Rozdział 2 – Krew czarownic
by VickyKiedy obudziła się rano, zdała sobie sprawę, że ciągle leży w jego ramionach. Spróbowała wstać, ale on tylko mruknął coś i przyciągnął ją do siebie mocniej. Mimochodem zdała sobie sprawę, że na jego rękach znów pojawiły się wężowe tatuaże, co znaczyło, że poprzedniego wieczora jej się nie przywidziały. Najwyraźniej po prostu z jakiejś przyczyny na co dzień je ukrywał. Zaczęła zastanawiać się dlaczego. Bezwiednie przesunęła palcami po jednym z nich. Był gładki i aksamitny w dotyku, zupełnie nie jak ludzkie ciało. Zaskoczona cofnęła dłoń. Zauważyła, że leżący obok Matthew otworzył oczy. Puścił ją i odsunął się.
– Nie dotykaj! – powiedział zimno . – Nigdy nie wolno ci ich dotykać!
Zobaczyła jak tatuaże blakną, a potem zupełnie znikają, jakby ich wcale tam nie było. Nie odpowiedziała. Ześliznęła się z łóżka i uciekła z pokoju. Coś w jego tonie… coś w jego wzroku… nagle zapragnęła znaleźć się jak najdalej od niego. Chwyciła swoje ubranie i zbiegła na dół. Przed wejściowymi drzwiami wpadła na Davida.
– Hej, spokojnie maleńka – uśmiechnął się do niej.
– Czemu on mnie tak bardzo nienawidzi? – wyrzuciła z siebie pod wpływem emocji nie do końca zdając sobie sprawę, że pyta o to na głos.
David natychmiast spoważniał. Neva mocno zacisnęła usta. Więc miała rację. Przez chwilę łudziła się, że chłopak zaprzeczy, ale on szybko rozwiał jej wątpliwości.
– Może zapytaj go sama – westchnął. – Nie jestem pewien czy wolno mi o tym mówić.
– Dzięki, nie zamierzam – z trudem powstrzymała się przed warknięciem.
Przygarnął ją do siebie i znów wydało jej się to tak bardzo naturalnym gestem…
– Ubierz się – poprosił – odwiozę cię do szkoły, musimy o czymś porozmawiać.
Niechętnie skinęła głową, ale posłuchała, po drodze odwiedzając swój własny dom. Zdziwiło ją, że kiedy jechali samochodem, David uporczywie milczał. Odezwał się dopiero, gdy zatrzymali się na szkolnym parkingu.
– Musisz się nauczyć ukrywać swoje myśli – stwierdził ponuro.
– Co?! – zapytała Neva zaskoczona.
Nie patrzył na nią.
– Czytam w myślach – przyznał cicho. – A twoje do mnie naprawdę krzyczą. Jeżeli tak dalej będzie, to w żaden sposób nie uda nam się oszukać sabatu.
– Czytasz w myślach? – niemal jęknęła, błagając, żeby nie było to prawdą.
– Niestety tak – odpowiedział ponuro.
Zaczerwieniła się mimowolnie, zastanawiając się ile razy myślała o tym, jak bardzo jest czarujący i przystojny. Więc doskonale wiedział, jak cholernie była o niego zazdrosna… To by jednak wyjaśniało jego niesamowitą intuicję… Nagle przeraziło ją coś jeszcze. Czy Matthew też… Tym razem David spojrzał na nią.
– Nie, on nie – oznajmił stanowczo.
– Cholera! – westchnęła przerażona. – Nie mógłbyś przestać tego robić? – poprosiła nieśmiało.
Przecząco pokręcił głową.
– To nie zależy ode mnie – wyjaśnił. – Niektórzy ludzie ukrywają swoje myśli, inni nie. Twoje do mnie naprawdę głośno krzyczą. Nauczę cię jak się przed tym chronić – obiecał.
– Oby jak najszybciej – mruknęła błagalnie.
Obdarzył ją ciepłym uśmiechem. Poczuła jak się rozpływa, by po chwili znów zacząć przeklinać się w myślach. Śmiał się. Tym razem szczerze i otwarcie. Uderzyła go w ramię. Jęknął ostentacyjnie. Kiedy wysiedli, objął ją ramieniem.
– Zdradziłem ci swoją tajemnicę, maleńka. Sądzę, że teraz jesteśmy kwita.
– Moje myśli, za twoje słowa? Cudownie!
Obrzuciła go ponurym spojrzeniem, ale tak naprawdę nie miała mu niczego za złe. Wiedziała, że to nie jego wina i cieszyła się, że zdecydował się jej o tym powiedzieć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Teraz, kiedy wiedziała, za wszelką cenę starała się nie myśleć o nadchodzącym balu maturalnym. Pilnowała się również w innych sprawach, a David codziennie ćwiczył z nią po kilka godzin ukrywanie własnych myśli. Właściwie spędzała z nim niemal całe dnie, ponieważ Matthew unikał jej jak mógł. Czasami sypiała w jego łóżku, ale wówczas nie odzywali się do siebie ani słowem. Kiedy jednak zdarzyło przebywać się im razem, przerażał ją jego lodowaty wzrok. Nigdy nie zdarzyło się również by był dla niej choć odrobinę miły. W nauce dziewczyna czyniła bardzo duże postępy i już po dwóch tygodniach, David widział jej myśli jedynie wtedy, gdy odczuwała naprawdę silne emocje. Niestety te najgłośniejsze dotyczyły właśnie studniówki.
