Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.


    Nie była pewna czemu jeszcze żyje. W każdym razie jej sytuacja nie wyglądała najlepiej. Błagała w myślach, żeby za to co zrobiła, Matt nie chciał odegrać się na Cahirze. Nie był wcale lepszy od Daniela, a nawet gorszy, bo tamten chociaż nie udawał kogoś kim nie jest. Kiedy już zaczynała wierzyć w to, że naprawdę chce im pomóc, pokazał swoje prawdziwe ja. Otuliła się szczelniej kurtką. Początek września był w tym roku wyjątkowo chłodny. Drżała z zimna. 

    Kiedy mężczyzna rzucił się na nią wiedziała, że nie ma sensu protestować. Wolała współpracować niż zostać do współpracy zmuszona siłą. Już wcześniej rozważała zabicie Matta. Nie była tylko pewna po czyjej stronie tak naprawdę stoi. Miała cichą nadzieję, że naprawdę mu na nich zależy. To co zrobił pomogło jej podjąć decyzję. Była tak blisko… Tak naprawdę chciała tylko, żeby wszyscy zostawili w spokoju ją i Cahira. Nie chciała mieć nic wspólnego z okrutnym światem Illi’andinn.

    Postanowiła odszukać Daniela. Długo go nie widziała, nie miała pojęcia, gdzie mógł teraz przebywać. Razem wymyślą co dalej robić. Wiedziała, że nie ma sensu iść do mieszkania, to ostatnie miejsce gdzie mógłby być. Zacznie od Lambeth, gdzie mieszkają jego przyjaciele. Wybrali to miejsce z powodu dużej ilości nocnych klubów. Lubili się zabawić, a Brixton jest pulsującą życiem dzielnicą. Idealną dla nich. Czekał ją kawał drogi, ale nie martwiła się tym. Bała się tylko tego jak ją potraktują, kiedy pojawi się sama i co zrobi, jeżeli nie znajdzie Daniela.

    Na stacji Swiss Cottage wsiadła do metra. Szarą linią dojechała do Green Park, mimo później pory po stacji kręciło się całkiem sporo ludzi. Przesiadła się tam w niebieską linię, prowadzącą już do samego Brixton. Czuła się nieswojo jadąc pustym wagonem metra. Wysiadła na ostatniej stacji. Bała się chodzić tak późno w nocy sama po mieście, ale tym razem nie miała wyjścia. Noc nie była dobrą porą na samotne spacery po Brixton. Na szczęście przyjaciele Daniela mieszkali niedaleko, zaraz przy Acre Lane. 

    W końcu stanęła przed kamienicą, która z zewnątrz nie różniła się niczym od innych. Wystukała na klawiaturze domofonu znajomy kod i prześliznęła się przez bramę. Później od podwórka weszła do pomieszczenia przypominającego dużą piwnicę. Tu mieszkali Cairo i Fabian, a do ich apartamentów przylegał niewielki klub nocny, w którym najczęściej spotykali się całą paczką. Nie bywali w nim nigdy zwykli ludzie. Dziewczyna śmiało weszła do środka. Wiedziała, że nie może pokazać im, że się boi. To było najgorsze, co mogłaby zrobić. Odetchnęła z ulga, za barem stała Maeko, jedna z niewielu osób, z całego tego towarzystwa, która kiedykolwiek okazała jej jakąś życzliwość. Podeszła pewnym krokiem, nie rozglądając się na boki. Usiadła na wysokim krześle przy barze. I tym razem nie zawiodła się na Maeko. Szczupła dziewczyna z burzą rudych loków i wyraźnym, drapieżnym makijażem przywitała ją bardzo miłym, przyjaznym uśmiechem. Eliza odwzajemniła uśmiech trochę niepewnie.

    – Cześć, co tu robisz mała? Dawno cię u nas nie było. – odezwała się tamta odrobinę protekcjonalnym tonem.

      Hej Maeko, szukam Daniela, nie widziałaś go może?

    – Nie było go tu dzisiaj. Hans i Cairo pokażą się niedługo. Może oni pomogą ci go znaleźć. 

    Eliza podziękowała dziewczynie i poszła do mniejszej sali. Nie chciała siedzieć na widoku. Wolała nie prowokować żadnych kłopotów. Niestety one najwyraźniej postanowiły znaleźć ją. W przejściu oddzielającym pomieszczenia stał Rav uśmiechając się złowieszczo.

