Rozdział 4 – Black & White
by VickyRozdział Dziesiąty
Lila
Lot helikopterem był śmiesznie krótki. Szczególnie w porównaniu z długotrwałym i forsownym marszem. W nagrodę z Hester otrzymałyśmy całkiem sporo wolnego czasu. Inni na dotarcie do bazy mieli jeszcze trzy dni.
Umyłam się, najadłam i przebrałam w czyste ubranie, a potem, tak jak się umawialiśmy, mimo kompletnego wyczerpania, udałam się bezpośrednio do mieszkania Martina. Kiedy weszłam nie było go w środku, za to na jednym z wysokich stołków przy kuchennym blacie, z nogą założoną na nogę, siedziała profesor Aveel. Miała na sobie obcisłe, czarne getry i długą tunikę z nieprzyzwoitym wręcz dekoltem, w kształcie rąbu. Wyglądała bosko, a ja poczułam nieprzyjemny uścisk w gardle.
– O, Lilien, nie spodziewaliśmy się ciebie tak szybko – rzuciła od niechcenia, obdarzając mnie przeciągłym spojrzeniem spod długich, ciemnych rzęs.
– Gdzie Martin? – spytałam nie mając ochoty w nic z nią grać.
Wydęła usta niczym urażona, mała dziewczynka.
– Miał coś ważnego do załatwienia, niedługo powinien wrócić. Może usiądziesz? – zaproponowała. Jej glos wręcz ociekał słodyczą. Do tego, czuła się tu… jak u siebie. – Wybacz moje wcześniejsze zachowanie – kontynuowała słodkim głosem. – Po prostu poczułam się odrobinę zazdrosna. Właściwie to już powinnam się przyzwyczaić… – uśmiechnęła się do mnie kocim uśmiechem, a ja tylko wpatrywałam się w nią stojąc w drzwiach, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji. Moje uczucia najwyraźniej było aż nazbyt łatwo odgadnąć. – Och! Słonko! Chyba nie myślałaś, że Martin tylko z tobą sypia? Wiesz, znamy się od naprawdę długiego czasu…
Jej słowa zaparły mi dech. Spodziewałam się, że to nic dla niego nie znaczy… nigdy nie liczyłam, że zostanę jego dziewczyną czy kimś takim, ale to… jej obecność tutaj… wszystko było zwyczajnie nie do zniesienia! Z trudem zebrałam się w sobie.
– Przekaż mu proszę, że przyszłam, tak jak chciał – odezwałam się mając nadzieję, że nie zdradzi mnie drżenie głosu. – Skoro go nie ma, to idę spać. Wie gdzie mnie znaleźć.
Aveel skinęła mi głową, a ja z pędzącym w dzikim galopie sercem wyszłam na korytarz. Zmusiłam się, żeby spokojnie minąć zakręt, a dopiero potem, ignorując zmęczenie, puściłam się biegiem do swojego pokoju. Nigdy jeszcze nie czułam się tak bardzo zraniona.
***
Martin nie odezwał się do mnie ani tej nocy, ani następnego dnia. Nie miałam ochoty wstawać z łóżka. Do tego zapewne Aron był na mnie śmiertelnie obrażony, a Hester bez przerwy marudziła. Miałam dość. Wszystkich i wszystkiego. Nie miałam pojęcia co działo się z Aronem przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny, ale kiedy dowiedziałam się, że wrócił, miałam już jasno ułożony plan.
Aron
Patrzyłem na nią niedowierzająco kiedy znalazła się na progu mojego pokoju. Po tym co mi zrobiła… jak mnie wykiwała… miała niezły tupet!
– Czego tu chcesz?! – warknąłem.
Stanęła przede mną w seksownie zsuniętej z ramion koszulce. W uroczy sposób przygryzła dolną wargę. Nie przestawała się we mnie wpatrywać, a ja zdałem sobie sprawę, że wcale nie przyszła mnie przepraszać.
– Aron – zaczęła powoli, w seksowny sposób wypowiadając moje imię – wciąż masz na mnie ochotę?
