Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Daniel siedział w wysokim, skórzanym fotelu, trzymając na kolanach drobną, złotowłosą dziewczynkę, w zdecydowanie za dużym, wyciągniętym swetrze, który otulał ją niczym sukienka. 

    – Dostanę lalkę? – upewniła się po raz kolejny Rosie, której niebieskie oczy iskrzyły się niczym dwie gwiazdeczki.

    Mężczyzna przewrócił oczami, ale widać było, że przekomarzanie się z dzieckiem sprawiało mu wyraźną przyjemność.

    – Kiedy skończy się ten cały bałagan i wreszcie się stąd wyniesiemy, napadniemy na cały sklep z zabawkami – zaproponował poważnym głosem. – Zabijemy sprzedawcę, a potem będziesz mogła wziąć co chcesz.

    Rosie roześmiała się cichutko, ale siedząca nieopodal Gabriela zgromiła go wzrokiem.

    – I uważasz, że planowane morderstwa są rzeczą bardzo wychowawczą? – spytała na pozór spokojnie.

    Daniel westchnął cierpiętniczo.

    – No dobrze, zmiana wersji – oznajmił. – Zwiążemy sprzedawcę na zapleczu, a potem będziesz mogła wziąć co chcesz – poprawił ich niecny plan.

    Dziewczynka przemyślała to przez chwilę, a potem obrzuciła Gabrielę ponurym spojrzeniem.

    – No dobrze, jeżeli tak bardzo jej zależy – mruknęła, moszcząc się wygodniej, jak mały kotek.

    Milczący do tej pory, wyglądający przez wysokie okno Cahir, podszedł do nich z ponurym wyrazem twarzy.

    – Wszystko świetnie – odezwał się posępnym tonem – tylko byłoby jeszcze lepiej, gdybyśmy mieli pojęcie, co powinniśmy zrobić. 

    – Nie możemy się ukrywać tutaj do końca życia – wtrąciła się cicho, skulona na kanapie, w pobliżu Maurycego i reszty stada Natalia.

    – Przecież nie musimy – odezwała się niespodziewanie, nagle ożywiona Rosie.

    Wataha, wampiry, Natalia, Daniel, Cahir i Gabriela – wszyscy zwrócili na nią zaciekawione spojrzenia. Dziewczynka skuliła się, jakby nagle spłoszona.

    – Co masz na myśli? – spytał podejrzliwie Cahir.

    – Illi’andin nie zagrażają czarownicy – wyjaśniła powoli – ponieważ są dziećmi Ziemi, której ona przeciwstawia się przy pomocy czarnej magii. To nie dotyczy jednak śniących, nie dotyczy Gabrieli. Ona nie ma takiej mocy, żeby ci przeszkodzić, jeżeli tylko byś chciała… – zwróciła się bezpośrednio do dziewczyny, niespecjalnie jednak cokolwiek wyjaśniając. – Problem w tym, że wszyscy musieliby się zaangażować, bo czarownica zebrała już całkiem sporą armię…

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Cahir był wściekły. Ani odrobinę nie podobał mu się plan, który tak otwarcie miał narażać Gabrielę na niebezpieczeństwo. Mimo, że dał się namówić na to, by wrócili do Kilkenny, by opuścili bezpieczne schronienie, nie zamierzał jej tak po prostu puścić – samej przeciwko władającej potężną, czarną magią wiedźmie.

    – Nawet jeżeli zbierzemy armię, to i tak nie mamy szansy z nią wygrać, będzie nas zbyt niewielu – oznajmił z trudem powstrzymując warknięcie.

    – Przecież nie mamy z nimi wygrać, a odwrócić ich uwagę – tłumaczył cierpliwie Daniel.

    – Więc planujesz po prostu masową rzeź? – spytał niedowierzająco Cahir. Chłopak skierował swój wzrok na siedzącego od początku w ponurym milczeniu Matta. – Pozwolisz mu na to? – syknął pretensją.

    Mężczyzna podniósł wzrok, jakby przebudzony z nieprzyjemnego snu.

    – Nie będę się wtrącał – oznajmił spokojnie. – To już nie moja walka.

    – Jak to nie… – zaczął oburzony Cahir, ale przerwała mu Eliza, która weszła do pokoju razem ze swoją córką i trzymającą się ich Rosie.

    – Kochanie, to nie twoja decyzja – oznajmiła stanowczo – i nie musisz jej rozumieć.

    Pięści chłopaka zacisnęły się tak, że aż pobielały mu kłykcie. Nie był jednak w stanie się z nią kłócić. Nie potrafił. Nie z kobietą, którą kochał i przez całe życie traktował jak rodzoną matkę. Odwrócił się i bez słowa wyszedł z pokoju, a Gabriela pobiegła za nim. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Eliza odwróciła się w stronę Daniela. Spojrzała w jego zielone oczy. Byli sami, co nie zdarzało im się często, a właściwie niemal nigdy od prawie dwudziestu lat.

