Rozdział 1 – Mroczna natura
by VickyI
Na monitorze stojącego na sosnowym biurku komputera, Rjiav widział aż nazbyt wyraźny obraz z kamery cyfrowej. Z głośników słyszał cichutki, przyspieszony oddech. Na ekranie ukazana była dziewczyna. Znajdowała się w dużym, pustym pomieszczeniu. Musiało być gdzieś pod samym dachem, ponieważ miało ukośne ściany. Nie było tam okien. Ręce miała związane wysoko nad głową, a przez więzy przechodziła lina przytwierdzona do znajdującej się pod sufitem, stropowej belki. Jej ciało było wyprężone. Z trudem stała na palcach. Nie mógł zapomnieć momentu, w którym się ocknęła, taka przerażona i bezradna, a on nie mógł kompletnie nic zrobić, żeby jej pomóc. Bezczynnie siedział czekając na rozwój wydarzeń. Chciało mu się wyć. Miał ochotę coś rozwalić. Jego ręce zaciskały się w pięści w bezsilnym gniewie. Wiedział, że to jego wina, a on kompletnie nic nie może na to poradzić.
Dziewczyna była zupełnie naga. Oprócz krępujących nadgarstki więzów, miała zasłonięte czarnym materiałem oczy i taką samą tkaniną zakneblowane usta. Jej długie jasne włosy opadały na plecy i ramiona bezładną kaskadą. Ciało dziewczyny było szczupłe i zgrabne, raczej drobnej budowy, a jednak naprawdę piękne. Kształtne piersi, gładka skóra, dyskretny cień włosów łonowych. Mimo, że była już młodą kobietą, w dalszym ciągu miała w sobie coś niewinnego i urokliwego, coś z małej dziewczynki. Rjiav wiedział, że pod czarną opaską kryją się, teraz na pewno wypełnione łzami, bystre, chabrowe oczy.
Dziewczyna po raz kolejny szarpnęła się w więzach, i tym razem nie przyniosło to jednak żadnego rezultatu. Przymknął oczy, nie chciał na to patrzeć! Otworzył je znowu, wiedział, że musi, bo w każdej chwili może pojawić się wskazówka, gdzie ją odnajdzie. Musi ją stamtąd zabrać! Pragnął teraz jedynie tulić ją w swoich ramionach, chciał, żeby była bezpieczna. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że sytuacja w której się znalazła, jest tylko i wyłącznie jego winą. Nigdy nie powinien pozwolić jej się do siebie zbliżyć. Nikt nie powinien wiedzieć ile dla niego znaczyła.
Do pomieszczenia wszedł młody mężczyzna. Ubrany był jedynie w grafitowe spodnie, przy których pasku wisiała pochwa, ze sporej wielkości nożem. Jego ramiona i plecy zdobiły cienkie, misternie wykonane, czarne tatuaże. Był wysoki i dobrze zbudowany, miał ciemną karnację i hebanowo czarne włosy. W stalowoszarych, zimnych oczach widać było cień okrucieństwa. Uśmiechnął się drwiąco do kamery. Rjiav wbił paznokcie w swoją dłoń tak mocno, że pokazały się strużki krwi. Nie zwrócił na to uwagi. Wszystko aż gotowało się w nim w środku. Całym sobą nienawidził tego człowieka.
Mężczyzna podszedł do powieszonej na jednej z drewnianych belek dziewczyny. Wzdrygnęła się, kiedy przesunął dłonią po jej nagim, naprężonym brzuchu. Mruknął wyraźnie zadowolony z jej reakcji. Przesunął rękę wyżej na jej sterczące, niewielkie piersi. Dziewczyna drżała. Do oczu Rjiava napłynęły łzy bezsilności i wściekłości. Czarnowłosy błądził dłońmi po ciele wijącej się, próbującej uciec przed jego dotykiem dziewczyny. Rozwiązał kneblujący jej usta materiał i odrzucił go na podłogę. Łapczywie zaczęła chwytać powietrze. Stanął za nią oplatając ją od tyłu ramionami. Dłonie położył na piersiach dziewczyny. Z jej krtani wydobył się cichy, stłumiony jęk, kiedy mocno ścisnął między palcami jej sterczącego sutka.