– Przykro mi – powiedział, kiedy siedzieli wieczorem na kanapie oglądając razem film. – Naprawdę bardzo cię przepraszam. Gdybym wiedział, że nie masz z kim iść…
Zmusiła się do uśmiechu.
– Cieszę się, że przynajmniej Loren ma parę – oznajmiła zupełnie szczerze i mimo zazdrości naprawdę się z tego cieszyła.
Westchnął.
– Dziewczyny są takie głośne – mruknął. – Cała w środku krzyczała coś w stylu „zrobię wszystko, żeby mnie zaprosił na bal, błagam, błagam, błagam”, nie potrafiłem jej odmówić.
Neva nie wiedziała, czy David żartuje, podejrzewała zresztą, że tak mogło być naprawdę. W każdym razie tym co powiedział znacznie poprawił jej humor. Teraz tym bardziej uważała, że dobrze zrobił, zapraszając jej przyjaciółkę, nawet, jeżeli ona z tego powodu miała nie iść. Następnego dnia już z mniejszą niechęcią wybrała się z nią na zakupy. Loren była ostatnią osobą, którą mogłaby winić za to, że nie ma z kim iść. Neva nie czuła się brzydka, właściwie wiedziała, że jest całkiem ładna. Natomiast zachowywała się inaczej od rówieśniczek i w szkole uznawana była za osobę dziwną, poza Loren nie miała tam żadnych przyjaciół, dlatego wcale nie była zaskoczona, że nikt jej nie zaprosił. Mimo to czuła się naprawdę nieswojo. Właściwie Neva nie była wściekła. Lepszym słowem byłoby zrozpaczona. Z zazdrością patrzyła na Loren obracającą się przed lustrem w liliowej sukience. Nie mogła tam iść, spaliłaby się ze wstydu, gdyby pokazała się na balu sama. Poza tym zapewne David czułby się zobowiązany dzielić swoją osobę między nią, a Loren i obydwojgu popsułaby całą zabawę. Kiedy skończyły i wreszcie mogła zostać sama, poczuła prawdziwą ulgę. Nie mogła już dłużej wytrzymać zachwytu przyjaciółki. Milcząca i ponura wróciła do domu. Zrobiło się późno. Zabawa już z pewnością się zaczęła. Westchnęła, rzucając się na łóżko. Życie było niesprawiedliwe. Myślała o ostatnim, szkolnym balu, o pięknie udekorowanej sali. Dlaczego jej tam nie było?
– Neva, ktoś do ciebie – usłyszała z dołu wołanie Isabelle.
Zaskoczona dziewczyna wstała z materaca. Kto to mógł być? Przecież wszyscy jej znajomi bawili się teraz w najlepsze na szkolnej uroczystości… Niechętnie zeszła na dół. W holu stał Matthew i jak gdyby nigdy nic, rozmawiał z jej opiekunką, która uśmiechała się do niego z aprobatą. Wyglądało na to, że jest nim zauroczona. Neva z trudem powstrzymała się przed prychnięciem.
– Cześć – przywitała się właściwie tylko po to, żeby zakomunikować swoją obecność.
– Zeszłaś wreszcie – ucieszyła się Isabelle. – W takim razie zostawiam was samych. Miło było cię poznać, Matthew.
– Wzajemnie Isabelle – odpowiedział uprzejmie.
Neva zamrugała, zdumiona tym faktem, ale postanowiła go zignorować. To był kolejny problem, a ona nie chciała go teraz roztrząsać.
– Czego chcesz? – warknęła.
– Potrzebuję cię na chwilę – odpowiedział bez cienia uprzejmości, jaką okazywał jeszcze przed chwilą jej opiekunce. – Chodź.
Dziewczyna westchnęła. Nie miała siły się kłócić. Zrezygnowana wyszła za nim przed dom. Zaprowadził ją do willi, w której mieszkali z Davidem.
– Przebierz się – rozkazał wpychając ją do pokoju.
– Co? – spytała zdumiona.
Zerknęła na łóżko, na którym leżała niebieska suknia, ta sama, którą nosiła w pałacu czarownic. Cudownie! Jeszcze tego jej brakowało. Nie tylko nie będzie balu, ale czeka ją spotkanie z sabatem. Czy w życiu mogło układać się gorzej? Niechętnie włożyła na siebie sukienkę. Była piękna. Nagle zapragnęła znaleźć się w niej na studniówce. Rozpuściła włosy i przyjrzała się swojemu odbiciu, w przyklejonym do wewnętrznych drzwi szafy lustrze. Tak, suknia zdecydowanie była przepiękna, a na dodatek idealnie dopasowana do jej figury. Gotowa zeszła na dół. Zaskoczona zauważyła Matthew. Nie miał na sobie szat rodem z dawnej epoki, a idealnie skrojony, czarny garnitur. Spod marynarki wyglądała niebieska, kolorystycznie dopasowana do jej sukni koszula. Spojrzała na niego pytająco, nieufnie.
– Możemy iść? – zapytał wyraźnie rozbawiony jej miną.
