Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Miejsce do którego przybyli przypominało Chiredanowi bardziej „to co z niej zostało” niż farmę jako taką. Z budynku gospodarczego zostały jedynie same osmalone fundamenty. Ślady po pożarze, który musiał wybuchnąć nie tak dawno temu. Chłopak nie miał pojęcia skąd ona wiedziała o tym miejscu, postanowił jednak nie zadawać zbędnych pytań. Chciał dowiedzieć się tylu różnych rzeczy… 

    Stodoła jednak była cała. Otworzyli szerokie, drewniane wrota i wjechali do niej dżipem, po czym starannie je zamknęli. W środku było dość chłodno, ale przynajmniej nie wiało. Przez kilka godzin jechali na południe, więc było odrobinę cieplej. W tej części kraju przynajmniej całej ziemi nie pokrywała gruba warstwa śniegu. Temperatura była bliższa raczej zeru. 

    – Poczekaj, zaraz wrócę – oznajmiła dziewczyna, kiedy wysiedli z samochodu.

    Chiredan tylko wzruszył ramionami i zabrał się do przeszukiwania dżipa. Miał cichą nadzieję, że znajdzie może jakiś zapas benzyny, ponieważ bak był już prawie pusty. Z tyłu jednak leżała tylko zwinięta w rulon plandeka, linka holownicza, gaśnica i jakiś koc. Chłopak naciągnął płachtę na odsłonięty tył samochodu tworząc w ten sposób prowizoryczny namiot. Będą mogli się tutaj spokojnie przespać, o ile uda im się zasnąć przy takiej temperaturze. Sam jednak był na tyle wykończony i poobijany, że nie miał siły szukać czegokolwiek lepszego. Rozejrzał się po stodole w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby się im przydać. Uśmiechnął się szeroko, kiedy wypatrzył znajdujące się na stryszku resztki siana.

    Kończył właśnie wrzucanie siana na pakę dżipa, kiedy wróciła dziewczyna. Niosła ze sobą wiklinowy koszyk i puste wiadro. 

    – Przyniesiesz nam wody? – zapytała podając mu wiadro. – Po prawej stronie stodoły jest pompa, nie powinna być zamarznięta.

    Skinął głową i wyszedł w chłodne, wieczorne powietrze. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy wrócił z pełnym wiadrem, dziewczyna przeglądała zawartość schowka w samochodzie. Wyciągnęła z niego dobrze zaopatrzoną apteczkę. Spojrzała na niego.

    – Jeżeli zdejmiesz bluzę i usiądziesz tutaj, to pomogę ci zmyć tę krew. – Wskazała na niski, drewniany stołek.

    – Jasne – posłuchał dziewczyny i podszedł tam gdzie chciała.

    Kiedy się rozebrał, zamoczyła w zimnej wodzie gazę z apteczki. Zmyła mu z twarzy krew, która wypłynęła z rozciętej wargi, potem zajęła się jego rękoma i nadgarstkami. Przemyła je wodą utlenioną i delikatnie owinęła bandażem. Wzięła jego bluzę i wyprała zakrwawione rękawy w wiadrze. Przez cały ten czas chłopak siedział spokojnie i przyglądał się jej z zainteresowaniem. Najwyraźniej jednak wiedziała co robi. Rozwiesiła mokre ubranie na jednej z belek. 

    – Do rana powinna wyschnąć – oznajmiła. – Przynajmniej mam taką nadzieję.

    – Chodź, schowamy się do samochodu, w samej koszulce jest mi jeszcze bardziej zimno – powiedział z bladym uśmiechem.

    Zabrał z tylnego siedzenia karabin i zwinnie wdrapał się na tył samochodu. Składany nóż miał wepchnięty do tylnej kieszeni. Dziewczyna wzięła koszyk i poszła za nim.

    – Głodny? – zapytała, podsuwając mu wypełniony jabłkami pojemnik.

    – Umieram z głodu – przyznał sięgając po ładnie wyglądający owoc. – Skąd je masz?

    – To było jedyne co znalazłam w piwniczce – przyznała sama również sięgając po jabłko.