Z trudem powstrzymałem się przed tym, żeby nie jęknąć. W co ta cholerna dziewczyna ze mną pogrywała?! Skinąłem głową, bo bałem się, że jeśli wypowiem choć słowo to mój głos natychmiast zdradzi jej jak bardzo jestem na nią napalony. Ciemne włosy, które zazwyczaj nosiła wysoko upięte, teraz miała rozpuszczone i hebanową kaskadą spływały jej po plecach. Spodnie, które włożyła, ciasno opinały jej pupę. Wyglądało to tak, jakby specjalnie przygotowała się na spotkanie ze mną. Podeszła do mnie jeszcze bliżej. Ramionami oplotła moją szyję. Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem zachłannie. W tym momencie byłem gotowy wybaczyć jej dosłownie wszystko.
Po chwili już leżeliśmy na moim łóżku, a raczej ja leżałem, a Lila siedziała na mnie. Większość naszych ubrań kłębiła się gdzieś na podłodze. Dziewczyna miała teraz na sobie jedynie seksowną, czarną bieliznę. Chociaż były to ładne szmatki, to zdecydowanie wolałbym oglądać jak zdobią podłogę. Dłońmi sięgnąłem do zapięcia jej stanika, a ona pochyliła się niżej i pocałowała mnie w usta. Wtedy właśnie przestałem rozumieć co się dookoła mnie dzieje.
Martin wpadł do pokoju jak burza. W brutalny sposób ściągnął ze mnie Lilę i odepchnął z taką siłą, że upadła na podłogę. Błyskawicznie usiadłem, ale to chyba był błąd. Poczułem silne uderzenie, a potem następne. Mimo że potrafiłem się świetnie bić w tym momencie byłem po prostu zdezorientowany. Nawet nie wiedziałem w jaki sposób znalazłem się na podłodze. On był jak żywioł. Nie do powstrzymania! Przynajmniej miałem na tyle instynktu samozachowawczego, żeby osłonić się ramionami. Tylko co on tu do cholery robił?!
– Martin, przestań, to nie jego wina – usłyszałem spokojny, ale jednocześnie jakoś dziwnie władczy głos Lilien, która zgrabnie podniosła się z podłogi i teraz stała wyprostowana zaledwie dwa kroki od niego. – Zostaw go!
– Czemu miałbym cię słuchać? – odwrócił się w jej kierunku zupełnie mnie ignorując. – Pieprzyłaś się już z nim czy dopiero zamierzałaś to zrobić? – jego głos był lodowato-zimny i nieludzko wręcz spokojny.
Nie rozumiałem całej sytuacji. Co tak naprawdę mogło go to obchodzić?!
– Więc tobie wolno, a mnie nie? – spytała buntowniczo. – Nie bądź hipokrytą.
Teraz Martin wyglądał na naprawdę skonsternowanego i jakby… urażonego.
– Co masz na myśli? – spytał jakby ostrożnie.
– Nie udawaj niewiniątka – warknęła na niego. – Aveel powiedziała mi wprost, że z nią sypiasz.
– Co?! – jego zaskoczenia z pewnością nie sposób było udawać. Tak samo jak i narastającej złości.
Pożałowałem, że nie mam się dokąd wycofać bo najchętniej bym teraz stąd zniknął. Mężczyzna podszedł do Lilien i chwycił ją za ramiona. W powietrzu aż iskrzyło od napięcia, które pojawiło się między tą dwójką.
– Jestem pieprzonym monogamistą – wycedził przez zęby Martin – rozumiesz? – Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Spróbowała się od niego odsunąć, ale jej na to nie pozwolił. – Natomiast co do Aveel – kontynuował – to nigdy z nią nie sypiałem, nie sypiam i nie zamierzam tego robić – odezwał się ostrym tonem – a jeżeli to co mówisz jest prawdą – spojrzał Lilien w oczy – to prawdopodobnie przestała również być moją przyjaciółką.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Pobladła jeszcze bardziej niż zwykle. Wpatrywała się w niego przez chwilę, jakby szukając jakichkolwiek oznak kłamstwa. Potem… zupełnie jakby byli tutaj sami… oplotła ramionami jego szyję i przylgnęła do niego całym ciałem. Z trudem przełknąłem ślinę. Co tu się do cholery działo?! Martin pochylił się ku niej i zaczął ją całować z takim zapałem, że nie byłem przekonany czy za chwilę nie zabraknie im powietrza. Lilien ocierała się o niego niczym kotka w rui. Jego ręce znalazły się na jej plecach, a potem niżej, na nagich pośladach dziewczyny. Odchrząknąłem głośno, ale nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.