– Dokąd? – zadała najgłupsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.
Przewrócił oczami. Kąciki jego ust uniosły się w drwiącym uśmiechu.
– Zabieram cię na bal – wyjaśnił z ironiczną uprzejmością.
– Dlaczego?
– Bo naprawdę bardzo zależy ci, żeby tam iść, a twój problem polegał na tym, że nie miałaś z kim.
Nie uwierzyła. Nie miała powodu, żeby mu ufać. Poza tym pod pozorną uprzejmością wyczuwała, że chłopak toczy jakąś grę, której reguł nie pojmowała.
– Dlaczego chcesz iść ze mną? – powtórzyła pytanie. – Co na tym zyskasz?
Drwinę w jego zachowaniu zastąpiła teraz arogancja.
– Czy to ma jakieś znaczenie? – zapytał. – Ty chcesz tam iść, a ja cię tam zabiorę.
– Matthew – syknęła ostrzegawczo – jestem zmęczona i mam zły humor. Przejdź do rzeczy.
Doskonale wiedziała, że muszą współpracować. Mogli sobie nawzajem tak samo pomóc jak i zaszkodzić. Jednak mimo wszystko nie obowiązywały ich jakiekolwiek towarzyskie konwenanse czy uprzejmości. Nie byli przyjaciółmi i tak naprawdę ledwo się wzajemnie tolerowali. Roześmiał się.
– David będzie mi winny przysługę, a jego długi to rzecz cenna. Chcesz tam iść, czy nie? – zapytał zniecierpliwiony. Uśmiechnął się do niej niewinnie, kiedy spojrzała na niego lekko przerażona. – Obiecuję, że będę najlepszą randką świata – zamruczał. – Zapewne zamordowałby mnie na miejscu, gdyby było inaczej – wyraźnie go to bawiło. – Ma strasznie wyrzuty sumienia, że to nie ciebie zaprosił.
Neva skinęła głową. Niewiele silnych emocji potrafiła ukryć przed Davidem, który bądź co bądź czytał w myślach, choć dzięki niemu nieujawnianie się szło jej coraz lepiej. Miał rację, cholernie chciała iść na bal i co gorsza, chciała iść właśnie z nim. Zdążyli się zaprzyjaźnić. Miał powody do wyrzutów sumienia. Tak bardzo chciała tam być… Nie była tylko pewna, czy będzie w stanie wytrzymać obecność Matthew… Wyszli przed dom, David najwyraźniej zostawił im swój samochód. Matthew szarmancko otworzył przed nią drzwi od strony pasażera, a potem wsiadł za kierownicę i podjechali pod budynek szkoły. Dostała od niego pięknie pachnący bukiecik niebieskich kwiatów, których nazwy nie znała, prawdopodobnie w ogóle takie nie rosły w ich świecie. Zazdrosne spojrzenia dziewczyn kierowały się w ich stronę. Neva wiedziała, że nie wierzyły, że była w stanie poderwać takiego chłopaka. Matthew był typowym złym chłopcem, wzbudzał respekt i jednocześnie podziw. Grzywa ciemnych włosów opadała mu niemal na niezwykłe, czekoladowe oczy. Szczupły pas i szerokie ramiona świadczyły o tym, ze z pewnością uprawia jakiś sport. Nevę cieszyła fala spojrzeń, które przyciągali, a jednocześnie czuła rosnący niepokój. Arogancki, leniwy uśmiech, towarzyszył Matthew przez cały wieczór. Był szarmancki i miły, ani razu nie zareagował na jej zwyczajowe zaczepki, po których normalnie rozpętałaby się między nimi kłótnia. Naprawdę zależało mu na tym, by zadowolić Davida. Neva była przekonana, że chłopak musiał mu obiecać coś jeszcze. Mimo to, ku własnemu zdziwieniu, naprawdę dobrze się bawiła. Tańczyli. Z głośników leciała miła, wolna muzyka. Niemal płynęła, wtulona w jego ramiona. Trzymał ją mocno, stanowczo, blisko przy sobie, a jednocześnie tak jakoś delikatnie. Nigdy nie podejrzewała, że wieczór z Matthew może być taki przyjemny. Spojrzała w stronę tańczącego z Loren Davida. Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że nie jest już ani odrobinę zazdrosna. Chłopak podążył za jej spojrzeniem. Jego uścisk się rozluźnił. Zesztywniał. Nie! Chciała, żeby wrócił, żeby znowu było tak jak przed chwilą! Muzyka ucichła. Matthew odsunął się od niej, skłonił płytko, a potem zniknął w tłumie. Została sama. Z szybko bijącym sercem uciekła z parkietu. Niejasno zdała sobie sprawę, że oblała jakiś test, nie bardzo tylko wiedziała jaki… Kiedy stała pod ścianą, podszedł do niej David. Wyglądał olśniewająco. Jak książę z bajki. Uśmiechnął się swoim czarującym uśmiechem. Przyciągnął ją do siebie naturalnym gestem.
– Mogę prosić do tańca? – zapytał aksamitnym głosem.
Skinęła głową. To było dziwne uczucie. Przez niemal cały wieczór marzyła o tym, żeby ją poprosił, a teraz, kiedy to zrobił, wolałaby tańczyć z kimś zupełnie inny. Wziął ją w ramiona. Sunęli lekko po parkiecie wśród różnobarwnych par.