    – Jestem Chiredan Blair – zdecydował się w końcu przedstawić chłopak – a jak tobie na imię? Chyba, że chcesz, żebym zwracał się do ciebie per „dziewczyno”. – Uśmiechnął się do niej przekornie.

    – Elysoun Bellis Miye Maes – przedstawiła się dziewczyna.

    – Więc co tam robiłaś Stokrotko? – zapytał właściwie nie do końca licząc na odpowiedź.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Dziewczyna uśmiechnęła się słysząc, że przetłumaczył sobie z łaciny jej drugie imię. Podobał jej się taki skrót. Spojrzała na niego swoimi dużymi, błękitnymi oczami. Podała mu drugie jabłko. Chłopak wgryzł się w owoc, czekając na odpowiedź. Przyjrzała mu się uważnie. Miał długie, związane z tyłu czarnym rzemieniem włosy. Były prawie tej samej barwy co jej własne. Jego oczy były żywo zielone i strasznie ją intrygowały. Przywodziły na myśl wiosenną trawę. Sam Chiredan był wysoki i bardzo szczupły. Budową ciała przypominał bardziej siatkarza niż atletę, widziała jednak na własne oczy, że sprawnie posługuje się nie tylko karabinem, ale i nożem. Jego aura przypominała ludzką, ale nie była ponuro szara, tylko jarzyła się jasnym, błękitnym światłem. W tym chłopaku zdecydowanie było coś dziwnego.

    – Ścigali mnie od jakiegoś czasu – zdecydowała się w końcu odpowiedzieć dziewczyna. – Do tej pory zawsze myślałam, że po prostu chcą mnie zabić. Najwyraźniej jednak zmienili zdanie i jestem im do czegoś potrzebna. – Popatrzyła prosto w jego niesamowite szmaragdowe oczy. – Dziękuję, że po mnie przyszedłeś – powiedziała cicho.

    – Uwolniłaś mnie, przecież nie mógłbym cię tam zostawić – stwierdził, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Na mnie też polują od dosyć dawna, pierwszy raz jednak udało im się mnie złapać. Stoczyliśmy kilka potyczek, zazwyczaj jednak to ja wychodziłem z nich żywy, a oni martwi. Tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia czego ode mnie chcą.

    Zjedli resztę jabłek. Elysoun mimo ciepłej bluzy drżała z zimna. Chiredan ziewnął sennie.

    – Chodź do mnie – powiedział i położył się na rozłożonej po podłodze grubej warstwie siana – będzie nam cieplej.

    Dziewczyna przysunęła się, kładąc bardzo blisko chłopaka. Przykrył ich, znalezionym wcześniej, wełnianym kocem. Objął ją ramionami i przytulił do siebie. Przylgnęła do niego ufnie. Sama nie wiedziała dlaczego, ale przed oczami stanęła jej twarz szarookiego tropiciela. Chiredan ponownie ziewnął.

    – Dobranoc Stokrotko – powiedział cicho, a oczy same mu się zamknęły i odpłynął w sen.

    – Dobranoc – wyszeptała.  

    Po chwili także zasnęła z twarzą wtuloną w jego tors.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Szarooki obudził się w nieswoim łóżku. Leżał w kremowej, wełnianej pościeli. Przez klatkę piersiową przewiązany miał szeroki pas bandaży. Kiedy otworzył oczy zauważył niespokojnie chodzącego po pokoju w kółko Maevisa. Gdy tylko tamten zorientował się, że chłopak się obudził spojrzał na niego wściekłym wzrokiem.

    – Ty idioto! Co ci odwaliło, żeby pakować się na linię strzału? Mógł cię zabić!

    Szarooki zmierzył mężczyznę chłodnym spojrzeniem.

    – Nie, nie mógł. Doskonale wiesz kim jestem. Za to mogło mu się udać zabić Elizę. To byłoby znacznie gorsze. – Przymknął oczy głęboko nabierając powietrza. – Bogowie – westchnął – gdzie ona jest? Przez tego kretyna, który strzelał, znów mi uciekła.

    Maevis przyjrzał mu się uważnie.

