Rozdział 3 – Pieśń księżyca
by Vicky
Kiedy skończyły się wreszcie zajęcia, słońce zbliżało się już ku zachodowi. Na niebie, w równych odstępach czasu, pojawiały się kolejne, przezroczystobiałe księżyce. Emi z żalem stwierdziła, że jest już za późno na dłuższy spacer po puszczy, ale mimo to nie zrezygnowała zupełnie z wyjścia. Odeszła kawałek od szkoły, po czym niezauważona przez nikogo zagłębiła się w las. Przystanęła zaskoczona, kiedy już po kilku metrach, na wydeptanej ścieżce, zobaczyła Jaya. Niedbale opierał się o pień potężnego drzewa. I tym razem miał na sobie tylko spodnie. Wyglądało tak, jakby czekał tu właśnie na nią. Spojrzała na niego pytająco. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle, kiedy w bursztynowych oczach ujrzała z trudem tłumioną wściekłość.
W jednej chwili chłopaka nie było już przy drzewie. Teraz znalazł się przy niej. Cofnęła się. Oparła plecami o pień drzewa. Nie miała jak się dalej wycofać. Jay podszedł do niej, brutalnie chwycił ją za ramiona. Pochylił się nad nią przysuwając twarz do jej twarzy. Był bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Emi poczuła jak ogarnia ją panika. Wiedziała, że to duży błąd. W końcu był drapieżnikiem. Natychmiast odgoniła od siebie strach. Odważnie spojrzała mu w oczy. Czego on od niej chciał?!
– Czemu to zrobiłaś? – warknął, cedząc słowa przez zęby.
Zdała sobie sprawę, że on naprawdę stara się nad sobą panować. Nie chciała go drażnić, sytuacja powoli jednak zaczynała złościć także i ją, poza tym nie miała bladego pojęcia o co mu w ogóle chodzi.
– Zrobiłam co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie spuszczając wzroku z jego bursztynowych tęczówek i kocich źrenic.
– Dlaczego przyszłaś na trening? – syknął poirytowany.
Teraz już kompletnie zbił Emi z tropu.
– O co ci do diabła chodzi?! – spytała zagniewanym głosem. – Przecież nie tylko ja tam byłam! To jakaś zbrodnia?
– Dlaczego przyszłaś? – powtórzył pytanie cierpkim tonem.
Odepchnęła go od siebie. Odsunął się posłusznie, puszczając jej ramiona.
– Będę miała przez ciebie siniaki! – powiedziała pełnym pretensji głosem, rozcierając dłońmi obolałe miejsca. Wiedziała, że coś musi mu odpowiedzieć. Było jej głupio, ale nie zamierzała go okłamywać. – Chciałam cię zobaczyć – mruknęła, spuszczając wzrok. Jay jęknął, potem się roześmiał. Opadł na ziemię, opierając się o pień drzewa, pod którym stała. – No co? – zapytała poirytowana, siadając obok niego.
Od razu pożałowała swojego nieprzemyślanego działania. Cudownie! Już pierwszego dnia udało jej się pobrudzić swoją nową spódnice. Zdecydowała, że na dłuższy czas wróci z powrotem do spodni. Chłopak przestał się śmiać. Westchnął.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Byłem przekonany, że zrobiłaś to specjalnie.
– Dalej nie wiem co takiego zrobiłam – mruknęła.
Spojrzał na nią.
– Ty naprawdę nie wiesz? – Przecząco pokręciła głową. Jay znów się śmiał. – Nieźle przez ciebie dzisiaj oberwałem – oznajmił poważniejąc. – Rozproszyłaś moją uwagę. Nie dość, że się tam pojawiłaś, to jeszcze ubrana w ten sposób… nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Proszę, nie przychodź więcej na treningi.
Emi nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Kompletnie ją tym, nazbyt szczerym, wyznaniem zaskoczył.
– Chcesz powiedzieć, że ci się podobam? – upewniła się zszokowana dziewczyna. – Wasz trening naprawdę był wspaniały – westchnęła cichutko.
Jay przyjrzał jej się uważnie. W jego miodowych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Leniwym gestem objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Emi przez chwilę walczyła z nieprzyjemnym uczuciem, że chłopak traktuje ją jak swoją własność. Miała ochotę uderzyć go w twarz. Potem jednak jakby się poddała. Nie chciała, żeby to spotkanie było ich ostatnim, Jay za bardzo ją fascynował. Zresztą, niewiele różnił się od innych niebezpiecznych stworzeń, które znała. W końcu i on był, działającym instynktownie, drapieżnikiem. Przysunęła się do niego, kładąc mu głowę na ramieniu. Uśmiechnął się do niej leniwie.
– Naprawdę nie lubię obrywać, dlatego zazwyczaj jestem najlepszy – powiedział, bez cienia arogancji w głosie. Jay się nie chwalił, on po prostu stwierdził fakt. – Więc proszę, nie przychodź tam więcej. Będziemy spotykać się tutaj, w lesie.
– Dobrze, nie przyjdę. Przykro mi, że przeze mnie oberwałeś – odpowiedziała cicho Emi, błądząc już jednak myślami zupełnie gdzie indziej.