    – Kogo to ja widzę – uśmiechnął się zadowolony. – Chyba dzisiaj odbiorę mój dług – mruknął zadowolony.

    Próbowała przejść obok ignorując go, ale złapał ją za nadgarstki i pchnął na pustą kanapę w kącie małej sali. Dziewczyna natychmiast skuliła się w rogu. Rav w mgnieniu oka znalazł się przy niej. Zesztywniała gdy objął ją ramieniem.

    – Twój rycerz ci dzisiaj nie pomoże, kociaku – mówił rozpinając jej kurtkę. Zdjął ją z dziewczyny i rzucił na stojący obok fotel. Nie miała już nawet możliwości, żeby się odsunąć. Z dwóch stron ograniczała ją ściana, a z trzeciej, przymocowany do podłogi stolik. 

    – Zostaw mnie, szukam Daniela.

    Zaśmiał się wyraźnie rozbawiony.

    – Nie znajdziesz go, zabrali go gwardziści Rady. Krążą plotki, że ukrywał u siebie młodego czystokrwistego. Hm… a skoro jego nie ma, to teraz chyba jesteś moja… – końcówkę zdania prawie wymruczał, najwyraźniej bardzo zadowolony z siebie.

    Patrzył na dziewczynę z pożądaniem. Kojarzył jej się z najedzonym kotem, który łapie mysz tylko po to, żeby się nią pobawić. Była naprawdę przerażona. Rav sięgnął do zamka jej bluzy. Rozpiął go uśmiechając się z satysfakcją. Pod spodem ukazał się biały, koronkowy stanik. Ubierała się w pośpiechu i nie zdążyła nawet założyć koszulki. Teraz bardzo tego żałowała. Przysunął się jeszcze bliżej. 

    – Nigdzie nie musimy się spieszyć – wyszeptał jej do ucha. – Mamy mnóstwo czasu.

    Jego usta znalazły się na jej szyi. Rękoma przesunął po jej brzuchu, w górę, ku piersiom. Eliza próbowała go odsunąć od siebie, był jednak znacznie silniejszy. Najwyraźniej świetnie się bawił. Jego dłoń znalazła się na plecach dziewczyny. W jej oczach zalśniły łzy. Sięgnął do zapięcia koronkowego stanika. Niespodziewanie ktoś odciągnął go od niej rzucając na podłogę, jakby trzymał szmacianą lalkę, a nie dorosłego mężczyznę. Spłoszona podniosła wzrok i zobaczyła stojącego nad Ravem Matta.  Była teraz jeszcze bardziej przestraszona niż przed chwilą. Chłopak podniósł Rava za włosy, zmuszając go, żeby uklęknął. 

    – Kazałem ci ją zostawić, czy nie wyraziłem się jasno?

    Uderzył Rava łamiąc mu nos. Tamten jęknął. Patrzył niedowierzająco na stojącego przy nim, młodego mężczyznę. Tego z pewnością się nie spodziewał. W rękach Matta pojawił się wspaniały czarny miecz. 

    – Jeżeli jeszcze kiedyś zbliżysz się do tej dziewczyny, będzie to ostatnia rzecz jaką zrobisz w życiu – syknął. – Wynocha!

    Rav podniósł się chwiejnie i zaczął wycofywać, na wszelki wypadek tyłem. Gdy tylko przekroczył linię drzwi, puścił się pędem i zniknął im z oczu. Eliza przestraszonym wzrokiem obserwowała Matta. Miecz, jakby rozpłynął się w powietrzu. Chłopak podszedł do niej powoli, niezbyt pewnie. Nie podniósł na nią wzroku. Usiadł przy niej i ostrożnie zapiął jej bluzę. Nie mogła przestać drżeć. Impulsywnie oparła głowę o jego pierś, a on delikatnie otoczył ją ramionami. Rozpłakała się na dobre. Gładził dłonią jej włosy, nie przestając tulić do siebie dziewczyny.

    – Już wszystko dobrze – wyszeptał – nic ci nie grozi.

    – Rada zabrała Daniela – powiedziała cicho poprzez łzy.

    Matt na moment zesztywniał, ale zwrócił się do dziewczyny łagodnym, spokojnym tonem.

    – Nie martw się, znajdziemy go – oznajmił pewnym głosem.