– Proszę, zostaw mnie – szepnęła błagalnie. – Co ja ci zrobiłam? – Jej głos drżał, tak samo jak cała reszta drobnej postaci. – Co chcesz ze mną zrobić? Dlaczego?
Mężczyzna roześmiał się, w jego śmiechu nie było nawet cienia wesołości. Przysunął się do niej jeszcze bliżej. Otarł się sztywnym, schowanym za grafitowym materiałem spodni, członkiem o nagie pośladki dziewczyny.
– Widzisz kociaku – powiedział beznamiętnym tonem, prosto do jej ucha – tu w żadnym razie nie chodzi o ciebie. Jesteś tylko zabawką w grze, którą prowadzimy z twoim „chłopakiem” – oznajmił drwiąco, jakby ostatnie słowo było czymś naprawdę zabawnym.
Rjiav zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Tak bardzo bał się o to, co tamten może zrobić dziewczynie!
– Błagam cię, wypuść mnie – spróbowała ponownie niepewnym głosem.
– Wszystko w swoim czasie – odpowiedział tamten, znów przesuwając dłońmi po jej nagim ciele, tym razem siłą rozsuwając jej nogi i wkładając między nie rękę. Krzyknęła jeszcze bardziej przerażona. Szarpnęła się. Przytrzymał ją, przyciągając do siebie drugą ręką. – Na twoim miejscu nawet bym nie próbował – oznajmił z sarkazmem. – Potrafię być bardzo nieprzyjemny. Jeżeli jednak będziesz grzeczna nie sprawię ci dużego bólu, to jego chcę ukarać nie ciebie.
Czarny materiał, zasłaniający jej oczy, był teraz zupełnie mokry od łez. Mężczyzna wyjął wiszący w pochwie przy pasie nóż. Przeciął linę, przechodzącą pod krępującymi nadgarstki dziewczyny więzami. Nogi się pod nią ugięły i osunęła się na podłogę. Jej ręce były nadal związane, więc nawet nie miała czym się podeprzeć. Czarnowłosy podniósł ją brutalnie, zostawiając na ramieniu dziewczyny fioletowego siniaka. Zmusił ją, żeby przeszła kilkanaście kroków, po czym pchnął na rozłożony w pustym pomieszczeniu materac. Rozpiął rozporek. Po chwili już znalazł się przy niej. Zmusił ją, żeby uklękła. Spróbowała się wyrwać, chwycił ją mocno za włosy. Zdjął z jej oczu przemoczoną, czarna opaskę. Po policzkach dziewczyny spływały łzy. Sztywnym członkiem musnął jej policzek. Podsunął go jej do ust.
– Nie, proszę – szepnęła rozpaczliwie.
Rijav drżał z wściekłości. Zawinił, a tamten postanowił go za to ukarać. Tylko dlaczego w taki właśnie sposób? Czarnowłosy mężczyzna był okrutny i pozbawiony jakichkolwiek skrupułów. Rijav wiedział o tym aż za dobrze. Przypomniał sobie blizny, na swoim własnym ciele. Dlaczego to musiała być akurat ona?! Każdy, tylko nie ona… Po twarzy Rijava spływały wielkie, gorzkie łzy.
– O co prosisz? – zadrwił mężczyzna w odpowiedzi. – Nawet nie próbuj gryźć, bo będziesz tego bardzo, bardzo żałowała.
Wsunął jej członka do ust. Próbowała odwrócić głowę, ale trzymająca ją za włosy ręka nie zostawiła dziewczynie zbyt wiele pola do manewru. Zakrztusiła się jego sporych rozmiarów męskością, on jednak sobie nic z tego nie robił. Przysunął się bliżej wchodząc niemal w całości do jej ust. W pewnym momencie odepchnął ją od siebie, uderzył w twarz.
– Uprzedzałem – warknął niemal zwierzęcym głosem.