– Nie jesteście tu sami! – warknąłem w końcu, podnosząc się z podłogi.
Roznosiła mnie wściekłość… i to piekielne uczucie zazdrości! Pieprzona dziwka! Spojrzeli na mnie zaskoczeni, jakby zupełnie zapomnieli o mojej obecności i… całkiem możliwe, że tak właśnie było.
– Zjeżdżaj stąd! – rozkazał Martin, zasłaniając sobą Lilien jakby w obronnym geście.
– Co?! Przecież to mój pokój! – krzyknąłem.
Coś w jego spojrzeniu kazało mi się dwa razy zastanowić. Warknąłem i zacząłem cicho przeklinać, ale posłusznie opuściłem s w ó j pokój, po drodze szybko zgarniając ubrania. Na dowidzenia z impetem trzasnąłem drzwiami. Znalazłem się na korytarzu. Uderzyłem pięścią w ścianę. Potem jeszcze raz i kolejny. Ból przynosił ukojenie. Wściekłość płonęła we mnie żywym ogniem. Nie miałem pojęcia co zrobię, ale byłem przekonany, że jeszcze tego pożałują.
Lila
Uwielbiałam to uczucie, jego bliskość. Podobało mi się, że jest o mnie zazdrosny jeszcze bardziej niż ja o niego. Leżeliśmy na łóżku próbując uspokoić oddechy. Wtuliłam się w jego ramię, dopiero teraz nieco zawstydzona.
– Przepraszam – szepnęłam cicho.
– Nie przepraszaj – mruknął, przyciągając mnie do siebie bliżej. – Mogłem przewidzieć, że tak się stanie. Znam Avę od dziecka. Porozmawiam z nią – obiecał.
Niejasno zdałam sobie sprawę, że chyba dość kiepsko wyszło mi godzenie się z Aronem. W tej chwili jednak nie miało to najmniejszego znaczenia, a przynajmniej nie miałam ochoty snuć rozważań na ten temat. Martin sprawiał wrażenie zamyślonego.
– Coś się stało? – spytałam.
– Gdybyś mogła kogoś uratować, ale tylko jedną osobę, kto by to był?
Uniosłam lekko głowę. Spojrzałam na niego, zaskoczona pytaniem.
– Chyba ty – odpowiedziałam szczerze, specjalnie się nie zastanawiając.
Nie roześmiał się, ale czułam narastające w nim rozbawienie.
– Nie to miałem na myśli, ale dziękuję – pocałował mnie w czubek głowy. – Chodziło mi o ludzi z zewnątrz, tych mieszkających poza murami szkoły.
– Nie ma nikogo takiego – wyznałam.
Moi rodzice nie żyli, zginęli dawno temu. Nie miałam żadnej innej rodziny ani bliskich przyjaciół, właściwie w ogól nie było tam nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem. Wszystkie osoby, na których w jakikolwiek sposób mi zależało, mieszkały tutaj, w Akademii.
Rozdział Jedenasty
Lila
Aron był na mnie naprawdę wściekły, a ja musiałam mu przyznać, że miał ku temu całkiem niezłe powody. Podczas wspólnych zajęć w ogóle się do mnie nie odzywał. Również Hester kompletnie mnie ignorowała i to by było na tyle, jeżeli chodzi o osoby, które mogłyby mnie darzyć jakąkolwiek sympatią.
Coraz częściej ćwiczyliśmy teraz nasze umiejętności. Okazało się, że w całej szkole, na wszystkich latach, po ostatniej selekcji zostało około trzystu osób i tylko ja jeszcze nie znałam swoich zdolności. Na siłę mogłam podciągnąć pod nie to co działo się podczas nauki walki, było to jednak jak jedzenie okruszków podczas gdy inni zajadali się kawałkami ciasta.