    Wtuliła się w mężczyznę jeszcze mocniej. Z całej siły zacisnęła dłonie, gniotąc jego koszulę. Matt przymknął oczy. Był gotowy poświęcić naprawdę wiele, byleby tylko już więcej nie miała powodów, żeby płakać.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Latanie było cudownym uczuciem. Matt trzymał ją na rękach mocno tuląc do siebie, a ona obejmowała go za szyję. Jego skrzydła były tak czarne, że zdawały się pochłaniać światło blednących już gwiazd. Kierowali się ku apartamentowcom, na dachu jednego z nich mieli spotkać się z kapitanem straży. 

    Mężczyzna nie chciał zabierać jej ze sobą, ale jeszcze bardziej bał się zostawić ją samą. Kazał ukryć się dziewczynie w umieszczonej na dachu sąsiedniego budynku przeszklonej oranżerii. Miał nadzieję, że tam będzie bezpieczna. Sam udał się na wyznaczone miejsce. Kapitan straży zgodziła się z nim spotkać równie entuzjastycznie jak dziecko rozpakowuje gwiazdkowe prezenty. Matt był poszukiwany, łamał wszystkie możliwe, ustalone przez Radę, reguły. 

    Problem polegał na tym, że był Zrodzonym z Ognia – czystokrwistym Illi’andinn. Nawet gdyby go znaleźli, nikt nie kwapił się do tego, żeby go pojmać, a jeśli już jakiś śmiałek próbował, szybko żegnał się z życiem. Matt był demonem czystej krwi, piekielnie silnym demonem. Władał żywiołem ognia i nikt nie potrafił określić, gdzie leży granica jego mocy. Żaden z żyjących demonów nie był na tyle głupi, żeby na niego polować. Teraz on sam wysuwa propozycję spotkania się z kapitanem straży. Taka okazja mogła się już nie powtórzyć, dlatego nie mogli mu odmówić spotkania.

    – Witaj Dannie – odezwał się do zakapturzonej postaci lądując miękko na pustym dachu.

    Wiedział, że jej ludzie rozlokowani są wszędzie dookoła, ale nie przejmował się tym specjalnie. Da sobie z nimi radę, jeżeli będzie trzeba. Kobieta odrzuciła kaptur, uwalniając w ten sposób gruby, misternie pleciony, kasztanowy warkocz. Patrzyła na Matta z niechęcią, ale również ciekawością i uznaniem.

    – Czego chcesz, Zrodzony z Ognia? – zapytała ostro kobieta.

    – Może powspominać dawne czasy? – Uśmiechnął się do niej ponuro.

    Z tego co pamiętał, przy ostatnim spotkaniu pozbawił ją piętnastu doborowych żołnierzy, zanim wreszcie postanowili się wycofać. Miał nadzieję, że tego dnia nie będzie musiał nikogo zabijać.

    – Nie przeceniaj mojej cierpliwości – powiedziała gniewnie.

    W tym momencie na dachu pojawiły się dwa demony trzymające szamoczącą się dziewczynę. Serce Matta na chwilę stanęło, gdy rozpoznał Elizę. Przeklął się w duchu za zabranie jej tutaj. To była z jego strony kompletna głupota.

    – Co tu robicie? Zabroniłam wam przeszkadzać – warknęła na nich Dannie.

    – Wybacz Pani – skłonił się jeden z nich – uznaliśmy, ze to ważne.

    Drugi złapał dziewczynę tak, żeby nie mogła się ruszyć, w każdym momencie gotowy przetrącić jej kark. 

    – Mówcie – rozkazała przywódczyni.

    – Była w oranżerii po drugiej stronie ulicy. To dziewczyna Daniela Maes. Wraz z nim ukrywała czystokrwistego.

    Kobieta wzruszyła ramionami.

    – Zabijcie ją.

    – Nie! – w głosie Matta słychać było wyraźną groźbę. 

    – Więc teraz jest twoja? – spytała kobieta wyczuwając, że zdobyła właśnie jakiś atut w tej rozgrywce.

    Powoli podeszła do Elizy, wierzchem dłoni dotknęła jej policzka.

    – Taka krucha bezbronna istota. Co oni wszyscy w tobie widzą? – odezwała się zadając pytanie, na które nie oczekiwała odpowiedzi.

    – Każ im ją puścić – syknął chłopak.