Rozdział VII
Damien uśmiechnął się do siebie. Więc jednak dobrze kojarzył ten niezwykły zapach. Z żalem, przy pomocy magii, pozbył się go ze swojego ubrania i rąk. Nie to, żeby chciał coś ukrywać przed przyjacielem, ale skoro tamten mu nie powiedział… odwdzięczy mu się tym samym. Przeczesał palcami wilgotne po myciu, jasne włosy i skierował się prosto do pokoju rady nauczycielskiej.
Przystanął przed solidnej konstrukcji, dębowymi drzwiami, a potem wszedł nie fatygując się pukaniem. Wspólne pomieszczenie jak zwykle o tej porze było puste. Skierował się prosto do gabinetu swojego wychowawcy. Do tych drzwi także nie zapukał, po prostu, jak gdyby nigdy nic wszedł do środka.
Za szerokim biurkiem, na wygodnym fotelu siedział mężczyzna w średnim wieku. Miał haczykowaty nos i łasicowate oczy. Lata papierkowej pracy i zaniedbanie rutynowych ćwiczeń sprawiło, że jego budowa nie przypominała reszty Illi’andin. Niewielu było chętnych do współpracy z czarodziejami, więc tak naprawdę brano każdego, kto tylko się zgłosił. Oczywiście byli wielbiciele pokoju, jak Robert Del’rante czy Patrick Hayazaki, ojciec Damiena, ale nie było ich zbyt wielu. Jednak nie mogli sobie pozwolić na dalszą, wyniszczającą wojnę, a jakikolwiek rozejm, chwilowo gwarantowało jedynie istnienie Czarnej Wieży. Tak więc robili, to co było trzeba.
Mężczyzna mimowolnie wzdrygnął się na widok Damiena. Chłopak uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Rozsiadł się wygodnie na stojącym naprzeciwko biurka, wysokim krześle.
– Mam sprawę, James – powiedział beznamiętnym, niewyrażającym niczego tonem.
– O co chodzi? – spytał tamten niezbyt pewnie.
– Zmieniłem zdanie, chcę wziąć udział w wymianie uczniowskiej. Możesz dopisać mnie do listy – powiedział łaskawie.
Mężczyzna zrobił wielkie oczy. Patrzył niedowierzająco na Damiena. To było coś niezwykłego, wszyscy wiedzieli, jak bardzo chłopak nienawidzi ludzi. Poza tym zadanie było zbyt banalne, zdecydowanie za proste.
– Coś jeszcze? – wydukał James, nie porzucając nadziei, że może jednak nic więcej.
– Tak – potwierdził jego obawy Damien. – Nie chcę brać udziału w losowaniu. Chcę dostać konkretną osobę, Emily Morrington.
Oczy mężczyzny się zaszkliły, jego haczykowaty nos drgnął.
– To niewykonalne – powiedział niepewnie.
– Czy za mało ci się odwdzięczam za przysługi? – zapytał cichym, zwodniczo łagodnym tonem Damien. – Jestem pewien, że sobie poradzisz…
James spuścił wzrok. Wiedział jak niebezpieczne może okazać się drażnienie tego chłopaka. Nie miał zamiaru też tracić korzyści wynikających z ich małego układu.
– Zrobię co w mojej mocy – wychrypiał.
– Mam nadzieję – mruknął Damien, wstając z krzesła. – Do zobaczenia – powiedział niespiesznie otwierając drzwi i wychodząc z dusznego pokoju.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Oczy Andre płonęły z nieskrywanej złości. Poczerwieniał na twarzy. Ściskał ramię Emi tak mocno, że ta w końcu ugryzła go, żeby wreszcie ją puścił. Nawet na nią nie spojrzał.
– Nie zgadzam się! – powtórzył po raz kolejny. – Nie macie prawa!
Do tej pory dziewczyna nie sądziła, że ktoś w ogóle mógłby w ten sposób odezwać się do ich dyrektorki. Starszy brat w dalszym ciągu potrafił ją zaskakiwać. Kiedy ogłoszone listę uczniów, którzy mieli spędzić dwa tygodnie w Mrocznej Wieży, a wśród nazwisk znalazła się także Emi, Andre złapał ją za rękę i protestującą natychmiast przyciągnął do gabinetu pani Hanny. Kobieta spojrzała na niego chłodno.
– Rozumiem, że martwisz się o bezpieczeństwo siostry – powiedziała bezbarwnym głosem – zapewniam cię jednak, że nie ma o co. Będzie starannie pilnowana, jak pozostali uczniowie.
– Przecież nikt jej nie zgłaszał! – warknął Andre. – Dlaczego jest na tej cholernej liście?!
– Zgłosili ją twoi rodzicie, chłopcze – powiedziała zimno dyrektorka. – Takie było ich życzenie i nie masz prawa się mu przeciwstawiać.
– Rodzice? – wydukał zbity z tropu Andre.
– Jeżeli to wszystko – powiedziała oschle, wstając zza biurka i odprowadzając ich do drzwi – to może pójdziesz i pomożesz się siostrze spakować?
Pobladły na twarzy Andre pozwolił się niemal siłą wyprowadzić na korytarz. Emi spojrzała przepraszająco na srogą nauczycielkę. Zanim zamknęła za nimi drzwi, pani Hanna obdarzyła ją leciutkim, ledwo zauważalnym, pokrzepiającym uśmiechem.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Z zamku Emi udało się wymknąć dopiero pod wieczór. Kochała Dareshię i jej niebo. Tej nocy nie było widać żadnych gwiazd, ponieważ zbyt jasne światło dawało, wreszcie widoczne, wszystkie siedem księżyców. Strach przed przebywaniem w Czarnej Wieży, złość brata, urok Damiena, to wszystko nie miało znaczenia, wobec tego cudownego, Dareshiańskiego nieba. Kiedy tylko zagłębiła się w las od razu spotkała czekającego na nią Jaya.