    – Zostawicie z nami dziewczynkę? – spytała.

    Mężczyzna przecząco pokręcił głową.

    – Zabrałaś mi już jedno dziecko – stwierdził, jednak w jego głosie nie było słychać wyrzutu, a tylko rezygnację. – Nie wystarczy?

    – Więc ty się nią zajmiesz? – westchnęła, podchodząc do niego bliżej. 

    – Tak – oznajmił stanowczo.

    Zdziwił się, kiedy zamiast protestować, jak się spodziewał, obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Na krótką chwilę wtuliła się w jego ramiona, a on stał, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

    – Powodzenia – szepnęła, odsuwając się i wychodząc z pokoju, a on mógł tylko patrzeć jak za drzwiami znika jej, mimo upływu lat, wciąż dziewczęca postać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Rosie przyjrzała się uważnie leżącej w białej pościeli dziewczynie. Spojrzała na nią zaciekawiona.

    – Jesteś tego pewna? – spytała na wszelki wypadek, chociaż sama również uważała, że to właściwie najlepszy możliwy pomysł.

    – Tak – potwierdziła Gabriela, odgarniając z twarzy kosmyki jasnych włosów – zginęło już tylu Illi’andin… Jeżeli nie zadziałamy szybko, umrze znacznie więcej osób.

    Dziecko obdarzyło ją leciutkim uśmiechem, siadając przy niej na łóżku i wyciągając swoją bladą rękę.  

    – Śpij – powiedziała łagodnie. – Nie będziesz sama – dodała pocieszająco – pójdę tam razem z tobą.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Gabriela otworzyła oczy. To było dziwne. Nie znała jeszcze takiego uczucia. Istniała, a jednocześnie miała pewność, że jej ciało znajduje się zupełnie gdzie indziej. Była czymś w rodzaju eterycznego bytu. Niepokojące było również to, że nie dotykały jej żadne głębsze uczucia. Zdawała sobie z nich sprawę, ale było tak, jakby jej nie dotyczyły. Jakby należały do kogoś zupełnie innego. A przecież pojawiła się w tym świecie wyłącznie po to, żeby ochronić przed niebezpieczeństwem swoją rodzinę, żeby nie narażać na nic kochającego ją Cahira… Czy to teraz miało jakiekolwiek znaczenie? Poczuła wślizgującą się w swoją rękę drobną dłoń. Spojrzała w szafirowe oczy stojącej obok niej dziewczynki. W ich głębi na powrót odnalazła siebie i dokładnie wiedziała już co musi zrobić. Śmiało przeszła kilka kroków niebytu, a przed nią nagle wyłonił się las – pełna splątanych, kolorowych nici dżungla.

    – Co to jest? – spytała, a jej głos wcale nie wydobywał się z ust. 

    Rosie jednak najwyraźniej słyszała.

    – Las żywotów – wyjaśniła spokojnie. – Musisz znaleźć tą jedną, jedyną nić. Pamiętaj jednak, że kiedy przerwiesz jakąkolwiek inną, poświęcasz czyjeś życie. Jesteś gotowa zabijać siostrzyczko? – spytała niby się drocząc, na jej dziecięcej twarzyczce jednak była tylko chłodna powaga.

    Gabriela skinęła głową. Była gotowa. Dla Cahira. Zrobi to, co będzie musiała, ni mniej ni więcej. „Siostrzyczko” zabrzmiało absurdalnie w jej głowie, ale mała miała rację. Jeżeli zamierzała zostać z Danielem, to mimo iż brzmiało to jak podły żart, formalnie były teraz siostrami.

     ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    – Nie! Ona się musi obudzić! – zaprotestował stanowczo, z rozpaczą w głosie Cahir.

    – To jej decyzja – odpowiedziała mu siedząca przy córce, na łóżku Eliza.

    – Nie pozwolę jej na to! – warknął chłopak, próbując się po raz kolejny przepchnąć pilnowanymi przez Matta drzwiami.

    – Zabierz go stąd – odezwała się z prośbą Eliza, do nadchodzącego korytarzem, przywołanego ich kłótnią Daniela.

    Mężczyzna skinął głową.

    – Nie możesz – zaprotestował Cahir, który wiedział, że z powodu magii Illi’andin nie będzie w stanie się sprzeciwić. – Gabriela jest w niebezpieczeństwie! Trzeba ją obudzić!

    – To jej własna decyzja, nie twoja – odpowiedział mu chłodno Daniel.

    – Nie, ona… – zaczął cicho chłopak.