    – O nie – odezwała się kobieta. – Myślę, że jednak ją zabiję, ale to później. Teraz stanie się moją zabawką. Przejdźmy do interesów Zrodzony z Ognia. 

    Chłopak spojrzał na Elizę, dziewczyna już nawet nie próbowała się wyrwać. Patrzyła na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem.

    – Każ ją puścić – powtórzył cicho.

    – Niby dlaczego? – zadrwiła kobieta.

    – Puścisz ją, złożysz przysięgę krwi, że ani ty, ani żaden z twoich ludzi jej nie skrzywdzi. W zamian ja pójdę z tobą. 

    Dannie spojrzała na niego z niedowierzaniem. Wiedziała, że zdobyła atu, ale nie sądziła, że asa. Nie mogła zmarnować takiej okazji. 

    – Żartujesz, prawda? – spytała oniemiała.

    Na wszelki jednak wypadek wyciągnęła czarny nóż i podwinęła rękaw. Matt był czysto krwistym, schwytanie go wiązało się ze sławą i splendorem. Nawet w najśmielszych marzeniach nie oczekiwała, że to właśnie jej się uda.

    – To nie wszystko, Dannie – oznajmił spokojnym głosem Zrodzony z Ognia. 

    – Więc jakie masz jeszcze żądania?

    – Daniel Maes zostanie uwolniony. Przyprowadzisz go tutaj. Dotyczyła go będzie ta sama przysięga, co dziewczyny.

    – Daniel?! Przecież najchętniej sam byś go zabił. – kobieta wpatrywała się w niego jakby postradał rozum.

    – Ja za nich, Dannie – powiedział odrobinę zniecierpliwionym tonem. – To prosty układ. Zgadzasz się, albo nie.

    Z ust kobiety wydobył się syk. Nie, nie mogła zmarnować takiej okazji.

    – Przyprowadź więźnia Markusie – zwróciła się do jednego z towarzyszących jej demonów. 

    Żołnierz natychmiast ruszył wykonać polecenie. Po kilkunastu minutach zjawił się z nieprzytomnym Danielem. Złożył go u stóp swojej zwierzchniczki.

    – Czy to już wszystkie twoje żądania? – zwróciła się do Matta napiętym, ciągle niedowierzającym głosem.

    Skinął głową. Kobieta zrobiła krwawe, podłużne nacięcie powyżej linii nadgarstka.

    – Ja, Danielle Vayandar, przysięgam, że jeżeli poddasz się nam dobrowolnie, twoim przyjaciołom nie grozi nic ze strony mojej i całej straży.

    – I będą mogli swobodnie odejść – podpowiedział Matt.

    – I będą mogli swobodnie odejść – powtórzyła niechętnie Dannie.

    Magia zabiłaby każdego, kto spróbowałby złamać złożoną w ten sposób przysięgę. Chłopak wyciągnął miecz i położył na ziemi po czym cofnął się o kilka kroków. 

    – Brać go! – krzyknęła kobieta, ciągle nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. 

    Z każdą chwilą pojawiali się nowi strażnicy. Skuli Matta czarnymi łańcuchami, które tłumiły magię demonów tak samo, jak czarne ostrza potrafią zadawać im rany. Strażnicy nie szczędzili chłopakowi razów. Kopali go nawet kiedy znalazł się na ziemi. Był ich śmiertelnym wrogiem, przeciwnikiem Rady. Z zimną krwią, przez całe lata, zabijał ich towarzyszy broni. Mieli powody, żeby go nienawidzić. Wreszcie udało im się go pokonać. Tak jak obiecał, nawet nie próbował się bronić. Zwinął się w pozycji embrionalnej chroniąc brzuch i głowę przed urazami. Po kilku ciągnących się w nieskończoność chwilach Dannie dała strażnikom znak, żeby przestali. Chłopak kaszlał i wymiotował krwią. Pani kapitan podeszła i stanęła nad nim. Dopiero teraz dotarł do niej powód bezsensownego zachowania jej wroga.

    – Jesteś głupcem Zrodzony z Ognia. Poświęcasz się z miłości do ludzkiej dziewczyny. Jak mogłeś zakochać się w śmiertelniczce? Jesteś wojownikiem. Zabiłeś większą liczbę demonów niż cały mój korpus razem wzięty, a tak marnie kończysz… Przez głupią dziewczynę, która na dodatek nie odwzajemnia twoich uczuć?