– Długo na mnie czekałeś? – spytała odrobinę zmieszana i zaskoczona.
– Od zachodu słońca – mruknął, jakby wstyd było mu się do tego przyznać.
– Jay! To przecież kilka godzin! – jęknęła Emi.
Wzruszył ramionami.
– Dzisiaj jest pierwszy dzień w roku, kiedy widać wszystkie księżyce. Miałem nadzieję, że przyjdziesz.
Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Poczuła radość z powodu, ze jemu też nie było to obojętne. Coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że wreszcie, pierwszy raz w życiu spotkała swoją bratnią duszę. Chłopak podszedł do niej, porwał ją w ramiona, a potem rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Emi instynktownie oplotła ramionami jego szyję. Uwielbiała latanie! Pod rozjaśnionym białą łuną niebem, było jak w bajce. Jay uśmiechnął się do niej.
– Dobrze, że przynajmniej włożyłaś spodnie – stwierdził rozbawiony.
– Gwarantuję ci, że już nigdy nie pokażę się przy tobie w spódnicy – oświadczyła lekko naburmuszona.
Wylądowali na swojej polanie, tuż nad jeziorem. Skąpana w srebrnobiałym świetle wyglądała przepięknie. Widok zaparł Emi dech w piersiach. Miała nadzieję, że zostaną tu przez całą noc. Naprawdę cieszyła się, że Jay na nią czekał, ponieważ sama nigdy nie zdecydowałaby się tak późno tu dotrzeć.
– Niech będzie – oznajmił wzruszając ramionami. – Na bal możesz iść w spodniach.
Rozłożył się wygodnie na wilgotnej od rosy trawie. Najwyraźniej w ogóle mu to nie przeszkadzało.
– Na bal idę w sukience – oznajmiła siadając obok niego – i nie idę tam z tobą – dodała stanowczym tonem.
Jay uniósł się na łokciu. Spojrzał na nią z wyrzutem.
– Dlaczego? – zapytał prostolinijnie.
Emi miała ochotę go udusić.
– Po pierwsze, mnie nie zaprosiłeś… – warknęła na chłopaka.
– Świetnie, w takim razie teraz zapraszam – rozluźnił się odrobinę, przerywając dziewczynie w półsłowa.
– Po drugie, już jestem z kimś umówiona – dodała odrobinę ostrzej.
Nie była pewna czy taki argument w ogóle do niego dotrze. Miała rację. Bursztynowe oczy chłopaka pociemniały. Zatańczyły w nich iskierki złości.
– Więc powiedz mu, że zmieniłaś zdanie – rozkazał cicho.
– Nie – odpowiedziała stanowczo, patrząc mu w oczy.
– Dlaczego? – warknął na nią.
– Ciągle zadajesz to głupie pytanie – rozeźliła się dziewczyna. – Nie wiem jak u was to wygląda, ale ja nie łamię złożonych wcześniej obietnic! – oznajmiła szorstko.
Gniew Jaya jakby odpłynął. Chłopak rozłożył skrzydła, kładąc się na plecach. Smugi po razach, które otrzymał kilka dni wcześniej były już ledwo widoczne. Patrzył w niebo.
– Lubisz mnie? – zapytał.
Emi westchnęła. Rozmawiało się z nim jak z dzieckiem.
– Lubię – oznajmiła, wpatrując się w niego intensywnie – ale to nie znaczy, że stałam się przez to twoją własnością.
– Rozumiem – powiedział nad czymś zamyślony.
Dziewczyna nie była przekonana czy cokolwiek do niego dotarło. Postanowiła zmienić temat.
– Od jutra, przez dwa tygodnie, będę mieszkała w Czarnej Wieży – oznajmiła cichutko.
Jay gwałtownie usiadł. Jego twarz pobladła.
– Zwariowałaś?! – warknął na nią. – Dlaczego zapisałaś się do tego pieprzonego programu?! Gwarantuję, że nie będzie to dla ciebie ani miłe ani bezpieczne przeżycie!
Dziewczyna zamrugała. Nie spodziewała się tak ostrej reakcji. Tylko tego było jej potrzeba! I tak była już wystraszająco przestraszona tym faktem, a teraz jeszcze Jay…
– Nigdzie się nie zapisywałam – westchnęła odwracając wzrok. – Rodzice mnie zgłosili.
Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się. Usiadł za nią, oplatając ją od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego jak mała dziewczynka. Potrzebowała tego.
– W takim razie będę musiał cię pilnować – mruknął tuż przy jej uchu, wtulając policzek w jej potargane wiatrem, brązowe włosy.
Rozdział VIII
Z samego rana, jeszcze przed treningiem Jay odszukał swojego wychowawcę. Był to człowiek srogi, ale sprawiedliwy, a przede wszystkim, co liczyło się u Illi’andin najbardziej, był dobrym wojownikiem. Jego włosy posiwiały już ze starości, a on zdecydował się przekazywać zdobytą przez lata wiedzę młodszemu pokoleniu.
