarstek pobladłej kobiety. Puścił go patrząc na nią wrogo.

    – Jak śmiesz?! – jego głos był cichy i zimny niczym lód.

    – Wybacz panie – jęknęła, a Neva nigdy nie podejrzewała, że Lady Agatha potrafi się tak przed kimś płaszczyć.

    Dygnęła, choć w jej wykonaniu wyglądało to bardziej śmiesznie niż wdzięcznie, a potem oddaliła się pospiesznie by jak najszybciej zniknąć w ciemności. Neva ze wszystkim sił próbowała uspokoić rozszalały oddech. Na próżno, a obecność Matthew ani trochę nie pomagała. Chłopak odczekał dłuższą chwilę, by nabrać pewności, że kobieta nie usłyszy, co ma do powiedzenia. Dziewczyna poczuła na sobie jego pełne pogardy spojrzenie.

    – Myślisz, że jesteś spełnieniem moich marzeń? – warknął na nią. Neva cofnęła się aż pod sam żywopłot. – Sądzisz, że zabijamy się z Davidem o miejsce przy twoim boku? – kontynuował rozgniewany. – Otóż wyobraź sobie, że nie. Zmuszono nas do tej farsy tak samo jak ciebie, ale tylko ty myślisz, że jesteś niewiadomo kim. Uważasz, że jesteś lepsza od innych. 

    Neva przecząco pokręciła głową, nawet nie wiedząc czy w tej ciemności to zauważy. Najchętniej odsunęłaby się jeszcze dalej, ale nie miała już gdzie się cofać. Teraz łzy już otwarcie spływały po jej policzkach.

    – Zastanów się nad sobą, dziewczynko – syknął, a potem odszedł zostawiając ją sama w ciemnościach. 

    Dziewczyna przez dłuższą chwilę nie potrafiła powstrzymać własnych łez i drżenia. Jego słowa zabolały ją do żywego. Poruszyły coś głęboko w środku. W końcu zebrała się w sobie na tyle, by wrócić do zamku. Tam natychmiast została oddana w ręce służących. Kąpały ją i zaplatały jej włosy. Jej ciało namaszczały wonnymi olejkami. Przerażona i niechętna poddawała się tym zabiegom. Na koniec nałożyły na nią coś, co z trudem można było nazwać koszulą nocną – był to raczej strzępek przezroczystej tkaniny. Sofia, z kamiennym wyrazem twarzy, poprowadziła ją ciemnym korytarzem pod jedne z  drewnianych drzwi gościnnych komnat. Neva czuła, że jej serce zaraz wyskoczy z piersi. Obezwładniał ją strach.

    – Który będzie pierwszy? – odważyła się zadać pytanie, w myślach błagając, żeby był to David.

    Pusta twarz Sofii nie wyrażała niczego, choć dziewczyna mogłaby przysiąc, że przemknął po niej przez chwilę cień współczucia. 

    – Obydwaj naraz, rozumiesz, względy polityczne – wyjaśniła wysnutym z uczuć głosem. – Późniejsze spotkania ustalicie już sami.

    Zanim Neva zdążyła choćby pomyśleć, otworzyła drzwi i wepchnęła ją do środka, zamykając je za nią z hukiem i zostawiając dziewczynę uwięzioną w pułapce. Bardzo szybko oddychając stanęła przy samej ścianie. Byli tam. Rozebrani od pasa w górę, leżeli na szerokim łożu. Matthew, podparty na łokciu wpatrywał się w nią zimnym wzrokiem. Nigdy nie spodziewałaby się, że oczy w kolorze czekolady mogą tak mrozić swoim spojrzeniem. David usiadł zaraz po tym jak weszła.

    – No, no – odezwał się z drwiną Matthew – patrz jak przygotowali naszą czarownicę.

    Ku zdziwieniu Nevy, blondyn spojrzał na niego wściekłym wzrokiem.

    – Zamknij się kretynie! – rozkazał wstając. – Nie widzisz, że jest przerażona?

    Podszedł do dziewczyny, po drodze zgarniając z bogato zdobionego fotela leżącą na nim niedbale koszulę. Neva wpatrywała się w niego ciągle oszołomiona, kiedy otulał ją cienkim materiałem. Ubrał ją niczym małą dziewczynkę, a potem starannie zapiął wszystkie guziki. Koszula sięgała jej aż do ud, zakrywając biodra. Potem posadził ją na krześle, zamoczył w stojącej na komodzie porcelanowej misie biały ręcznik i delikatnie zaczął zmywać z twarzy dziewczyny ostry, niemal wulgarny makijaż. Poddawała się temu procesowi biernie, aż w końcu cały ręcznik był szaro-brudny, za to jej blada twarz zupełnie czysta. David wziął ją za rękę i poprowadził w stronę łóżka. Już nie potrafiła powstrzymać napływających do oczu łez. Posadził ją w pościeli, delikatnie okrywając kołdrą, a sam usiadł obok niej. 

