Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Następnego dnia rano wyruszyli dalej. Szarooki, niewiadomo skąd, przyprowadził dla nich konie. Na dworze panował chłód, ale dało się wytrzymać. Elysoun brakowało jasnego słońca Florydy, mimo to podziwiała piękno zielonych, górzystych terenów. Chiredan w dalszym ciągu wyglądał dosyć marnie, mógł już jednak przynajmniej sam ustać na nogach. Dziewczyna bardzo się o niego martwiła, miała nadzieję, że podróż w siodle nie zaszkodzi mu jeszcze bardziej.

    Jechali przez prawie cały dzień robiąc jedynie krótkie przerwy, żeby dać koniom odpocząć. W pewnym momencie Szarooki zatrzymał się. 

    – Ktoś nas śledzi – oznajmił cicho. – Sprawdzę to, zaczekajcie tutaj.

    Zwinnie zeskoczył z konia, podał jego wodze niespokojnie wiercącej się w siodle Sylwii i zaczął biec przez zieloną łąkę. Kiedy oddalił się od koni, zaczęła się nad nim unosić srebrna mgła. Nie zwolnił ani na chwilę. Wkrótce, zamiast chłopaka, przez polanę biegła groźnie wyglądająca czarna pantera. 

    Chiredan patrzył za nim w dalszym ciągu nie mogąc uwierzyć w to co widzi. To, że demon wcześniej przemienił się na jego oczach, po prostu próbował wyrzucić ze swojej świadomości. Teraz, kiedy poznał ten dziwny, pełen nieprawdopodobnych rzeczy świat, był pewien, że nigdy nie uda mu się uciec ludziom potrafiącym robić takie rzeczy. Wszystko wydawało mu się beznadziejne i pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Wiedział jednak, że nie może się poddać. Postanowił za wszelką cenę chronić siebie i Elysoun. Nie miał zamiaru pozwolić im skrzywdzić dziewczyny.

    Nagle na polanie, jakby znikąd, pojawiło się tuż przy nich dwóch ludzi. Zbliżyli się z ponurymi minami. Obydwaj mieli przygotowane do strzału strzelby. Królewna rozpoznała w nich Łowców. Jej serce przyspieszyło. 

    – Przyszliśmy po chłopaka – powiedział wyższy z ponuro wyglądających mężczyzn. – Do was nic nie mamy, możecie spokojnie odejść.

    – Czego od niego chcecie? – odezwała się odważnie Sylwia, mimo, że jej zazwyczaj rumiana twarz, zrobiła się biała jak śnieg.

    – To nie twoja sprawa panienko – odpowiedział Łowca, siląc się na uprzejmy ton. – Powinnaś wiedzieć jedynie, że jest poszukiwanym przestępcą. Niebezpiecznie jest przebywać w jego towarzystwie.

    Nim jeszcze skończył mówić, przed nimi pokazała się czarna, kocia sylwetka. W powietrzu zawirowała szara mgła, a z niej wyłonił się Matthew. Stanął między mężczyznami, a końmi.

    – Nie macie prawa tu przebywać – zwrócił się cichym, groźnym tonem do Łowców. – Jesteście ludźmi, a to ziemie demonów.

    – Skąd się tu do licha wziąłeś? – wypalił bez zastanowienia niższy, z ogoloną na łyso głową. – Ian i Kevin mieli się tobą zająć…

    – Najwyraźniej im to nie posłużyło – Szarooki uśmiechnął się ponuro. – Opuśćcie te strzelby i zmywajcie się stąd – powiedział rozkazującym tonem. – Nie mam ochoty z wami walczyć.

    Mężczyźni nie posłuchali. Dalej celowali w siedzącą na koniach trójkę. Ich miny jednak wyrażały niepewność.

    – Odejdziemy, ale zabierzemy ze sobą chłopaka – odezwał się po chwili ciszy wyższy blondyn. – Jeżeli nam odmówisz, zastrzelimy go na miejscu.

    Elysoun była przerażona. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji. Cokolwiek by nie zrobiła, ci mężczyźni zabiją Chiredana. Spojrzała błagalnie na Szarookiego.

    – Matt, nie pozwól im na to, błagam cię – wyszeptała. Wiedziała, że demon ma znacznie lepszy słuch niż ludzie. – Zabij ich. 

    Matthew spojrzał na nią zaskoczony. Czasami po prostu nie rozpoznawał w niej dawnej Elizy. Jego mina wyrażała niedowierzanie i konsternację. Uznał jednak w końcu, że Łowcy nie zostawili mu dużego wyboru.

    – Odejdźcie stąd – powiedział cichym, poważnym głosem. – To wasza ostatnia szansa.

    – Znikniemy i nigdy tu nie wrócimy – powiedział łysy – ale tylko z chłopakiem.

    Szarooki westchnął, a potem uniósł dłoń. Nie chciał ich zabijać. Wiedział jednak, że Eliza ma rację. Musiał to zrobić. Zagrażali nie tylko Chiredanowi, ale także królewnie.

    – Płoń! – rozkazał smutnym głosem.