    – Kim jest ta dziewczyna, że znaczy na tyle dużo, żebyś przyjmował za nią kule? Jesteśmy przyjaciółmi Matthew, pamiętaj o tym – dodał, kiedy zauważył wahanie chłopaka.

    Szarooki westchnął ponownie, ale zdecydował się odpowiedzieć.

    – To Elysoun Maes – powiedział cicho – królewna ze Złotego Dworu, córka Władcy Demonów i moja ukochana. Jest też dzieckiem z proroctwa. Jeżeli będzie trzeba oddam za nią życie.

    – Ukochana? – zadrwił mężczyzna. – Ucieka przed tobą ponieważ chcesz ją zmusić do małżeństwa?

    Matthew popatrzył na niego wrogo. 

    – Jest pod wpływem zaklęcia. Wydaje się, że w ogóle nic nie pamięta. 

    Maevis nagle jakby sobie coś uświadomił. Zaczął siarczyście kląć.

    – Co jest? – zapytał zaniepokojony Szarooki.

    – Ten chłopak, którego złapaliśmy… to Chiredan Blair, wyklęty. Grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.

    Matthew gwałtownie zerwał się z łóżka. Zakręciło mu się w głowie. W barku poczuł rozdzierający ból. Zachwiał się, nie przewrócił się jednak.

    – Muszę ją jak najszybciej odnaleźć – syknął.

    – Pomożemy ci – powiedział tamten uspakajająco. – Najpierw jednak myślę, że potrzebujemy jakiegoś czarodzieja, żeby uzdrowił twoje ramię.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Elysoun obudziła się nad ranem bardzo zziębnięta. Przeciągnęła się na sianie i usiadła. Chiredan ciągle spał. Nie była pewna, która jest godzina. Dotknęła zimną ręką policzka chłopaka. Natychmiast otworzył oczy.

    – Brr, ale jesteś zimna – powiedział ciągle jeszcze zaspanym głosem.

    Złapał jej ręce i schował między swoimi. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało.

    – To może byśmy już tak pojechali? – zaproponowała. –  W dżipie jest ogrzewanie.

    – Mam złą wiadomość. Jechać będziemy praktycznie na oparach paliwa. Potrzebujemy stacji benzynowej.

    – Aha – odpowiedziała – jest wiele rzeczy, które by się nam przydały. Jakoś musimy sobie poradzić.

    Zwinęli osłaniającą tył samochodu plandekę i zeskoczyli na ziemię. Otworzyli szerokie drzwi szopy. Chiredan wyglądał na bardzo niewyspanego. Naciągnął na siebie prawie suchą, oliwkowozieloną bluzę.

    – Jestem głodny – mruknął, kiedy wsiedli do dżipa. – Nie zostało nam już nic z tych jabłek?

    – Nie – odpowiedziała rozbawiona jego tonem. – Niestety wczoraj wszystkie zjedliśmy.

    – Świetnie, dopisz jedzenie do listy naszych potrzeb. Najlepiej jeszcze przed benzyną.

    – Już się robi – roześmiała się dziewczyna.

    Odpalił silnik i włączył ogrzewanie. Ruszyli. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Dojechali do Reginy, stolicy prowincji Saskatchewan. Było to piękne, położone nad jeziorem Wascana miasto. Chiredan zaparkował tuż nad wodą. W pobliżu nie kręcili się żadni ludzie. 

    – Poczekasz tutaj? – poprosił Elysoun.

    Kiedy zgodziła się niechętnie zostawił dziewczynę w samochodzie. Wrócił po pół godzinie podjeżdżając na parking nowym Volkswagenem. W stacyjce samochodu tkwiły kluczyki. Wolała nie pytać skąd go wziął. Zauważyła, że chłopak ma na sobie czyste ubranie i ciepłą, wojskową kurtkę. 

    – Usiądź z tyłu – powiedział zabierając z dżipa M4. – W torbie masz jakieś ciuchy, będziesz mogła się przebrać. Lepiej się stąd szybko zmyjmy.

    Elysoun posłuchała. Kiedy tylko wsiadła do samochodu, Chiredan ruszył. Dziewczyna przeszukała rzeczy. Znalazła długie bojówki w kolorze khaki, szarą koszulkę na ramiączkach i ciepłą, rozpinaną bluzę. Leżała tam też wojskowa kurtka. Wszystkie ubrania były mniej więcej w jej rozmiarze. Przebrała się na tyle sprawnie, na ile pozwoliło jej ograniczone miejsce.

