Rozdział 5 – Krew czarownic
by VickyPozwoliły jej go zobaczyć dopiero w dzień ślubu i to tylko dlatego, żeby łatwiej było jej grozić. Stała na niewielkim balkonie i obserwowała sporej wielkości komnatę. Matthew był w opłakanym stanie. Metody czarownic należały do niekonwencjonalnych. Chłopak znajdował się w pomalowanym na biało pokoju, którego ściany były wygłuszone grubymi materacami. Na środku stała kolumna, a on był do niej przywiązany. Wiedźmy zasłoniły mu oczy. W ustach chłopaka tkwił knebel. Od czasu do czasu słup żarzył się jasnym światłem, Neva nigdy czegoś takiego nie widziała, ale po wyrazie twarzy Matthew szybko zorientowała się jak działa.
– Wystarczy odrobina magii, żeby zadać mu ból – zamruczała Fiona, mijając pilnowane przez strażników drzwi. Dziewczyna podeszła bliżej. Kolumna zapłonęła. Chłopak jęknął, bo knebel skutecznie tłumił krzyk. – Jak ci się podoba? – zadrwiła.
Neva zacisnęła pięści. Zniknęły wszelkie cieplejsze uczucia, jakie zaczynała do niej żywić. Wróciła nienawiść.
– Co tu w ogóle robisz? – warknęła.
– Och, zażądałam prawa zemsty, a sabat się zgodził. – Uśmiechnęła się słodko. – Powinnaś wiedzieć, że to jedno z najstarszych praw, a on mnie zdradził.
Nie, to nie działo się naprawdę! To nie mogło się dziać! Wiedziała jaki ból znosił chłopak, używając magii, niechcący skosztowała go na własnej skórze. Więc co musiał czuć teraz, żeby tak bardzo wyniszczyło?
– Przestań! – rozkazała Fionie, ale dziewczyna zbyła ją śmiechem.
Przymknęła oczy. Nie była w stanie dłużej tego obserwować. Najgorsza była bezradność – to, że nie miała pojęcia co zrobić. Wkrótce przyszli po nią strażnicy. Służba zmusiła ją do włożenia wytwornej sukni. Jej czarne włosy zostały upięte wysoko i ozdobione drobnymi kwiatami. Wyglądała jak księżniczka, a czuła się, jakby umierała. Kiedy wreszcie wypuścili ją z komnaty, nikt jej nie pilnował. Nie musiał. Zbyt wiele miała do stracenia gdyby uciekła. Szła pustym, słabo oświetlonym korytarzem. Podskoczyła, kiedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Ktoś wciągnął ją w pustą wnękę. Fiona! Co do cholery?
– Chodź! – rozkazała dziewczyna.
We wnęce, tuż za jednym z gobelinów, w ścianie otworzyło się wąskie przejście, jednocześnie tak niskie, że Fiona musiała się schylić.
– Nigdzie z tobą nie pójdę! – odwarknęła jej Neva.
– Musisz mi zaufać, nie masz wyjścia – stwierdziła tamta z determinacją.
Neva chciała się roześmiać, ale nie potrafiła.
– Dlaczego bym miała? – spytała zamiast tego.
Ponaglająco pociągnęła Nevę w stronę przejścia.
– Pospiesz się, bo nas złapią, a wtedy on rozpęta wojnę, która pochłonie ze sobą tysiące ofiar.
– On? – spytała niepewnie dziewczyna, nie chcąc dopuścić do siebie nawet strzępków nadziei.
– To, że mnie nie kocha, nie znaczy, że mi również przestało zależeć – odpowiedziała z determinacją Fiona i właśnie to brzmienie jej głosu zmusiło Nevę do wejścia w ciemności.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Niechętnie, pełna obaw, szła ciemnym korytarzem, który ku zdziwieniu dziewczyny wyprowadził ją z zamku. Piękna suknia była teraz cała w kurzu i pajęczynach. Fiona zostawiła ją w połowie rogi, mówiąc, że musi wrócić po Ranona, więc teraz Neva była jeszcze bardziej pełna obaw. Wyglądało jej to po prostu na pułapkę, a jednak, nie potrafiła się oprzeć jakiejkolwiek możliwości na to, by uniknąć własnego ślubu. Poza tym jedyne czego teraz pragnęła, to zobaczyć Matthew – całego i zdrowego. Kiedy wyszła z ciemności, oślepiło ją jasne słońce. Zamarła. Jej serce zaczęło pędzić dzikim galopem. On naprawdę tam był! Czekał na nią. Po prostu nie mogła uwierzyć, że go widzi. Miał na sobie lekko przybrudzone, dżinsowe spodnie i nic więcej. Tatuaże, pokrywające jego ręce, wyglądały jak żywe. Spojrzał na nią. Czekoladowe oczy zalśniły, ujrzała w nich ciepło… i niepokój. Pierwszy raz od kiedy go poznała wyglądał niepewnie. Jakby nie wiedział, co zrobić z rękami. Nie zamierzała mu dawać czasu do namysłu. Rzuciła się na niego, oplatając szyję chłopaka ramionami. Odetchnął z ulgą. Przytulił ją do siebie.