    W jednej chwili ciała mężczyzn stanęły w płomieniach. Obydwaj zaczęli dziko wrzeszczeć. Łysy padł na trawę, starając się turlając ugasić trawiący go ogień. Broń wypadła mu z rąk. Blondyn wystrzelił na oślep. Matthew błyskawicznie znalazł się przy nim. Wyrwał mu strzelbę. Ignorując agonię i wrzaski mężczyzn wrócił do coraz bardziej niespokojnych koni.

    – Głupcy – powiedział cicho, mówiąc nie wiadomo czy do umierających ludzi, czy sam do siebie.

    Skoro byli Łowcami, to powinni wiedzieć, że na ziemiach demonów jego magia nie była niczym ograniczona. Wskoczył na trzymanego przez Sylwię konia. Czarownica patrzyła niedowierzająco. Oczy miała szeroko otwarte ze strachu i zdumienia. Na twarzy Chiredana malował się szok. Chłopak przywykł do widoku umierających ludzi, czasem nawet sam zabijał, ale nigdy nie spodziewał się, że można to zrobić w taki sposób, przy pomocy jednego słowa i drobnego gestu. Patrzył teraz na Szarookiego ze znacznie większym respektem. Zaczął się naprawdę cieszyć, że demon najwyraźniej nie działa na ich szkodę. Oczy Elysoun wyrażały głęboki żal i smutek, ale jednocześnie też jakieś zawzięcie i determinację. Matthew był przekonany, że dziewczyna się nie podda. Będzie walczyła za wszelką cenę.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Nie ujechali daleko, kiedy na niebie pojawiły się czarne punkty. Szarooki zaklął szpetnie. Tego zwyczajnie nie mógł się spodziewać. Zbliżały się do nich latające rumaki demonów. Były to upiornie wyglądające konie, z pustymi oczodołami i wielkimi, pierzastymi skrzydłami. Matthew zdał sobie sprawę, że leci ich ku nim przynajmniej setka. Zastanawiał się czego mogli od nich chcieć. Jednego był tylko pewien. Ucieczka nie wychodziła w grę, w walce natomiast nie mieli z nimi najmniejszych szans.

    Jeźdźcy zaczęli lądować otaczając ich. Koń, na którym siedziała Sylwia, stanął dęba przestraszony widokiem dziwacznych stworzeń. Dziewczyna spadła na trawę. Szarooki zwinnie zeskoczył z siodła. Uklęknął przy dziewczynie.

    – Nic ci nie jest? – spytał.

    Pokręciła głową z trudem siadając. Była przestraszona i posiniaczona. 

    – Jakoś przeżyję – oznajmiła uśmiechając się niepewnie.

    Koń Elizy zaczął tańczyć. Dziewczyna nie była w stanie go dłużej utrzymać. Przestraszone zwierzę popędziło pełnym galopem przed siebie. Królewna poluźniła wodze i przytuliła się do końskiej szyi. Matthew zerwał się gwałtownie z ziemi. Chciał wskoczyć na konia i popędzić za nią, uniemożliwili mu to jednak odziani w czerń jeźdźcy. Mężczyźni zsiadali z upiornych koni otaczając ich coraz ciaśniejszym kręgiem. Chiredan, zmuszony przez obcych, z trudem zsunął się na ziemię oddając im końskie wodze. Cała trójka stanęła blisko siebie, bacznie obserwowana przez przybyłe demony.

    – Kto tu dowodzi i czego od nas chcecie? – spytał zrezygnowany Szarooki.

    – Ja – powiedział przystojny mężczyzna w średnim wieku, wysuwając się do przodu. Miał zimne niebieskie oczy i gładko zaczesane, jasne włosy. – Dawno się nie widzieliśmy Matthew. O ile dobrze pamiętam, ostatnio uciekłeś z moją córką z posiedzenia Sojuszu.

    – Witaj Marcusie – odezwał się spokojnie Szarooki. – Dlaczego nas zatrzymałeś?

    Władca Demonów, Marcus Aquila Verreauxii, obrzucił go chłodnym spojrzeniem.

    – Ponieważ jak zwykle stwarzasz problemy, Matthew. Z jakiejś nieznanej mi bliżej przyczyny chronisz wyklętego. Jesteście na moich ziemiach. Muszę go oddać Łowcom, inaczej rozpętam kolejną wojnę.

    – Nie możesz tego zrobić – powiedział cicho chłopak. Patrzył mężczyźnie odważne w oczy. 

    – Dlaczego? – spytał tamten skonsternowany.

    – Ponieważ twoja jedyna córka jest w nim obłędnie zakochana i jeżeli Chiredanowi Blair stanie się z twoich rąk jakakolwiek krzywda, ona nigdy ci tego nie wybaczy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Eliza próbowała uspokoić ogarniętego paniką konia. Ten jednak nie zwracał na nic uwagi. Pędził przed siebie gnany jedynie strachem. Dziewczyna mocniej złapała się jego długiej grzywy mając nadzieję, że zwierzę szybko się zmęczy lub chociaż uspokoi na tyle, żeby dała radę je zatrzymać.