Dodatkowo w szkole pojawiły się nowe zakazy. Nie można było zapuszczać się do lasu, mogliśmy przebywać jedynie na otaczających Akademię błoniach. Dalszej drogi pilnowali strażnicy, a każdy kto spróbowałby złamać ten zakaz był na najlepszej drodze do tego by do nich dołączyć. Kiedy inni trenowali, ja siedziałam na trawie i czytałam książkę. W pewnym momencie zaczął mnie dręczyć niepokój, a uczucie wciąż we mnie narastało. Coś przysłoniło mi słońce. Podniosłam wzrok znad tabletu, tylko po to, żeby przekonać się, że wisi nade mną czerwony cień. Zapikował ku mnie z zatrważającą prędkością. Co do cholery?!
– Nie! – krzyknęłam zasłaniając się ramionami.
Nawet nie zdawałam sobie spawy, że zamknęłam oczy, dopóki ich ponownie nie otworzyłam. Gwałtownie wstałam. Czerwona kulka, rozmiarów małego psiaka, leżała na trawie u moich stóp cicho skomląc.
– Coś ty mu zrobiła?! – znalazłam się twarzą w twarz z rozwścieczoną Hester.
– Dlaczego mnie zaatakował? – powoli otrząsałam się z szoku.
Jej spojrzenie było wystarczająco wymowne. Zaatakował mnie, bo mu rozkazała.
Aron
Kiedy do mnie podeszła, z trudem przełknąłem ślinę. Profesor Aveel była młoda, zaledwie kilka lat starsza ode mnie. Do tego była naprawdę piękna i to taką oszałamiającą urodą gwiazdy filmowej.
– Coś cię dręczy? – zapytała, a ja próbowałem nie wbijać wzroku w jej kształtne piersi.
– Nic mi nie jest – odpowiedziałem niezbyt przekonany.
– Na pewno? – drążyła dalej, czarująco się uśmiechając. – Bo wydawało mi się, że nie przepadasz za swoją partnerką.
– To nic takiego, pokłóciliśmy się – miałem nadzieję, że uda mi się uciąć temat.
Znalazła się jeszcze bliżej mnie. Zdecydowanie zbyt blisko. Spodnie, które miałem na sobie stawały się zbyt ciasne.
– Pomyślałam sobie, że może mógłbyś być zainteresowany m o i m i – podkreśliła wyraźnie ostatnie słowo – planami względem czternastki.
Musiałem wyglądać na tak samo zaskoczonego jak się poczułem, bo już po chwili w powietrzu rozbrzmiewał jej dźwięczny i pełen uroku śmiech.
Ava
Ósemka wykonała swoje zadanie, choć może nie zupełnie tak jak się tego spodziewałam. Najwyraźniej ta piekielna smarkula była odporna nie tylko na moje umiejętności, ale również w jakiś sposób wpłynęła na demona Hester. Dziewczyna jednak była przebiegła i skądś wytrzasnęła środki uspakajające, które bez problemu wstrzyknęła w ramię zaskoczonej koleżanki. Kiedy podeszliśmy, nie wiedziała co się z nią dzieje. Aron podniósł ją bez problemu, niczym szmacianą lalkę. Patrzyła na nas nieprzytomnym wzrokiem, a ja czułam przyjemną satysfakcję, że wreszcie się jej pozbędę.
Lila
Hester zrobiła mi jakiś zastrzyk, po którym nie mogłam się poruszać. Nie panowałam nad własnym ciałem. Po kilku chwilach zobaczyłam Arona i… Aveel. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Chłopak wziął mnie na ręce. Szliśmy na skraj lasu. Ogarnęła mnie panika. Zatrzymał się tuż przed linią drzew.
– Na co czekasz? – spytała zirytowanym głosem Aveel.
– Chcę zostać z nią sam na sam – oznajmił stanowczo Aron.
– Nie mamy teraz na to czasu – warknęła na niego Hester, a w jej tonie pobrzmiewały złość i dość absurdalna w tej sytuacji zazdrość.
– Należy mi się – Aron przeszywał wzrokiem profesor Aveel.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Masz pół godziny – oznajmiła odwracając się do nas plecami i odchodząc. Hester powoli, niechętna i wyraźnie zniesmaczona powlokła się za nią.
Aron ułożył mnie na trawie. Nie mogłam nic zrobić. Pochylił się nade mną, a ja patrzyłam na niego błagalnie. Zdawałam sobie sprawę z faktu, że zraniłam jego uczucia, ale czy… on naprawdę był taki? Jęknęłam cicho, z przerażenia, gdy znalazł się jeszcze bliżej, a jego dłonie zaczęły błądzić po moim ciele. Wargami dotknął mojego policzka, czułam na twarzy jego ciepły oddech.