– Ślicznie wyglądasz w tej sukni – zamruczał tuż do jej ucha.
Ogarnęła ją ogromna ulga, że nic mu nie jest. Drżała, wtulona w jego tors. Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Odsunął ją od siebie odrobinę.
– Chodźmy stąd – poprosił. Wyraz jego twarzy się zmienił, stał się zimny i nieprzenikniony. – Mogę z nimi walczyć, ale dopiero kiedy będziesz bezpieczna.
Posłusznie biegła za nim przez las.
– Nie chcę, żebyś z kimkolwiek walczył – powiedziała z trudem łapiąc oddech po forsownym biegu.
Zatrzymał się tuż przed końcem linii drzew. Poprzez gęste krzaki widniało tu wyjście na rozłożystą polanę.
– Inaczej nie zostawią nas w spokoju – wyszeptał, obejmując ją ramieniem.
Teraz szli powoli. Ani na moment nie przestawał jej do siebie przytulać. Na środku polany stały trzy sylwetki, wyglądały na zniecierpliwione. Neva natychmiast rozpoznała Ranona i Fionę oraz ku jej kompletnemu zaskoczeniu, również Davida.
– Co on tu robi?! – warknął Matthew do dziewczyny, najwyraźniej tak samo zdzwiony jak Neva.
Chciała mu odpowiedzieć, ale to David zareagował pierwszy, stając naprzeciwko wtulonej w siebie pary.
– Szukałem Nevy – wyjaśnił. – Trafiłem na Fionę. Poszedłem z nią. Myślałeś, że naprawdę chcę tam zostać?
Czekoladowe oczy Matthew płonęły. Dziewczyna poczuła jak sztywnieją jego mięśnie.
– Zdradziłeś nas! – syknął wściekle.
Teraz to David wyglądał na zdumionego.
– Naprawdę myślisz, że wydałem cię czarownicom? – spytał.
Neva dotknęła dłoni Matthew. Splotła ją razem ze swoją.
– Chodźmy stąd – poprosiła. – Wyjaśnimy to później.
Niechętnie skinął głową, by chwilę potem, śladem pozostałych, pociągnąć ją za sobą w stronę magicznego przejścia.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Nie mogła tego znieść. Siedziała na plaży. Wymknęła się tutaj sama. Byli w jakimś domku nad brzegiem morza. Nie miała pojęcia skąd oni go wytrzasnęli, ale był i najwyraźniej należał właśnie do nich. Zarówno David, Ranon jak i Fiona planowali tu zostać. Jedyne czego chcieli, to zamieszkać w tym świecie. Matthew rozumiał znacznie więcej. Wiedział, że jeżeli nic nie zrobi, to Sabat zrówna ich kraje z ziemią. Neva była przekonana, że bez ochrony, jej przybrani rodzice długo nie pożyją. Poczuła jego obecność. Znalazł się przy niej. Nie usłyszała jego kroków. Usiadł na piasku, tuż obok dziewczyny. Miała złe przeczucia. Delikatnym gestem dotknął jej dłoni. Zdawała sobie sprawę, że to pożegnanie. Przez chwilę po prostu się w nią wpatrywał, jakby chciał zapamiętać każdy, najdrobniejszy szczegół, a potem po prostu odszedł. Bez słowa. Nie mógł obiecać, że wróci, a ona niczego innego nie chciała usłyszeć.