    – Ja mam jej powiedzieć, czy wolisz sam to zrobić? – odezwał się Matthew, jakby rozbawiony całą sytuacją.

    Blondyn ponownie zgromił go wzrokiem, objął Nevę ramieniem, a ona wtuliła się w niego, jakby szukając w nim ochrony.

    – Posłuchaj maleńka – zaczął spokojnie, cichym głosem David, gdy dziewczyna podniosła na niego wzrok. – Nie musimy tego robić, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Żadne z naa tego nie chce, wystarczy więc, że będziemy współpracować – jego głos był prawie błagalny.

    Neva spojrzała na chłopaka zaskoczonym, pełnym nadziei wzrokiem.

    – Jak to? – spytała Davida starając się całkowicie ignorować obecność Matthew. – Myślałam, że sabat ma swoje sposoby, żeby to sprawdzić…

    Chłopak uśmiechnął się przyjaźnie. 

    – Nic, na co nie potrafilibyśmy zaradzić, przynajmniej dopóki nie zrobią się podejrzliwe – wyjaśnił. 

    Ulga, która zalała dziewczynę była nie do opisania.

    – W jaki sposób? – spytała rzeczowo, odsuwając się od Davida.

    – Prosty – odpowiedział zamiast niego Matthew. – Spędzimy noc w jednym łóżku, a wtedy przesiąkniesz naszym zapachem. To im chwilowo wystarczy.

    Wzdrygnęła się na myśl, że będzie musiała go dotknąć, ale nie odpowiedziała. Nawet nie marzyła o tym, że jednak nie będzie to musiał być seks. 

    – Zgadzasz się? – upewnił się David.

    Neva gorliwie przytaknęła. Chłopak odsunął kołdrę. Wśliznęła się pod nią, starając się przy tym nie dotknąć Matthew. Na próżno. Gdy tylko się położyła, szatyn przyciągnął ją do siebie stanowczo. Objął dziewczynę ramionami. Mimo koszuli, na plecach czuła ciepło jego ciała. Serce znów zaczęło w niej łomotać. Oddech niebezpiecznie przyspieszył. 

    – Mam nadzieję, że jesteś dobrą aktorką – na karku poczuła ciepło jego oddechu. – Najlepiej, jeżeli będziesz płakała – oznajmił, a ona cieszyła się, że odwrócona plecami, nie widzi jego drwiącego uśmiechu – tego właśnie się po mnie spodziewają, że będę dla ciebie niemiły i brutalny, a płacz masz już opanowany do perfekcji.

    – Nie możesz mnie skrzywdzić – zaprotestowała natychmiast. – Magia ci nie pozwala!

    Wyczuła jego zaskoczenie.

    – Skąd wiesz? – zadał pytanie niebezpiecznie cichym głosem.

    – To nie ma znaczenia – ucięła krótko, błagając by nie musieć już dłużej czuć tak blisko ciepła jego ciała – przynajmniej dopóki jesteśmy po tej samej stronie.

    – Dajcie spokój – westchnął David, również kładąc się tuż obok niej, tak, że poczuła się uwięziona między nimi. – Nie martw się Nevo – szepnął odgarniając z jej policzka kosmyk jasnych włosów – żaden z nas nie zamierza cię skrzywdzić. Spróbuj zasnąć, maleńka.

    Potem żaden z nich więcej się nie odezwał. Zamknęła oczy, starając się przestać myśleć, ale rozpraszała ją ich bliskość. Było jej wygodnie i ciepło, w ramionach Matthew. David wtulał policzek w jej czarne włosy, natomiast ręką obejmował ją w talii. Przez chwilę próbowała z tym walczyć, ale szybko się poddała i pozwoliła by błogość, którą odczuwała, porwała ją w ciepły, miękki sen. Postanowiła, że później będzie się martwiła o to, co zrobią dalej.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~