– Nie bój się – szepnął tuż przy moim uchu. – Musisz mi zaufać, wciąż nas obserwują.
Nie potrafiłam zebrać myśli. Co i dlaczego właściwie się wydarzyło? O co im chodziło?
– Aveel potrafi paraliżować ludzi. Wystarczy jej jeden dotyk – mówił, nie przestając mnie całować.
Uspokoiłam się nieco, ale kiedy podwinął moją koszulkę wiedziałam, że co jak co, ale z pewnością nie jestem w stanie mu ani odrobinę zaufać. Przynajmniej nie w tej kwestii.
Aron
Gdzie on do cholery był i czemu w ogóle mu się nie spieszyło?! Jeżeli zaraz nie przestanę, to Lila była gotowa zabić mnie wzrokiem. Kto wie czy to nie była kolejna z jej cudownych umiejętności? Zaczynałem czuć coraz większy niepokój. Co jeżeli mi nie uwierzył? Albo co gorsza, jeżeli Lilien w ogóle go nie obchodziła? Odetchnąłem z ulgą, kiedy kątem oka zobaczyłem ciemną sylwetkę. Miałem nadzieję, że dziewczyna niedługo zacznie odzyskiwać kontrolę nad własnym ciałem, ale póki co wziąłem ją na ręce. W dalszym ciągu nie ważyła zbyt wiele. Aveel i Hester zszokowane wpatrywały się w Martina, którego, ich zdanem, nie powinno tu być. Tym co z niego emanowało nie było zdenerwowanie – to była lodowata furia. Zdecydowanie wolałem zadrzeć z Aveel niż z nim.
– Idź do lasu – rozkazał Hester – nie zatrzymuj się dopóki nie zostaniesz załapana.
Osłupiałem. Dziewczyna posłusznie odwróciła się i ruszyła ku lini drzew, by po chwili zniknąć w leśnym półmroku. Co do cholery?!
– Zawiodłem się na tobie – zwrócił się teraz ku Aveel, która patrzyła na niego jakby nie miała pojęcia co zamierza z nią zrobić. – Chcę, żebyś poszła do swojego pokoju i została tam póki po ciebie nie przyjdę – oznajmił chłodno. – Nie wiem kiedy to nastąpi.
Jej oczy zrobiły się wielkie, kobieta sprawiała wrażenie wstrząśniętej.
– Nie zrobisz mi tego! – jęknęła.
Wyglądało to zupełnie tak, jakby nie panowała nad własnym ciałem. Wyraźnie walcząc ze sobą odwróciła się i odeszła, zostawiając nas samych. O nie! Patrzyłem na niego zaniepokojony. Nic dziwnego, że przyzwyczaił się do tego, by wszyscy go słuchali! Skoro potrafił sprawić, żeby to robili… Teraz jego uwaga skupiła się na mnie. Zaborczo wyrwał Lilien z moich objęć.
– Czy ją też zmuszasz, żeby z tobą sypiała? – wyrwało mi się zanim zdążyłem pomyśleć.
Spojrzał na mnie ze złością, a ja poczułem się okropnie głupio. Musiałem przyznać sam przed sobą, że to by było dla mojego ego najwygodniejsze rozwiązanie.
– Do niczego jej nie zmuszam! – warknął. – Zresztą, nawet gdybym chciał i tak bym nie mógł – dodał już znacznie spokojniej. – Jest w jakiś sposób odporna na umiejętności innych.
Odwrócił się i tuląc Lilę w ramionach ruszył w kierunku zabudowań, a ja, nie widząc co mam ze sobą zrobić, powlokłem się za nim. Wolałem już więcej nie patrzeć na las, w którym zniknęła Hester.
Lila
Obudziłam się, a nawet nie mogłam sobie przypomnieć kiedy zasnęłam. Leżałam skulona na materacu, w rogu treningowej hali. Byłam przykryta rozpinaną bluzą Arona. Obok mnie siedział Martin, którego dłoń, jakby bezwiednie, błądziła po moich włosach.