    W pewnym momencie zobaczyła, że podbiegł do nich drugi koń. Był to potężnie zbudowany, bułany ogier. Jego sierść była prawie żółta. Zarżał głośno. Poruszał się niesamowicie szybko. Zagrodził drogę uciekającemu gniadoszowi na którym siedziała królewna. Tamten zatrzymał się zarywając kopytami w ziemię. Po chwili, już zupełnie uspokojony, odwrócił się bokiem do ogiera i zaczął skubać trawę. 

    Eliza zsunęła się z siodła. Zachwiała się. Podtrzymał ją wysoki, szczupły chłopak, z jasnymi włosami o prawie żółtej barwie. Na oko mógł mieć może z szesnaście lat. Zaniepokojona rozejrzała się dookoła. Ogiera nigdzie nie było, więc musiał być kolejnym demonem. Przyjrzała się jego dziwnej, mistycznej aurze. Zdecydowanie nie był człowiekiem. Widziała jednak też, że nie ma złych zamiarów.

    – Nic ci nie jest, pani? – spytał cichym głosem, brzmiało to tak, jakby krępował się do niej w ogóle odezwać.

    – Wszystko w porządku – odpowiedziała. – Co z pozostałymi?

    – Udali się z Lordem Marcusem do twierdzy. Jeżeli pozwolisz pani, to też cię tam zabiorę.

    – Dobrze – odpowiedziała stwierdzając, że i tak nic lepszego nie wymyśli. – Jestem Elysoun, a jak tobie na imię?

    Chłopak speszył się jeszcze bardziej. Zaczerwienił się na twarzy.

    – Wybacz mi proszę, że się od razu nie przedstawiłem. Nazywam się Rajiv Accipiter Tachiro. Jestem uczniem Lorda Marcusa.

    – Miło mi cię poznać – stwierdziła całkiem szczerze. – Jak się tam dostaniemy? – spojrzała z obawą na pasącego się nieopodal gniadosza, wcale nie miała ochoty na niego znowu wsiadać.

    – Zajmę się tym – powiedział z uśmiechem.

    Zagwizdał przeciągle. Przez jakiś czas nic się nie działo, a potem na niebie pojawił się niewielkich rozmiarów czarny punkcik. Powiększał się z każdą chwilą, aż w końcu przed nimi stanęła dziwnie wyglądająca popielata klacz. W międzyczasie Rajiv rozsiodłał rozkoszującego się trawą ogiera dziewczyny.

    – Zostawimy go tutaj – oznajmił – nie masz nic przeciwko, pani?

    Królewna pokręciła głową. Przyjrzała się z uwagą latającej klaczy. Miała opierzone skrzydła, jak u aniołów, ale wyglądała jak chodzący trup. Jej boki były wychudzone i zapadnięte. Mimo to zdawała się być całkiem zadowolona z życia. Obróciła głowę w stronę Rajiva i zarżała cicho. Chłopak pogłaskał ją po szarawym pysku. Zwinnie wskoczył na siodło, a potem pomógł dziewczynie. Usiadła za nim. Dziwny koń bardziej ją intrygował niż przerażał.

    – Lepiej się mocno trzymaj – powiedział Rajiv wyraźnie zażenowany.

    Eliza bez skrępowania objęła go w pasie. Kiedy chłopak dał jej sygnał, klacz wystartowała, lecąc prawie pionowo w górę. Wzbili się ponad otaczające ich zielone wzgórza i skierowali ku oddalonej spory kawałek, zbudowanej z szarego kamienia twierdzy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Lord Marcus Aquila Verreauxii, Pan Północnych Ziem i Władca Demonów chodził niespokojnie po komnacie. Znalazł się w trudnej sytuacji i nie miał pojęcia jak z niej wybrnąć. Do pomieszczenia wszedł lokaj w czerwonej liberii z wyhaftowanym na piersi czarnym orłem.

    – Panie – powiedział z szacunkiem – przybyli Łowcy. 

    – Dobrze, zaprowadź ich do sali narad – westchnął mężczyzna.

    Musiał się poważnie zastanowić co należy w tej sytuacji zrobić. Nie mógł postąpić wbrew własnemu prawu, ale też nie potrafił skazać na śmierć przyjaciół swojej własnej córki.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wylądowali na dziecińcu olbrzymiej, ufortyfikowanej budowli z szarego kamienia. Przypominała sobą Angielskie zamki. Eliza uznała, że właśnie w takim miejscu mógłby mieszkać król Artur. Rajiv podał wodze siwej klaczy chłopcu stajennemu i poprowadził królewnę dużymi, drewnianymi wrotami do wnętrza twierdzy.

    Weszli do sporego pomieszczenia. Przypominało biesiadną salę. Przy długim, drewnianym stole siedzieli Mathhew i Sylwia. Eliza bez wahania udała się w ich stronę. Rajiv nic nie mówiąc poszedł za nią. Chłopak najwyraźniej już znał Szarookiego, ponieważ przywitali się przyjaźnie. Usiedli przy stole.

    – Gdzie jest Chiredan? – zapytała zaniepokojona dziewczyna.

    – Zamknęli go w lochu – powiedziała drżącym głosem Sylwia.

    – Nie martw się, musimy po prostu porozmawiać z Marcusem – stwierdził Szarooki uspakajająco. – Wszystko będzie dobrze.