    Neva niespokojnie wierciła się w ostatniej ławce. Jej życie ostatnio tak bardzo się skomplikowało! I właśnie teraz musiała dostać zaproszenie na imprezę! To była okrutna niesprawiedliwość. Mimo, że wywalczyła sobie z powrotem swoje normalne życie, to jednak postanowienia sabatu nakładały na nią pewne ograniczenia i swój czas musiała dzielić między to co chce robić, a dwóch chłopaków, z którymi wbrew własnej woli miała spędzać czas. Lekcja angielskiego ciągnęła się w nieskończoność. Profesor Benneth tłumaczył coś monotonnym głosem. W pewnym momencie drzwi do klasy się otworzyły i wszyscy uczniowie, niczym jeden organizm, zwrócili wzrok w tamtym kierunku. Do pomieszczenia weszła pani dyrektor, a za nią, posłusznie jasnowłosy chłopak. Neva zamarła, natychmiast rozpoznając młodzieńca. David?! Co on tu do cholery robił? Zaskoczyły ją również zmiany w jego wyglądzie. Włosy miał teraz krótko ścięte, nosił sportową bluzę i wytarte, niebieskie dżinsy, na nogach miał adidasy. Sprawiał wrażenie normalnego chłopaka… i Neva musiała przyznać w duchu, że był nieziemsko wręcz przystojny. Ani razu nie spojrzał bezpośrednio na nią. Jego bystre, niebieskie oczy ciekawie i bez strachu rozglądały się po klasie. Dziewczyny kierowały ku niemu swoje najładniejsze uśmiechy, chłopacy patrzyli jednak odrobinę wrogo. 

    – To David De’Vree – przedstawiła go dyrektorka, wyraźnie w dobrym humorze – przeniósł się do nas aż z Francji. Mam nadzieję, że zaopiekujecie się nowym kolegą.

    Na usta Nevy cisnęły się setki pytań. Z trudem zachowywała obojętność. Loren wychyliła się w jej kierunku.

    – Jaki słodziak – szepnęła zachwycona.

    Dziewczyna zdała sobie sprawę, że gdyby nie wiedziała kim on jest, zapewne również podzielałaby zachwyt przyjaciółki. Profesor Benneth wskazał Davidowi wolną ławkę, przy której spokojnie usiadł, ale uczniowie i tak nie byli w stanie uspokoić się przez resztę lekcji. Neva robiła się coraz bardziej zirytowana. Wyszli z klasy, a chłopak nie poświęcił jej nawet cienia uwagi, zupełnie jakby jej w ogóle nie znał. Za to uprzejmie uśmiechając się, rozmawiał z jej koleżankami, które niemal na niego napadły. David szybko zjednywał sobie nowych przyjaciół. Chłopacy również przestali patrzeć na niego podejrzliwie, w momencie kiedy zapytał o możliwość wstąpienia do drużyny koszykarskiej. Natychmiast zapisali go na próbny trening. Dopiero pod sam koniec dnia Neva miała możliwość odezwania się do niego bez świadków. Stał na korytarzu, czytając tablicę ogłoszeń.

    – Co tu robisz i dlaczego udajesz, że mnie nie znasz? – syknęła do niego.

    Uśmiechnął się do niej, ale nie tak ciepło jak do innych.

    – Pilnuję cię – wyjaśnił przepraszająco. – Ja będę to robił w szkole, a Matthew popołudniami.

    – Co?! – spytałam czując, jak narasta we mnie złość. – Zamierzacie mnie śledzić?

    Zignorował moje pytanie.

    – Nie odzywałem się do ciebie, bo nie byłem pewien czy chcesz się do mnie przyznawać – wyjaśnił swobodnie.

    – Zwariowaliście! Obaj! 

    Zrobiło mi się zimno na myśl o wspólnych wieczorach z Matthew. Czy oni zamierzali odebrać mi całe moje życie?

    – Neva, bądź rozsądna – powiedział politycznym tonem David. – Przecież nie robimy tego dla zabawy. 

    – Boisz się, że ucieknę? – prychnęła poprawiając przewieszoną przez ramię torbę.

    Spojrzał na nią zaskoczony. 

    – Nie, maleńka. Nie jesteś już bezpieczna – wyjaśnił. – I pewnie jeszcze długo nie będziesz. Stałaś się zbyt ważna. Spróbuj tego nie utrudniać. Sama wybrałaś ten świat.

    Odwróciła się od niego i odeszła. Nie chciała mieć w nim wroga, a na usta cisnęły się jej jedynie wściekłe, pełne nienawiści słowa. To nie jego wina. Nie miała pojęcia co może poradzić na to, że zabierali jej życie.

    – Neva, poczekaj – poczuła na ramieniu jego dłoń. Odwróciła się ku niemu patrząc pytająco. – Obiecuję, że nie będę się wtrącał w twoje sprawy – tym razem jego uśmiech był szczery. – Po prostu przyjemnie jest chociaż poudawać, że można tak żyć. Chyba jeszcze nigdy nie miałem tyle wolności – westchnął.

    Nagle zaczęła mu współczuć. Powoli poznawała tamten znienawidzony świat i mogła domyślić się jak wyglądało życie Davida. 

    – Ok. – mruknęła w końcu. – Rób sobie co chcesz, ale nie traktuj mnie jak powietrze. To dzisiaj irytowało mnie przez cały dzień!

    Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

    – Przyjaciele? – zapytał.