    Pokręciła głową. Dalej nie wierzyła w swoje szczęście. Matt nic nie odpowiedział. Zamknął oczy. Roześmiana Dannie zbliżyła się do przerażonej Elizy. Dotknęła dłonią jej czoła. 

    – Śpij – powiedziała łagodnie. 

    Dziewczyna osunęła się w nicość.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Kiedy ocknęła się jasne słońce było wysoko na niebie, oślepiało swoim blaskiem. Bolała ją głowa. Usiadła z trudem. Daniel leżący niedaleko poruszył się i jęknął. Nie wyglądał najlepiej. Straż nie obchodziła się z nim dobrze. Usiadła przy nim i położyła jego głowę na swoich kolanach.

    Była naprawdę przerażona. Tyle czasu uciekali od tego strasznego, brutalnego świata, a on na powrót wciągał ich w swoją otchłań. Do tej pory brzmiały jej w uszach drwiące słowa kobiety Illi’andinn „Poświęcasz się z miłości do ludzkiej dziewczyny. Jak mogłeś zakochać się w śmiertelniczce?”, dla niej samej nie miały sensu. Tylko, że nie umiała w inny sposób wytłumaczyć tego, jak zachował się Matt. Zbierało jej się na łzy. Czuła jak bardzo ściśnięte jest jej gardło. Po Danielu przynajmniej wiedziała czego może się spodziewać i jakby nie patrzeć chronił ich przez cztery długie lata. Matta nie rozumiała ani odrobinę.

    Gdy spotkała Cahira po raz pierwszy, chłopiec był jeszcze bardzo mały. Już wtedy wybrał ją na swoją opiekunkę. Od wczesnego dzieciństwa wiedziała o istnieniu świata magii pełnego demonów oraz różnego rodzaju pięknych i niebezpiecznych stworzeń. Zdawała sobie sprawę z tego kim są Illi’andinn.

    Kiedy więc pewnego ponurego, deszczowego wieczoru zobaczyła chłopczyka siedzącego na schodach jej ganku nie była ani odrobinę zdziwiona. Przemoczony malec sprawiał bardzo smutne wrażenie. Podeszła do niego i wyciągnęła rękę, a on chwycił ją ufnie, patrząc na nią niesamowitymi, czarnymi jak noc oczami. Wtedy właśnie go pokochała. Zabrała go do domu, wysuszyła i nakarmiła. Postanowiła go chronić za wszelką cenę. Nie miała zamiaru pozwolić na to, by brutalny, chory świat Illi’andinn zniszczył duszę tego niewinnego dziecka. Nie była wcale pewna czy zadanie, które przed sobą postawiła było wykonalne, nie miała się jednak zamiaru poddawać.

    Daniel był synem najlepszej przyjaciółki jej matki, demonem półkrwi, którego ojciec zginął walcząc w oddziałach Rady. Dlatego właśnie dziecko wychowywała matka. Eliza znała go od wczesnego dzieciństwa. Przez długi czas był dla niej jak starszy brat. To właśnie on opowiedział jej o świecie, w którym żył. Nigdy nic przed nią nie ukrywał. Eliza wiedziała, że jest gwałtowny i brutalny, że nie potrafi nad sobą panować. Do tego był samolubny i egoistyczny, nią jednak zawsze się opiekował. Dbał o to, żeby nie spotkało jej nic złego. Mimo, że traktował ją jak swoją własność, nigdy naumyślnie nie sprawiał jej przykrości. Dlatego właśnie dziewczyna traktowała go jak przyjaciela. Wierzyła, że kim by nie był, tkwi w nim jakieś próbujące wydostać się na światło dzienne, głęboko zakorzenione dobro. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że Illi’andinn są źli z natury. Była przekonana, że nienawiść, jest rzeczą, którą wpajają im na siłę starsi. Dlatego właśnie, tak bardzo zależało jej na tym, żeby ocalić przed tym mrocznym światem Cahira.