– Jesteś piękna – wyszeptał, delikatnie unosząc jej podbródek i całując ją w usta.
Natychmiast odwróciła głowę. Nie on! Nie z nim! Dotarło do niej jasno, jak nigdy wcześniej, że był tylko przyjacielem i nigdy nie będzie nikim więcej.
– Och! – wyrwało mu się, kiedy usłyszał jej myśli. – Neva, nie możesz – szepnął. – To bardzo, bardzo zły pomysł.
– Niby dlaczego?! – warknęła na niego, zła, że znowu to robił, a ona w żaden sposób nie potrafiła się obronić.
Była również wściekła na swoje własne myśli, które w tym momencie bardzo starannie ukryła.
– Maleńka, on nie jest dla ciebie i nigdy nie będzie – westchnął.
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Sabat uważa inaczej – prychnęła.
David przecząco pokręcił głową. Przytulił ją do siebie, tak, że jej twarz znalazła się w jego koszuli.
– To nieprawda – szepnął. – To tylko oficjalna wersja. On jest dla nich zbyt niebezpieczny, ale też wyjątkowo ważny. Cała ta historia została ukartowana po to, żeby dał im dziecko i przestał być potrzebny – powiedział. – Twoim mężem tak czy owak zostanę ja – wyjaśnił przepraszająco. – One się go boją. Mimo ograniczeń, które na niego nałożyły. Rozumiesz? Neva, proszę…
Odsunęła się od niego.
– Kiedy zamierzaliście mi to powiedzieć? – spytała cierpko.
– On nie wie – szepnął chłopak. – I nie powinien się dowiedzieć.
Dziewczyna zamrugała zaskoczona.
– Dlaczego?
– Po prostu mi zaufaj – poprosił. – Jesteście moimi przyjaciółmi. Obydwoje. Będę dla ciebie dobrym mężem – obiecał.
Nevę wmurowało w ziemię. Sytuacja wydała jej się teraz naprawdę absurdalna. Nawet David nie dawał jej teraz żadnego wyboru. Czemu wszyscy dookoła chcieli rządzić jej życiem?
– Masz rację – oznajmiła chłodno. – Jesteśmy przyjaciółmi. Nie kochasz mnie i nigdy nie pokochasz. Nie w ten sposób. Nie chcę, żebyśmy byli skazani na siebie do końca życia.
– Neva… – odezwał się cicho. – Uważasz, że on byłby w stanie cię kochać? Gdyby nie magia, która powstrzymuje go przed zrobieniem ci krzywdy, już byś nie żyła. Myślałem, że to dobre rozwiązanie. Nie sądziłem, że jego pójście z tobą na bal, to aż taki zły pomysł.
I o to właśnie chodziło. Matthew był czymś niebezpiecznym, niedostępnym, dlatego właśnie ją pociągał, jak bardzo by jej nie irytował. Dlatego właśnie za wszelką cenę postanowiła dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo jej nienawidzi. W momencie, kiedy te myśli przeszły przez jej głowę, zdała sobie sprawę, że wcale nie były jej. Coś było bardzo nie tak… Dopiero teraz zauważyła, że patrzy na nich Loren. Dziewczyna pobladła, jej twarz wykrzywiona była wściekłością.
– Wróć do niej i to napraw – zażądała od Davida, wskazując w jej stronę. – Nie chcę przez ciebie stracić przyjaciółki! Proszę… – dodała, kiedy nie ruszył się z miejsca.
Westchnął.
– Jak sobie życzysz, maleńka.
Odwrócił się i zobaczyła, jak jego plecy znikają w tłumie. Odetchnęła. Przestała czuć magię. Nie miała pojęcia, dlaczego im o niej nie powiedziała. To był jakiś dziwny, silny, wewnętrzny nakaz. Irracjonalna zazdrość, o chłopaka, który owszem, był przystojny, ale nigdy nie była nim naprawdę zainteresowana. Walczyła z tym i wygrała. Teraz nadeszła kolej na Matthew. O nim również musi przestać myśleć w ten sposób. Nikomu nie pozwoli rządzić swoim życiem! Zwłaszcza cholernemu sabatowi czarownic!
Przepchnęła się przez tłum i wybiegła na zewnątrz. Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć? Uczucia do Davida nie były jej uczuciami! Były sztuczne i nieprawdziwe. Ktoś próbował ją zmusić, żeby się w nim zakochała… i musiała przyznać, że całkiem nieźle mu szło. David nie był jednak jedynym problemem. Wzdrygnęła się na wspomnienie tego, co myślała o Matthew. Co prawda trwało to tylko krótką chwilę, ale na samą myśl o tym poczuła przerażenie. Gdyby naprawdę się w nim zakochała, gdyby to były jej własne uczucia, byłoby to prawdopodobnie najgorszą rzeczą, jaka mogłaby ją spotkać w życiu. David nie kłamał. Wiedziała to. Byłby dla niej dobrym mężem, a przynajmniej bardzo by się starał. Mógłby nawet udawać, że cokolwiek do niej czuje, ale Matthew… wzdrygnęła się na samą myśl. Nie! To byłby koszmar. Na dworze zrobiło się chłodno, a niebieska suknia była zbyt cienka. Zadrżała z zimna, przyspieszając kroku. Nagle poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się gwałtownie. Pochwyciły ją jakieś ręce, szorstka dłoń zatkała jej usta. Szarpnęła się. Bezskutecznie.