    Skinęła głową. Ku jej zaskoczeniu na chwilę przyciągnął ją do siebie, tuląc delikatnie w swoich ramionach. Potem odsunął się, odgarniając jej z twarzy włosy.

    – Mam teraz sprawdzian czy nadaję się do drużyny – oznajmił zadowolony, niczym mały chłopiec. – Przyjdź popatrzeć, to potem odwiozę cię do domu!

    Patrzyła jak znika w zatłoczonym korytarzu. Westchnęła. Przecież nie mogła zabronić mu żyć. Już miała iść w stronę Sali gimnastycznej, by zająć miejsce na trybunach, kiedy zaatakowała ją Loren. Najwyraźniej widziała cała scenę z Davidem.

    – Mów skąd go znasz! – rozkazała. – Błagam, żeby to był twój dawno zaginiony kuzyn – jęknęła cicho. 

    – To tylko przyjaciel – skłamała Neva walcząc z lekkim poczuciem winy. – Wybieram się popatrzeć jak gra. Idziesz ze mną?

    Loren uśmiechnęła się szeroko, pokazując dołeczki w lekko zaróżowionych policzkach.

    – Jeszcze pytasz – mruknęła niczym zadowolony kociak.

    Razem poszły do sali gimnastycznej. Na trybunach siedziało wyjątkowo dużo osób, głównie dziewczyny z ich klasy. Wpatrywały się rozmarzone w ubranego w sportowy strój Davida. Chłopak grał niemal jak zawodowiec. Po treningu tryumfalnie znalazł się w drużynie. Przyjął gratulacje od nowych kolegów, a potem podszedł bezpośrednio ku Nevie i Loren. Natychmiast skierowały się na nie zawistne, wrogie spojrzenia. David przedstawił się uprzejmie przyjaciółce dziewczyny, a potem poprosił, żeby na niego poczekały. Wyraźnie było widać, że jest zachwycony nieznanym mu, szkolnym życiem. No cóż, Neva miała nadzieję, że może przynajmniej zrozumie, czemu nie chciała i nie potrafiła z tego świata zrezygnować.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠  ~

    Po szkole nie miała najmniejszego zamiaru wracać do domu, przede wszystkim dlatego, że nie zamierzała spędzać swojego czasu w towarzystwie Matthew. Opiekunowie przestali wyznaczać jej jakiekolwiek granice, w momencie kiedy ukończyła osiemnaście lat, jednak mimo to, zadzwoniła poinformować ich, że zostaje u Loren na noc – ot tak ponieważ wiedziała, że jeśli nie da znać, będą się o nią martwić i denerwować. Wiosna, nowy semestr szkolny i oczywiście nieunikniona, rozpoczynająca go impreza. Wieczorem na plaży rozpalili ognisko. Zapowiadała się stosunkowo ciepła jak na tą porę roku, bezwietrzna noc. Neva uśmiechnęła się do Loren. Miały na sobie kaszmirowe, krótkie sweterki, o takim samym kroju, a jedynie różnych kolorach. Ten Nevy był granatowy, natomiast jej przyjaciółki ciemnoczerwony. Ten odcień cudownie pasował do jej poskręcanych, kasztanowych włosów. Natomiast czarnowłosej Nevie, o bladej cerze i odrobinę azjatyckiej urodzie, zawsze najlepiej było w ciemnoniebieskim. Ta barwa podkreślała jej niezwykłe, fiołkowe oczy. Wesoło rozmawiając pokazały się na plaży, gdzie ludzie z ich szkoły bawili się już w najlepsze. Zaskoczona dziewczyna przystanęła, kiedy zobaczyła wśród nich Davida. On również się dobrze bawił. Uśmiechnął się szeroko na ich widok i pomachał przyjaźnie. Dziewczyna w dalszym ciągu była pod wrażeniem, jak szybko się przystosował. Na sobie miał już nawet kurtkę w zielonych barwach drużyny. Pasowała do niego. Zdała sobie sprawę, że Loren wpatruje się w niego jak w obrazek, więc chcąc nie chcąc do niego podeszła. Zaczęli rozmawiać i w pewnym momencie Neva poczuła się kompletnie wykluczona z tej rozmowy. Obudziła się w niej głupia, bezsensowna zazdrość i poczuła, że jeżeli zaraz nie wstanie, to zrobi coś głupiego, jak choćby przytuli się do Davida. Była przekonana, że chłopak by jej nie odtrącił, za to Loren taka zdrada złamałaby serce. Przeprosiła przyjaciół i wstała, samotnie idąc w kierunku brzegu plaży. Oddaliła się spory kawałek, żeby poukładać własne myśli. Kiedy zaczęło robić się chłodniej, zamiast plażą, postanowiła spacerować skrajem lasu. W oddali widziała strzelające w niebo płomienie ogniska. To nie miało sensu. Kiedy zaczęła uważać Davida za swoją własność? Zmusili ich do bycia razem, to przecież nie był ani jej wybór, ani jego. Do tego zdawała sobie sprawę, że nic do niego nie czuje, oczywiście poza tą cholerną zazdrością. Coś było nie w porządku. Doszła do wniosku, że będzie musiała bardzo się pilnować, żeby zarówno Loren jak i David w dalszym ciągu zostali jej przyjaciółmi. Nie znała go długo, ale mimo wszystko tak właśnie zaczęła o nim myśleć, jak o przyjacielu. Znienacka ktoś położył jej rękę na ramieniu. Podskoczyła przestraszona. W jednej chwili znalazła się przy drzewie. Patrzyła w płonące złością, czekoladowe oczy. Szarpnęła się, ale trzymał ją mocno. Sprawiał jej ból.

