Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Przez całą powrotną drogę milczeli. Hanikamiya skupiona o czymś myślała, a Victor nie zamierzał jej przeszkadzać. Był cierpliwy, potrafił czekać. Kiedy weszli do domu, dziewczyna nie zdjęła butów i płaszcza. Stanęła w korytarzu, nie wchodząc dalej. Spojrzał pytająco w jej fiołkowe oczy, dziwiąc się, że nie są, tak jak powinny być czerwone. Tak naprawdę nie mógł przyzwyczaić się do jej nowego wyglądu. Białe włosy i tęczówki w kolorze polnych maków zdecydowanie bardziej do Miya’i pasowały niż uroda Królewny Śnieżki. On bardziej wolał dziewczynę, którą widział na początku. 

    – Dziękuję ci, za wszystko – odezwała się stojąc w progu. – Lepiej będzie, jeżeli stąd zniknę – powiedziała cichym, poważnym głosem, w którym słychać było bolesną nutę. 

    Victor zamrugał. Przez chwilę, nie wiedział co jej na to odpowiedzieć. A potem wyrwała mu się pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jego głowie.

    – Zwariowałaś?! – fuknął na dziewczynę.

    Spojrzała na niego smutnym wzrokiem. Pokręciła głową.

    – Muszę stąd odejść – powiedziała cicho. – Nie znasz go. Jest potężny i groźny. Zadarłeś z nim dzisiaj, choćby dla samej przyjemności, jaką mu to sprawia, będzie szukał zemsty. Nie wiem dlaczego odpuścił, ale jestem pewna, że nie na długo.

    Chłopak głęboko zaczerpnął powietrza. Z trudem się opanował, żeby nie powiedzieć Hanikamiya’i, że jest idiotką.

    – Nie martw się o mnie – mruknął. – Za to nie wiem co planujesz zrobić sama w świecie, o którym nie masz zielonego pojęcia. Nie wiem kim są twoi wrogowie i nie jestem pewien czy chce wiedzieć, ale obronię cię przed nimi. Obiecuję. Zaufaj mi.

    Dziewczyna stała i wpatrywała się w niego. Nie wykonała żadnego gestu, nie powiedziała ani słowa. O nic nie pytała. W jej dużych oczach zalśniły łzy. Chłopak spodziewał się pytań w stylu jak zamierza ją chronić, był przygotowany na to, żeby jej pokazać czym jest, ona jednak tylko milczała, wpatrując się w niego intensywnie. 

    – Victor… – zaczęła cicho, melodyjnym, łagodnym głosem.

    – Zostaniesz? – zapytał przerywając jej.

    Skinęła głową.

    – Dobrze, jeżeli naprawdę tego chcesz, zostanę – oznajmiła. – Będziesz jednak musiał poznać moją historię – stwierdziła stanowczo – wtedy dopiero dowiesz się jak niebezpieczne jest przebywanie w moim towarzystwie i będziesz mógł podjąć świadomą decyzję.

    – Już ją podjąłem – uśmiechnął się do niej łagodnie – nie zostawię cię samej.

    Potem, instynktownie zbliżył się do dziewczyny. Przyciągnął ją do siebie, a ona wtuliła się w jego ramiona. Tak było dobrze, to wydawało się być jak najbardziej właściwie. Ze zdumieniem zdał sobie sprawę, jaką przyjemność sprawia mu to, że trzyma Hanikamiya’i w swoich objęciach. Wiedział już, że zapłaci każdą cenę, żeby ją chronić. Zrobi dla tej dziewczyny po prostu wszystko.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~ 

    Tamaki Usui chodził niespokojnie po pokoju. Jego mistrz, Lord Ran Van’dree był wściekły, a to nigdy nie wróżyło nic dobrego. Jak ta mała, głupia suka śmiała go obrazić?! To nie mieściło się w umyśle Tamakiego. Przecież jego nauczyciel był dla niej taki dobry, chronił ją, a ona… Chłopiec nie potrafił znaleźć odpowiednich słów na to, żeby wyrazić co czuje i myśli. Tydzień wcześniej skończył czternaście lat, przestawał być dzieckiem, a zaczynał stawać się mężczyzną. To był dla Tamakiego wielki zaszczyt, kiedy jego nauczyciel postanowił, że zabierze go ze sobą. Chłopiec pierwszy raz w życiu widział zewnętrzny świat, ten znajdujący się poza krainami, ale ze względu na swój młody wiek i zapał szybko się uczył. Wiedział już o postępie technologicznym znacznie więcej niż wielu doświadczonych dorosłych. 