    – Przydałaby się jeszcze jakaś czysta bielizna – stwierdziła.

    – Yyy, sorry, nie przyszło mi do głowy – powiedział lekko zakłopotany. – Kupimy na jakiejś stacji.

    Zatrzymali się na dużym parkingu kilka kilometrów za miastem. W niewielkim sklepiku kupili potrzebne im rzeczy. Elysoun z przyjemnością odświeżyła się w małej, ale czystej i zadbanej toalecie. Kiedy wróciła do samochodu, Chiredan z apetytem wgryzał się w trójkątną kanapkę. Podał jej kubek z kawą.

    – Skąd masz pieniądze? – spytała z ciekawości.

    – Ukradłem – przyznał szczerze. – Razem z samochodem.

    – Przecież będzie nas ścigała policja… – zaniepokoiła się dziewczyna.

    – Niezbyt szybko, o ile w ogóle. Właściciel samochodu nie żyje, trochę czasu minie, zanim znajdą jego ciało.

    – Zabiłeś jakiegoś niewinnego człowieka, żeby zdobyć samochód?! – Elysoun nie mieściło się to w głowie.

    – Albo on, albo my – powiedział rzeczowo chłopak, nie patrząc na nią. – Po za tym nie był taki niewinny. Był handlarzem. W sklepie miał całkiem sporo białego proszku.

    – Jakim znowu sklepie? Może opowiedz wszystko po kolei…

    – Nie ma o czym mówić – stwierdził. – Nie mogłem przecież napaść kogoś na ulicy… Wszedłem do pustego sklepu militarnego. Znałem go z kilku ciekawych historyjek. Zabiłem właściciela, zabrałem mu dokumenty i kluczyki do auta. – Wzruszył ramionami. – Wziąłem też pieniądze i trochę ubrań. Niestety za mało. Nie starczy nam na drogę.

    Dziewczyna jęknęła cicho. Wcale jej się to nie podobało. Ścigający ją Łowcy to jedno, ale morderstwo z zimną krwią to zupełnie inna sprawa. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć, ale nie powiedziała nic więcej. Chiredan miał co do jednego rację. Najważniejsze było, żeby przeżyć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Matthew był w bardzo złym humorze. Co prawda, po ranie od postrzału nie było już najmniejszego śladu, ale stracił przez to ponad dwa dni. Siedział na podłodze drewnianej chaty i drapał śnieżnego wilka za uszami.

    – Co Snowy? Tęsknisz za swoją panią prawda? – zwrócił się poufale do zwierzęcia. – Ja też za nią tęsknie – powiedział cicho.

    Przypomniał sobie uśmiech Elizy, kiedy podarował jej psiaka. Była wtedy taka szczęśliwa… Westchnął. To stało się prawie pół roku temu. Tyle wydarzyło się od tamtego czasu… 

    Jego rozmyślania przerwał Maevis. Wszedł do pokoju z telefonem komórkowym. Podał go opartemu o ścianę Szarookiemu. Chłopak spojrzał na niego pytająco.

    – Devor dzwoni, a konkretniej jego dziewczyna. Na twoim miejscu bym odebrał. Nie sądziłem, że kobiety znają takie słowa.

    – Cała Wika – westchnął Matthew i przyłożył słuchawkę do ucha.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Szarooki uznał, że odszedł już wystarczająco daleko od siedziby Łowców. Przyjaciele Elizy uznali, że dziewczyna będzie uciekała do USA. Prawdopodobnie mieli rację. Zresztą może zacząć od granicy równie dobrze, jak od każdego innego miejsca. Przestało działać zaklęcie rzucone na nich przez elfiego czarodzieja, a to bardzo osłabiło łączącą ich więź. Chłopak potrafił jedynie wyczuć grożące dziewczynie niebezpieczeństwo, ale kiedy królewną nie targały silne emocje, zwyczajnie nie potrafił jej odnaleźć.