– Dlaczego tak późno, zdecydowałeś się dołączyć do programu? – zapytał spokojnie, kiedy Jay napadł go i oznajmił, że musi wziąć udział w wymianie uczniowskiej z czarodziejami.
– To dla mnie ważne – odpowiedział chłopak szczerze – ale nie mogę powiedzieć dlaczego.
Mężczyzna skinął głową, przyjmując słowa ucznia do wiadomości.
– Niewiele da się teraz zrobić – stwierdził. – Jeżeli chcesz, zapiszę cię na listę rezerwową.
– Dobre i to – mruknął niepocieszony chłopak. – Dziękuję – powiedział i odszedł, odprowadzany zmartwionym wzrokiem nauczyciela.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Koło południa, Emi wraz z grupą innych uczniów, o dziwo samych dziewcząt, pod czujnym okiem Roberta Del’rante, nauczyciela manier i tańca Illi’andin, udała się do Czarnej Wieży. Andre stał w bramie, ponieważ nie puszczono go dalej. Jego usta posiniały. Zaciskał dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Nie rozumiał, jak rodzice mogli jej to zrobić. Dlaczego?!
– Nie pozwolę im cię skrzywdzić siostrzyczko – wyszeptał sam do siebie.
Nie wiedział jeszcze co zrobi, ale był pewien, że jakoś mu się uda. Podszedł do niego Robert Lander, najlepszy przyjaciel Andre. Położył chłopakowi rękę na ramieniu. Jego rodzina była jedną z tych najbardziej nienawidzących Illi’andin. Nie chcieli pokoju. Gdyby nie mający znaczne wpływy dziadek, nigdy by tutaj nie trafił.
– Pamiętaj, że nie jesteś sam – powiedział cicho, głosem, w którym brzmiała wyraźna obietnica.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Czarna Wieża była równie przerażająca w środku co i na zewnątrz. Czarodziejki rozglądały się po niej ciekawie, spłoszonymi spojrzeniami. Nawet wiecznie rozgadana, przebojowa Klaudia, koleżanka z klasy Emi, wyglądała na przestraszoną. Dziewczęta wprowadzono do wielkiego, mrocznego holu i kazano im czekać. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność minutach, wrócił pan Del’rante. Prowadził ze sobą rząd ubranych w czerwone liberie służących. Nie byli to jednak ludzie, tak jak ci pracujący w Białym Pałacu. Istoty najbardziej przypominały chodzące na dwóch nogach jaszczurki, były niezbyt wysokie, o głowę niższe od Emi i miały zupełnie puste, czarne oczy. Większość dziewcząt cofnęła się od nich z obrzydzeniem.
– Teraz będę odczytywał nazwiska – odezwał się nauczyciel, przerywając nienaturalne milczenie. – Każda wyczytana osoba zostanie zaprowadzona do swojego tutejszego opiekuna. Mam nadzieję, że bez trudu zawrzecie nić porozumienia – powiedział zachęcająco, ale jego głos brzmiał tak, jakby sam szczerze w to wątpił.
Emi przełknęła ślinę. Coraz mniej jej się ta wymiana podobała. Była też niezmiernie ciekawa, co będzie, kiedy po balu, Illi’andin będą gościli u nich. Kiedy nadeszła jej kolej, wzięła swój wypakowany po brzegi plecak i poszła posłusznie w ślad za milczącym, jaszczurzym lokajem.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Służący zaprowadził Emi do okazałego, elegancko i gustownie urządzonego salonu. Nie zareagował kiedy podziękowała mu grzecznie. Rozejrzała się po nim zaciekawiona. Kiedy tylko lokaj wyszedł, zamykając za sobą drzwi, w pokoju pojawił się Damien. Emi zamrugała z niedowierzaniem. Jej serce zabiło jak oszalałe. Czy to właśnie z nim miała spędzić dwa tygodnie?
– Nie odpowiedzą ci – oznajmił łagodnie, przeczesując palcami jasne, nieco przydługie włosy. Uśmiechnął się zauważywszy jej pytające spojrzenie. – Służący, nie odpowiedzą. Są pod wpływem narkotyków, żeby nie stanowili zagrożenia. Wykonają każde polecenie, ale żyją w swoim własnym świecie.
Dziewczyna zadrżała. Coś takiego nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Teraz wydało jej się najbardziej chorą i okrutną rzeczą z jaką się w życiu spotkała. Damien jednak mówił o tym tak spokojnie… to była jego zwykła codzienność.
– Jak to się stało, że trafiłam akurat na ciebie? – spytała cicho, nie chcąc drążyć tematu jaszczuroludzi.
Chłopak uśmiechnął się czarująco, leniwym, aroganckim uśmiechem. Spojrzał na nią spod długim, czarnych rzęs.
– To proste – stwierdził podchodząc do niej bliżej. – Oszukiwałem.
Emi poczuła, że się rozpływa. Wszystko w niej chciało śpiewać. Nie była jednak głupią, zadufaną w sobie dziewczyną. Nie miała zamiaru przestać drążyć dalej.
– Dlaczego? – zapytała spokojnie.
– Nie pamiętasz mnie, prawda? – roześmiał się dźwięcznym, srebrzystym śmiechem.
Emi spojrzała na niego pytająco. Nie miała pojęcia o co mogło mu chodzić.
– Poznaliśmy się, na początku tygodnia… – stwierdziła wzruszając ramionami.