    Eliza poczuła nieprzyjemną gulę w gardle. Wcale nie była tego taka pewna. Do jej umysłu ponownie wdarł się strach.

    Nie musieli długo czekać. Po chwili do komnaty wszedł około czterdziestoletni mężczyzna. Królewna uznała, że gdyby nie srogi wyraz twarzy, byłby całkiem przystojny. Obrzucił siedzących przy stole ponurym, chłodnym spojrzeniem. 

    Niedługo po nim pojawili się dwaj mężczyźni. Jeden miał sięgające ramion, prawie czarne włosy, a drugi krótko przystrzyżoną czuprynę w mysim kolorze. Wyglądali na Łowców. Matthew syknął na ich widok. Nie spodziewał się ich tutaj, a na pewno nie tak szybko. Skłonili lekko głowy przed stojącym w pobliżu stołu mężczyzną.

    – Lordzie Marcusie – odezwał się długowłosy – jestem Ian Wallner, a to mój przyjaciel – wskazał na towarzyszącego mu krótko ostrzyżonego mężczyznę – Kevin Lechner. Przybyliśmy tu schwytać Chiredana Blair. Jest niebezpiecznym przestępcą, a do tego to wyklęty. Ubiegłeś nas Lordzie. Żeby nie miał możliwości ucieczki, żądamy jak najszybszej egzekucji więźnia. – Kiedy skończył mówić, omiótł wzrokiem komnatę. Nagle jego spojrzenie zatrzymało się. Patrzył prosto na Szarookiego. Oczy mężczyzny rozszerzyły się. Wskazał na niego palcem. – A ten jest oskarżony o zabicie dwóch naszych towarzyszy, również Łowców. Spalił ich żywcem. Jutro czeka nas podwójna egzekucja – oznajmił zimno.

    Władca Demonów pobladł na twarzy. Jego chłodne niebieskie oczy stały się teraz lodowato zimne.

    – To bezpodstawne oskarżenia – stwierdził cichym, groźnym głosem.

    Ian, aż się wzdrygnął. Pokręcił jednak głową.

    – Byliśmy zamknięci w jaskini. To on wywiódł nas w pole. Wzywaliśmy swoich towarzyszy. Dzięki runom umieszczonych na naszych ciałach czuliśmy i widzieliśmy wszystko to co oni. Nigdy jeszcze nie przeżyłem nic tak strasznego. Jeżeli odmówisz wykonania egzekucji Lordzie, będzie to oznaczało wojnę.

    Marcus spojrzał na Szarookiego.

    – Czy to prawda? – spytał cicho. Matthew tylko skinął głową. – Czyś ty do końca rozum postradał?! Życie ci nie miłe?! Trzeba być skończonym idiotą, żeby atakować Łowców! Co ja mam twoim zdaniem teraz zrobić?! – po długiej litanii przekleństw ochłonął odrobinę. – Dlaczego to zrobiłeś? – spytał już znacznie spokojniej.

    – Grozili nam bronią – powiedział cicho Szarooki.

    – Wyraźnie powiedzieli, że możecie odejść wolno! – wtrącił się poczerwieniały na twarzy Kevin. – To ty ich zaatakowałeś demonie! Spaliłeś ich żywcem! Zasługujesz na długą, bolesną śmierć!

    – Jeżeli w tym momencie nie każesz go aresztować – warknął Ian, zupełnie pomijając już jakiekolwiek pozory grzeczności – natychmiast poinformujemy o tym ataku Sojusz.

    Władca Demonów wyglądał teraz jeszcze bardziej złowrogo niż na początku. W jego oczach pojawiły się niebezpieczne błyski.

    – Może po prostu was powinienem zabić? – spytał cicho. – Problem rozwiązałby się sam.

    – Śmiało – powiedział pewny siebie Kevin. – Naszą śmierć poczują wszyscy znajdujący się w pobliżu Łowcy. To będzie oznaczało koniec twojej rasy, Lordzie.

    Matthew wstał.

    – Wiem co zrobiłem i jestem gotów ponieść tego konsekwencje – powiedział cicho. – Nie mogłem postąpić inaczej.

    – Dlaczego? – nie zrozumiał Marcus.

    – To nie ma znaczenia – stwierdził.

    Eliza nie miała pojęcia skąd to wie, ale w jednej chwili zrozumiała co musi zrobić. Nie mogła pozwolić, żeby Szarookiemu stała się krzywda. On, jako jedyny, naprawdę chciał ją chronić, po za tym tylko jemu może się udać ocalić Chiredana. Wstała. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Mężczyźni wyglądali na bardzo zaskoczonych tym, że królewna chce coś powiedzieć.

    – Musiał ich zabić – powiedziała pewnie – ponieważ ja mu kazałam.

     – Kim jest ta dziewczyna? – spytał poirytowany Ian – i czemu się wtrąca w nieswoje sprawy?

    – Czy to prawda? – spytał Marcus ignorując pytanie Łowcy. Na jego twarzy pojawił się delikatny, ironiczny uśmiech. Mężczyźni niechętnie skinęli głowami. Szarooki milczał. – To królewna Elysoun Bellis Miye Maes, dziecko z przepowiedni i moja córka. Czy wnosicie przeciwko niej oskarżenie? To chyba będzie oznaczało przymierze pomiędzy demonami, elfami i istotami cienia przeciwko ludziom… nie sądzisz?