– Szybko! Wynośmy się stąd! – rozkazał szorstki głos.
Ktoś ją podniósł. Szamotała się, ale nie zwrócił na to uwagi. Zobaczyła rozbłysk światła. Zniknęły domy, samochody, ulica. Mężczyzna rzucił ją na piaszczystą drogę. Dwóch innych kłóciło się o coś podniesionymi głosami. Nie rozumiała co mówią. Byli uzbrojeni, ale nie w broń palną, a w miecze… W końcu najwyraźniej doszli do porozumienia, bo przestali się kłócić. Ten, który ją wcześniej niósł uśmiechnął się i nie był to miły uśmiech. Brutalnie podniósł ją z ziemi. Krzyknęła, kiedy rozdarł jej przód sukienki. Uderzył ją w twarz.
– Zamknij się suko – warknął.
Pchnął ją, ale nie upadła, zamiast tego czując na sobie dłonie innego z mężczyzn. Czuła paraliżujący ją strach. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę! Poczuła jak mocniej rozdzierają niebieski materiał. Bolało ją ramię, które jeden z nich wykręcał do tyłu. Nagle usłyszała rozdzierający wrzask. Uchwyt zelżał, a po chwili trzymający ją mężczyzna osunął się na ziemię. Dwóch pozostałych leżało już martwych, w kałuży własnej krwi. Podniosła wzrok w samą porę by zobaczyć ogarniętego zimną furią Matthew. Chłopak zdążył się przebrać. Miał na sobie grafitowe dżinsy – teraz trochę przybrudzone krwią – i czarną bluzę z kapturem.
– Wynośmy się stąd – warknął. – Zaraz będzie ich tutaj więcej.
Pociągnął ją za rękę. Ani na moment nie przestała się bać, ale posłusznie pobiegła za nim, w stronę widniejących na horyzoncie drzew. Zgiął się w pół zanim pokonali choćby połowę drogi. Zaczął przeklinać.
– Dasz radę? – spytała zaniepokojona, dotykając jego ramienia.
Skinął głową.
– Musimy dotrzeć przynajmniej do lasu, a potem gdzieś się ukryć – odezwał się cichym, ledwie słyszalnym głosem. – Potem możemy liczyć jedynie na szczęście.
Dalej już nie bieli, ponieważ Matthew z trudem szedł, wkrótce jednak pokonali linię drzew. Szli przez jakiś kwadrans, aż wreszcie na wpół przytomny z bólu chłopak opadł na ziemię.
– Będą nas szukać? – spytała.
Skinął głową. Kawałek dalej Neva wypatrzyła dziwne drzewa iglaste, nie podobne do żadnych, które znała. Ich gałęzie sięgały samej ziemi, okrywając pień nieprzezroczystą płachtą.
– Tam – wskazała chłopakowi.
Przytaknął. Chwiejnie wstał. Wczołgali się pod gęsto rosnące drzewa. Matthew skulił się z trudem łapiąc oddech. Neva spróbowała osłonić dekolt strzępami podartej sukni. Zadrżała z zimna. Powietrze było chłodne, a teraz, gdy leżała na leśnej ściółce, zrobiło się jeszcze gorzej.
– Chodź tu bliżej – rozkazał cichym, ale stanowczym głosem patrząc prosto na nią.
Posłuchała przysuwając się do niego. Przygarnął ją do siebie zaborczym gestem. Biło od niego dziwne, przyjemne ciepło. Położyła głowę na jego ramieniu, wtuliła się w tors chłopaka. Nagle zdała sobie sprawę, że dalej używa magii.
– Przestań! – rozkazała.
Spojrzał na nią ponuro.
– To bez znaczenia – wyjaśnił. – I tak muszę nas jakoś ukryć, dopóki stąd nie odjadą.
Wzdrygnęła się, ale więcej nie protestowała. Po chwili usłyszeli tętent kopyt. Przejechało koło nich przynajmniej dziesięciu jeźdźców, potem pojawili się kolejni, aż wreszcie, po kwadransie napiętego oczekiwania, nastała cisza. Matthew odczekał jeszcze chwilę, a potem się poruszył. Zdjął bluzę i okrył nią Nevę. Spojrzała na niego pytająco.
– Nie dam rady używać magii przez całą noc, a sądzę, że lepiej będzie, jeżeli tu zostaniemy – wyjaśnił ponuro. – Nie mam pojęcia dlaczego tak im na tobie zależy, ale niestety doskonale wiem, kim są. Rano pomyślimy co zrobić dalej.
Dziewczyna nie protestowała. Otuliła się szczelnie czarnym materiałem, z powrotem wtulając się w chłopaka. Zamknęła oczy. Zaczęła zastanawiać się, co czuje Matthew, kiedy używa magii. Nagle poczuła, że się unosi, że nie jest już w swoim ciele, a potem ogarnął ją mrok. Nie była w stanie myśleć, nie była w stanie się poruszyć. Chciała krzyczeć, ale nie mogła. Ból był wszędzie. Oszałamiał. Rozrywał na strzępy. Nie potrafiła oddychać. Czuła jak się rozpada. Umiera. Odpłynęła w ciemność.