– Więc jednak nie pamiętasz – posmutniał odrobinę. – Spotkaliśmy się długo, długo wcześniej. Może to ci przypomni… – westchnął cicho.
Ciało Damiena zaczęło blaknąć i stawać się coraz bardziej przezroczyste, w tym samym miejscu w którym stał chłopak, pojawił się olbrzymich rozmiarów, śnieżnobiały kot. Jego futro zdobiły różnej wielkości, asymetryczne, czarne cętki. Spojrzał na nią mrużąc niebieskie, dziwne jak na kota oczy. Otworzył paszczę szczerząc kły. Wyglądał naprawdę groźnie. Emi pisnęła z zachwytu. Kiedyś, dawno temu, doskonale znała te oczy. Opadła na kolana, oplatając ramionami szyję ponad czterysta kilogramowej kociej masy mięśni i futra. Kot szturchnął ją nosem, odsuwając od siebie łagodnie, a potem na powrót przyjął swoją ludzką postać.
– Damien – szepnęła wpatrując się w chłopaka.
– Więc jednak pamiętasz? – mruknął cicho, siadając przy niej na podłodze.
Tym razem wyjątkowo nie obchodziło go czy pogniecie albo pobrudzi ubranie. To przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przysunęła się do chłopaka, kładąc głowę na jego ramieniu. Przytulił ją czule.
– Jak mnie rozpoznałeś? – zapytała wzruszona. – Byliśmy jeszcze dziećmi… Czy ja się w ogóle nie zmieniłam? – westchnęła z lekką konsternacją.
– Nie za bardzo – stwierdził przypatrując się jej uważnie. – Chociaż gdybym cię zobaczył, nie miałbym pewności… ale ten zapach. Jego nigdy bym nie mógł zapomnieć. To nim przywabiasz do siebie wszystkie drapieżniki – mruknął z urazą.
Roześmiała się perliście. Spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. Przestał być tajemniczym nieznajomym. Całe napięcie, jakie czuła wcześniej w obecności Damiena, cały urok, który nad nią roztoczył w jednej, krótkiej chwili znikł. Teraz był po prostu przyjacielem z dzieciństwa, kimś, kogo całym sercem kochała. Doskonale pamiętała jak wszystkich śmiertelnie wystraszyła bawiąc się z „kotkiem”. Miała pięć lat, kiedy rodzice zabrali ją na wyspę Andur. Tam oni i kilka innych, starożytnych rodzin, z wiekowymi tradycjami, pertraktowało z arystokracją Illi’andin. Ona i Damien byli jedynymi zabranymi na wyspę dziećmi. Mieszkali tam przez prawie cztery lata, bawiąc się razem mimo wyraźnego zakazu rodziców. Wspierali się nawzajem w trudnych chwilach i wspólnie utrzymywali swój sekret. Kiedy Emi wraz z rodzicami opuściła wyspę, nie spodziewała się, że go jeszcze kiedyś zobaczy. Teraz wszystkie cudowne, dziecięce wspomnienia wróciły. Wzruszona, tuliła się do niego, śmiejąc się poprzez łzy.
Rozdział IX
Zbliżał się wieczór. Jay czekał w lesie od kilku godzin. Targały nim coraz większe obawy. Od momentu, kiedy zabrał Emi z puszczy, żeby nie stała się „przypadkową” ofiarą polowania, wiedział, że dziewczyna należy do niego, a za czym idzie miał obowiązek ją chronić. Poza tym zdawał sobie boleśnie sprawę, że nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Znali się zaledwie od dwóch tygodni, a on już wiedział, że jeżeli będzie trzeba, poświęci za nią życie. Nawet nie próbował zastanawiać się, jak do tego doszło. Po prostu działał instynktownie, jak zwykle zresztą.
Znudzony chodzeniem w kółko usiadł pod drzewem. Dlaczego się jej tu spodziewał? Przecież nie obiecywała, że przyjdzie… Zawsze jednak przychodziła. Każdego dnia spotykali się w tym właśnie miejscu. Jay westchnął smętnie. To była jej pierwsza noc w Czarnej Wieży, a on nawet nie miał pojęcia jak ją w ogóle odnaleźć, a co dopiero chronić przed innymi Illi’andin. Jego plan do tej pory był prosty. Weźmie udział w programie szkolnym, a potem po prostu wymieni się dziewczyną, która mu przypadnie na Emi. Był czarnoskrzydłym, był wojownikiem, był silniejszy od reszty chłopaków. Mógł więc dostać to czego chciał, bo takie właśnie prawa rządziły Illi’andin. Niewiele było w szkole osób, które mogłyby pokonać go w uczciwym pojedynku, nikt więc nie ośmieli się rzucić wyzwania. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, żeby wziąć udział w tej piekielnej wymianie uczniów – najgłupszym pomyśle świata.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Wieczorem, po przyjemnie spędzonym dniu na rozmowie z Damienem, Emi spakowała swoją płócienną torbę i stanęła przy drzwiach, zastanawiając się jak w ogóle ma stąd wyjść. Nie miała pojęcia jak poruszać się po Czarnej Wieży. Kiedy zrobiła krok w stronę korytarza, chłopak natychmiast zagrodził jej drogę.
– Gdzie idziesz? – spytał swoim miękkim, aksamitnym tenorem.