    Eliza wzdrygnęła się lekko. Nie była pewna skąd o tym wiedziała, ale dopiero kiedy usłyszała te słowa wypowiedziane głośno zaczęło do niej docierać ich znaczenie. 

     – Nie wiedzieliśmy kim ona jest – jęknął Kevin – my nigdy… 

    – Nie wnosimy – powiedział chłodnym, ale stanowczym głosem Ian. – To było nieporozumienie. Dalej jednak uważam, że demon powinien zostać ukarany. Zabił dwóch naszych ludzi, nie ważne na czyj rozkaz. Wszedł nam w drogę. Nie może mu to ujść płazem.

    Marcus westchnął z rezygnacją.

    – Pięćdziesiąt batów, czy to waszym zdaniem odpowiednia kara? – skinęli głowami, Ian spojrzał na Szarookiego z okrutną satysfakcja, nie potrafił znieść myśli, że ktoś go wykiwał. – Jeżeli chodzi o wyklętego, egzekucja odbędzie się jutro o zachodzie słońca.

    – Nie! – wyrwało się przerażonej tymi słowami Elizie. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale siedzący przy niej Rjiav, najwyraźniej na jakiś znak swojego nauczyciela, błyskawicznie wstał i położył jej rękę na ustach.

    – Jeżeli to już wszystko, służący pokaże wam wasze komnaty – powiedział chłodno.

    – Przyjdziemy dopilnować, czy wymierzono demonowi zasłużoną karę – warknął Kevin.

    Łowcy niechętnie opuścili salę. Rjiav puścił królewnę. Nie odezwała się, patrzyła z nienawiścią w oczach na Marcusa.

    – Pokaż mi mój pokój – poprosiła cicho, stojącego przy niej chłopaka. 

    Tamten spojrzał pytająco na Władcę Demonów. Mężczyzna skinął głową. Rjiav wraz z Elizą opuścili komnatę. Sylwia zerwała się od stołu i wybiegła za nimi.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~ 

      Szarooki obrzucił Marcusa zdumionym spojrzeniem. Opadł ciężko na drewnianą ławę. Władca Demonów usiadł po przeciwległej stronie dębowego stołu.

    – Mówiłem ci przecież… – zaczął Matthew.

    – Wiem co mówiłeś – przerwał mu mężczyzna. – Tak będzie lepiej. Dla ciebie również. Pozbędziesz się swojego rywala, a ona znienawidzi mnie, a nie ciebie. Zresztą i tak nie pozostawili mi zbyt dużego wyboru.

    – Nie możesz tego zrobić! – oczy chłopaka płonęły. – Nie pozwolę ci jej w ten sposób skrzywdzić!

    – Nie mam innego wyjścia – warknął Marcus – po za tym to wyklęty. Jest dla niej niebezpieczny.

    – Oni tak samo myślą o demonach – powiedział cicho Szarooki. – Uważają, że jesteśmy źli z natury i żyjemy tylko po to, żeby mordować, a naszym hobby są kąpiele w krwi niewinnych ofiar. To zwyczajny rasizm, Marcusie.

    – Tym razem tak nie jest. Zrodzone w ten sposób dzieci są naprawdę złe. Włada nimi czarna magia. Ona jest ich częścią.

    – Skąd o tym wiesz?

    – Walczyłem z wyklętymi, Matthew. Znam ich. To złe istoty. W tym wypadku Łowcy mają rację. Trzeba ich zabijać. Nie mogę pozwolić, żeby ktoś taki kręcił się w pobliżu mojej córki.

    Szarooki pokręcił głową.

    – Nie spotkałem w swoim życiu wielu wyklętych, ale ufam Elizie. Chiredan nie może być kimś złym. Pamiętaj, że ona widzi aury. Wie komu może zaufać, jakie kto ma uczucia i zamiary.

    – Skoro tak to czemu tyle czasu uciekała przed tobą? – zadrwił Marcus.

    – Ponieważ – odpowiedział niechętnie Matthew – widziała w moich myślach pożądanie. Bała się mnie. Teraz już wie, że to bez znaczenia. Nabrała pewności, że jej nie skrzywdzę.

    – Żałuję, że zapytałem – jęknął jasnowłosy mężczyzna.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy Eliza rano wyszła z komnaty, Rjiav czekał na nią pod drzwiami. Spojrzała na niego odrobinę zdumiona. Miał na sobie lekko wygniecioną lnianą koszulę, a jego blond czupryna wyglądała na odrobinę roztrzepaną.

    – Dzień dobry – powiedział niepewnie uśmiechając się do dziewczyny. 

    – Byłeś tu całą noc? – spytała z niedowierzaniem.

    Chłopak skinął głową.

    – Przepraszam – powiedział spuszczając wzrok – Lord Marcus kazał mi cię pilnować, pani. Sądzi, że zbuntujesz się przeciwko jego postanowieniom i będziesz próbowała coś z tym zrobić…

    – Rozumiem – odparła starając się mówić łagodnym tonem – to nie twoja wina. Gdzie jest Matthew? Chce się z nim zobaczyć.