    – Coś ty sobie myślała?! – warknął na nią. – Idiotka! Nawet nie wyobrażasz sobie, co ci może grozić!

    – Puść mnie! – syknęła na niego.

    – Puszczę – oznajmił chłodno – jak będziesz bezpiecznie siedziała w domu.

    – Nigdzie nie idę!

    Spróbowała się wyrwać, ale bez problemu chwycił jej nadgarstki w jedną rękę i mocno przycisnął do szorstkiej kory drzewa. 

    – Czy ty nie rozumiesz co do ciebie mówię? – rozgniewał się jeszcze bardziej. – Uważasz, że co nas spotka, jeżeli ktoś cię zabije? To my będziemy za to odpowiadać, a ty uciekasz jak głupia smarkula. Nie wolno ci nigdzie chodzić samej – warknął jeszcze ostrzej.

    Neva przestała czuć strach, a jego miejsce zastąpiły wzbierające fale złości. Nikomu nie pozwoli decydować o swoim życiu!

    – Jest ze mną David – odwarknęła. – Tak bardzo źle ci z tym, że nie uwzględniliśmy ciebie w planach?

     Puścił ją. W jego postawie coś się zmieniło, ale nie potrafiła dostrzec co.

    – Więc gdzie jest teraz? – spytał chłodno. 

    – Na imprezie, z moją przyjaciółką. Ja chciałam się przejść, sama – oznajmiła wyzywająco.

    Nagle usłyszeli głośne zawodzenie. Coś wydarło się z krzaków. Matthew zaklął. Pchnął ją na ziemię. Tuż nad nimi przeleciał sporych rozmiarów, szary kształt. Neva zerknęła w tamtym kierunku. W przedwieczornej szarości słabo było cokolwiek widać, ale to co zobaczyła, wyglądało jak wielka jaszczurka, z której powoli zaczęła obłazić skóra. Miało wielkie zęby i wydzielało upiorny, gnijący zapach. Z lasu wyskoczył kolejny kształt i następny. Wybrzeże zaroiło się od szarości. Chłopak pociągnął ją, siłą zmuszając by wstała.

    – Biegnij – warknął, wskazując kierunek.

    Posłuchała. Potknęła się już po kilku metrach. Był tam, żeby ją przytrzymać. Pociągnął dziewczynę w stronę morza. Stworzenia były coraz bliżej. Pluły zgniłozielonym, parującym w powietrzu jadem. 

    – Do wody! – rozkazał chłopak.

    Neva zadrżała z zimna na samą myśl, ale mniej bała się lodowatego morza niż goniących ich bestii. Z rozpędu zanurzyła się aż po pas, ochlapywana jeszcze wyżej przez delikatne fale. Matthew wszedł za nią, ale nie tak głęboko. Ogromne jaszczurki zatrzymały upiornie zawodząc, wyglądało na to, że w ten sposób się nawołują. Syczały i pluły.

    – Czego one chcą? – zapytała dziewczyna szczękając z zimna zębami.

    Spojrzał na nią jak na idiotkę.

    – A jak ci się zdaje? – zadrwił.

    Na brzegu zebrało się ich już ze trzydzieści, a kolejne ciągle wyłaniały się z lasu. Zaczęły zbliżać się do wody, nieśmiało zanurzając błoniaste łapy. Chłopak zaczął przeklinać. 

    – Pieprzone mirfoje – rzucił w stronę potworów – ktoś musiał je zaczarować, z własnej woli w życiu nie zbliżyłyby się do wody. 

    – Więc wiesz co to jest? Doskonale – mruknęła Neva. – W takim razie, może też wiesz, jak się tego pozbyć?

    Wzruszył ramionami. 

    – Najlepiej by było pociąć mieczem na kawałki. Masz jakiś pod ręką?

