Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wrócili do mieszkania Matta. Kiedy tylko weszli, Cahir natychmiast podbiegł do Elizy. Przytuliła go mocno, szczęśliwa, że przynajmniej jemu nic się nie stało. Daniel stał oparty o ścianę i przyglądał im się uważnie. Jak tylko się najadł prawie zupełnie doszedł do siebie. Jedynie brudne, podarte ubranie świadczyło o tym, że cokolwiek się z nim działo. Dziewczyna opowiedziała mu co się wydarzyło, pomijając jedynie motywy, które prawdopodobnie kierowały Mattem. Kiedy dowiedział się komu zawdzięcza ratunek był naprawdę wściekły. Bardzo długo i siarczyście przeklinał.

    – Pakujcie się, wyjeżdżamy – zwrócił się do nich bezceremonialnie.

    – Zwariowałeś? / – Gdzie jest Matt? – Eliza i Cahir odezwali się jednocześnie.

    Daniel westchnął ciężko.

    – Rodzina w komplecie, Zrodzony z Ognia do niej nie należy. Mamy kłopoty i uważam, że najlepszym rozwiązaniem będzie przed nimi uciec – zwrócił się do obydwojga. Jak na niego tłumaczył wyjątkowo spokojnie.

    – Musimy mu pomóc, nie możemy go tak zostawić – Eliza mówiła zdeterminowanym głosem.

    Cahir przysłuchiwał się uważnie. Daniel roześmiał się. W jego śmiechu nie było ani odrobiny wesołości.

    – Niby jak chcesz to zrobić? Ze mną poradzą sobie bez problemu. Znowu zostanę uwięziony, a tobie zabiorą chłopca. Tego właśnie chcesz? On jest już martwy. Zapomnij o nim.

    Eliza przecząco pokręciła głową. 

    – Coś wymyślę. Na razie zostaniemy tutaj. Ważne, że jesteśmy razem. 

    Wzruszył ramionami.

    – Jak sobie chcesz – powiedział wyraźnie niezadowolony.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza wykąpana i w czystym ubraniu półleżała wygodnie rozciągnięta na kanapie. Cahir siedział na podłodze tuż przy niej. W telewizji lecieli Przyjaciele, idealny serial -pocieszyciel. Daniel wyszedł z łazienki. Umyty, w ciemnych ubraniach Matta, znów wyglądał idealnie. Rozsiadł się wygodnie na jednym z wysokich foteli. 

    – Całkiem nieźle się urządziłaś. Mnie nie pozwalałaś kupić nam jakiegoś apartamentu – zwrócił się do niej z wyrzutem.

    Prychnęła.

    – To nie moja wina, że się tu znalazłam. Nie miałam na to wpływu. Zabiłby cię gdybym z nim nie poszła.

    Uśmiechnął się do niej promiennie.

    – Oczywiście, że to nie twoja wina. To wina tego małego diabła, że się tu znalazłaś – powiedział patrząc czule na Cahira. – Miał mnie dość, więc postanowił się mnie pozbyć. 

    Daniel był z niego naprawdę dumny. To napawało Elizę przerażeniem.

    – O czym ty mówisz? – spojrzała na niego nie rozumiejąc.

    – Zapytaj go – roześmiał się naprawdę zadowolony z sytuacji.

    Wstał z fotela i wyszedł z salonu, po drodze czułym gestem zwichrzając czuprynę Cahira. Eliza spojrzała na chłopca pytająco. 

    – O czym on mówi? Czy to prawda?

    Malec wyraźnie się zmieszał.

    – Nie chciałem, żeby skrzywdził Daniela. Miał nas tylko do siebie zabrać. 

    – Kochanie, powiedziałeś mu kim jesteś? 

    Cahir niepewnie skinął głową. Dziewczyna zsunęła się z kanapy na podłogę obok chłopca. Wzięła go w ramiona. Płakała.

    – Nigdy, przenigdy tego nie rób! Przecież wiesz, czym to mogło grozić!

    – Przepraszam – powiedział chudymi ramionkami oplatając jej szyję – ja widziałem jak na niego patrzysz, poznałem niektóre z twoich myśli – tu zawstydził się nieco – chciałem tylko, żebyś była szczęśliwa. Mówiłem ci, że można mu ufać. On cię kocha. 

    Przytuliła go mocniej do siebie. Kiedy usłyszała szczere słowa chłopca, ciepło rozlało się po całym jej ciele. 

    – Daniel też mnie kocha – odpowiedziała jednak.

    – Tak, Daniel też cię kocha – przyznał niewzruszenie chłopiec.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza leżała na szerokim materacu i próbowała uspokoić oddech. Obudziła się właśnie z koszmarnego snu. To już kolejna noc, której śniła o Mattcie. Zawsze był to ten sam, przerażający sen. Mężczyzna siedział zamknięty w jakiejś pustej, wilgotnej piwnicy, przykuty czarnymi łańcuchami do ściany, głodny i spragniony. Na jego ciele widniały liczne rany. W jakiś sposób wyczuwała, że jest przygotowany na śmierć. Była coraz bardziej przekonana, że jej koszmar jest prawdziwy.