    Drzwi do przestronnego salonu, po którym snuł się Tamaki, stanęły otworem. To był jego nauczyciel, Ran Van’dree. Wynajmowali penthouse w jednym z luksusowych, Łódzkich hoteli. Lord nie potrafił nigdy zadowolić się pośrednimi rozwiązaniami, zawsze brał to, co najlepsze. Tego dnia po raz pierwszy w życiu ktoś mu odmówił i to było dla niego jak policzek. Popełnił błąd, był nieprzygotowany, nie spodziewał się, że może mieć przeciwnika. W tym chłopaku, w jego osobie, w spojrzeniu było coś niezwykłego, dziwnego. Był pewien, że tamten nie jest zwykłym człowiekiem. Nie mógł ryzykować. Następnym razem nie popełni błędu, a był pewien, że do następnego spotkania ze śliczną Hanikamiya’ią Shirotori dojdzie już niedługo.

    Obrzucił wpatrującego się w niego jak w tęczę chłopca zimnym spojrzeniem. To była mądra decyzja, żeby go tutaj zabrać. Dzieciak szybko się uczył. Może się przydać.

    – Wychodzimy – oznajmił chłopcu chłodnym tonem, w którym nie było słychać żadnych uczuć. – Mam coś do załatwienia – dodał z leciutkim, błąkającym się jedynie w kącikach ust, sadystycznym uśmiechem.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~ 

    W piwnicy było wilgotno i zimno. Ciasnego pomieszczenia nie oświetlało żadne światło. Nie miało ani jednego okna, a do tego było tak niskie, że dorosła osoba nie mogła się tu swobodnie wyprostować. Haku leżał skulony na podłodze. Po jego policzkach już dawno przestały ściekać łzy. Wypłakał ich tutaj całe morze. Nie obchodził go jego własny los, ale jego matka, jego siostry… to, że Ran mu to pokazał było tylko kolejną torturą. W jego rodzinnym kraju panowała wojna. Jego lud był zarzynany jak zwierzęta. Żołnierze nie odpuszczali nikomu. Gwałcili i torturowali kobiety, z zimną krwią zabijali dzieci i starców. Rabowali i palili całe wioski i miasta. To byli zwykli barbarzyńcy, a jego pokojowo nastawiony kraj nie miał jak się przed nimi bronić. 

    Nagle Haku otworzył oczy. Wydawało mu się, że przez powieki widzi światło. Drzwi piwnicy otworzyły się z głuchym trzaskiem. Stłumione światło wiszącej w powietrzu, lśniącej kuli niemal go oślepiło. Nic dziwnego, po tylu dniach spędzonych w ciemności wszystko wydawało się jasne. 

    – Wstawaj! – usłyszał wydany chłodnym tonem rozkaz. 

    Nie odpowiedział. Po chwili poczuł na swoich żebrach kopnięcie. Potem kolejne. Zasłonił rękami głowę, kuląc się jeszcze bardziej. Obiecał, że pozwoli mu tutaj umrzeć! Czego on od niego jeszcze chce?! Haku, drżąc, uniósł się na rękach, zbyt słaby z głodu i pragnienia, żeby zupełnie wstać. Mężczyzna chwycił go za poły podartej koszuli i wywlekł z ciasnego pomieszczenia. Potem coś mu podał. Chłopak nie mógł uwierzyć, to była woda! Smakowała paskudnie, ale dla niego nie istniało nic lepsze. Pił łapczywie, krztusząc się, jakby zupełnie zapomniał, jak się oddycha. 