    Rjiav zmieszał się jeszcze bardziej.

    – To w tym momencie nie możliwe, pani. Książę Corvidae jest chwilowo niedysponowany.

    W jednej chwili królewna przypomniała sobie o karze, jaką wymierzył Szarookiego jej ojciec. Zadrżała.

    – Gdzie on jest? – warknęła ostrzej niż zamierzała. – Co mu zrobili?

    Chłopak wyglądał na spłoszonego, milczał. Eliza wyminęła go i pobiegła przed siebie szerokim korytarzem. Martwiła się o Matthew, a po za tym, był on jedyną osobą mogącą jej pomóc uratować Chiredana. Rjiav złapał ją zanim dobiegła do prowadzących w dół schodów.

    – Puść mnie – syknęła.

    – Nie mogę – powiedział przepraszająco chłopak. – Takie dostałem rozkazy.

    Uwagę dziewczyny przyciągnęło jakieś poruszenie. Królewna wyjrzała przez duże, wychodzące na dziedziniec, wykuszowe okno. Z jej krtani wydobył się cichy jęk zgrozy. Na placu stał pręgierz, a do niego przywiązany był Szarooki. Chłopak miał na sobie tylko spodnie. Przy nim stał wymierzający mu razy gwardzista, a nie opodal jeszcze kilku. Pod murem z szarej cegły stali dwaj Łowcy. Zauważyła na ich twarzach wyraz mściwej satysfakcji.

    – Puszczaj – krzyknęła wyrywając się z rąk Rjiava. Chłopak nie posłuchał. Zaczęła go wściekle okładać pięściami. – Puść mnie! – wrzasnęła.

    – Przestań, proszę… – powiedział przyciągając ją bliżej do siebie, żeby móc ją wygodniej złapać. 

    Nawet nie próbował chwycić rąk dziewczyny. Pozwalał się jej spokojnie bić. W końcu królewna ochłonęła. Po jej policzkach ściekały słone łzy. Przylgnęła do, ciągle trzymającego ją, chłopaka. Zmieszany Rjiav przytulił ją niezdarnie. Była to ostatnia rzecz, jakiej by się spodziewał.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Eliza siedziała skulona w dużym, wygodnym fotelu. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Wszystko wydawało jej się beznadziejne. Czekała, kiedy będzie mogła zobaczyć się z Matthew. Coraz bardziej bała się o Chiredana. Zdawała sobie sprawę, że ich sytuacja jest, krótko mówiąc, opłakana. Nie widziała żadnego rozwiązania. Cholerni Łowcy, teraz nienawidziła ich jeszcze bardziej.

    Po pewnym czasie do komnaty weszła Sylwia. Minęła bez słowa chodzącego niespokojnie przy drzwiach Rjiava, który nie opuszczał królewny na krok. Ukucnęła przy fotelu Elizy.

    – Hej, Liska, nie zamartwiaj się tak. Coś wymyślimy, jak zawsze zresztą – powiedziała starając się zachować pogodny ton.

    Dziewczyna spojrzała na nią jakby tamta przybyła z kosmosu.

    – Co z Mattem? – zapytała cicho.

    – Nic mu nie będzie. Jest demonem, pamiętasz? Ich rany goją się znacznie szybciej niż u ludzi. Co prawda dzisiaj nie będzie mógł się ruszyć, ale jutro już powinno być w miarę ok. 

    – Chcę się z nim zobaczyć… – utkwiła w Sylwii błagalne spojrzenie – proszę…

    – Jasne, myślę, że możemy do niego iść… – spojrzała pytająco na Rjiava.

    Chłopak niechętnie skinął głową.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy stanęli przed drzwiami jednej z gościnnych komnat, Sylwia pociągnęła Rjiava za rękaw.

    – Niech idzie sama – powiedziała cicho.

    Chłopak posłusznie się zatrzymał. Pozwolił Elizie wejść do środka, a sam razem z rudą czarownicą został na korytarzu. 

    Królewna rozejrzała się po pomieszczeniu. Szarooki leżał na brzuchu, na wielkim, dębowym łóżku. Podbiegła do niego i uklęknęła przy nim. Mimowolnie spojrzała na jego plecy. Były poranione do żywego mięsa.

    – Matt… – wyszeptała cicho, w jej błękitnych oczach zalśniły łzy.

    – Cii – powiedział do niej uspakajająco.  – Nic mi nie będzie.

    Delikatnie dotknęła dłonią jego policzka. Uśmiechnął się do niej blado. Przytrzymał jej rękę przy swojej twarzy.

    – To wszystko moja wina, gdybym nie kazała ci ich zabić…

    – Oni zastrzeliliby nas bez wahania – przerwał dziewczynie Szarooki. – Posłuchaj, to bardzo ważne. Powiedz Marcusowi, że nie może zabić Chiredana bez porozumienia z Sojuszem. Zażądaj konsultacji z królem Ardanienem w tej sprawie. Nie będzie mógł odmówić.

    – I myślisz, że Rada coś tu pomoże? – spytała powątpiewająco.