– Do lasu – odpowiedziała cichutko dziewczyna, spodziewała się różnego rodzaju protestów, zawsze tylko je słyszała. – Chodzę tam codziennie – dodała na wszelki wypadek.
Damien uśmiechnął się. Więc prawdopodobnie tak go poznała… To musiała być ciekawa historia, ale będzie musiał zdobyć się na trochę więcej cierpliwości, żeby usłyszeć ją ze szczegółami.
– Dzisiaj nie pójdziesz – powiedział delikatnie. – Przykro mi, ale dopóki mieszkasz w Czarnej Wieży, nie wolno ci wychodzić samej, a ja nie mogę ci towarzyszyć do lasu.
Emi spojrzała na niego błagalnie. Była przekonana, że w puszczy czeka na nią Jay. Potwornie zabolało, kiedy wyobraziła sobie zawód w bursztynowych oczach chłopaka.
– Damien, proszę… ja naprawdę muszę tam iść…
Chłopak, bez słowa, odciągnął ją od drzwi. Posadził dziewczynę na stylowej, bogato zdobionej, obitej ciemnozielonym materiałem kanapie. Całe pomieszczenie umeblowane było w starym, klasycznym stylu. Odebrał od niej torbę. Emi spojrzała na niego zaniepokojona.
– Posłuchaj mnie – powiedział siadając przy niej. – Tu wcale nie jest bezpiecznie. Wielu z nas nienawidzi ludzi – na przykład ja, dodał w myślach, bo Emi do gatunku ludzkiego zwyczajnie nie zaliczał, ona była kimś wyjątkowym, czymś zupełnie innym. – Mogą dla zabawy zrobić ci krzywdę. Rozumiesz to?
Emi rozumiała. Była przekonana, że tak samo właśnie zachowałby się jej brat w stosunku do Illi’andin. Niechętnie skinęła głową.
– Damien… – zaczęła, nie potrafiąc przestać niepokoić się o Jaya.
Chłopak nie pozwolił jej skończyć. Delikatnie odgarnął niesforne kosmyki z jej twarzy. Wziął ją za ręce.
– Emi – powiedział cicho, patrząc jej w oczy. – Chciałbym cię prosić o te dwa tygodnie. Spędź je po prostu ze mną, nie przejmując się niczym innym. Możesz to dla mnie zrobić? Obiecasz mi to?
Dziewczyna zapadła się głębiej w kanapę. Wiedziała, że jeżeli mu to obieca, będzie zmuszona dotrzymać słowa. Tylko, że… Niebieskie oczy Damiena patrzyły na nią z nieskrywaną nadzieją. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało go w jej życiu.
– Dobrze, obiecuję – westchnęła, mając nadzieję, że nie straci w ten sposób przyjaźni Jaya.
Damien uśmiechnął się czarującym uśmiechem, księcia z bajki. Przysunął się do niej bliżej. Spojrzał na nią tak, że na całym ciele poczuła przyjemne mrowienie. Czułym gestem dotknął jej twarzy. Pogłaskał policzek, potem zszedł samymi opuszkami palców niżej, dotykając szyi dziewczyny.
– W takim razie mam dwa tygodnie na to, żebyś zdążyła się we mnie zakochać – zamruczał uwodzicielsko, a jego uśmiech stał się leniwy i arogancki.
Emi z trudem przełknęła ślinę. Wcale nie była pewna, czy Damien żartuje.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Świtało, kiedy Jay zdecydował się wrócić do Czarnej Wieży. Nie mógł spóźnić się na trening, zbyt wiele by go to kosztowało. Przeklinał się za własną głupotę. Mógł przewidzieć, że nikt nie wypuści jej tak po prostu na zewnątrz, bo jakoś przez myśl mu nie przeszło, że Emi mogłaby sama z siebie nie przyjść. Po prostu nie dopuszczał takiej możliwości do swojego umysłu. Pospiesznie zjadł śniadanie i udał się prosto na skąpaną w promieniach słońca arenę.
Rozdział X
Piękny, skąpany w promieniach słońca poranek przeszedł w równie cudowne, wiosenne przedpołudnie. Damien jak zwykle miał długodystansowy plan, a jego początkiem były najbliższe dwa tygodnie. Siedział teraz w pokrytym ciemnozielonym aksamitem fotelu i z zainteresowaniem przyglądał się leżącej na brzuchu, na miękkim dywanie dziewczynie. Rysowała coś przy pomocy węgla drzewnego. Tak, Emi zdecydowanie była częścią jego planu. Przeczesał palcami jasne włosy. To był nawyk, którego nie potrafił się pozbyć, jego jedyna maniera. Przeciągnął się leniwie. Wstał i podszedł do niej. Zmusił się, żeby uklęknąć przy dziewczynie na podłodze, wszystko w nim krzyczało, że to poniżej jego godności. No cóż, na wszystko przyjdzie czas i rozkoszna, dziecinna Emi z pewnością odkryje istnienie stołu… Na razie nie zamierzał jej w żaden sposób ograniczać. Spojrzał na jej rysunek. Był naprawdę niezły, tylko, że… Twarz Damiena natychmiast zobojętniała, stając się bezwyrazową maską. Nieokazywanie uczuć wyćwiczył już w życiu do perfekcji. Złość w chłopaku mieszała się z dużą dozą dezaprobaty i zazdrości. Rysunek Emi przedstawiał szczerzącego kły wilka. Bardzo znajomego wilka. Damien miał ochotę porwać kartkę na kawałki. Jak daleko zaszedłeś, przyjacielu? – pomyślał zawistnie. Jeżeli będzie musiał stoczyć tą walkę, zrobi to bez wahania. I wygra. Damien nigdy nie przegrywał.