    Pierwsza jaszczurka powoli zaczęła się zanurzać. Neva poczuła jak inna chlapnęła w jej stronę zielonym, paskudnym płynem. Trafiła. Sweter dziewczyny zaczął się dymić. 

    – Zdejmij go – rozkazał Matthew – bo przeżre ci skórę. 

    Spojrzała na niego zażenowana i przestraszona. Plama zaczęła robić się coraz większa. Dziewczyna poczuła ból, w miejscu w którym płyn zetknął się z ciałem. Natychmiast ściągnęła przez głowę sweter, odsłaniając czarny, gładki stanik.

    – Daj! – rozkazał.

    Rzuciła go chłopakowi, a on odrzucił go w kierunku plaży. Przez chwilę stworzenia skupiły się wokół kaszmiru. Wtedy Matthew wypowiedział jakieś słowa. Zaczęły zawodzić. Im dłużej mówił, tym ich jęki stawały się głośniejsze. W końcu uciekły w stronę lasu, znikając mniej więcej w połowie plaży, jakby nigdy nie istniały. 

    – Płoń! – rozkazał wskazując w stronę leżącego na piasku swetra, a ten natychmiast stanął w płomieniach by po chwili zostać jedynie pieszczoną przez wiatry kupką popiołu. 

    Neva szczękała zębami, ale nie ruszyła się ani na krok. Nigdy jeszcze tak bardzo się nie bała. Zarówno jaszczurek, jak i jego. Podobno sama była czarownicą, a pierwszy raz w życiu widziała jakąkolwiek magię. Matthew podszedł do niej i ciągnąc za rękę, wyprowadził dziewczynę z wody. Podwinął nogawki czarnych spodni, bo tylko to zanurzył w wodzie, a potem spojrzał na jej przemoczone dżinsy.  

    – Ściągaj to! – znów wydał polecenie.

    Fiołkowe oczy Nevy rozszerzyły się z niedowierzania i zdumienia.

    – Żartujesz, prawda? – spytała zażenowana.

    – Nie, nie żartuję – odwarknął, ale zdjął przez głowę swoją czarną bluzę. – Trzymaj – rzucił ją dziewczynie.

    Wciąż drżąca włożyła ją na siebie pospiesznie. Ponieważ Matthew był znacznie wyższy od niej, materiał zakrywał jej biodra. Bez dalszych dyskusji zdjęła przemoczone spodnie. 

    – Chodź, wracamy – odwrócił się do niej tyłem, a ona zamarła. 

    Po jego plecach przebiegały pod różnym kątem białe, cienkie blizny. Było ich tak wiele, że zakrywały niemal całą powierzchnię skóry. Wcześniej ich nie zauważyła, bo jeden, jedyny raz, kiedy widziała go bez koszulki, nie odwracał się do niej tyłem. Nie pytała. Była pewna, że on i tak jej nie odpowie. Za to coraz bardziej zastanawiały ją tatuaże otaczające jego przedramiona. Czarnym tuszem zapisane były jakieś skomplikowane symbole. Zaczęło ją ciekawić czy z tym właśnie wiązała się magia. Potem na całej długości jego rąk pojawiły się węże. Wiły się od ramion aż do nadgarstków. Mogła przysiąc, że jeszcze przed chwilą ich tam nie było. Wyglądały niemal jak prawdziwe. Odwrócił się, kiedy zobaczył, że za nim nie idzie. 

    – Chodź! – ponaglił. – Nie możemy tu zostać. Nie wiem czy nie wrócą.

    Wzdrygnęła się. Jaszczurki zdecydowanie były gorszym towarzystwem, nawet od niego. Dogoniła chłopaka. Ruszyli w kierunku ogniska. Ledwo je było widać w oddali. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy z tego, jak daleko odeszła. Po kilku metrach chłopak zgiął się w pół. Opadł na piasek. Jęknął. 

    – Co ci jest? – stanęła przy nim zaniepokojona.

    – Nic – mówienie przychodziło mu z trudem. – Przejdzie.

    Znów zgiął się w pół. Podparł się dłońmi, klęcząc na piasku. Gwałtownie wciągał powietrze. Instynktownie dotknęła jego ramienia. 

    – Zostaw mnie – syknął.