Epilog
To były najdłuższe wakacje jej życia, bo właściwie nie robiła nic. Powiedział, że ją kocha. Tylko raz. Wtedy, kiedy była z Davidem. Nigdy jej nawet nie pocałował, a ona i tak nie potrafiła się od niego uwolnić. Rozpoczął się rok akademicki i studia. Nie miała pojęcia jakim cudem dostała się na uniwersytet. Fionę i Ranona łączyły coraz cieplejsze uczucia. David rozstał się z Loren i odgrywał ulubieńca dziewczyn na uniwersytecie. Dookoła toczyło się życie, zupełnie jakby nigdy nic. Świat stał się normlany, zniknęły czarownice, żadne z nich nie było w stanie wyczuć przejść. Byli bezpieczni i wolni. Fiona troszczyła się o Nevę, jakby była jej starszą siostrą. Razem z Loren próbowały wciągnąć ją w swoje bujne, towarzyskie życie. Dziewczynie było wszystko jedno. Posłusznie robiła co jej każą, jednocześnie w ogóle o tym nie myśląc. Stała się milcząca i apatyczna, nie miała apetytu, a do jedzenia musiała się zmuszać. Wiedziała, że gdyby pozwoliła sobie na jakiekolwiek uczucia, zawaliłby się świat. Wieczorem, całymi godzinami, przesiadywała na plaży, wpatrzona w gwiazdy. Tego dnia było tak samo. Wzdrygnęła się, kiedy widok przesłoniły jakieś cienie. Nie było widać gwiazd, a jednak, jeszcze przed chwilą niebo było bezchmurne. Coś zbliżało się w kierunku morza z ogromną prędkością. Olbrzymi kształt. Wylądował rozchlapując dookoła wodę, a potem równie szybko wzbił się w powietrze. Ujrzała ciemną sylwetkę. Mężczyzna szedł po wodzie. Jej serce zabiło jak oszalałe. Nie śmiała dopuścić do siebie nadziei. Był coraz bliżej. Stanął przed nią. Cienie zniknęły, jakby rozpłynęły się w mroku nocy. Znów było widać gwiazdy. Poczuła w sercu ból. Wiedziała, że smoki już nigdy nie wrócą do tego świata. Nie było już czego pilnować. Czuła, jak zamyka się ostatnie przejście w granicy między zwykłym światem, a tym magicznym. Dlaczego nie podchodzi? Czemu nie weźmie jej w ramiona? Nie powie jak bardzo tęsknił, nie wyzna jak bardzo ją kocha? Czekoladowe oczy patrzyły na nią pytająco, błagalnie. I wtedy zrozumiała, jakie znalazł rozwiązanie. Przejścia zostaną zamknięte, nie będzie możliwości przemieszczania się miedzy światami. Zniknie cała magia, a w tym i on. Dawał jej wybór, a jednocześnie bał się, że Neva z niego skorzysta. Jego sylwetka stała się niewyraźna. Zaczęła się rozmazywać. Widziała smutek i ból w jego oczach, a jednak się wahała. Chciała zostać. To był jej świat, tu było jej życie. A jednocześnie mdliło ją na samą myśl, że mogłaby je spędzić bez niego. W jednej chwili podjęła decyzję. Rzuciła się w ramiona Matthew.
– Nie zostawiaj mnie – szepnęła błagalnie.
Uśmiechnął się pełnym ulgi uśmiechem. Przytulił ją do siebie czule.
– Nie zostawię.
Zdążyła w ostatniej chwili. Stali teraz na porośniętym zieloną trawą wzgórzu, w dole rozciągał się widok na przepiękną, żyzną dolinę. Przy drewnianych domach biegały dzieci. Słychać było śmiech.
– Gdzie my jesteśmy? – spytała nie wierząc własnym zmysłom.
– To północne ziemie – powiedział cicho – mój kraj. Smoki zmieniły wszystko. Nie będzie więcej wojen. Wystarczy sama ich obecność. Odegnały zimę. Zabiły Sadricka. Nie wszystko jest jeszcze tak, jak powinno być, ale dołożą wszelkich starań, żeby naprawić ten świat.
– Czemu nie zrobiły tego wcześniej? – spytała wtulając się w niego, z dłońmi kurczowo wczepionymi w czarną koszulę chłopaka, jakby ciągle nie wierząc, że tu był. Wydawało jej się, że w każdej chwili może zniknąć.
– Nie mogły. Były uwięzione. Uwalniając mnie, uwolniłaś także i smoki. Od zawsze były strażnikami tego świata i będą nimi nadal.
„Żył w naszych myślach na długo przed tym nim się narodził. Jest jednym z nas.” – Neva przypomniała sobie słowa Suriona. Zakręciło jej się w głowie.
– Słyszysz je! Zawsze je słyszałeś! Ty draniu!
Roześmiał się. O wszystkim wiedział. Słyszał rozmowę, którą przeprowadziła z Surionem. Poczuła jak płoną jej policzki. Chciała się wyrwać z jego objęć, ale jej nie wypuścił.
– Więc czemu grałeś? – warknęła na niego.
Spoważniał.
– Nie grałem – odpowiedział ponuro. – Naprawdę się bałem. Nie wierzyły, że to ty nas uwolnisz. Widziały w tobie swojego wroga, czarownicę. Naprawdę chciały cię zabić, a ja nie potrafiłem przekonać ich, by tego nie robiły. Do momentu, kiedy stanęłaś przed Surionem. Wtedy zrozumiały – spojrzał na nią z powagą w czekoladowych oczach. Niesforne kosmyki jego ciemnych włosów rozwiewał wiatr. Poczuła jak szybko bije jej własne serce. – Kocham cię – oznajmił stanowczym, pełnym determinacji głosem. – Nie wiem co bym zrobił, gdybyś tam została.
Pochylił się i ją pocałował. Gorąco, namiętnie, zachłannie, a jednocześnie czule i delikanie. Przylgnęła do niego całą sobą, żarliwie odwzajemniając jego pocałunek. Nie żałowała niczego. Jej świat był bezpieczny. Tu było tak pięknie… Zresztą nie ważne gdzieby się znalazła, byleby on tam był. To z nim chciała spędzić życie.
The End