    – Czego chcesz? – zapytał cichym, zachrypniętym głosem.

    – Widzisz, Shirotori – czarnowłosy mężczyzna spojrzał na niego z pogardą – twoja siostrzyczka nie chce ze mną współpracować, a ja nie zwykłem łamać danego słowa. Możesz mi się przydać, dlatego pozwolę ci jeszcze trochę pożyć. Chyba, że oczywiście powiesz mi to, co chcę wiedzieć – uśmiechnął się lekko, ale jego oczy pozostały lodowato zimne. – Wtedy pozwolę ci odejść.

    Haku zamknął oczy. Nie zamierzał mu odpowiadać, dlatego milczał. Wszystko wewnątrz niego krzyczało. Powróciła nadzieja. Teraz, dzięki słowom Rana, był pewien, że przynajmniej jedna z jego sióstr jeszcze żyje.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~ 

    Z dnia na dzień, Hanikamiya uczyła się coraz większej ilości nowych rzeczy. Z każdą chwilą lepiej poznawała otaczający ją, zupełnie nowy i obcy świat. Victor nie mógł nadziwić się jej ciekawości. Dziewczyna już przywykła do tego, że jej pytania go śmieszą i przestała się tym przejmować. Opowiedziała mu historię swojego kraju, z której tak naprawdę niewiele zrozumiał, nie chciał jednak wypytywać o wszystko naraz, bojąc się, że swoją niewiedzą urazi delikatną dziewczynę. Jeżeli trzeba było, potrafił być cierpliwy. Z tego co zrozumiał, Hanikamiya pochodziła z jakiejś ściśle zamkniętej enklawy. Jej, pokojowo nastawiony do wszystkiego co żyje, lud, nie dopuszczał do siebie nikogo z zewnątrz, zupełnie jak Amisze. Potem jednak ktoś połasił się na coś, co jej ludzie strzegli jako ścisłej tajemnicy, a on sam, nawet nie próbował sobie wyobrazić, co to takiego mogło być. Zaatakowała ich wroga armia, którą dziewczyna określała jako „Imperium Wschodnie”, a on sam, zastanawiał się, co to mógł być za kraj. Miya żyła tylko dzięki tajemniczemu człowiekowi, którego darzyła szczerą nienawiścią – niejakiemu Lordowi Ranowi Van’dree. Mówiła o nim, że jest niebezpieczny i włada czarną magia. Zezłościła się, kiedy Victor wybuchnął szczerym śmiechem, usłyszawszy tą informację. Nieistniejące królestwa, miejsca o których nigdy nie słyszał, niebezpieczni ludzie i wydająca się zupełnie absurdalną rzeczą, w normalnym świecie, magia. To wszystko miało, zdaniem Victora, zbyt wiele niedomówień i dziur. Mimo, iż niewiele z jej opowieści zrozumiał, a sama historia wydawała mu się opowieścią rodem ze szpitala wariatów, postanowił, że cokolwiek nie miałoby się stać, on nie pozwoli, by ktokolwiek skrzywdził Hanikamiya’i. Wiedział również, że prędzej czy później, sam będzie musiał się zdobyć na to, by pokazać dziewczynie, kim jest. Kiedy o tym myślał, błagał jedynie w duchu, by go nie znienawidziła. 

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~ 

    Rozległ się dzwonek do drzwi. Miya wiedziała co to jest. Nauczyła się tego wraz z wizytą listonosza. Ubrana w szary, wyciągnięty sweter i niebieskie, przeznaczone na takie do chodzenia po domu, dżinsy, pobiegła otworzyć. W progu stał wysoki, ostrzyżony na krótko, młody mężczyzna, z gatunku tych nieziemsko przystojnych i zawsze pewnych siebie. Spojrzał na nią lekko zaskoczony.

    – Dzień dobry, czy zastałem Victora? – odezwał się przyjemnie brzmiącym, łagodnym głosem.