    – Prawdopodobnie już nigdy stamtąd nie wróci – dokończył za niego chłodno mężczyzna.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Gabriela szła srebrzystą, wąską ścieżką. Rosie trzymała się tuż obok, patrząc na dziewczynę nieufnie. 

    – Na pewno wiesz dokąd idziesz? – spytała po dłużej chwili milczenia.

    – Tak – odpowiedziała tamta pewnie – dopóki widzę drogę, zamierzam się jej trzymać.

    Dziecko rozejrzało się dookoła. Wszędzie powiewały jedynie różnobarwne, splecione ze sobą, kolorowe wstążki.

    – Jaką drogę? – spytała w końcu.

    – Nie widzisz jej? – zdziwiła się Gabriela.

    Dziewczynka przecząco pokręciła głową, a jej towarzyszka jedynie wzruszyła ramionami.

    – W każdym razie wiem, że to dobry kierunek – oznajmiła spokojnie.

    Po godzinie marszu w dziwacznym, różnobarwnym labiryncie, dziewczyna się wreszcie zatrzymała, tak, że Rosie nieświadomie wpadła na jej plecy. Gabriela zupełnie ignorując dziecko, podeszła do grafitowo-szarej, wyjątkowo długiej i splątanej nici. Wyobraziła sobie niewielki, kryształowy sztylet, który znikąd pojawił się w jej dłoni. Przecięła wstęgę i w tym momencie cały świat – jej świat – przestał istnieć.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Epilog

    Natalia uśmiechnęła się do babci, która cudownym zrządzeniem losu, podczas pożaru była u sąsiadki i obydwu udało się uciec z płonącego budynku. Jej dłoń wsunęła się w odrobinę spoconą ze zdenerwowania rękę Maurycego. Nie tylko ona pierwszy raz przedstawiała w domu chłopaka, ale również chłopak pierwszy raz był w domu swojej dziewczyny przedstawiany. Obydwoje mieli ogromną tremę i tylko babcia wydawała się być jak zawsze pogodna. Widmo wojny zostało zażegnane, świat wrócił do normy, jedynie pozostawiając po sobie nieprzyjemny ślad smutku i śmierci. Stado wilkołaków zamieszkało w położonej na skraju miasta willi Daniela, gotowe na to, by pomagać Illi’andin strzec ustalonego porządku. Ona sama natomiast od października zamierzała wrócić do szkoły i mimo wyrwanego kawałka duszy, po prostu żyć dalej.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Eryk uśmiechnął się czule do umazanej krwią Anabelli. Wiedział, że jeżeli tak dalej pójdzie, będą musieli wynieść się z tego miasta… być może również i kraju. Nie miało to jednak większego znaczenia, tak długo, jak długo obydwoje byli bezpieczni. Ona była bezpieczna. 

    – Nie musisz ich zabijać – wymruczał wampir.

    – Nie? – zapytała zmartwiona tą informacją dziewczyna.

    – Czasy się zmieniły i teraz zbyt łatwo to zauważyć – wyjaśnił cierpliwie.

    Anabella westchnęła. Podeszła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Pocałowała go, zostawiając na jego bladej twarzy smugi krwi.

    – Psujesz mi całą zabawę – mruknęła nadąsana.

    Przyciągnął ją do siebie bliżej i tym razem to on ją pocałował, a potem obydwoje zatonęli w smugach porannej mgły.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Rosie przeglądając się w dużym, stojącym lustrze, zawiązała na czubku jasnych włosów błękitną kokardę. Rozejrzała się po swoim nowym pokoju. Miała wszystko to czego pragnęła. Półki pełne pięknie ubranych lalek i misiów, całą szafę sukienek, oraz kogoś, kto stał się tylko jej. Jedyne czego dziewczynce w tym momencie brakowało, to jej nowa, ale mimo wszystko ukochana siostrzyczka. Było jej naprawdę przykro, że nie mogła jej ze sobą zabrać, ale najwyraźniej Daniel to rozumiał. Wszyscy rozumieli, oprócz Cahira. Dziewczynka niespiesznie zeszła na dół. Stanęła przed wygodnie wyciągniętym na kanapie mężczyzną.

    – Jak wyglądam? – spytała.

    Tym razem na nią spojrzał. Uśmiechnęła się do siebie na myśl, że szybko się uczy.

    – Ślicznie – mruknął cierpiętniczo – jak mała królewna.

    Natychmiast wyczuła jego ponury nastrój. To rzadko się zdarzało, kiedy była w pobliżu. Przekomarzał się z nią – owszem, czasami jej dogryzał, ale zawsze był przy niej szczęśliwy. Kochała go, a on ją kochał. Nawet, jeżeli nigdy by się do tego nie przyznał. Natychmiast odgadła o co chodzi.