    Matthew pokręcił głową.

    – Nie, ale da nam więcej czasu na zastanowienie się, co zrobić.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan leżał skulony na wyściełającym skromną celę sianie. Pogodził się już z tym, że ma umrzeć, dalej jednak odczuwał strach. Martwił się też o Elysoun i sam nie wiedział czemu, ale odczuwał ogromną zazdrość. Cierpiał na samą myśl o tym, że jego Stokrotka, przebywa w towarzystwie szarookiego demona. Nie mógł wyrzucić z myśli obrazu, który ujrzał po przebudzeniu w jaskini. Jego dziewczyna śpiąca na kolach Matthew. Do tego, jakby jeszcze było mało, potwornie bolał go brzuch. Przynajmniej, tym razem, strażnicy traktowali go w miarę humanitarnie. Zacisnął mocniej powieki. Za wszelką cenę próbował przywołać wspomnienia wycieczki na Florydę. Zdawał sobie sprawę, że chwile spędzone w towarzystwie Elysoun były najlepszym rozdziałem jego życia.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    W oczach królewny płonął ogień. Patrzyła na swojego ojca, Władcę Demonów, z czystą, nieskrywaną nienawiścią.

    – Nie! – powiedział stanowczo, siedzący w wyściełanym ciemnozielonym aksamitem fotelu, Marcus. – Egzekucja odbędzie się o zachodzie słońca. Nie jesteś w stanie wpłynąć na moja decyzję.

    – Nie możesz go zabić – powiedziała lodowatym tonem. – Musisz najpierw porozumieć się z Sojuszem.

    – Reprezentują ich Łowcy, a oni wyraźnie zażyczyli sobie śmierci wyklętego – odparł spokojnie. – Nie zamierzam dać wam więcej czasu. Już w wystarczające kłopoty wpakowałaś księcia Corvidae, nie uważasz? Ten idiota zrobi dla ciebie wszystko. Nie potrzeba mu więcej problemów. Zakochany głupiec.

    Eliza obrzuciła ojca zaskoczonym spojrzeniem. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy sądzić, że Szarooki jest w niej zakochany. Po za tym, ona sama kochała Chiredana, a Matthew o tym wiedział. Na pewno by jej nie pomagał, gdyby to co powiedział Marcus było prawdą. Wówczas śmierć jej chłopaka byłaby mu jak najbardziej na rękę. Królewna boleśnie zdała sobie sprawę, jak działa na nią obecność Szarookiego. Pragnęła jego bliskości. Chciała, żeby był przy niej. Gdyby to co mówił Władca Demonów było prawdą, stanęłaby przed naprawdę trudnym wyborem.

    – Nie możesz go zabić! – powtórzyła błagalnie dziewczyna.

    – Owszem mogę i zrobię to – odparł lodowato zimnym tonem. – Chiredan Blair zginie o zachodzie słońca.

    – Nienawidzę cię! – wrzasnęła królewna i ze łzami w oczach wybiegła z pokoju.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Zachód słońca zbliżał się nieubłaganie. Eliza siedziała w ogrodzie pod pięknym, rozłożystym drzewem. Rjiav nie spuszczał jej z oczu. Dziewczyna nie wiedziała co robić. Czuła w sobie przeraźliwą pustkę. Wiedziała, że tym razem Matthew jej nie pomoże, chłopak nie był w stanie się ruszać. Podejrzewała, że Marcus zrobił to specjalnie, żeby w żaden sposób nie mogli mu przeszkodzić. Strach o Chiredana ściskał jej gardło. Z każdą kolejną godziną ogarniała ją coraz większa panika.

    U bram ogrodu pojawiły się jakieś postacie. Eliza podniosła wzrok, żeby zobaczyć kto to. Rjiav stanął przed nią w gotowej do ataku pozycji, rozluźnił się jednak rozpoznając Sylwię. 

    – Liska! – zawołała ruda czarownica podbiegając do królewny. – Długo cię szukaliśmy!

    Eliza wzdrygnęła się, kiedy rozpoznała dwie pozostałe osoby. Byli to Devor i Wika. Poczuła jeszcze większy strach. 

    – Dopiąłeś swojego – warknęła do Łowcy, pod opieką Rjiava czuła się pewniejsza siebie niż zwykle, a w każdym razie wierzyła, że w razie czego chłopak stanie w jej obronie. – Jesteś teraz zadowolony?

    – O czym ona mówi? – spytała Wika Sylwii.

    – To właśnie ta sprawa o której mieliśmy rozmawiać – oznajmiła czarownica. – Marcus chce stracić Chiredana. Egzekucja odbędzie się za godzinę. Nie mam pojęcia co możemy zrobić.

    – Nie uważacie, że jeżeli ten wyklęty zginie, to po prostu pozbędziemy się problemu? – spytał niepewnie Devor.

    Eliza posłała mu nienawistne spojrzenie. Ten człowiek nie mógł być jej bratem! Nie miał żadnych uczuć!

    – Nie, nie uważamy tak – stwierdziła twardo Wika. – Jest przyjacielem Liski i dlatego musimy go chronić. Nie wiem czy pamiętasz, ale wcale nie tak dawno temu chciałeś też pozbyć się Matthew. Jesteś pochopny, impulsywny i niezbyt bystry, nawet jak na faceta. – oznajmiła.