– Neva – poczuła na twarzy czuły dotyk. – Neva, obudź się proszę… – powtarzał jej imię desperacko, z jakąś dziwną nutą w głosie. Odetchnął dopiero, kiedy otworzyła oczy. – Coś ty zrobiła wariatko?! – warknął na nią rozeźlony.
Przez chwilę nie była w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. W końcu przylgnęła do niego całą sobą.
– Ty naprawdę to czujesz, po tym jak użyjesz magii?
– Nigdy więcej tego nie rób – warknął. – Co ci przyszło do głowy?!
Zamknęła oczy. Drżała.
– Ja nic nie zrobiłam – szepnęła. – To była jedna myśl – wyjaśniła jeszcze ciszej.
Poczuła jak przyciąga ją do siebie jeszcze bardziej. Wtulił policzek w jej rozwichrzone włosy.
– Jedna myśl – westchnął. – Tyle właśnie wystarczy do użycia magii.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Nic nie układało się tak jak powinno. Mogło przecież do licha przynajmniej świecić słońce, ale nie! Mżyło od rana, kiedy niewyspani wysunęli się spod drzew. Neva w podłym humorze szła przy boku milczącego Matthew. Chłopak najwyraźniej wiedział gdzie są i miał jakiś plan, więc się nie wtrącała. Po prostu podążała za nim. Zaniepokoiła się jednak, kiedy wyszli na otwarte pole i zaczęli iść normalnym traktem. W oddali na dodatek było widać zarys warownego zamku. Z trudem powstrzymywała się od zadawania pytań. W pewnym momencie zauważyła również zbliżającą się ku nim grupę jeźdźców. Twarz Matthew była nieprzeniknioną maską, kiedy jednak zaczęli jechać bezpośrednio ku nim, chłopak szarpnął ją za ramię.
– Nie waż się odzywać, chyba, że ktoś cię o coś bezpośrednio zapyta – warknął rozkazująco – wtedy mów jak najmniej.
Niechętnie skinęła głową, doskonale zdając sobie sprawę, że wcale nie zna tych ludzi ani ich zwyczajów. Jeźdźcy zatrzymali się przy nich. Byli uzbrojeni i nosili się w jednej barwie.
– Dlaczego znaleźliście się na ziemiach jego wysokości, hrabiego von Roisen? – odezwał się gromkim głosem jeden z nich.
– Jesteśmy podróżnikami – odpowiedział spokojnie Matthew – zmierzamy w stronę Asken.
Twarz żołnierza poczerwieniała z gniewu.
– Jak śmiesz do mnie mówić tym tonem, włóczęgo?! – oburzył się, wykonując przy tym zamaszysty, nic nie mówiący gest.
Neva zdała sobie sprawę, że rzeczywiście ich ubrania nie wyglądały najlepiej po nocy spędzonej w lesie, a na dodatek, były zupełnie nie z tej epoki. Czy to jednak miało aż takie znaczenie? Matthew nie poprawił się w żaden sposób.
– Jesteśmy podróżnikami – powtórzył.
Uderzenie nadeszło znienacka. Chłopak nawet nie próbował się bronić. Powoli, nie spuszczając wzroku z przeciwnika, dźwignął się z błota, w które upadł.
– Spędzicie kilka tygodni w lochach – wysyczał coraz bardziej zirytowany tym żołnierz. – Może to nauczy cię dobrych manier! Zabierzcie ich! – rozkazał pozostałym.
Przestraszona dziewczyna błagalnie spojrzała na Matthew, ale on uparcie milczał. Jeden z żołnierzy posadził ją przed sobą na koniu. Chłopakowi związano ręce i rozkazano dosiąść luzaka. Ruszyli w stronę zamku. Na dziedzińcu zsiedli z koni. Matthew jakimś cudem, zapewne przy pomocy magii, wyswobodził się z więzów. Zza pasa najbliższego z żołnierzy wyciągnął nóż i jak gdyby nigdy nic, przyłożył do gardła zdezorientowanego kapitana.
– Chcę się widzieć z hrabią – oznajmił zimnym, niczym lód, głosem. – Natychmiast! – rozkazująco zwrócił się do najbliższego z żołnierzy.
– Zawiśniesz łotrze! – wychrypiał trzymany przez chłopaka oficer.
Matthew mocniej przycisnął do jego gardła nóż. Popłynęły stróżki krwi.
– Wątpię – zamruczał ledwo dosłyszalnym szeptem.
Neva przyglądała się tej scenie, jakby była we śnie. Nie miała bladego pojęcia co chłopak chce w ten sposób osiągnąć. Po chwili od strony mieszkalnych zabudowań nadszedł wzburzony, czerwony na twarzy, potężnie zbudowany mężczyzna. Towarzyszyło mu troje bogato odzianych ludzi.
– Co to ma znaczyć… – spytał, przerywając wpół słowa. Jego twarz pobladła. Niedowierzająco spojrzał na Matthew. – Panie, wybacz mym ludziom, że cię nie rozpoznali – jęknął, opadając przed chłopakiem na jedno kolano.