Przewrócił szamoczącą się dziewczynę na brzuch. Próbowała uciec. Przyciągnął ją do siebie, unosząc jej pupę do góry. Spojrzała na niego pełnym przerażenia wzrokiem. Na jej policzku wykwitł nieprzyjemny, bordowy siniak. Mężczyzna brutalnie rozsunął jej nogi. Jedną ręką trzymał dziewczynę za związane ręce, żeby nie mogła się odsunąć, a drugą dotykał jej intymnego miejsca. Płakała teraz już otwarcie, błagając go, żeby przestał. Śmiał się. Po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność chwilach, wilgotną od przezroczystego, śliskiego płynu rękę, położył na pupie dziewczyny. Dłonią rozsunął jej pośladki, a potem gwałtownie, bez ostrzeżenia, wsunął w nią swojego ciągle sztywnego członka. Zachłysnęła się powietrzem. Puścił jej ręce, a ona opadła na materac, jak bezwładna, szmaciana lalka. Dłońmi objął jej biodra wchodząc w nią mocno i głęboko. Przestała w ogóle w jakikolwiek sposób reagować. Jedyną oznaką jej przerażenia i bólu był nierówny, płytki oddech, oraz spływające po policzkach, słone łzy.
Rjiav błagał w duchu, żeby ten koszmar wreszcie się skończył. Przeklinał swoją bezsilność. Zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko móc temu zapobiec. Otępiałym wzrokiem wpatrywał się w znienawidzony, komputerowy monitor.
Czarnowłosy mężczyzna przewrócił dziewczynę na plecy. Jego dłoń zawędrowała na jej piersi. Odwróciła głowę na bok, żeby tylko na niego nie patrzeć. Zamknęła oczy. Nie reagowała na jego dotyk. Znów zaczął się w niej poruszać. Wreszcie, po czasie, który Rjiav uważał za nieskończoność, mężczyzna wyszedł z dziewczyny, zalewając jej brzuch i piersi białawą, lepką cieczą. Podniosła powieki i spojrzała na niego dużymi, chabrowymi oczami. Nie było w nich nienawiści ani złości, a jedynie przeogromny, bezgraniczny smutek i żal.
Mężczyzna podniósł dziewczynę z materaca i z powrotem przyprowadził do zwisającej ze stropowej belki liny. Przywiązał ją tak, że palcami ledwo dotykała podłogi. Jej ciało konwulsyjnie drżało. Czarnowłosy wyjął z kieszeni czarnego markera. Uśmiechnął się kocim uśmiechem. Napisał coś na ciele dziewczyny, ale tak, że Rjiav nie był w stanie tego zobaczyć pod tym kątem.
– Pozdrów ode mnie swojego chłopaka – mruknął pogardliwie mężczyzna i niespiesznie, z nieopuszczającym kącików ust drwiącym uśmiechem wyszedł z pomieszczenia.
Dziewczyna odwróciła się odrobinę. Rjiav widział teraz dokładnie jej zapłakaną, pobladłą twarz, drżące, różowe usta i paskudną, siną plamę na policzku, ale przede wszystkim widział też napisane na jej ciele słowa. „Wood Avenue 14” głosiły czarne litery. Potem kamera zaczęła śnieżyć, aż obraz zupełnie zniknął. Rjiav zerwał się z miejsca. Wybiegł z mieszkania jak szalony, nie patrząc zupełnie na nic. Wsiadł do zaparkowanego przed kamienicą, terenowego samochodu. Dojazd z centrum miasta na Wood Avenue zajął mu prawie czterdzieści minut, mimo, że po drodze łamał wszelakie możliwe przepisy. Wreszcie jednak znalazł się na miejscu. Numer 14 był starym, drewnianym, walącym się domem jednorodzinnym. Rjiav wpadł do niego jak burza. Trzeszczącymi schodami wbiegł na samą górę. Wyłamał zamknięte, drewniane drzwi. Wtedy ją zobaczył. Spojrzała na niego wielkimi chabrowymi oczami, w których w dalszym ciągu lśniły łzy. Scyzorykiem przeciął krępujące ją więzy. Nadgarstki dziewczyny znaczyły nieprzyjemnie wyglądające, czerwone pręgi. Zachwiała się na nogach, ale nie pozwolił jej upaść. Opadł na kolana, tuląc ją w swoich ramionach. Całe jej ciało drżało. Płakała.
– Przepraszam – wyszeptał nie wypuszczając jej z objęć. – Tak cholernie przepraszam.
II
Effie siedziała na ciemnozielonej kanapie, w niewielkim, ale przytulnie urządzonym salonie. Wodziła smutnym wzrokiem za chodzącym niespokojnie po pokoju chłopakiem. W jej chabrowych oczach lśniły łzy.