    Odsunęła się posłusznie, obserwując go przerażonym wzrokiem. Trwało to kilka minut, które dla Nevy były jednak jak wieczność. Potem wstał i bez słowa poszedł dalej. Prawie biegła, żeby dotrzymać mu kroku. Zanim dotarli w krąg światła, które dawało ognisko, węże z jego rąk zniknęły, tak po prostu. Nie było po nich ani śladu. Swoim przyjściem nie wywołali specjalnego poruszenia. O tej porze na imprezie nie tylko oni byli półnadzy. Matthew bezbłędnie ruszył w kierunku Davida. Blondyn siedział na piasku, w dalszym ciągu rozmawiając z rozmarzoną Loren. W dłoniach trzymali drinki. Kiedy podeszli, obydwoje podnieśli na nich pytający wzrok. David nie zdążył w żaden sposób zareagować, kiedy Matthew chwycił go i podniósł z ziemi. Chwilę potem, chłopak znalazł się tam z powrotem, po silnym ciosie który otrzymał. Loren krzyknęła. David uspokoił ją gestem.

    – Za co to? – zapytał ponuro.

    Dopiero po chwili dostrzegł drżącą z zimna Nevę. 

    – Co się stało? – chciał wiedzieć, natychmiast zdejmując z ramion kurtkę i otaczając nią dziewczynę. 

    Przyciągnął ją do siebie, przytulił, a ona przylgnęła do niego mocno, tym razem nie zwracając uwagi na patrzącą szeroko otwartymi oczami przyjaciółkę. Matthew zachwiał się. Neva zdała sobie sprawę, jak napiął wszystkie mięśnie. 

    – Mam samochód – odezwał się David niespokojnie – chodźmy stąd. 

    Matthew skinął głową. Ruszyli we trójkę w stronę parkingu.

    – Zaczekajcie – zawołała za nimi zaniepokojonym głosem Loren. – David, nasze plany dalej aktualne? – spytała błagalnie.

    Chłopak niepewnie skinął głową.

    – Do zobaczenia jutro w szkole, Loren – rzucił.

    Neva spojrzała przepraszająco na przyjaciółkę. David ani na moment nie przestał jej obejmować. W końcu znaleźli się przy samochodzie. Matthew ciężko opadł na tylną kanapę. Jego twarz była wykrzywiona bólem. Blondyn zajął miejsce za kierownicą, wyraźnie niechętnie wypuszczając Nevę z objęć. 

    – Co mu jest? – zapytała dziewczyna, siadając obok fotela kierowcy.

    – Użył magii, teraz za to płaci – wyjaśnił rzeczowo David, ruszając. – Przejdzie mu.

    Zaparkowali pod domem, a Neva wcześniej nie patrzyła na drogę i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to jej dom. Nie chciała wracać. Kiedy jednak zaczęła protestować, David uciszył ją wskazując białą wille obok.

    – Tu chwilowo mieszkamy – wyjaśnił – żeby być blisko ciebie.

    Poprowadził ją do środka, a Matthew niechętnie ruszył za nimi. W jego czekoladowych oczach ból mieszał się z wciekłością. Gdy tylko weszli natychmiast napadł na Davida.

    – Czemu zostawiłeś ją samą?! – warknął wściekle. – Zaatakowały nas mirfoje. Były ich dziesiątki. 

    Blondyn spochmurniał.

    – Więc ktoś już na nią poluje? – spytał zmartwiony. – Tak szybko… nie spodziewałem się… Poza tym nie zostawiłem jej – oznajmił – to była twoja kolej.

    Matthew groźnie zmrużył oczy.

    – A widziałeś, żebym był tam gdzieś w pobliżu? – spytał.

    David wzruszył ramionami.

    – Myślałem, że obserwujesz ją z ukrycia, jak zawsze – przyznał spokojnie.

    Neva zamrugała powoli przetrawiając informacje.

    – Zawsze? – zapytała, mając nadzieję, że się przesłyszała.

    Matthew lodowatym wzrokiem spojrzał na Davida. Nie odpowiedział.

    – Nie pojawiła się dzisiaj w domu. Kiedy zapytałem dlaczego ucieka, odpowiedziała, że nie uciekała, tylko była z tobą. 

    – Nie była, spotkaliśmy się na imprezie – wyjaśnił chłopak, obrzucając ją podejrzliwym spojrzeniem.

    – Hej! – zirytowała się Neva – nie mówcie o mnie, jakby mnie tu nie było! Mam tego dość! Poza tym ciągle jest mi zimno! – poskarżyła się naburmuszona.

    David westchnął, ale uśmiechnął się do niej.

    – Spróbuj nie robić nam kłopotów – mruknął prowadząc ją schodami na górę i zostawiając przed drzwiami łazienki. – Naprawdę nie chcemy, żeby coś ci się stało.

    Wzdrygnęła się.

    – Nie miałam pojęcia co mi grozi – przyznała.

    – Przyniosę ci twoje ubranie – oznajmił nie komentując tego wyznania – w szafce są czyste ręczniki. 

    Kiedy Neva skończyła brać prysznic, czekał na nią jej własny, popielaty dres, w którym lubiła chodzić po domu. Włożyła go na siebie pospiesznie. Zeszła na dół. David czekał na nią na kanapie. Matthew nigdzie nie było. Usiadła przy chłopaku, a on przygarnął ją do siebie naturalnym gestem. Była mu za to wdzięczna.