– Dobrze się czujesz? – zapytał, kiedy zauważył, że nie śpię.
Spróbowałam wstać, ale zaczęło mnie mdlić, więc tylko usiadłam opierając się o ścianę.
– Bywało lepiej – mruknęłam.
Ku mojemu zaskoczeniu, w przejściu do następnego pomieszczenia, pojawił się Aron. Chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu głośny, przenikliwy dźwięk alarmu. Zamilkł dopiero po paru minutach.
– Co to do licha było? – Aron pierwszy zdążył zadać oczywiste pytanie.
– Zamknęli teren akademii – oznajmił spokojnie Martin, obejmując mnie ramieniem i przyciągając do siebie bliżej.
– Dlaczego? – spytałam zaciekawiona.
– Żebyśmy nie mogli się stąd wydostać – zauważył Aron.
– To też – Martin stwierdził obojętnym tonem – ale bardziej, żeby nikt z zewnątrz nie mógł dostać się tutaj.
– Po co ktoś miałby chcieć się tu znaleźć?
Gdybym miała wybór to teren akademii byłby ostatnim miejscem, w jakim chciałabym być.
– Ze względu na kopułę – wyjaśnił dziwnie cichym głosem. – Będą myśleli, że mogłaby ich ocalić.
Spojrzałam na niego zaintrygowana, ale to Aron ponownie zadał pytanie.
– Przed czym?
– Lepiej będzie jeśli wam pokażę – oznajmił Martin. – Poradzisz sobie? – zwrócił się do mnie.
Podniósł się z materaca i pociągnął mnie za sobą w górę. Stanęłam na lekko drżących nogach, ale mdłości na szczęście już minęły. Skinęłam głową, ale on i tak objął mnie ramieniem. To było miłe uczucie, ale bałam się pozwolić sobie na myślenie, że naprawdę się mną aż do tego stopnia przejmował.
Aron
Poszliśmy za Martinem do głównego budynku szkoły, a potem, przez labirynt korytarzy. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że przyprowadził nas do pomieszczenia, w którym jeszcze nigdy nie byłem. Nowoczesna technologia, obrazy z komputera wyświetlane na ścianach, wszystko to czego mi w akademii tak cholernie brakowało. Szkoła sprawiała wrażenie jakby chciała nas odciąć od jakiegokolwiek postępu technicznego i z pewnością nie spodziewałem się w niej takiego miejsca. Martin wydał kilka komend i po chwili otoczyły nas obrazy. To była jakaś symulacja. Symulacja tego, co stałoby się, gdyby jakiś duży obiekt uderzył w Ziemię.
– Nie rozumiem – odezwała się cicho Lila.
– Akademie nie zostały stworzone po to, żeby zapobiec wojnom – wyjaśnił beznamiętnie Martin. – Istnieją, żeby zapewnić ludzkości przetrwanie.
– Czy… to się ma wydarzyć? – zapytałem uświadamiając sobie co właściwie nam pokazywał.
Ku mojemu przerażeniu skinął głową.
– Naukowcy już kilkadziesiąt lat temu przewidzieli apokalipsę, jednak do tej pory nie udało im się w żaden sposób jej zapobiec. Jedna półkula planety zamieni się w pustynię. Na drugiej kompletnie zmienią się warunki atmosferyczne. Pojawi się całe mnóstwo anomalii pogodowych i katastrof naturalnych.
Zmroziło mnie nie tylko to co mówił, ale również w jaki sposób wypowiadał słowa. Zupełnie… jakby było mu to kompletnie obojętne. Lila zafascynowana wpatrywała się w symulację zagłady. Cholera! Czy tylko ja tutaj w jakiś sposób trzeźwo myślałem?!
– Kiedy? – spytałem, ale nie musiał mi odpowiadać na pytanie, bo już sam zauważyłem licznik. Dziesięć dni, dwanaście godzin i czterdzieści trzy minuty. – Dlaczego nie spróbują ewakuować ludzi pod kopuły? – nie rozumiałem.
Spojrzeli na mnie jak na przedszkolaka. Obydwoje.