Pozostali podążyli jego śladem.
– Hrabio – skinął głową Matthew, odpychając od siebie kapitana.
Jego ton był chłodny, wyczekujący.
– Straże! – zawołał mężczyzna wstając. – Tym ludziom należy się publiczna chłosta – oznajmił głośno. – Nie rozpoznali dziedzica Północnych Ziem. Każdemu po pięć batów – zarządził – kapitanowi Thomsonowi, dwadzieścia.
– Dziesięć – oznajmił spokojnie Matthew – oficerowi należy się śmierć.
O ile to tylko było możliwe, mężczyzna pobladł jeszcze bardziej. Skłonił się jednak nisko.
– Jak każesz, panie – wydusił.
Neva niedowierzająco wpatrywała się w zimne oblicze chłopaka i próbowała zrozumieć, co właśnie się wydarzyło.
– Komnaty – ponaglił ostro – zostaniemy tu przez kilka dni. Chcę, żeby pokoje moje i mojej towarzyszki były połączone wewnętrznymi drzwiami.
– Oczywiście, panie – zgodził się natychmiast, wzywając służbę i wydając odpowiednie rozkazy.
Matthew mocno, stanowczo chwycił ją za ramię i pociągnął ku budynkowi, w stronę którego prowadził ich niemal drżący z przerażenia, odziany w ciemnozieloną liberię, służący.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Neva miała tego już serdecznie dość. Służące przemykały się przez jej pokój niczym cienie, starając się jak najmniej rzucać w oczy. Czy jej też się bały? To było niedorzeczne! Matthew nie uraczył jej nawet słowem wyjaśnienia. Dlaczego to kim jest budziło taki popłoch? Wyszła z pokoju, tym chętniej po jego rozkazujących słowach „nie ruszaj się stąd na krok”. Miała dość uczucia, jakby znalazła się w więzieniu. Poza tym, wbrew zachowaniu tych wszystkich ludzi, miała ochotę mu się w jakiś sposób postawić. Przeszła zaledwie kilka kroków, gdy z jego pokoju wybiegła rozhisteryzowana dziewczyna. Służąca miała może szesnaście lat. Neva szybkim krokiem ruszyła za nią. Złapała ją w wąskim przejściu dla służby. Cieszyła się teraz, że ma na sobie najskromniejszą ze znalezionych w szafie sukni, bo może dziewczyna jej nie rozpozna i nie ucieknie.
– Co się stało? – spytała. – Coś ci zrobił?
Spojrzała na nią ładna, zapłakana buzia. Dziewczyna gwałtownie zaprzeczyła.
– Więc o co chodzi?
– Ja… ja… – zaczęła cichutko, a potem spłoniła się i uciekła.
Neva westchnęła. No cóż, przynajmniej nie rozpoznała kim jest, bo wtedy z pewnością bałaby się od niej odejść bez pozwolenia.
– To Lina, nie przejmuj się nią – usłyszała rozbawiony, męski głos. Chwilę później jej oczom ukazał się szczupły chłopak, mniej więcej w jej wieku. – Uważa się za niewiadomo co i próbuje wkraść się do łóżka niemal każdego z gości pana hrabiego. Sądzi, że coś na tym zyska. Marzy jej się książę na białym koniu. U kogo próbowała szczęścia tym razem?
Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się kim właściwie dla tych ludzi był Matthew. W końcu zaryzykowała przedstawienie go tak, jak jej samej go przedstawiono.
– U księcia Cuttberta, to stamtąd wybiegła zapłakana – wyjaśniła niepewnie.
Chłopak pobladł.
– Ciemności zlituj się! – zawołał. – Dziwi mnie w takim razie, że ta mała idiotka jeszcze żyje. – Po chwili opanował się i ocenił wzrokiem ubiór Nevy. – Jesteś nową guwernantką? – zapytał zaciekawiony.
– Nie – westchnęła dziewczyna, zastanawiając się, czy przestanie z nią rozmawiać, kiedy powie mu prawdę. Tak bardzo potrzebowała kogoś do rozmowy! – Jestem tu gościnnie – wyjaśniła niechętnie. – Masz może chwilę? – spytała niemal błagalnie. – Chciałabym zobaczyć ogród.
Uśmiechnął się, jego uśmiech był jednak wyjątkowo smutny, wymuszony. Mimo to Neva dostrzegła, że wcale nie z jej powodu.
– Tak, oczywiście – odparł uprzejmie. – Dzisiejszy dzień cały będę miał wolny. I szczerze wolałbym nie spędzać go w samotności – dodał z prośbą w głosie. – Nazywam się Ranon – przedstawił się uprzejmie.
Świetnie. Zawarli więc cichą umowę.
– Neva – uśmiechnęła się do niego zachęcająco.
Zaprowadził ją do rozległych, zamkowych ogrodów. Wszędzie dookoła kwitły róże. Dzień był słoneczny i piękny. Przez chwilę przechadzali się w milczeniu otoczonymi kwieciem alejkami.
– Przepraszam, nie jestem dzisiejszego dnia najlepszym towarzyszem – mruknął w końcu skrępowany ciszą Ranon.