– Ładne – mruknął pochylając się nad ramieniem rysującej dziewczyny.
– Tak sądzisz? – zapytała z zapałem, a jej karmelowe oczy zaświeciły się ze szczęścia.
Usiadła uśmiechając się do niego. To było zbyt proste. Emi nie stanowiła dla niego żadnego wyzwania. Chłopak przez chwilę tego pożałował, uwielbiał różnego rodzaju gry, ale w tym samym momencie sam siebie skarcił w duchu. Tym razem było inaczej. To nie miała być zabawa, a ona nie była kolejną z jego lalek.
– Aha – odpowiedział z przekonaniem, a potem przysunął się i oplótł dziewczynę od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego ufnie, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Przez chwilę z przyjemnością wdychał jej nadzwyczajny zapach. Potem odezwał się, najmilszym, najbardziej kuszącym tonem, na jaki był w stanie się zdobyć. – Tak sobie pomyślałem, że może poszlibyśmy razem na bal okazji Nocy Walpurgii… To byłoby całkiem niezłe uwiecznienie wspólnych dwóch tygodni.
Uśmiechnął się do niej czarującym, uwodzicielskim uśmiechem i czekał. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Jej oczy w jednej chwili posmutniały.
– Naprawdę bym chciała – westchnęła cichutko – ale nie mogę. Obiecałam już komuś innemu, że z nim pójdę.
Jay, ty skurwielu, zamorduję cię za krzyżowanie moich planów! – natychmiast przeszło przez myśl Damienowi. W tym momencie miał ochotę udusić przyjaciela. Jeżeli siedząca przy nim Emi była tą samą dziewczyną, którą kiedyś znał, to nie miał szans jej przekonać, żeby zmieniła zdanie. Nigdy, przenigdy nie złamałaby danego komuś słowa. Sam tego niejednokrotnie w przeszłości doświadczył. Trudno, to też będzie musiał w jakiś sposób przerobić na swoją korzyść.
– Rozumiem – odpowiedział, starannie ukrywając swoje rozgoryczenie. – Jakoś przeżyję ten cios w samo serce – uśmiechnął się do niej rozbrajająco.
Emi zachichotała. Oplotła ramionami jego szyję i delikatnie pocałowała chłopaka w policzek. Wstał, podnosząc ją ze sobą.
– Mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytała zupełnie szczerze.
– Jestem pewien, że coś się znajdzie – wymruczał.
Przerwało im pukanie do drzwi. Damien niechętnie otworzył. Odebrał od jaszczuro-człowieka starannie zapieczętowany list, po czym odprawił służącego. Otworzył go i przeleciał wzrokiem. Czego oni od niego chcą?! Dlaczego akurat teraz?! Zgniótł ozdobny papier w kulkę, położył na dłoni i wysunął przed siebie.
– Płoń – rozkazał stanowczo.
Zgnieciony list zapłonął w jednej chwili niebieskim płomieniem. Damien strzepnął z ręki resztki szarego popiołu. Emi patrzyła na niego zaskoczona.
– Jak to zrobiłeś? – spytała zaciekawiona. – Władasz żywiołami jak mój brat?
Chłopak roześmiał się. Magia Illi’andin najwyraźniej diametralnie różniła się od ludzkiej mocy.
– Potem ci to wytłumaczę – powiedział patrząc w oczy lekko poirytowanej jego lekceważeniem dziewczynie. – Teraz muszę iść, zajmij się czymś proszę. Niedługo wrócę.
Z żalem odwrócił się do niej plecami i wyszedł przez drewniane, solidnie zrobione drzwi.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kiedy Damien wyszedł z komnaty, Emi podniosła z dywanu swój szkicownik. Wyrwała rysunek wilka, złożyła kartkę na cztery części i schowała do podróżnej, płóciennej torby, którą natychmiast założyła na ramię. Wiedziała, że nie powinna chodzić samotnie po Czarnej Wieży, ale wieczorem miały być pierwsze integracyjne zajęcia i była pewna, że wtedy nie będzie miała już czasu. Poza tym teraz, kiedy Damien był czymś zajęty przynajmniej nie musiała łamać złożonej mu obietnicy. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Ponownie otworzyła szkicownik, tym razem wyrywając ostatnią stronę. To była mapa Czarnej Wieży, którą Jay naszkicował jej na wszelki wypadek w lesie. Zaznaczył na niej, jego zdaniem, w miarę bezpieczne miejsca i różne ukryte przejścia. Budowla sama w sobie była istnym labiryntem. Plan był jednak na tyle dokładny, że Emi uznała, że trudno z nim będzie się zgubić, zwłaszcza, że pokój, w którym miała nadzieję zastać Jaya był tylko piętro niżej. Starannie składając szkic, nad którym chłopak pracował niemal całą noc, wepchnęła go do torby i wyszła z pokoju.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Jay szedł korytarzem zaciskając pięści w bezsilnej złości. Mijał już drugi dzień, a on w dalszym ciągu nawet nie widział Emi. Znaczyło to, że musiała przebywać na siódmym piętrze, ponieważ wszystkie czarodziejki mieszkające na szóstym zdążył już sprawdzić. To wcale nie wróżyło dobrze, a jedyną osobą, która mogła mu pomóc był teraz Damien.