    – Czy wszystkie czary mają takie konsekwencje? – zadała dręczące ją pytanie.

    David przecząco pokręcił głową.

    – Jemu nie wolno używać magii – wyjaśnił. – Czarownice uznały, że może być niebezpieczny i nałożyły na jego moc ograniczenie. Nauczył się je omijać, ale taka właśnie jest za to cena.

    Neva poczuła się bardzo głupio.

    – Gdyby tego nie zrobił, to coś by nas pewnie zabiło – mruknęła.

    – Dobrze, że był z tobą – westchnął David, przyciągając dziewczynę do siebie jeszcze mocniej. – Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało – wyznał i brzmiało to zupełnie szczerze.

    Nagle coś jej się przypomniało. Uczucie zazdrości zakiełkowało na nowo.

    – Jakie plany macie z Loren? – zapytała zmieniając temat.

    Wyszczerzył do niej żeby w uśmiechu.

    – Zaprosiłem ją na studniówkę – wyznał. – Bardzo jestem tego balu ciekaw.

    Cieszył się niczym mały chłopiec. Twarz Nevy nieco poszarzała. Zauważył to.

    – Coś nie tak? – spytał.

    – Nie, nie – odpowiedziała szybko, spuszczając wzrok. – Po prostu ja sama nie mam z kim pójść i jakoś tak naturalnie uznałam, że pójdziesz tam ze mną.

    – Och – posmutniał. – Przepraszam, nie wiedziałem. Odwołam to, jeżeli chcesz…

    – Nie, nie – zaprotestowała natychmiast, mimo, że jego słowa sprawiły jej perfidną przyjemność. – Nie mogłabym tego zrobić Loren – zmusiła się do bladego uśmiechu, czując, że mimo tej całej dziwnej sytuacji, w dalszym ciągu są tylko nastolatkami zarówno ona jak i, co bardzo ją zaskoczyło, David.

    – Przepraszam maleńka – mruknął – taka śliczna dziewczyna jak ty na pewno szybko znajdzie sobie odpowiedniego partnera – mrugnął do niej.

    Położyła mu głowę na ramieniu. Oby, pomyślała, bo bal maturalny, jak głupią rzeczą by nie był, należał do jej normalnego świata i zdała sobie sprawę, że jest dla niej naprawdę bardzo ważny. Odsunął ją od siebie odrobinę. 

    – Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, to chciałbym, żebyś spała dzisiaj z Matthew – powiedział. – Mojego zapachu masz na sobie dostatecznie dużo – uśmiechnął się, ale poznała, że tym razem jest to wymuszony uśmiech.

    Posłusznie skinęła głową. Poczuła się, jakby ją uderzył. Tak piekielnie bolało, że tylko dlatego ją do siebie przytulał. Jednak czego innego mogła się spodziewać? Przypomniała sobie jak patrzą na niego dziewczyny. W myślach natychmiast ujrzała twarz ślicznej brunetki, którą zostawili w tamtym świecie. David po prostu nie miał wyboru. Był dla niej miły, bo to leżało w jego naturze. Podobnie traktował wszystkich. Zagryzła zęby, słuchając jak kieruje ją do pokoju Matthew. Niechętnie weszła na górę. Bezbłędnie trafiła do ciemnej sypialni. Nie zapaliła światła, po prostu weszła i położyła się na skraju łóżka. Instynktownie wiedziała, że chłopak nie śpi, mimo, że leżał na boku, skulony i bez ruchu. Nie zamierzała się pierwsza odzywać, a ponieważ on milczał, nie powiedziała ani słowa. Nakryła się leżącą w nogach łóżka kołdrą. Odwróciła do niego plecami. Zamknęła oczy, starając się zasnąć. Poczuła, jak chłopak się przesuwa. Teraz leżał tuż za nią. Kiedy dotknął jej ramion i przyciągnął do siebie, tak, że wtulała się w niego plecami, poczuła przyjemny, niepokojący dreszcz. Twarz wtulił w jej włosy, czuła jego ciepły oddech. Mimo, że ręce Matthew leżały spokojnie na materiale jej popielatego dresu, to Nevę ogarniała coraz większa panika. Starała się sobie wmówić, że to konieczne, inaczej byłoby dużo gorzej… Musiała by… Nawet nie chciała o tym myśleć. Zamknęła oczy, bezwiednie wtulając się w niego bardziej. Pasowali do siebie. Idealnie. Dwie splecione sylwetki. Wreszcie było jej ciepło. Powoli zaczęła odpływać w dający odpoczynek, spokojny sen.

    Note