– Rjiav, proszę, nie możesz mnie zostawić – wyszeptała bezradnie w przestrzeń.
Patrzyła błagalnie na jego smukłą sylwetkę, jasne włosy w kolorze złocistego piasku i zmartwione, żywo zielone oczy. Na dźwięk jej głosu przystanął. Ukucnął tuż naprzeciwko niej.
– Eff, czy ty dalej niczego nie rozumiesz? To nie twój świat! Nie musisz w nim żyć! – oznajmił stanowczo. – Jestem skończonym głupcem – westchnął, odwracając od dziewczyny wzrok. – Nigdy nie powinienem był cię narażać. Myślałem, że jestem od niego sprytniejszy, ale w głębi duszy wiedziałem, że mnie prędzej czy później odnajdzie… Eff proszę… Zostawię ci mieszkanie i kartę kredytową. Na koncie jest jeszcze trochę oszczędności, poradzisz sobie…
– Rjiav – weszła mu w słowo gwałtownie wstając z kanapy – tu nie chodzi o żadne pieprzone pieniądze! Kocham cię, dlatego z tobą jestem, nie dlatego, że chcę, żebyś mnie utrzymywał!
Podniósł się z podłogi. Stanął tak, że znajdował się tuż naprzeciwko dziewczyny. Był od niej znacznie wyższy, więc musiała podnieść głowę, żeby móc spojrzeć mu w oczy.
– Wiem Effie – wyszeptał – wiem. Przyciągnął ją do siebie mocno, oplatając dziewczynę ramionami. Przylgnęła do niego całą sobą, wtulając twarz w jego brązowy, rozciągnięty sweter. – Kocham cię maleńka i dlatego właśnie musisz pozwolić mi odejść. On zrobi wszystko, żeby mnie ukarać za moją ucieczkę. Skrzywdził cię, bo wiedział, że to sprawi mi ból. Proszę, Eff…
Dziewczyna mimowolnie dotknęła dłonią, wyblakłego już siniaka, który nieprzyjemnie szpecił jej policzek. Pomimo, że minęły już prawie dwa tygodnie, dalej żywo pamiętała ten koszmar. Nie miała pojęcia do czego może być zdolny mężczyzna, który porwał i zgwałcił ją tylko dlatego, żeby dręczyć jej chłopaka. Nie miało to jednak znaczenia. Rjiav był dla niej wszystkim i zamierzała o niego wytrwale walczyć, jeżeli będzie trzeba, to do samego końca.
– Zostanę z tobą – oznajmiła cichym, ale pewnym i stanowczym głosem. – Zapłacę za to każdą cenę. To moja ostateczna decyzja.
III
Dzień był ponury i pochmurny. Niepewne promienie zachodzącego słońca przebijały się nieśmiało przez zasłonę z chmur, zupełnie jakby czymś wystraszone. To jednak stanowiło w Londynie szarą codzienność. Effie przygotowała obiad już ponad godzinę temu, a teraz, otulona szarą za dużą bluzą, siedziała zwinięta w kłębek na kanapie i czytała książkę. Litery jednak nie chciały przed jej oczami układać się w całe, sensownie zdania. Martwiła się i nie potrafiła skupić na niczym innym. Nie należała do niecierpliwych osób, ale Rjiav nie wracał stanowczo zbyt długo, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach, kiedy był dla niej zwyczajnie nadopiekuńczy i traktował ją jak jajko. Tym razem nie tylko nie przyszedł wcześniej, ale na dodatek był już ponad godzinę spóźniony.