    – Wyszedł – odpowiedziała z prostotą dziewczyna.

    – Czy mógłbym na niego tutaj poczekać? – spytał uprzejmie mężczyzna.

    – Jesteś przyjacielem Victora? – upewniła się na wszelki wypadek Miya.

    Nieznajomy skinął głową. Dziewczyna wzruszyła ramionami, wpuszczając obcego do środka. Weszli do kuchni, a ona z poczucia gościnności, zaparzyła mu pachnącą malinami herbatę.

    – Nazywam się Sebastian – przedstawił się nieformalnie mężczyzna – jestem redaktorem naczelnym pisma, w którym pracuje Victor. Przepraszam, że zapytam, ale jesteś może jego dziewczyną? Nigdy o tobie nie słyszałem, a z Victorem przyjaźnimy się dosyć długo…

    – Nie jestem jego – odpowiedziała spokojnie Miya – to znaczy tylko raz widział mnie nagą – sprostowała na wszelki wypadek, nie wiedząc jakie zwyczaje panują w tym dziwnym świecie. 

    Sebastian zakrztusił się pitą właśnie herbatą. 

    – Aha, rozumiem – stwierdził przyglądając jej się lekko zaskoczonym wzrokiem. – Mieszkasz z nim? – kontynuował swoje pytania już odrobinę mniej pewnym głosem.

    – Można tak powiedzieć – stwierdziła z miłym uśmiechem.

    – Czy wiesz może, kiedy wróci?

    – Niedługo, nie lubi zostawiać mnie samej – oznajmiła pogodnie.

    – No ja myślę – mruknął Sebastian, oceniając dziewczynę wzrokiem. – Też bym nie lubił.

    Uśmiechnęła się do niego, częstując ciastem z jagodami, a potem usiadła po drugiej stronie drewnianego stołu, sobie również nalewając filiżankę herbaty. 

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~ 

    Sebastian uznał, że ta rozmowa robi się coraz dziwniejsza. Hanikamiya… ciekawe, zagraniczne imię. Gdzie do licha Victor poznał taką dziewczynę? Zresztą, jeżeli to co podejrzewał było prawdą, to może wcale nie takie dziwne. 

    – Jesteś studentką z wymiany, albo coś w tym stylu? – zapytał podejrzliwie. Spojrzała na niego pytająco. Uznał, że nie rozumie po prostu znaczenia niektórych słów. – Czy się czegoś uczysz – sprecyzował swoje pytanie.

    – Och, tak – obdarzyła go uroczym uśmiechem, od którego serce Sebastiana gwałtownie przyspieszyło. – Uczę się, jak być uzdrowicielką – oznajmiła radośnie. Zmarszczyła lekko brwi, co wcale nie odebrało jej twarzy posągowej niemal urody. – A Victor nauczył mnie waszego alfabetu – dodała, jakby na wszelki wypadek, nie chcąc niczego pominąć.

    Więc studentka medycyny? Ale jakim cudem zaczęła mieszkać z Victorem? I czy to na pewno było bezpieczne… No cóż, jeżeli tylko nadarzy się okazja, będzie musiał sprawdzić to dzisiaj. Już i tak zbyt długo zwlekał. Za bardzo zaprzyjaźnił się z Victorem. Usłyszeli hałas otwierających się drzwi wejściowych i po chwili do kuchni zajrzał, wyraźnie zaskoczony widokiem Sebastiana, Victor. Miya zerwała się z krzesła, radośnie witając się z mężczyzną. Jego przyjaciel, a zarazem szef, obserwował to z prawdziwym zdziwieniem, a jednocześnie niepokojem. To nie było zwyczajne zachowanie u Victora, który z natury unikał ludzi. To nie pasowało do jego teorii. Co jeżeli się mylił? Nie! Przyszedł tu dzisiaj właśnie po to, żeby to sprawdzić. Sebastian również wstał. Uścisnął Victorowi rękę, a potem obydwaj usiedli przy kuchennym stole. Hanikamiya uwijała się wokół nich, fruwając, jak trzepoczący skrzydłami motyl. Sebastian był pod wrażeniem. Momentami nawet łapał się na tym, że nie może oderwać od dziewczyny wzroku.