    Dookoła Matthew zawirowała srebrna mgła. Po chwili, na miejscu chłopaka, stał sporych rozmiarów wędrowny sokół. To była jego ulubiona postać, jaką przyjmował, żeby szybko pokonywać duże odległości. Do walki i polowań jednak zawsze wyruszał jako czarna pantera. 

    Rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Przyjaciele dziewczyny, a od kiedy ich poznał, także i jego przyjaciele, mieli przylecieć jak najszybciej z Polski do Stanów Zjednoczonych. Wiedział, że może na nich polegać. Zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc Elizie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan dalej nie mógł uwierzyć, że tak zwyczajnie minęli granice. Celnik zapytał czy są Kanadyjczykami, podziękował im za okazanie dokumentów i kazał jechać dalej. Tyle, że oni nie pokazywali żadnych dokumentów… Właściwie to nic mu nie pokazywali. Zastanawiał się jakiej dziwnej sztuczki użyła dziewczyna i nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Była po prostu niesamowita!

    – To dokąd teraz? – spytał.

    – Może na początek Melbourne na Florydzie?

    Uśmiechnął się do niej.

    – Właściwie czemu nie… Z Dakoty to tylko jakieś trzy, cztery tysięce kilometrów. Podróż zajmie nam jakiś tydzień. I tak nie mam nic lepszego do roboty.

    – Chiredan… ja mówiłam całkiem poważnie.

    Wzruszył ramionami.

    – Ja też. Tylko zatrzymajmy się w Rapid City, to załatwię nam paszporty i prawo jazdy. Nie ufam tej twojej dziwnej sztuczce… myślisz, że zadziałałaby na policjantów?

    – Nie wiem – odpowiedziała szczerze dziewczyna. – Nie byłam nawet pewna czy teraz zadziała.

    – W takim razie potrzebne mi też pozwolenie na broń – westchnął. – Pewnie będę musiał pożegnać się z moim M4.

    Elysoun uśmiechnęła się rozbawiona tą uwagą i żalem w głosie chłopaka.

    – Trzeba było wstąpić do amerykańskiej armii. Tam takie rozdają każdemu.

    – Myślałem o tym – przyznał szczerze. – Niestety przeszkodę stanowiła moja kryminalna przeszłość – wyszczerzył do dziewczyny zęby w uśmiechu.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Po zmroku zatrzymali się pod lasem, przy sporej stacji benzynowej. Chiredan zasłonił tablice rejestracyjne. Z tylnego siedzenia wyciągnął pustą, czarną torbę, do której schował karabin i kominiarkę. 

    – Tylko nikogo nie zabijaj tak dla odmiany – jęknęła dziewczyna.

    Spędzili długi dzień kłócąc się o to, jak zdobędą potrzebne im pieniądze. W końcu zwyciężył chłopak, wysuwając argumenty, że w ten sposób będzie najszybciej i najłatwiej, a do tego wbrew pozorom najbezpieczniej. W końcu musiała mu przyznać rację. Uciekali, żeby ratować życie.

    – Nie martw się. Nie sprawia mi to przyjemności. – Podniósł wzrok znad torby, wbijając w dziewczynę spojrzenie niesamowitych szmaragdowych oczu. – Potrzebujemy tych pieniędzy, wiesz o tym.

    – Uważaj na siebie – powiedziała cicho, w duchu przyznając mu rację.

    – Jasne. Schowaj się.

    Kiedy zniknął położyła się na tylnym siedzeniu. Jej serce przyspieszyło swój rytm. Bała się, że coś pójdzie nie tak. Chiredan był jej jedynym sojusznikiem, gdyby coś mu się stało, nie wiedziałaby co ma ze sobą zrobić. Nawet nie potrafiła prowadzić. Po za tym, wbrew swojemu rozsądkowi, naprawdę zdążyła polubić chłopaka.

    Wrócił po kilkunastu wlokących się w nieskończoność minutach. Wypchaną pieniędzmi torbę rzucił na siedzenie pasażera. Ruszył z piskiem opon. Kiedy wyjechali na autostradę, ściągnął z głowy kominiarkę. Dziewczyna usiadła. 

    – Wszystko ok.?