Dziewczyna przypomniała sobie jak prawie dwa lata temu poznała Rjiava. To było na jednej z wakacyjnych imprez. Spodobał jej się od samego początku, on jednak wyraźnie unikał jej towarzystwa. Tamtego roku Effie zaczynała studia. Okazało się, że Rjiav jest na tym samym kierunku, obydwoje wybrali filologie angielską. Chłopak wyraźnie ją ignorował, więc Effie postanowiła dać sobie z nim spokój, nie należała do nachalnych, wpychających się komuś z butami w życie, osób. Cisza przed burzą trwała do tego feralnego dnia, kiedy skuszeni niesamowitymi opowieściami, w piątkę postanowili nocować w starej latarni morskiej. Problem polegał na tym, że znajdowała się ona na małej skalnej wysepce, oddalonej od stałego lądu na zasięg wzroku, musieli więc dopłynąć tam łodzią. Effie kochała morze. Chętnie więc przystała na propozycję Andre, żeby popływać nocą, w świetle księżyca. Stało się jednak coś, czego żadne z nich nie było w stanie przewidzieć. Rozpętała się burza. Szalejące morskie fale i porywisty wiatr wepchnęły niewielką łódź na skalne ściany, roztrzaskując ją na kawałki. Wiry wodne i ogromne morskie bałwany wciągały w odmęty, próbującą się przebić ze wszystkich sił ku powierzchni, dziewczynę. Effie doskonale pływała, w walce z takim żywiołem nie miała jednak najmniejszych szans. Ani ona, ani Andre nie powinni byli przeżyć. Coś się jednak wydarzyło… Na granicy świadomości, kaszląca wodą, znalazła się na piaszczystej plaży. Kawałek dalej leżał nieprzytomny Andre. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła wpatrujące się w siebie, zatroskane, zielone oczy Rjiava. To tego dnia poznała jego mroczną, skrywaną przed wszystkimi tajemnicę.
Serce Effie zabiło szybciej, kiedy usłyszała hałas otwierających się drzwi. Wstała z zielonej kanapy i pobiegła radośnie do wyłożonego drewnianymi panelami przedpokoju. W korytarzu zamarła jednak przerażona. Do mieszkania nie wszedł Rjiav. Rozpoznała tego mężczyznę, aż nazbyt dobrze zapamiętała jego twarz i te szare, lodowato-zimne oczy. W jej umyśle pojawiła się panika. Cofnęła się do pokoju. Chwyciła leżący na jednym z wypełnionych książkami regałów telefon. Pospiesznie wybrała numer. W jednej chwili mężczyzna znalazł się tuż przy niej. To nie było możliwe, nikt nie poruszał się tak szybko! Wyrwał jej z ręki komórkę, podniósł ją do ucha. Stała pod ścianą drżąc ze strachu i niepewności. Wpatrywała się w niego spłoszonym, sarnim wzrokiem nie będąc w stanie opanować ogarniającej ją paniki.
– Rjiav – odezwał się czarnowłosy do słuchawki telefonu, niemalże uprzejmym, ale jednak pełnym drwiny tonem – mam nadzieję, że zmieniłeś plany. Na Florydzie o tej porze roku nie jest zbyt przyjemnie. W każdym razie czekam na ciebie w mieszkaniu i myślę, że twoja przyjaciółka umili mi ten czas.
Rozłączył się, po czym, jak gdyby nigdy nic, oddał przerażonej dziewczynie telefon. Przeciągnął się i leniwie opadł na obitą ciemnozielonym materiałem kanapę. Miał na sobie niczym nie wyróżniające się ciemne spodnie i czarną, bawełnianą koszulę. Zabłocone buty i skórzaną kurtkę musiał zostawić w przedpokoju.
Effie jakby oprzytomniała. Pobiegła w kierunku drzwi. Mężczyzny w jednej chwili nie było już na kanapie, teraz stał w drzwiach, zagradzając jej drogę. Spojrzał na nią, a w kącikach jego ust błąkał się ironiczny, koci uśmieszek. Nieco przydługie czarne włosy, zawadiacko opadały mu na oczy. Dziewczyna cofnęła się o kilka kroków. Znowu, jakby znikąd znalazł się tuż za nią.
– Nie radzę – wyszeptał tuż przy jej uchu. – Myślę, że powrót zajmie mu ładnych kilka godzin, nie ma sensu spędzać ich w ten sposób, chyba, że tak bardzo lubisz bawić się w kotka i myszkę.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytała odważnie, odwracając się ku niemu z nienawiścią w oczach.
Roześmiał się.
– Już ci mówiłem, że od ciebie nie chcę niczego – odpowiedział rozbawiony. – Zresztą ty i tak jesteś już martwa, ten głupiec wydał na ciebie wyrok, w momencie, w którym zdradził ci kim jest.