    – Po co przyszedłeś? – spytał Victor, jak zwykle od razu przechodząc do rzeczy.

    – Zastanawiałem się czy nie zabrałbyś się za reportaż z jutrzejszego, miejskiego pikniku. Kompletnie nie ma kto tego zrobić, a pismo za niego porządnie zapłaci – powiedział długo powtarzaną i przekształcaną w myślach kwestię.

    Zobaczył grymas na twarzy przyjaciela.

    – Nie, dzięki, to nie dla mnie – odpowiedział Victor.

    – Dlaczego? Zrób to, jako przysługę dla mnie – poprosił Sebastian. – To tylko godzina na świeżym powietrzu. Przyjdziesz koło południa i będziesz mógł się stamtąd zmyć jeszcze przed obiadem.

    – Mam inne plany – powtórzył stanowczo mężczyzna.

    Sebastian westchnął. Więc jednak jego obawy były zupełnie słuszne. Zaczął w duchu błagać, żeby to nie było to, co łączy go z tą dziewczyną.

    – W takim razie ja będę musiał tam iść osobiście – westchnął cierpiętniczo. – Czy jednak mógłbym prosić o towarzystwo twojej ślicznej przyjaciółki?

    – Nie, to nie będzie możliwe – odmówił mu ponownie Victor.

    Sebastian zupełnie oklapł. Więc jednak obydwoje? Hanikamiya stanęła przy jego krześle. W jej oczach pojawiły się iskierki ciekawości.

    – Dlaczego nie? – zapytała z pretensją w melodyjnym głosie. – Bardzo chciałabym się uczyć – oznajmiła, jakby nie była pewna czy właściwie dobrała słowa.

    – Coś ty taki zaborczy? – roześmiał się Sebastian. – Pozwól jej ze mną iść. Obiecuję się nią dobrze zaopiekować…

    – Nie – uciął krótko Victor. – Czy to wszystko, czego ode mnie chciałeś?

    Hanikamiya patrzyła z nutką pretensji na mężczyznę, ale nie kłóciła się dalej. Sebastian wstał.

    – Tak, podrzucę ci na maila tematy, to do zobaczenia – pożegnał się podchodząc do drzwi.

    – Trzymaj się – odpowiedział mu Victor. – Przykro mi, że nie mogę ci pomóc.

    Kiedy tylko znalazł się na zewnątrz, westchnął ciężko. Zrobi, to co do niego należy i zdarzy się to następnego dnia o świcie.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~ 

    Nad ranem, Hanikamiyę obudził jakiś hałas. Usiadła na łóżku Victora, z którego korzystała już od dłuższego czasu. Sam chłopak sypiał na podłodze, zajmując dmuchany materac. Ciężkie, wiszące w oknach zasłony, były odsunięte, a do środka wpadały jasne promienie słońca. Sam Victor kulił się w ciemnym kącie, a nad nim stała postać wysokiego mężczyzny, w czarnej kominiarce. Zaskoczona zdała sobie sprawę, że nieznajomy trzyma w ręku drewniany kołek. Victor zerwał się z podłogi i rzucił na napastnika, celowo unikając słonecznych promieni. Tamten w drugiej ręce trzymał jakieś urządzenie, dotknął nim chłopaka, a Victor osunął się na podłogę, drżąc. Pchnął drewnianym kołkiem, celując prosto w jego serce. Chłopak szarpnął się. Przywodzące na myśl lwią grzywę, brązowe włosy opadły mu na oczy. Napastnik wbił zaostrzony kołek, trafiając pod jego ramię. Viktor syknął z bólu. T-shirta, w którym sypiał zaplamiła ciemna krew. Nieznajomy zabrał drewniane narzędzie i spróbował ponowie, znów przykładając do jego ciała niewielkie, czarne urządzenie. Hanikamiya oprzytomniała. Zerwała się z łóżka, chwytając nieznajomego za rękę, która trzymała dziwne urządzenie. Mężczyzna odwrócił się i sprawnym ruchem przyłożył je, do jej ramienia. Sapnęła. Poczuła, jak całe jej ciało przeszywa odrętwienie i ból. Upadła na kolana. 