    – Pewnie, a co miałoby pójść nie tak? – uśmiechnął się do niej wesoło.

    – Widzę, że masz wprawę w tego typu rzeczach – westchnęła.

    – Owszem, mam – przyznał wcale nie zawstydzony chłopak.

    Zatrzymał się na najbliższym zjeździe i odsłonił tablice. Potem ruszyli dalej.

    – Chiredan… prowadziłeś cały dzień, może się gdzieś zatrzymamy?

    – Jutro, najpierw potrzebne nam są dokumenty – powiedział poważnie. – Do Rapid City już wcale nie tak daleko. Będziemy tam rano. Zjemy coś, załatwimy papiery, a potem znajdziemy za miastem jakiś motel. Może prześpisz się z tyłu? – zaproponował. 

    – Dobrze, niech będzie po twojemu – zgodziła się niechętnie dziewczyna z powrotem kładąc się na kanapie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Szarooki leciał walcząc z instynktami drapieżnego ptaka. Bardzo ciężko było mu powstrzymać chęć polowania. W pewnym momencie poczuł falę strachu. Serce podeszło mu do gardła. Wiedział czyje to emocje. Po kilkunastu minutach Eliza się uspokoiła. Odetchnął z ulgą. Co prawda stracił z nią kontakt, ale teraz przynajmniej wiedział, gdzie powinien się kierować. Będzie musiał zadzwonić i poinformować o tym resztę.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Załatwienie dokumentów nie sprawiło Chiredanowi najmniejszych problemów. Czekali na nie około dwóch godzin. W tym czasie spokojnie zjedli i zakupili trochę prowiantu na dalszą drogę. Elysoun uparła się też, żeby kupić jakieś ubrania na zmianę. Chłopak ziewał, wyraźnie wykończony całodobową jazdą. 

    – Dziewczyny są dziwne, nie sądzisz? – spytał, kiedy włóczyli się po kwadrans wcześniej otwartym centrum handlowym. – Bo mi coraz częściej wydaje się, że w ogóle nie znają słowa logika. Po co nam te wszystkie ciuchy?

    – Znają – roześmiała się Elysoun. – Tylko w naszym słowniku jest ona tłumaczona bardziej pokrętnie niż u was.

    – Akurat.

    – Serio, musisz kiedyś tam zajrzeć. Nie przyszło ci do głowy, że na Florydzie będzie odrobinę cieplej niż tutaj?- uśmiechnęła się do niego uroczo.

    – Świetnie – westchnął. – W takim razie koniecznie musimy kupić mi kąpielówki – stwierdził ironicznie.

    – Nie ma sprawy – odpowiedziała mu pogodnie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Trzy godziny później zatrzymali się przed dużym, białym budynkiem hotelu. Chłopak był tak wykończony, że Elysoun namówiła go do zatrzymania się w mieście. Dostali całkiem przyjemnie wyglądający podłużny pokój na czwartym piętrze. Przylegała do niego niewielka, schludnie urządzona łazienka. Chiredan od razu padł na jedno z dwóch szerokich, pokrytych bladoczerwoną narzutą w kwiaty łóżek. Prawie natychmiast zasnął. 

    Dziewczyna właściwie nie była specjalnie zmęczona, w końcu przespała się kilka godzin w samochodzie. Wzięła długi, gorący prysznic. Potem zastanawiała się czy nie włączyć niewielkiego telewizora, ale ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu. Nie chciała obudzić wykończonego chłopaka. Włożyła na siebie czyste ubranie i wyszła z pokoju, cichutko zamykają za sobą drzwi.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Słońce zbliżało się ku zachodowi. Chiredan obudził się w pierwszej chwili zdezorientowany. Nie wiedział gdzie jest. Potem, zupełnie nagle, przypomniał sobie wszystko. Cała senność natychmiast odpłynęła. Usiadł gwałtownie, szukając wzrokiem dziewczyny. Nie było jej w pokoju. Zaczął się niepokoić. Żałował, że nie kupili telefonów komórkowych. 