Effie pokręciła głową. Odsunęła się od mężczyzny. Złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie, zdecydowanie z większą siłą niż było to konieczne. Spojrzał w jej przerażone, wilgotne od powstrzymywanych łez, chabrowe oczy. Prychnął rozbawiony. Odepchnął dziewczynę. Upadła na ozdobioną popielatym dywanikiem, drewnianą podłogę. Mężczyzna z powrotem rozsiadł się wygodnie na kanapie. Effie skuliła się na podłodze, nie widziała sensu, żeby wstawać. Siedzieli w milczeniu przez dłuższą chwilę, czarnowłosy zainteresował się zostawioną na kanapie książką.
– Lubisz horrory? – zapytał odwracając się w jej stronę, wskazując na okładkę „Mgły” Stephena Kinga. Zaskoczona dziewczyna niepewnie skinęła głową. – Kto by pomyślał, że sama znajdziesz się w jednym z nich… – powiedział z drwiną w głosie.
– Co zrobił ci Rjiav? – zapytała ośmielona, uznając, że właściwie to i tak nie ma nic do stracenia. – Dlaczego tak go nienawidzisz?
– Nie powiedział ci? – zdziwił się czarnowłosy. – Ciekawe co jeszcze postanowił przemilczeć. Rjiav jest moim… – zamyślił się przez chwilę – nazwijmy to podopiecznym, kimś w rodzaju ucznia. Nie zostało nas zbyt wielu i robimy wszystko, żeby przeżyć. W każdym razie jest najwyraźniej dosyć „kochliwy”. Zauroczyła go jakaś panienka, uciekli razem. Zabiłem ją – powiedział beznamiętnym tonem – ale jemu udało się zwiać. Dlatego właśnie sądzę, że tym razem wróci, żeby to samo nie spotkało ciebie. On jest głupcem, a ty i tak już jesteś martwa.
Effie przełknęła ślinę. Szczerze żałowała, że w ogóle zadała mu jakiekolwiek pytanie. Nie była też pewna, dlaczego w ogóle fatygował się, żeby jej odpowiedzieć.
– Zabijesz mnie? – zapytała, sama naprawdę zaskoczona spokojnym tonem swojego głosu.
– Możliwe – przyznał rozbawiony – ale jeszcze nie teraz. Na razie jesteś moją kartą przetargową. Zresztą łatwiej ukarać kogoś, jeżeli ma coś do stracenia.
Dziewczyna usiadła, opierając się plecami o kredens. Podkuliła nogi, oplatając je ramionami. Milczała przez chwilę, rozglądając się po prosto umeblowanym pokoju, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Wyglądało na to, że kiedy przestała się odzywać, czarnowłosy stracił nią jakiekolwiek zainteresowanie. Teraz stanął przy hojnie zastawionym książkami regale, najwyraźniej w poszukiwaniu czegoś co mógłby przeczytać dla zabicia czasu. Kiedy wrócił na podniszczoną, ale wygodną ciemnozieloną kanapę, Effie ponownie zebrała się na odwagę, żeby przerwać pełną oczekiwania na rozwój wydarzeń ciszę.
– Rjiav… on naprawdę uciekł? Chciał mnie zostawić? – zapytała cicho, właściwie nie licząc na to, że mężczyzna odpowie.
Jemu jednak najwyraźniej dręczenie jej dawało jakąś satysfakcję i sprawiało sadystyczną przyjemność.
– Nie tylko chciał, ale nawet to zrobił – prychnął czarnowłosy. – Dzisiaj, koło południa wsiadł do lecącego na Florydę samolotu. Nie wyglądało to raczej na planowane wakacje…
Effie skuliła się jeszcze bardziej. Poczuła w środku w sobie jakąś pustkę. Więc mimo ich rozmowy i tak postawił na swoim, nie licząc się z jej zdaniem. Próbowała sobie tłumaczyć, że chłopak chciał ją chronić. Rozmowa z czarnowłosym zasiała w niej jednak jakieś ziarno niepewności. Jak bardzo Rjiavowi na niej zależało? Czy chodziło tu o nią czy z umysłu ponure, czarne myśli. Jej sytuacja w tej chwili była beznadziejna, ale przecież nawet czarnowłosy był szczerze przekonany, że Rjiav z jej powodu wróci.