    – Był tutaj, prawda? – westchnęła.

    Daniel nie odpowiedział, nie musiał. Rosie usiadła podkulając pod siebie szczupłe nóżki. To czy jej siostra wróci, zależy już tylko od niego.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Eliza stała nad brzegiem strumienia, wraz z Julią puszczając na wodę wianki z kwiatów. Czuła wokół siebie czyjąś potężną obecność. Matt uśmiechnął się smutno, oplatając ukochaną ramieniem. Mark po raz pierwszy wyglądał tak poważnie i jak na swój młody wiek, wyjątkowo dorośle. Opłakiwali śmierć setek Illi’andin oraz tych wszystkich istnień, które dla wzmocnienia swojej magii, pozbawiła iskierki życia, wiedźma.

    – Ona żyje – odezwała się cicho Eliza – czuję to. Po prostu jest gdzieś tam, uwięziona w świecie snów… – szepnęła niemal niedosłyszalnie.

    – Wiem – odpowiedział poważnym równie cichym głosem Matt – i jestem pewien, że Cahir, zrobi co tylko będzie mógł, żeby ją odzyskać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Biegł przez las najszybciej, jak potrafił. Ten ból, który w sobie czuł, to coś, było zwyczajnie nie do zniesienia. Tak jak świat przestał istnieć dla niego, on chciał przestać istnieć dla świata. W końcu się zatrzymał. Nie miał już więcej sił. Czarny jak noc, olbrzymi wilk, przysiadł na tylnych łapach, by zmienić się z powrotem w człowieka. Nagle odwrócił się, poczuwszy na ramieniu czyjeś muśnięcie. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nicość, a potem ją zobaczył. To była najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widział. Nigdy jej do tej pory nie spotkał, ale wiedział kim była. Milczała. Przez chwilę po prostu tam była, a kiedy zniknęła, na Cahira nagle spłynęło olśnienie. Przecież naprawdę mógł to zrobić! Już wcześniej sprawiał, że miejsca ze snów, stawały się rzeczywiste. Teraz różnica polegała jedynie na tym, że to on chciał się tam znaleźć, zamiast kogoś w to miejsce wysłać. Jedyne co mu groziło, to to, że zabłądzi w eterycznym świecie na zawsze. Jakie to jednak miało znaczenie? Bez niej nic go nie miało. Zamknął oczy, wyobrażając sobie obraz, który pokazała mu Wieczna, a potem, tak po prostu, zapragnął tam się znaleźć. Po chwili jego oczom ukazała się szczupła, stojąca nad wodą sylwetka. Dziewczyna odwróciła się ku niemu, a w jej wiosennie zielonych oczach zalśniły łzy. Z cichym okrzykiem podbiegła ku niemu, by wpaść w jego wyciągnięte ramiona. Cahir ze wszystkich sił walczył z własną wolą i magią, która go tu sprowadziła. Wiedział, że jeżeli zostaną tu choćby jeszcze chwilę, przemieni się ona w wieczność. Otworzył oczy, nie wypuszczając Gabrieli z ramion. Las, przebijające się przez korony drzew, słabe światło. Promienie słońca tańczące w złotych włosach.

    – Gabi! – delikatnie podniósł leżącą obok niego na trawie dziewczynę. 

    Niemal rozpłakał się z ulgi, kiedy otworzyła oczy. Przytulił ją do siebie stanowczo. Zamrugała.

    – Gdzie my jesteśmy? – spytała niepewnym głosem.

    – W lesie – podał niezbyt dokładną informację.

    – Tyle sama widzę – prychnęła dziewczyna, oplatając jego szyję ramionami.

    Wiedział, że coś zmieniło się w niej bezpowrotnie. Dorosła. Dojrzała. W dalszym ciągu, to jednak była jego Gabriela. Uśmiechnął się do niej szczerząc zęby.

    – Zabiorę cię do domu – oznajmił szczęśliwy, a z jego łopatek wyrosły olbrzymie, czarne skrzydła.

    – Nie mam pojęcia gdzie byłam, ale w tym miejscu nie płynął czas, wszystkie uczucia wyblakły, a moje myśli rozwiewał wiatr, ale mimo tego tęskniłam za tobą – przyznała cicho dziewczyna, wtulając się w jego tors i zamykając oczy. 

    Wzbił się w powietrze, mocno tuląc ją w swoich ramionach. Czarownica już im nie zagrażała, widmo wojny zniknęło, a on odzyskał Gabrielę. Musiał przeprosić Rosie, Daniela i Matta. Trzeba było też dopilnować watahy. Tyle rzeczy powinien zrobić… Uśmiechnął się do swoich myśli, bo skoro się tym przejmował, znaczyło to, że jego życie znów odzyskało sens.

    The End

    Note