Chłopak zobaczył przy zakręcie korytarza jakąś szarpaninę. Trzech Illi’andin stało kręgiem nad czwartym. Nie było to honorowe, ale zdarzało się od czasu do czasu. Wzruszył ramionami, nie obchodziło go to. Stali ukryci w cieniu głębokiej wnęki, zaraz przy jednym z przejść. Byli na tyle daleko, że nawet nie musiał koło nich przechodzić. Szedł dalej, spokojnym krokiem, udając, że tamta czwórka to powietrze.
– No mała, zabawimy się trochę – usłyszał kpiący głos Jackoba, jednego ze skrzydlatych.
– Nie żałuj nam – roześmiał się drwiąco stojący obok niego, niższy o głowę Artur.
Jay zawahał się. Przystanął. Więc jego kumple dopadli jedną z czarodziejek. Los ludzi nie obchodził go w najmniejszym stopniu, byli po prostu zwierzyną. Nie pociągały go specjalnie zabawy „jedzeniem”, ale nie miał też nic przeciwko. Jeżeli jednak była to koleżanka Emi… Nie chciał, żeby dziewczynie było smutno, kiedy tamtej coś się stanie, a zapowiadało się na to, że tak właśnie będzie. Realnie ocenił swoje szanse w starciu z Jackobem, Arturem i Davem. Tylko jeden z nich był skrzydlatym. To nie powinno być takie trudne. Zmrużył bursztynowe, kocie oczy, podchodząc bliżej grupy. Jeden z chłopaków chwycił ramię dziewczyny. Pisnęła. Jay w jednej chwili rozpoznał ten głos, teraz kiedy był wystarczająco blisko, doleciał go znajomy, rozkoszny zapach. W chłopaku obudziła się furia. W ułamku sekundy znalazł się pomiędzy Emi, a Illi’andin. Warknął ostrzegawczo. Koledzy spojrzeli na niego zszokowani.
– O co ci chodzi? – spytał zaskoczony, ale też zirytowany Jackob.
– Ona jest moja – syknął Jay. – Jeżeli któryś z was spróbuje jej dotknąć, zginie na miejscu.
Groźba była poważna. To nie miała być już zwykła walka na pięści. Chłopacy popatrzyli po sobie, nie byli pewni czy warto. Jackob wyraźnie chciał walczyć, ale Artur z Davem wycofali się po chwili namysłu. W pojedynkę nie miał najmniejszych szans. Obrzucił Jaya wściekłym spojrzeniem, a potem powoli, niechętnie oddalił się korytarzem.
Jay w jednej chwili ochłonął. Obiecał sobie, że policzy się z nimi później. Spojrzał na Emi. Dziewczyna drżała. Podszedł do niej. Natychmiast wpadła w jego ramiona. Przygarnął ją do siebie czułym gestem. Oplótł ją rękami, gładząc jej brązowe, jak zwykle potargane włosy. Zagryzł zęby. Niechętnie zauważył, że w długiej, granatowej tunice i obcisłych, czarnych spodniach wygląda prześlicznie. Przypominała trochę spłoszone, dzikie zwierzątko.
– Nic ci nie jest? – zapytał z troską.
Przecząco pokręciła głową, nie odsuwając się od niego ani na milimetr.
– Przestraszyli mnie tylko – powiedziała cichutko, jednak jej głos wyraźnie się załamał.
– Chodź – mruknął.
Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, nie wypuszczając jej po drodze z ramion. Podniósł ją delikatnie i położył na wąskim łóżku, a potem sam przytulił się do niej. Przylgnęła do niego ufnie. Przestała drżeć. Jej oddech się uspokoił. Jay poczuł wyraźną ulgę.
– Czemu chodziłaś sama po Wieży? – zapytał z całej siły starając się nie warczeć na nią. – Mówiłem ci jakie to niebezpieczne.
– Szukałam cię – westchnęła, wtulając twarz w jego tors. – Nie mogłam przyjść do lasu, nie pozwolił mi – poskarżyła się cichutko.
Jay poczuł przyjemną, rozlewającą się po całym ciele błogość, kiedy dziewczyna dotknęła nagą skórą jego skóry. Jej ręka obejmowała jego plecy, głowa leżała na jego ramieniu, a twarz wtulała w odsłonięty tors. Chłopak nie chciał, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej.
– I miał cholerną rację, nie pozwalając ci wyjść – warknął Jay, zastanawiając się, który z arystokratów jej przypadł.
Wiedział, że jeszcze bardziej od wojowników nienawidzą ludzi, że będą czarodziejkom uprzykrzać życie na każdym kroku, ale przynajmniej miał pewność, że żaden z nich otwarcie nie złamie zasad. Chwilowo przynajmniej fizycznie nic jej nie groziło.
– Udusisz mnie Jay! – jęknęła, a on zawstydzony poluźnił uścisk. – Nie chciałam, żebyś się martwił – wyszeptała smętnie.
Chłopak poczuł się, jakby ktoś smagnął go batem. Więc to ze względu na niego tak się narażała! Jednocześnie jakieś przyjemne ciepło rozlało się po całym jego wnętrzu.
– Głupol – mruknął, wtulając delikatnie policzek, w jej potargane, kasztanowe włosy.