IV
Bezpośredni lot do Stanów Zjednoczonych z Londyńskiego lotniska wystartował kilka minut po dwunastej w południe. Zamyślony Rjiav siedział w samolocie, bez specjalnego zainteresowania przyglądając się białym, postrzępionym obłokom przelatującym za niewielkim, okrągłym okienkiem. Miał nadzieję, że postępuje słusznie. Wiedział, że Effie przez niego, przez jego słabość i tak już dość wycierpiała.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Nie wyłączył go, łamiąc wszelkie możliwe przepisy, zdziwił się jednak, że urządzenie wyłapuje jakikolwiek sygnał. Dzwoniła Effie. No tak, czego innego mógł się spodziewać. Już miał się rozłączyć, kiedy nawiedziło go naprawdę złe przeczucie. Po prostu musiał sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Kiedy odebrał, zamiast zmartwionego, melodyjnego głosiku Effie, usłyszał drwiący męski głos. Pobladł na twarzy. Zbyt dobrze znał jego brzmienie!
– Proszę pana – odezwała się głośniej stewardessa, która wyraźnie już od jakiegoś czasu starała się zwrócić jego uwagę. – W samolocie nie wolno używać telefonów. Proszę wyłączyć komórkę.
Rjiav zerwał się z fotela, zupełnie ignorując stojącą nad nim kobietę. Przepchnął się obok niej i pobiegł przed siebie korytarzem. Ludzie patrzyli na niego jak na wariata. Podniosły się przerażone szepty. Stewardessa chwyciła słuchawkę najbliższego, przymocowanego do ściany latającej maszyny telefonu, wzywając pomoc. Rjiav na nic nie zwracał uwagi, po prostu przepchnął się między blokującymi mu przejście ludźmi. Odpychał ich na boki, jakby byli szmacianymi lalkami. Czuł się zupełnie jak ktoś uwięziony w koszmarnym śnie. Przed oczami stał mu jedynie obraz Effie… sam na sam z nim! Rjiav doskonale zdawał sobie sprawę, że ten mężczyzna nie miał żadnych skrupułów. Był socjopatą. Zrobi wszystko, dla własnej, chorej rozrywki. Nikt i nic nie miało dla niego znaczenia.
Chłopak dobiegł korytarzem do zamkniętego włazu ładowni. Po prawej stronie zobaczył elektroniczną tabliczkę z numerami. Cholerne przejście było zabezpieczone kodem! Nie miał czasu na takie zabawy. Wiedział, że nikt nie uwierzy w taki nadludzki „przypływ adrenaliny”, to jednak nie miało teraz znaczenia. Z całej siły przekręcił zabezpieczającą drzwi wajchę. Właz puścił z niechętnym stęknięciem. Rjiav odrzucił na bok wyłamaną pokrywę i zsunął się po wąskich schodach na dół, do ładowni.
Rozejrzał się dookoła. Nie zamierzał błądzić po całym, wcale nie małym, samolocie. W końcu znalazł to czego szukał – duża czerwona dźwignia. Podbiegł do niej, ścigany wołaniem ludzkich głosów. Miał nadzieję, że nie zdążą zejść za nim na dół, ale tak naprawdę ich życie nie miało dla chłopaka specjalnego znaczenia. Pociągnął za czerwoną dźwignię, otwierając prowadzącą na zewnątrz, bagażową śluzę samolotu. Lecieli wysoko nad oceanem. Niesamowity pęd zimnego powietrza rozwiał pszenicznie jasne włosy Rjiava. Potem chłopak po prostu wyskoczył.
V
Czas płynął bardzo powoli. Dla Effie zdecydowanie zbyt wolno. Minuty zamieniały się w godziny w zbyt ślamazarnym tempie. Dziewczyna bała się tego co nastąpi, kiedy pojawi się Rjiav, ale jeszcze bardziej przerażało ją samo oczekiwanie. Siedziała skulona na podłodze, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić. Czarnowłosy mężczyzna półleżał na kanapie, czytając jeden z jej horrorów Kinga. Był wyraźnie rozluźniony, jemu nie przeszkadzało czekanie. Przyjrzała mu się uważnie. Niechętnie przyznała przed samą sobą, że należał do wyjątkowo przystojnych mężczyzn. „Jest piękny, zimny i okrutny”, przyszedł jej na myśl cytat z książki. Ciemne włosy niesfornie opadały mu na czoło, a okolone czarnymi rzęsami oczy… Oczy były w nim najdziwniejsze i najbardziej niesamowite. Effie ze zdumieniem zaobserwowała, że w zależności od nastroju mężczyzny zmieniają barwę, z zimnych, stalowoszarych na zupełnie czarne jak najgłębsza, najciemniejsza noc. Był jednocześnie tajemniczy, uwodzicielski i przerażający. Dziewczyna zadrżała na wspomnienie tego, co jej zrobił. W tym momencie była pewna tylko jednego, wolałaby go nigdy w życiu nie spotkać.
