Rozdział 2 – Jak adoptować demona
by Vicky
Cahir zaciskał swoje małe piąstki w bezsilnym gniewie. Zazwyczaj dzieci go unikały, wystarczył sam jego wygląd. Intuicyjnie wyczuwały, że jest w nim coś niezwykłego, przerażającego. Tym razem było inaczej. Stał w rogu korytarza i patrzył jak dwóch starszych chłopców znęca się nad jego najlepszym przyjacielem, właściwie jedynym przyjacielem, jemu samemu blokując drogę ucieczki. Mały, rudy okularnik leżał na posadzce i patrzył przerażony jak tamci dwaj wytrząsają na podłogę zawartość jego czerwonego plecaka.
– No Kevin, gdzie schowałeś pieniądze na lunch? – spytał paskudnie spasiony blondyn. – przyznaj się, to może tym razem nie zamkniemy cie w szafce.
– N-n-n-ie m-mam – jąkał się wystraszony chłopiec – b-b-b-ab-cia z-z-robiła m-mi k-kan-napki.
Spaślak podszedł i kopnął Kevina w plecy. Tego dla Cahira było zdecydowanie za wiele. Podszedł do nich skupiając tym na sobie uwagę obu napastników. Jego czarne oczy spotkały się ze świńskimi oczkami blondyna. Tamten wrzasnął i upadł na podłogę wijąc się z bólu. Po chwili stracił przytomność. Kiedy Cahir podniósł wzrok, drugiego napastnika już nie było. Kevin, ciągle na czworakach, cofał się przerażony. Chłopiec spokojnie pozbierał jego rzeczy z powrotem do tornistra. Podał mu go, jednocześnie chcąc mu pomóc wstać z podłogi. Tamten chwycił swój plecak, odwrócił się i pobiegł korytarzem, nie oglądając się za siebie. Cahir westchnął. Z bocznego skrzydła wyszedł nauczyciel. Było już za późno na ucieczkę, więc chłopiec tylko stał i czekał.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Matt patrzył przez okno. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Nie czekając na odpowiedź do gabinetu weszła srogo wyglądająca kobieta prowadząc za ramię małego, bladego chłopca.
– Zostawiam go panu. Z nikim nie chce rozmawiać. Jego matka została już powiadomiona, niedługo tu będzie.
Z wyraźną ulgą puściła Cahira i wyszła starannie zamykając za sobą drzwi. Matt westchnął.
– Bywasz u mnie częstym gościem – zwrócił się do malca pogodnie. – Usiądź.
Chłopiec zajął drewniane krzesło stojące przed biurkiem. Było dla niego zdecydowanie za wysokie. Siedział dyndając nogami. Wyraźnie na coś czekał. Matt pokręcił głową, ale wyjął z szafki paczkę ciastek i podał Cahirowi.
– Napijesz się czegoś?
Dzieciak się rozpromienił i skinął głową. Mężczyzna nalał mu soku do kubka ozdobionego rysunkiem dziwnego kolorowego kota. Chłopiec bardzo lubił ten kubek. Właściwie lubił cały ten pogodny gabinet no i przede wszystkim lubił też Matta. Szkolny psycholog był jedyną znaną mu osobą, poza Elizą oczywiście, która traktowała go normalnie – jak dziecko. Wszyscy inni starali się go unikać, odwracali wzrok, czasem po prostu ignorowali. Jego wygląd i mroczna aura z reguły przerażały ludzi, ale w jakiś sposób w ogóle nie działały na Matta.
– Biłeś się dzisiaj? – spytał nauczyciel.
Cahir przecząco pokręcił głową.
– Więc co się stało? Henry Jonson leżał nieprzytomny na podłodze, a ty stałeś nad nim.
Matt cierpliwie czekał aż chłopiec mu odpowie. Był pewien, że w końcu to zrobi. Po dłuższej chwili malec się odezwał. Jego głos był równie ponury jak reszta niewielkiej postaci.
– Znęcali się nad Kevinem. Kazałem im przestać i wtedy Henry upadł i już nie wstał. Nawet go nie dotknąłem.
Matt spojrzał chłopcu w oczy, wiedział, że Cahir mówi prawdę, przynajmniej w większości. W głowie zaświtała mu pewna niezbyt przyjemna myśl.