    – Miya! – krzyknął Victor, zrywając się z ziemi. 

    Pchnął nieznajomego, wchodząc pomiędzy niego, a dziewczynę. Zasłonił ją sobą. Jego oczy pociemniały. Stał teraz skąpany w promieniach porannego słońca.

    – Nie… – wyszeptał napastnik, cofając się pod samą ścianę.

    – Sebastian? – spytał niedowierzająco Victor, wpatrując się w ukrytego pod czarną kominiarką mężczyznę.

    – Ja nie… – zaczął tamten ściągając kominiarkę – ja myślałem… 

    Odrzucił na podłogę materiał i zaczął przeklinać. Victor z trudem stał. Adrenalina opadła i osunął się na podłogę. Krew coraz silniej broczyła jego koszulkę.

    – Victor! – Miya przypadła do niego, przez cały czas nie spuszczając wzroku ze stojącego pod ścianą Sebastiana.

    – Wezwę pogotowie – odezwał się błagalnym, przepraszającym głosem tamten.

    – Nie! – z gardła chłopaka wydobyło się niemal zwierzęce warknięcie.

    – Ale…

    – Odłóż to i podaj mi coś do rozcięcia ubrania – zażądała Miya, patrząc stanowczo na Sebastiana.

    Mężczyzna wypuścił z dłoni paralizator i zakrwawiony, drewniany kołek. Wypadł z pokoju, by po chwili wrócić z kuchni z nożyczkami. Victor z trudem odsunął się z plamy wpadającego do pokoju, jasnego, porannego słońca. Dziewczyna wzięła nożyczki i rozcięła zakrwawionego t-shirta. Delikatną, niemal białą dłonią, dotknęła ręki chłopaka, drugą przyłożyła do jego rany. Syknął z bólu, ale nie protestował. Zamknęła oczy. Po chwili rana przestała krwawić. Otworzyła je, jeszcze bardziej blada niż zwykle, ale w tym momencie, na jej twarzy nie było już widać, malującego się tam, jeszcze przed chwilą strachu. Z ulgą oplotła ramionami szyję Victora, nie zwracając uwagi na to, że brudzi się jego krwią. Sebastian patrzył na nich, szeroko otwartymi oczami, w których widać było wątpliwości i zaskoczenie.

     – Co do cholery? – zapytał najwyraźniej nie świadomy, że wypowiada te słowa na głos.

    Victor wstał, łagodnie odsuwając od siebie dziewczynę. Jedynym śladem po głębokiej, zadanej drewnianym kołkiem ranie, była powoli zasychająca na jego torsie krew.

    – Lepiej ty mi wytłumacz, co – warknął na Sebastiana wściekłym głosem.

    – Ja myślałem, że… – zaczął niepewnie tamten, a Victor pierwszy raz w życiu, w głosie swojego przełożonego słyszał jakiekolwiek wahanie. – Sądziłem, że jesteś wampirem – wydusił z siebie w końcu. 

    Chłopak spojrzał na niego jak na wariata, a potem zaczął się śmiać. 

    – Wampirem? – wydusił z siebie z niemałym trudem. 

    Sebastian spoważniał. Jego wzrok stał się ponury i chłodny.

    – Jestem łowcą – wyjaśnił twardo – i nie jedno takie stworzenie już zabiłem.

    – To one, to znaczy wampiry, naprawdę istnieją? – zainteresował się Victor, siadając na łóżku. 