    Cicho wstała z łóżka, starając się bardzo by nie obudzić śpiącego obok Daniela. Na pewno nie pozwoliłby na to, co zamierzała zrobić. Eliza bardzo się bała. Wiedziała tylko jedno, nie mogła tak po prostu zostawić Matta. Pomysł, na który wpadła, był bardzo niebezpieczny, ale nic innego nie przychodziło jej do głowy. Musiała zaryzykować. 

    Chwilę później leżała już na łóżku Cahira, naprzeciwko chłopca. Malec nie spał. Przyglądał się jej uważnie. 

    – Sądzę, że mogę to zrobić, ale czy jesteś pewna? Co, jeżeli to był tylko zwykły sen? Co, jeżeli to miejsce tak naprawdę nie istnieje? – był wyraźnie zaniepokojony.

    – Masz może lepszy pomysł? Jestem otwarta na propozycje – zwróciła się do chłopca łagodnie.

    Malec wyglądał na bardzo zmartwionego. Milczał przez dłuższą chwilę. Kiedy jednak się odezwał jego głos brzmiał pewnie i stanowczo. 

    – Dobrze, zrobię to.

    Delikatnie, swoją dziecięcą dłonią dotknął policzka dziewczyny. Eliza zamknęła oczy. Poczuła jak świat wokół niej wiruje. Powoli odpływała od niej świadomość. W końcu nie było już niczego, cały świat przestał istnieć.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza obudziła się w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu. Leżała na kamiennej podłodze. Nie wiedziała gdzie jest ani co tu robi. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że jest zupełnie naga. Nagle wszystko do niej wróciło. To było jak kubeł zimnej wody. Przypomniała sobie co się stało i co tu robi. Gwałtownie usiadła. Pod jedną ze ścian zauważyła jakiś cień. Zerwała się z podłogi i podbiegła do skulonej postaci. 

    – Matt – wyszeptała.

    Chłopak spojrzał na nią niewidzącymi oczami. Był na granicy świadomości. Zrozumiała, że musieli mu podać jakieś narkotyki. No tak, nawet skutego łańcuchami się go bali… Nie znała jego możliwości, ale wielokrotnie widziała, co potrafi zrobić Cahir, a był przecież jeszcze dzieckiem. Miała tylko nadzieję, że i z tym organizm mężczyzny sobie poradzi. Jej plan był równie prosty, co niebezpieczny. Uklęknęła przy nim przyciągając go do siebie, tak, że jego głowa znalazła się tuż przy jej szyi. Przesunęła ostrym paznokciem po ramieniu, raniąc się żeby poczuł zapach i ciepło jej krwi. Nie mogła nic ze sobą zabrać. Wiedziała, że samo wniknięcie w jej świadomość i odnalezienie tego miejsca doszczętnie wyczerpie Cahira, a musiał przecież jeszcze ją tu sprowadzić. To jednak wystarczyło. Z ust chłopaka wysunęły się ostre kły. Zupełnie jak u wampira – przyszło jej na myśl. Wgryzł się w jej szyję, pił jej krew. Nie była w stanie się poruszyć. Za dużo, pomyślała. Nie była jednak w stanie powstrzymać go w żaden sposób, a on pił dalej, powoli odbierając jej życie. Mimo, iż zdawała sobie sprawę, że tak właśnie miało się stać, na myśl o śmierci poczuła smutek i żal. 

    – Matt – wyszeptała cicho z błagalną nutką w głosie. 

    Nic więcej nie udało jej się powiedzieć. Po chwili osunęła się w nicość.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Usłyszał swoje imię. Coś było nie tak, tylko co? Czuł błogi smak w ustach. Drażnił go jakiś zapach. Cudowny, upojny zapach. Coś go bolało, nie zwracał na to uwagi, zaraz samo przejdzie. Pił, pił czyjąś krew. Jakaś niepokojąca myśl błąkała się tuż na granicy świadomości. Próbował ją odegnać, zignorować, ale ta coraz silniej wpychała się do jego umysłu. Nagle oprzytomniał. Gwałtownie odsunął się od dziewczyny, a ta opadła na podłogę. Była nieprzytomna. Chłopak jęknął. Ogarnęła go panika. Czarna rozpacz zalała mu serce i umysł. 