– Zdejmij bluzę – powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Malec z ociąganiem wykonał polecenie. Matt z trudem przełknął ślinę. Nie tego się spodziewał, ale być może to co zobaczył, było jeszcze gorsze. Powoli podszedł do chłopca. Jego ramiona, brzuch i plecy pokryte były różnego koloru siniakami i zadrapaniami. Były tam nawet ślady po gaszonych na dziecku papierosach.
– Kto ci to zrobił? – spytał, właściwie nie spodziewając się odpowiedzi.
Chłopiec wpatrywał się w podłogę.
– Spadłem z drzewa – powiedział cichym, ale jednocześnie stanowczym głosem.
– Ubierz się, niedługo przyjdzie twoja mama.
Malec wsunął bluzę na chude ciałko. Żaden z nich się więcej nie odezwał. Matt był wściekły. Jak coś takiego można zrobić dziecku?! Z niechęcią myślał o tym, że będzie musiał zawiadomić opiekę społeczną. Dzieciak na pewno go znienawidzi. Rozległo się ciche pukanie.
– Proszę – powiedział Matt.
W drzwiach stanęła ładna dziewczyna, stanowczo zbyt młoda, żeby być matką chłopca. Musiała go urodzić w wieku piętnastu, może szesnastu lat. Miała duże błękitne oczy i sięgające pasa jasne włosy. Na jej widok Cahir zerwał się z krzesła. Podbiegł i przytulił się do dziewczyny, obejmując ją w pasie drobnymi ramionami. Delikatnie pogłaskała go po włosach. Ukucnęła przed chłopcem. Odgarnęła mu z twarzy opadający na oczy, czarny kosmyk.
– Poczekaj na korytarzu kochanie, muszę porozmawiać z twoim nauczycielem.
Chłopiec drobną dłonią pogłaskał jej policzek. Popatrzył na nią przepraszająco, wziął swoje rzeczy i wyszedł z gabinetu. Mężczyzna poczekał aż wstanie, dopiero wtedy odezwał się do niej.
– Nazywam się Matt Cutbert, jestem szkolnym psychologiem.
– Eliza Maes – przedstawiła się dziewczyna.
Przyjrzał się jej dokładnie. Była szczupła i niezbyt wysoka. Jej uroda była bardzo delikatna. Nie miała żadnego makijażu. Wyglądała naturalnie i tak niewinnie. Po zachowaniu Cahira był pewien, że to nie ona krzywdziła chłopca. Za wszelką cenę chciał uniknąć tej rozmowy, wiedział jednak, że nie może. Postanowił od razu przejść do setna sprawy. Nie miał ochoty na jałowe dyskusje. Sprawa bójki chłopca z kolegą, także wydała mu się teraz znacznie mniej ważna.
– Cahir nie chce ćwiczyć na WF-ie, nie bawi się z innymi dziećmi, trzyma się na uboczu. – oznajmił poważnym tonem Matt, który postanowił w ogóle nie wspominać o wydarzenia dzisiejszego dnia. – Sądzę, że odkryłem dlaczego. Chłopiec jest cały w siniakach i zadrapaniach. Ktoś się nad nim znęca – powiedział to ostrzej niż zamierzał.
– Spadł z drzewa – odpowiedziała dziewczyna pewnie. – Jeżeli chodzi o resztę to zawsze taki był. Wyrośnie z tego. Jeżeli to już wszystko, chciałabym zabrać go do domu.
Matt spojrzał na nią ponuro.
– Nie powinnaś kryć męża, jeśli on to robi – powiedział cichym, poważnym tonem, nawet nie zdając sobie sprawy, że mówi do niej na „ty”.
– Nie mam męża – rzuciła mechanicznie dziewczyna. – Czy możemy już iść?
– Wiesz, że będę zmuszony zawiadomić opiekę społeczną, jeżeli to się powtórzy?
– Nie wiem o czym pan mówi – odparła cicho. Otworzyła drzwi. – Dowidzenia.
Wyszła zdecydowanym ruchem zamykając je za sobą.