    Devor spojrzał spode łba na blond ślicznotkę.

    – W takim razie dlaczego ze mną jesteś? – spytał.

    – Masz w sobie też dobre cechy… – stwierdziła. – Na przykład jesteś przystojny… i całkiem niezły w łóżku…

    – Ludzie! Nie mamy teraz na to czasu! – wtrąciła się Sylwia.

    – Co niby mamy zrobić? – spytał Devor wzdychając ciężko.

    – Jeszcze nie wiem – oznajmiła czarownica – ale na pewno nie możemy pozwolić mu umrzeć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Prowadzony przez dwóch strażników Chiredan szedł wyprostowany, patrząc przed siebie śmiałym spojrzeniem przenikliwych, zielonych oczu. Bał się, ale był przygotowany na śmierć. Zabrali go na plac gdzie miała odbyć się egzekucja. Pobladł, kiedy zaprowadzili go na szubienicę, ale w żaden inny sposób nie okazał swojego strachu. 

    Na placu zebrał się spory tłum. Chłopak szukał wzrokiem Elysoun. Tylko na jej widoku mu zależało. Właściwie błagał w duchu, żeby jej tam nie było. Nie chciał, żeby oglądała jego śmierć. W pewnym momencie zobaczył królewnę. Stała pod wschodnim murem zamku. Patrzyła prosto na niego. Mimo odległości, jaka ich dzieliła, mógłby przysiąc, że widzi w jej oczach łzy. Trzymał ją jakiś wysoki, szczupły chłopak o prawie żółtych, roztrzepanych włosach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się uwolnić. Chiredan poczuł jeszcze większy żal. To właśnie w tym wszystkim było najstraszniejsze, już nigdy więcej jej nie zobaczy.

    Dowódca straży dał znak, żeby rozpocząć egzekucję. Strażnicy związali Chiredanowi ręce za plecami. Nałożyli mu na szyję pętlę od szubienicy. Chłopak przymknął oczy. Więc tak miało skończyć się jego życie. Przypomniał sobie przyjemne, spędzone z Elysoun chwilę. Przynajmniej, odchodząc, był pewien, że istnieje coś dla czego warto było żyć. Żałował tylko, że dopiero teraz zdał sobie sprawę jak bardzo pokochał Elysoun.  

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Devor był na siebie wściekły. Wiedział, że wszystko schrzanił. Własna siostra go nienawidziła, a ukochana uważała, że jest skończonym kretynem. Zasłużył sobie na to bez dwóch zdań. Musiał coś zrobić, nie mógł tego tak zostawić.

    Kiedy zobaczył jak prowadzą Chiredana na szafot zaczął przedzierać się przez stojący na placu tłum. Zobaczył, że gwardziści założyli stryczek na szyję chłopaka. Herold zaczął czytać oskarżenie.

    Stojący tutaj Chiredan Blair jest oskarżony o posługiwanie się czarną magią. Wielokrotnie uciekał przed sprawiedliwością Łowców, wielu z nich poniosło z jego ręki śmierć. Chiredan Blair jest wyklętym… 

     Na tą wiadomość w tłumie podniosły się niedowierzające szmery. Devor nie tracąc czasu zaczął wspinać się na podwyższenie.

    Zagraża zarówno Sojuszowi jak i spełnieniu się proroctwa – kontynuował herold. – Niniejszym skazany zostaje na śmierć przez powieszenie. 

    Podpisane własną ręką

    Lord Marcus Aquila Verreauxii, Władca Demonów

    – STOP! – wrzasnął nowo koronowany król Terony, kiedy stanął na szczycie schodów. Odwrócił się do zgromadzonych na placu ludzi. – Marcusie! – zawołał gromkim głosem. – Jestem Devor Vayandar, członek Rady Zjednoczonych Królestw, Łowca i świeżo koronowany król Terony. Jeżeli, bez zgromadzenia Rady Sojuszu, zabijesz tego człowieka, będzie to oznaczało wojnę. Mówię to w imieniu nie tylko ludu Terony, ale i Łowców. 

    Na placu zapanowała cisza. Nikt nie śmiał nawet głośniej odetchnąć. Devor uważnie patrzył na stojącego na zamkowych flankach samotnego mężczyznę. W pewnym momencie tamten zaczął się zmieniać. Nie był już przystojnym człowiekiem w średnim wieku. Jego ciało urosło. Miał teraz prawie trzy metry wzrostu. Rozdarł koszulę i na jego nagim torsie było widać wszystkie stalowe, naprężone pod skórą mięśnie. Z pleców wyrosły mu olbrzymie, purpurowo-czarne skrzydła. Jego twarz nie przypominała już ludzkiej. Ryknął wściekle jak dzikie zwierzę. Wzbił się w powietrze i wylądował tuż obok Devora.

    Młody król Terony z trudem przełknął ślinę. Nie był do końca pewny w co się właściwie wpakował. Spojrzał demonowi prosto w jego czerwone, nieludzkie oczy. Czekał.

    Note