    Zastanawiał się właśnie, czy nie zacząć jej szukać, kiedy drzwi się otworzyły. Do pokoju weszła uśmiechnięta Elysoun. Wykąpana i z rozczesanymi włosami wyglądała zupełnie inaczej. Miała na sobie niebieskie, jasne jeansy i obcisły czarny top. Mimo tego, że był na nią zły, przyglądał jej się oniemiały. Już wcześniej uważał, że była bardzo ładna, ale teraz, uznał ją za prawdziwą piękność. W końcu oprzytomniał. 

    – Gdzie byłaś? – syknął wściekle. – Dlaczego poszłaś sama?

    – Zwiedzałam hotel – stwierdziła zaskoczona jego gniewnym tonem. – Nie wzięłam cię ze sobą, ponieważ spałeś.

    Podszedł do niej, jeszcze bardziej zły, ponieważ dziewczyna niczego nie rozumiała. Chwycił ją za ramiona i posadził na łóżku. Spojrzał na nią z góry.

    – Czyś ty zwariowała? – warknął. – Nie wiesz jakie to niebezpieczne? Co byś zrobiła, gdyby któryś z nich się tutaj pojawił?

    Wzruszyła ramionami.

    – Poradziłabym sobie, tak jak robiłam to do tej pory – odparła lekko zdziwiona. – Po za tym nikogo tu nie spotkałam. Nudziłam się. Niby co miałam zrobić twoim zdaniem?

    – Włączyć sobie telewizor, a potem przytulić się do mnie – oznajmił. – Szkoda, że tego nie zrobiłaś. Martwiłem się o ciebie.

    Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. 

    – Najpierw musiałbyś wziąć prysznic – stwierdziła. – Po za tym mają tu basen, wiesz? Kupienie kąpielówek mogło być całkiem niezłym pomysłem.

    – Zaraz wrócę – westchnął. 

    Wygrzebał z torby czyste ubranie i zniknął w drzwiach łazienki.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Elysoun siedziała na łóżku wpatrując się w drzwi łazienki. Zaskoczyło ją stwierdzenie chłopaka, że się o nią martwił. Nie przypominała sobie, żeby ktokolwiek kiedyś się nią przejmował. Dzieciństwo spędziła w Turris Ciconia, pałacu czarodziejek. Kiedy skończyła dwanaście lat musiała zacząć uciekać. 

    Była dzieckiem driady. Zgodnie z obowiązującymi w jej świecie zasadami, powinna zostać w lesie, wśród nimf. Tak się jednak z jakiegoś powodu nie stało. Nie była jedną z nich, nie mogła z nimi zamieszkać. Jako dziewczynka, nie należała jednak także do ojca. Za namową jej matki i sióstr zaopiekowały się nią czarodziejki z Białego Pałacu. Uczyły ją podstawowej wiedzy o magii i otaczającym je świecie.

    Pewnego słonecznego dnia, pod Turris Ciconia przybył oddział wojska. Zażądał wydania im magicznego dziecka. Czarodziejki otworzyły dla niej portal do zewnętrznej krainy, świata zamieszkałego przez ludzi, w którym starożytni czarodzieje ograniczyli możliwość korzystania z magii. Ta mistyczna sztuka, została tu zastąpiona przez technikę. Od tej pory dziewczyna błąkała się między różnymi portalami, przebywając raz w jednym, raz w drugim świecie. Nauczyła się dbać sama o siebie, nikomu nie mogła zaufać. Za wszelką cenę starała się zdobyć wiedzę na temat istot cienia, świata, z którego pochodziła jej matka.

    Portale były o tyle dobrze pomyślane, że prowadziły na różne kontynenty i do różnych miast. Zostały zaklęte tak, że przechodząca przez nie osoba, zdobywała całą wiedzę dotyczącą kultury i zwyczajów panujących w danym kraju. Posiadała też zdolność rozmawiania w języku, którym posługiwano się w danym państwie. Elysoun całe swoje życie spędziła uciekając.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wiedźma uśmiechnęła się zadowolona. Za swoje zbrodnie przeciwko Sojuszowi Zjednoczonych Królestw została zamknięta w wieży Białego Pałacu. Buntownicy zginęli, a ci którzy przeżyli poddali się składając broń. To jednak nie miało znaczenia. Vivien chciała tylko swojej zemsty.