Matt opadł na krzesło za biurkiem. Nienawidził takich sytuacji. Wiedział, co teoretycznie powinien zrobić, nie miał jednak pojęcia jak się zachować.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Kiedy Eliza wyszła z gabinetu zobaczyła Cahira siedzącego na podłodze. Plecami opierał się o białą ścianę korytarza. Na jej widok natychmiast wstał. Wyciągnęła do niego rękę. Chłopiec chwycił ją ufnie.
– Wracamy do domu – powiedziała.
– Eliza… – zaczął chłopiec, kiedy wyszli na dziedziniec szkoły – gniewasz się na mnie?
Spojrzała na niego czule.
– Oczywiście, że nie, to nie twoja wina.
– Nie powiedział ci?
– Czego mi nie powiedział?
Malec westchnął smętnie.
– Nauczyciel znalazł mnie przy nieprzytomnym koledze. To dlatego zaprowadzili mnie do psychologa. Chyba nie wiedzieli co ze mną zrobić.
Teraz Eliza przynajmniej poznała powód dobrego humoru Daniela, który nie opuszczał go, kiedy przekazywał jej, że ma się stawić w szkole.
– Ty to spowodowałeś? – spytała cicho.
Niepewnie skinął głową.
– Dlaczego?
– Broniłem Kevina – odpowiedział szczerze.
– Skrzywdziłeś tego chłopca? – zapytała.
– Nie sądzę – odparł pełnym poczucia winy głosem.
Kiedy wysoki budynek z czerwonej cegły, w którym mieściła się szkoła podstawowa świętego Augusta, zniknął im z oczu, Eliza usiadła na szerokim murku ogradzającym trawnik przy niskim bloku. Podniosła chłopca i posadziła sobie na kolanach. Przytuliła go mocno.
– To nic złego, że stajesz w obronie słabszych – powiedziała delikatnie głaszcząc go po włosach. – Tylko na przyszłość musisz być trochę ostrożniejszy. I uważaj na tego psychologa. Wie, że ktoś cię bije. Chce do nas przysłać opiekę społeczną.
– On jest w porządku, nie skrzywdzi nas – powiedział z przekonaniem Cahir. – Obiecuję, że będę uważał.
– Obyś miał rację – westchnęła dziewczyna.
Z Kilburn Park Road do domu mieli jeszcze kawał drogi. Szli powoli, w milczeniu. Chłopiec mocno ściskał rękę Elizy. Dziewczynie po głowie snuły się ponure myśli. Cahir nie był zwyczajnym dzieckiem, właściwie nie był nawet człowiekiem. Martwiła się o niego. Od wieków Illi’andinn żyli pośród ludzi, byli silni, okrutni i pełni nienawiści do słabszej, a jednak o ileż liczniejszej od nich rasy. Nienawidzili ich, a jednocześnie potrzebowali by przetrwać, ponieważ kobiety Illi’andinn zawsze rodziły się bezpłodne. Do płodzenia dzieci potrzebowali ludzkich partnerek. Tylko nieliczni rodzili się jako istoty czystej krwi, powstając z któregoś z czterech żywiołów.
Illi’andinn od małego uczyli swoje dzieci wrogości do ludzkiej rasy. Od najmłodszych lat poznawały też sztuki walki, uczyły się polować i zabijać z zimną krwią. Eliza za wszelką cenę chciała utrzymać Cahira jak najdalej od tego okrutnego świata. Nigdy nie pozwoli im uczyć go pogardy i nienawiści. Szczerze wierzyła w to, że chłopiec wyrośnie na mądrą i dobrą istotę, ceniącą sobie życie i wolność zarówno swoją jak i innych. Nie chciała, żeby kiedykolwiek stał się taki jak inni przedstawiciele Illi’andinn. Nie mogła też pozwolić, żeby stał się taki jak Daniel.
Jeżeli ktoś się dowie, że dzieciak jest czystej krwi demonem, zabiorą go do szkoły w twierdzy Manhaim. Była to najstarsza siedziba tej dziwnej, okrutnej rasy. Twierdza była położona w Alpach, na zachód od Tirolu, niewidoczna i niedostępna dla śmiertelników. Bała się, że cholerny psycholog, jeżeli zechce, może porządnie w ich życiu namieszać.