    Był teraz silny, niesamowicie silny. Na jego ciele zostały tylko niewielkie ranki, te zadane czarną stalą, które nie chciały zagoić się przy pomocy magii. Wyróżniała się spośród nich podłużna cienka blizna na brzuchu, pamiątka po tym, jak pierwszy raz stracił nad sobą panowanie. Co prawda czarna stal ograniczała jego magię, ale po wypiciu takiej ilości ludzkiej krwi bez większego problemu wyrwał łańcuch ze ściany. Wziął nagą, leżącą na podłodze dziewczynę na ręce i po prostu wyszedł. Wszystkie drzwi stawały przed nim otworem jakby wysadzane w powietrze. Był Zrodzonym z Ognia, czystej krwi Illi’andinn.

    Chłopakiem zawładnęły ból i wściekłość. Uczucia szalały w nim istną nawałnicą. Szedł przez kolosalny, ufortyfikowany budynek niczym huragan, zostawiając po sobie jedynie zgliszcza. Każda istota na jego drodze padała mu do stóp martwa, ze zwęglonym, nierozpoznawalnym ciałem. Przy jednym z trupów znalazł klucze, wyswobodził się z resztek czarnego łańcuchów. Teraz jego nieokiełznana moc została zupełnie uwolniona. Szalała w nim jak burza podsycana jego rozpaczą i gniewem. Nie był w stanie jasno myśleć. 

    Dopiero kiedy znalazł się przed budynkiem, wysokim, oszklonym gmachem w centrum miasta przy Piccadily, zdał sobie sprawę, że dziewczyna oddycha. Jej oddech był płytki i niepewny. Boleśnie uświadomił sobie, że to jego wina. Nie może pozwolić jej umrzeć! Wrócił do środka i zerwał wiszącą w oknie zasłonę. Okrył nią nagą dziewczynę. Powoli wracała mu zdolność logicznego myślenia. Uświadomił sobie, że powinien ją zabrać do szpitala. Wyszedł na zewnątrz, w oświetloną latarniami i kolorowymi neonami, pochmurną noc. Nie zwracając uwagi na kręcących się po placu ludzi rozwinął ogromne, czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze. Nie obchodziło go czy ktoś go zobaczy. Popatrzył na bladą twarz dziewczyny. Nic innego nie miało znaczenia.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    – Ty idioto! Jak mogłeś jej na to pozwolić?! Mogła przez ciebie zginąć! – Matt stał nad Danielem z pociemniałymi z gniewu oczami. Teraz, kiedy Eliza była bezpieczna, a jej stan stabilny mógł sobie na to pozwolić. 

    – Na nic jej nie pozwalałem – warknął Daniel chwiejnie próbując podnieść się z podłogi. – Gdzie ona jest?

    Byli w mieszkaniu przy Eton Ave. Kiedy tylko Matt upewnił się, że Elizie nic nie grozi i, że transfuzja krwi załatwi całą sprawę postanowił odegrać się na osobie, którą uznał za winną zaistniałej sytuacji. Teraz Matta opuściła reszta energii. Usiadł ciężko na podłodze obok Daniela. 

    – W The Royal Hospital – powiedział smętnie. – Nic jej nie grozi – dodał, kiedy zobaczył zaniepokojone spojrzenie tamtego. – Dała mi swoją krew, wypiłem za dużo. Mogłem ją zabić. 

    Oparł głowę o ścianę i zamknął oczy. 

    – Kiedy upewnię się, że jest bezpieczna zniknę z waszego życia. I tak za dużo już namieszałem – mówił spokojnym, smutnym głosem.

    Daniel spojrzał na niego jak na wariata.

    – Gdzie byś się nie schował ona i tak cię znajdzie. Nawet nie masz po co próbować.

    Matt wzruszył ramionami.

    – Po co miałaby mnie szukać? Jesteście razem, jest z tobą szczęśliwa.

    Daniel uśmiechnął się ponuro.

    – Nie, nie jest. Zawsze traktowała mnie jak brata. To ja chciałem czegoś więcej. Jest w tobie zakochana. Nie możesz jej zostawić. 

    To były najmniej egoistyczne słowa jakie Daniel wypowiedział w życiu. Wiedział, że długo przyjdzie mu jeszcze ich żałować. W oczach Matta pojawiła się nadzieja.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Pół roku później, Irlandia, przedmieścia Kilkenny.

    Daniel stał na rozłożystej gałęzi opierając plecy o szeroki pień drzewa. Było wystarczająco wysokie, żeby zaglądać z niego do bawialni położonej na pierwszym piętrze starego wiktoriańskiego domu. Jak polujący kot czuwał z przymkniętymi oczami. W pokoju było jasno i przytulnie. Na szerokiej, kremowej kanapie siedział młodzieniec o roztrzepanych ciemnych włosach i głębokich brązowych oczach. W ramionach trzymał śliczną złotowłosą dziewczynę. Przy nich, na miękkim dywanie, klęczał blady, siedmioletni chłopiec. Delikatnie przytulał policzek do powiększonego brzucha dziewczyny.

    – Tak, ona będzie twoją siostrzyczką – szeptała łagodnie Eliza, gładząc jego hebanowe włosy – a ty będziesz ją kochał.

    Note