    Kiedy skończyła szesnaście lat, po raz pierwszy zorientowała się, że Daniel jej pragnie. Zobaczyła w tym szansę na okiełznanie jego gwałtownego charakteru. Gdy była przy nim, przytulała się do niego, całowała go, zawsze się uspokajał. Był jej przyjacielem, kochankiem, jej księciem z bajki. Przez pewien czas odczuwała dziwną satysfakcję, nie tylko z powodu bliskości Daniela, ale także przez zazdrosne spojrzenia, jakimi obdarzały ją koleżanki. Mimo okrucieństwa, Illi’andinn byli nieziemscy, cudowni, nie z tego świata. Być może, tego właśnie potrzebowali, żeby ich niezbyt liczna rasa mogła przetrwać w świecie rozmnażających się jak króliki ludzi. Daniel wcale do wyjątków nie należał. Zawsze przystojny i elegancki, wyglądem przywodził na myśl jedynie księcia z bajki. Nawet jego drwiący, ironiczny uśmieszek nie odstraszał dziewczyn, a wręcz przeciwnie, przyciągał je jak lep na muchy. Przez pewien czas czuła się wniebowzięta, że to właśnie ją, Elizę wybrał spośród morza otaczających go dziewcząt. Daniel był opiekuńczy, troskliwy, a jednocześnie władczy i stanowczy, spełniał kryteria marzeń prawie każdej dziewczyny. Eliza żyła jak w cudownym, kolorowym, baśniowym śnie.

    Szybko jednak zorientowała się, że to był błąd. Nie pragnęła go w ten sam sposób w jaki on jej pragnął. Chciała, żeby był jej przyjacielem, starszym bratem. Nigdy nie starczyło jej odwagi, żeby mu o tym powiedzieć, poza tym nie chciała go ranić. Daniel żył w błogiej nieświadomości. Właściwie nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo, przynajmniej do czasu, kiedy poznała Matta. Dopiero wtedy przekonała się, co można czuć do drugiej osoby.

    Mimo wszystko, kiedy Daniel domyślił się kim jest Cahir, Eliza była przekonana, że go wyda. Zaskoczył ją zupełnie rozpowiadając wszystkim, że Cahir to jego syn i, że sam zajmie się wychowaniem chłopca. Niestety wraz z powstaniem Rady, każde samodzielne wychowywanie dziecka Illi’andinn było ściśle nadzorowane. Większość rodziców wolała po prostu potomków wysyłać do specjalnych szkół w niedostępnych dla ludzi twierdzach, gdzie dzieci były poddawane surowej dyscyplinie, brutalnie traktowane i uczone nienawiści do całego świata. 

    Najlepszym wyjściem było wyjechać z kraju gdzieś, gdzie nikt Daniela ani jej nie znał. Brytyjska część Rady z łatwością kupiła bajkę o ojcu i synu. Nikomu nawet nie przyszło na myśl podejrzewać, że malec jest czystej krwi, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę jego niesamowicie marne postępy w nauce. Po każdym spotkaniu z przedstawicielami Illi’andinn Cahir wracał w opłakanym stanie. Nie potrafił przejść żadnego z ich testów, a jednocześnie nie mógł pokazać im, do czego naprawdę jest zdolny. 

    Mieszkali razem przez cztery długie lata, tworząc coś w rodzaju rodziny. Daniel z łatwością zaakceptował chłopca. Na swój własny, pokręcony sposób, traktował go jak własnego syna. Jednak przywykły do luksusów mężczyzna był niezadowolony, że Eliza upiera się przy skromnym i przede wszystkim nie rzucającym się w oczy mieszkaniu, ale dla niej był w stanie przystać na naprawdę wiele. 

    Z dnia na dzień Daniel stawał się coraz bardziej nerwowy i brutalny. Cahir nie spełniał jego oczekiwań. Bał się, co zrobi z nimi Rada Illi’andinn, gdy dowie się, że ukrywają czystokrwistego. Dodatkowo jego pasją stała się whisky. Życie z nim stało się męczące i nieznośnie, Eliza jednak nie zamierzała się poddawać. Miała swoje sposoby na uspokojenie mężczyzny. Za żadne skarby świata nie chciała oddawać Cahira. Pokochała go całym sercem i to właśnie on stanowił powód dla którego, żyła i oddychała.

    Mężczyzna otworzył oczy. Spojrzał na nią. Uśmiechnął się ciepło, co dla Elizy było naprawdę rzadkim widokiem. Dotknęła dłonią jego spuchniętego policzka, a on przytrzymał jej rękę przy swojej twarzy.

    – Zabierz mnie do domu – poprosiła cicho, drżącym od płaczu, którego nie potrafiła powstrzymać, głosem.

    Note