Drzwi otworzyły się ze złowieszczym hukiem, zupełnie nagle przerywając panującą w mieszkaniu ciszę. Rjiav wpadł jak burza, do niewielkiego, skąpo umeblowanego pomieszczenia. Jego twarz wyrażała prawdziwą ulgę, kiedy zobaczył siedzącą na podłodze Effie. Jednym susem przemierzył dzielącą go od dziewczyny odległość i porwał ją w swoje ramiona. Wtuliła się w niego całą swoją drobną postacią.
Czarnowłosy wstał z kanapy uśmiechając się drwiąco. Rjiav natychmiast zasłonił sobą drżącą w jego objęciach Effie. Mężczyznę wyraźnie rozbawił ten gest.
– Byłem przekonany, że lecisz na Florydę – oznajmił ironicznie – a ta mała to pożegnalny prezent dla mnie.
– Nie dotykaj jej – syknął Rjiav, a w jego jasnych, zielonych oczach płonął prawdziwy ogień.
– Już ją „dotknąłem” – prychnął czarnowłosy, a potem jakby spoważniał – a ty chyba zapomniałeś jak należy się do mnie zwracać – dodał z groźbą w głosie.
W jednej chwili znalazł się przy stojącej blisko siebie parze. Odepchnął spłoszoną Effie, która zacisnęła kurczowo ręce na sportowej, szarej bluzie Rjiava. Potem po prostu uderzył chłopaka, ale zrobił to z taką siłą, że tamtego odrzuciło w tył, tak, że upadł na regał roztrzaskując plecami półki. Książki z wielkim łomotem posypały się na podłogę. Czarnowłosy podszedł do leżącego na ziemi chłopaka. Podniósł go trzymając za bluzę i uderzył nim o ścianę, potem pchnął go na podłogę, zupełnie jakby Rjiav był szmacianą lalką. Chłopak nawet nie próbował się bronić. Skulił się odsuwając jak najdalej od czarnowłosego mężczyzny.
Effie zwinnym ruchem podniosła się z podłogi, na którą wcześniej upadła. W jednej chwili znalazła się między nimi. Z nienawiścią spojrzała na drwiąco uśmiechniętego mężczyznę.
– Czego chcesz? – warknął na nią nieprzyjaźnie. Potem przyciągnął do siebie dziewczynę, wyginając jej do tyłu rękę, tak mocno jak się dało, żeby jej nie złamać. Pisnęła z bólu. – Popatrz Rjiav, jak kolejna twoja panienka umiera – zadrwił oplatając szyję szamoczącej się dziewczyny ramieniem. – Znajdziesz sobie jeszcze jedną?
Rjiav chwiejnie podniósł się z podłogi. W jego zielonych oczach malowała się panika. Potem jakby podjął jakąś decyzję. Spuścił wzrok, wbijając go w ziemię.
– Nie zabijaj jej, Ian – powiedział pełnym prośby i pokory głosem. – Zostanie twoją kartą przetargową. Wykonam każde twoje polecenie, dopóki ona będzie bezpieczna.
Czarnowłosy niechętnie puścił Effie. Dziewczyna odskoczyła od niego pod samą ścianę, masując obolałe ramię. W jej oczach stały łzy bólu.
– Świetnie – oznajmił po dłuższej chwili milczenia. – Zostaniemy tu przez jakiś czas, generał wyznaczył nam kilka specjalnych zadań. Twoja „zabaweczka” może mieszkać z nami, tak długo, jak długo będzie do czegoś przydatna.
– Dopilnuję tego – powiedział cicho Rjiav, nie podnosząc wbitego w ziemię wzroku.