    Hanikamiya przysunęła się do niego, tak blisko, że teraz ramieniem dotykała jego kolan. Zanosiło się na dłuższą rozmowę, więc Sebastian postanowił również usiąść, osuwając się plecami, po pomalowanej na karmelowy brąz ścianie.

    – Byłem pewien, że jesteś jednym z nich – westchnął. – Unikasz słońca i towarzystwa, egzystujesz tylko w nocy, nigdy nie wychodzisz z domu, wcześniej, niż po zachodzie. Do tego kilkakrotnie przekonałem się o ile silniejszy jesteś od normalnych ludzi. Wczoraj, kiedy tak stanowczo odmówiłeś wyjścia na piknij, upewniłem się w swoim przekonaniu…

    – Nie jestem żadnym wampirem – burknął nieco urażony Victor – a niby jak wytłumaczysz, że jem normalne jedzenie?

    Sebastian pokręcił głową.

    – Jedzenie wcale nie przeszkadza tym stworzeniom. Po prostu nic im nie daje. Żeby żyć, muszą żywić się krwią. 

    – Dlaczego je zabijasz? – wtrąciła się Miya, lustrując mężczyznę wzrokiem.

    – Ponieważ one mordują ludzi – wyjaśnił spokojnie Sebastian. – Moja rodzina zajmuje się od pokoleń studiowaniem wiedzy o nadprzyrodzonych stworzeniach. Mój ojciec zginął z ręki jednego z nich. Potrafię odróżnić, które są dobre, a które złe. Przyznam jednak szczerze, że kim ty jesteś – zwrócił się do dziewczyny – nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem też jak go uleczyłaś. Nigdy dotąd nie wierzyłem w magię. Nie mam również pojęcia, dlaczego Victor tak nienawidzi słońca.

    – Więc sugerujesz, że na świecie żyje więcej stworzeń niż tylko wampiry? – upewnił się chłopak.

    Sebastian przytaknął.

    – Jest ich całe mnóstwo – odezwała się niespodziewanie Hanikamiya. – Przykro mi, jeżeli cię rozczaruję – zwróciła się do Sebastiana – ale nie władam żadną magią, jestem jedynie uczennicą uzdrowicielki z Podniebnych Wysp.

    Mężczyzna pobladł. 

    – Nikt o nich nie słyszał od kilku tysięcy lat. Sporo czytałem o Podniebnych Wyspach. To bardzo ciekawe miejsce…

    Dziewczyna posmutniała. W jej oczach zalśniły łzy.

    – Mój dom został zaatakowany. Nie jestem pewna, ale podejrzewam, że tylko mnie udało się uciec – szepnęła niemal niedosłyszalnym głosem.

    Victor obserwował uważnie Sebastiana, zastanawiając się nad czymś poważnie. W końcu westchnął. Spojrzał przyjacielowi w oczy.

    – Pomijając fakt, że próbowałeś mnie zabić, Hanikamiya’i grozi niebezpieczeństwo – powiedział cicho. – Zbyt wiele teraz wiesz. Nie pozwolę nikomu jej skrzywdzić. Nie sądzę, żebym był w stanie pozwolić ci odejść.

     ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~ 

    Haku był przekonany, że czuje każdy nerw swojego działa. Ból był okropny. Na tyle silny, żeby nie mógł się poruszyć, a jednocześnie tak przemyślany, że magia nie pozwalała mu na utratę przytomności. Chłopak zaklął cicho. W ten sposób nie zwycięży z Lordem Van’dree. Poczuł rozdzierającą serce rozpacz. On już od dawna był zgubiony, ale jego siostra… ta, która przeżyła… Cisnące się do oczu łzy przegoniła nagła fala desperacji. Nie! Nie pozwoli, żeby to przez niego została więźniem tego demona. Powoli odsunął się od balkonowej barierki. Nie da rady wyskoczyć. Był tutaj uwięziony, Najwyższe piętro w szklanym domu stało się jego potrzaskiem. Musi wymyśleć inny sposób – cokolwiek, żeby ratować siostrę – ostatnią nadzieję Podniebnych Wysp.

    Note