– Nic nie szkodzi – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– O wschodzie słońca powieszą mojego brata – wyrzucił z siebie jednym tchem, a wściekłość płonęła w jego oczach. – I to tylko dlatego, że takiej kary zażyczył sobie cholerny szlachcic, za nierozpoznanie jego osoby. Mój brat nie należy do najlepszych ludzi – westchnął – ale mimo wszystko jest moim bratem i nie mogę spokojnie czekać na jego śmierć.
Neva przyjrzała mu się uważniej. Niewiele podobieństwa łączyło go z kapitanem Thomsonem, a jednak to właśnie o nim musiał mówić…
– Nazywasz się Ranon Thomson? – zapytała.
– Więc słyszałaś? – zapytał ponuro.
– Tak – przyznała. – Groził Mattew więzieniem i szubienicą – wyjaśniła – pewnie dlatego tak się wkurzył. Myślałam jednak, że mu przejdzie. Naprawdę zabiją twojego brata?
Neva poczuła się jak idiotka. Ani przez chwilę o tym nie pomyślała. Czy jednak nie o tym świadczyły pobladłe twarze ludzi? Teraz i Ranon zbladł.
– To ty jesteś towarzyszką dziedzica Północnych Krain? – szepnął lekko zachrypniętym głosem. – Wybacz mi pani – pochylił głowę, opadając przed nią na kolana.
– Zwariowałeś? – warknęła na niego. – Natychmiast wstawaj, bo pobrudzę sobie sukienkę, klękając przy tobie na ścieżce!
W panice rozejrzała się czy nikt tego nie widział. Ranon najwyraźniej poważnie przyjął jej oświadczenie, bo gwałtownie wstał.
– Pani, daruj mi, ja…
– Och, zamknij się! – niewytrzymała Neva. – Byłeś milszy, kiedy uznałeś mnie za guwernantkę. Jestem tutaj nikim, nawet nie należę do waszego świata, rozumiesz?
Chłopak spojrzał na nią zaniepokojony.
– Więc to ty jesteś czarownicą, którą sabat ostatnio postanowił wydać za mąż? – zapytał z trudem siląc się na normalny ton.
– Czarownicą, która nie umie czarować – uściśliła Neva.
Roześmiał się. Potem znowu spoważniał.
– Przykro mi – powiedział z prawdziwym żalem. – To znaczy, że musisz z nim… – nagle jego oczy zalśniły. – Czy mogłabyś… czy mógłbym cię błagać – ponownie chciał opaść na kolana, ale chwyciła go za ramiona.
– Po prostu wyduś to z siebie, na stojąco – dodała stanowczo.
Przez chwilę patrzył zaskoczony na jej dłonie, leżące na jego koszuli. Potem skinął głową.
– Chciałbym cię prosić, żebyś wstawiła się za moim bratem – odezwał się cicho, niemal szeptem.
Uśmiechnęła się do niego ciepło. Nie wierzyła, żeby Matthew z zimną krwią skazał na śmierć człowieka. Nie był taki. Teraz, kiedy emocje opadły, na pewno przemyśli sprawę.
– Zobaczymy, co da się zrobić – obiecała ciągle uśmiechnięta.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Stała w komnacie, wpatrując się w niego uporczywie. Obrzucił ją wściekłym wzrokiem, a potem odwrócił się w stronę okna.
– Nie wtrącaj się w sprawy, które ciebie nie dotyczą – oznajmił chłodno, zapewne licząc, że tymi słowami zakończy dyskusję.
– Jesteś skończonym draniem – warknęła na niego. – Nie możesz tego zrobić!
Odwrócił się ku niej.
– Tak? A kto mi zabroni? – zapytał z drwiną w głosie.
Ramiona Nevy zadrżały z tłumionego gniewu. Nie wierzyła, nie potrafiła w to uwierzyć! Miała zamiar go uderzyć, ale chwycił jej rękę.
– Czemu tak ci na tym zależy? W tym świecie giną ludzie tak samo jak w twoim. Co znaczy życie jednego człowieka?
Patrzył jej w oczy. Czekał. Chciała skłamać. Powiedzieć mu jakie to ważne, jak bardzo źle postępuje i mimo, że było to prawdą sama doskonale wiedziała, że nie to nią kieruje.
– Rozmawiałam z jego bratem – przyznała cicho.
Puścił ją. Jego twarz stała się nie wyrażającą żadnych uczuć maską.
– Przyślij go do mnie – oznajmił. – Załatwię to z nim.
– Nie skrzywdzisz go? – upewniła się na wszelki wypadek.
Uśmiechnął się drwiąco.
– Nic mu nie zrobię, możesz być spokojna – powiedział zimnym głosem. – To czy nie zmienię zdania zależy jednak wyłącznie od ciebie. Dopóki jesteśmy w moim świecie, masz zachowywać się tak, jak ci każę.
Neva wzdrygnęła się. Nie chodziło tylko o znaczenie słów, ale też o ton jakim je wypowiedział. Doskonale! Jeżeli musi, będzie grała w jego grę, aż będzie miał dość i sam się podda. Jego oczy otworzyły się szerzej, kiedy dygnęła przed nim z gracją.
– Jak każesz, panie – powiedziała potulnie, spuszczając wzrok, a potem nie czekając na jego reakcję uciekła z pokoju.