    Wkrótce po jej uwięzieniu w wieży, w jej surowym, pozbawionym wszelakich ozdób pokoju zmaterializował się zakapturzony starzec. 

    – Ciężko było pokonać ich magiczne bariery – westchnął.

    Kobieta przyglądała mu się zdumiona. Nie zdawała sobie sprawy, że posiadał aż tak wielką moc.

    – Buntownicy upadli – powiedziała cicho. – W czterech królestwach zapanuje pokój i nic nie możesz z tym zrobić.

    – Owszem mogę – uśmiechnął się tajemniczo. – Potrzebuję tylko odrobiny twojej pomocy. Zresztą rebelianci nie mieli dla mnie żadnego znaczenia – roześmiał się chrapliwie. – Od zawszę służę bogini Morrigu, a jej jedynym pragnieniem jest chaos na świecie.

    – Jak mam ci pomóc i co z tego będę miała? – spytała Vivien rzeczowo.

    Znów się roześmiał.

    – Swoją zemstę wiedźmo, swoją cenną zemstę.

    Teraz wpatrywała się w wypełnioną wodą misę. Po jej czystej powierzchni przesuwały się obrazy. Widziała cierpienie na twarzy demona i to sprawiało jej radość. Nie sądziła, że ta mała jest taka sprytna. Uciekała im od prawie pół roku, a oni wciąż i wciąż nie mogli jej złapać. Królewna widziała w nich jedynie chcących ją skrzywdzić wrogów. Zabawa dopiero się zacznie, kiedy ją złapią. Chciała, żeby Matthew stracił wszelaką nadzieję. 

    Wcale nie musiała dużo mieszać, wystarczyło tylko, że usunęła dziewczynie wspomnienia z zewnętrznego świata. Nie pamiętała swojego brata, przyjaciółek, ani tym bardziej demona, w którym się zakochała. Zmienił się też charakter dziewczyny, ponieważ nie miało na niego wpływu wszystko to, co przeżyła mieszkając w zewnętrznym świecie i chodząc do normalnej, ludzkiej szkoły. Vivien była z siebie naprawdę dumna. 

    Na początku zdenerwowało ją, że do jej planów wtrącił się jakiś dziwny osobnik, ale potem uznała, że to nawet lepiej. Jeżeli coś ich połączy, demon będzie tylko jeszcze bardziej cierpiał.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan stał pod prysznicem. Zamiast ciepłej, odkręcił zimną wodę. Bardzo tego teraz potrzebował. Ta dziewczyna… Jej oczy zniewalały, uśmiech łamał opór, a lekki dotyk jej dłoni dopełniał dzieła zniszczenia. Przymknął oczy. Tak bardzo bał się, że stanie się jej jakaś krzywda. Jeszcze nigdy, w całym jego dwudziestoletnim życiu nie zdarzyło się, żeby się o kogoś naprawdę martwił. 

    Urodził się w Kanadzie, a przynajmniej tak mu się zdawało, ponieważ tam właśnie trafił do sierocińca. Jako dziecko chorował, więc nie adoptowała go żadna rodzina. Potem tułał się pomiędzy domami dziecka, a rodzinami zastępczymi, jednymi gorszymi od drugich. Miał tego pecha, że nigdy nie trafił na żadnych porządnych ludzi. W końcu miał dosyć bycia bitym i poniżanym. Uciekł. Przyjął go jeden z ulicznych gangów, ale i tam na długo nie zagrzał miejsca. Zaczęli go ścigać tajemniczy mężczyźni, nazywający siebie Łowcami. Usłyszał kiedyś, ze jest wyklętym. Nie miał pojęcia co to oznacza i dlaczego na niego polują. Wiedział tylko jedno – chcieli go zabić.

    Umył się szybko i wyszedł spod prysznica. Wytarł ręcznikiem mokre włosy. Rozpuszczone sięgały mu poniżej łopatek. Zawijały się na nich drobne fale. Nie cierpiał tego. Wciągnął spodnie na ciągle jeszcze wilgotne ciało i wrócił do pokoju. Nie chciał zbyt długo zostawiać Elysoun samej.

    Note