– Ponieważ nic by to nie dało – wyjaśniła ze stoickim spokojem Lila. – Ci którzy umrą w wyniku zderzenia lub anomalii pogodowych będą mieli prawdziwe szczęście. Pozostałych, w ciągu kilku kolejnych tygodni, zabije promieniowanie. Kopuła w niczym by im nie pomogła.
– Więc dlaczego my się pod nią ukrywamy?
Tym razem odezwał się Martin.
– Dzięki naszym mutacjom genetycznym lub wyjątkowym zdolnością, jeżeli wolisz tak to nazwać, jesteśmy odporni na promieniowanie.
Zakręciło mi się w głowie. Mówili o APOKALIPSIE! Mówili o niej tak jakby przepowiadali pogodę na następny dzień! Nagle uświadomiłem sobie coś jeszcze.
– Muszę się stąd wydostać! – zwróciłem się do nich desperacko i rzuciłem się ku drzwiom, ale dziewczyna zagrodziła mi drogę. – Błagam Lila! Tam jest moja siostra. Ma dopiero dwanaście lat!
Patrzyła na mnie smutnym wzrokiem. Zdałem sobie sprawę, że chciała mi pomóc, naprawdę chciała, tylko po prostu nie potrafiła. Nikt nie potrafił, bo niby jak?
– Jak nazywa się twoja siostra i w jakim mieście mieszka? – spytał rzeczowo Martin, zupełnie mnie zaskakując.
A jakie to miało teraz znaczenie? Mimo to odpowiedziałem, desperacko chwytając się każdej, nawet porwanej nitki. Mężczyzna westchnął.
– Dysponuję wolnym miejscem na liście. Twoja siostra może zostać ewakuowana do jednego z górskich fortów. Zamknięci w nim ludzie prawdopodobnie przetrwają uderzenie, ale z powodu promieniowania już nigdy nie będą mogli go opuścić. Z pewnością nie w tym pokoleniu.
Spojrzałem na niego pełnym nadziei wzrokiem. Czemu mi o tym mówił?! Czego chciał w zamian?
– Zrobię wszystko! Wszystko co tylko mi każesz!
Najwyraźniej taka obietnica mu wystarczyła, bo tylko skinął głową.
– Niedługo dowiedzą się o tym wszyscy i zapewne spora część uczniów zareaguje tak ja Aron. Wybuchną zamieszki. Nie chcę, żebyś tam wtedy była – zwrócił się do Lilien. – Nie chcę, żebyście tam wracali, żadne z was – poprawił się, tym razem patrząc na mnie. – Póki co będziecie mieszkali u mnie – oznajmił. – Obydwoje. I w miarę możliwości będziecie trzymali się blisko mnie, a jeżeli nie będzie takiej możliwości, to Aron, jesteś odpowiedzialny za bezpieczeństwo Lilien. Dowiodłeś już, że mogę ci w tej kwestii zaufać.
Zabrzmiało to tak, jakby nie ufał mi w żadnej innej. No tak… Dziewczyna wcale nie wyglądała na zadowoloną. Raczej na zirytowaną, ale o dziwo się nie kłóciła. Cudownie! Kończył się świat, a ja miałem to obserwować w towarzystwie przyjaciółki, która miała szansę stać się moją dziewczyną i… jej pieprzonego chłopaka, którego polecenia musiałem wykonywać.
Rozdział Dwunasty
Lila
Dopiero teraz ujrzałam całość. Nie czułam się nawet specjalnie zaskoczona. Układanka była nareszcie kompletna. Na ekranach ukazywały się wszystkie dane. Dziesięć schronów, po trzy tysiące osób każdy, to będzie razem trzydzieści tysięcy. Do tego siedemnaście akademii na właściwej półkuli, po około trzystu uczniów każda. To będzie trochę ponad pięć tysięcy. Zderzenie i jego następstwa miało przeżyć niecałe czterdzieści tysięcy osób… Możliwe, że niektóre państwa spróbują wysłać w przestrzeń kosmiczną jakieś promy, ale to niewiele zmieniało. Wydłużało jedynie oczekiwanie na śmierć. Czterdzieści tysięcy z kilku miliardów. Liczby były zatrważające, zwłaszcza gdy stawały się nie tylko liczbami.
– Jaka jest w tym wszystkim twoja rola? – spytałam cicho, zwracając się do Martina. – Czego chcesz? Władzy?
Sprawiał wrażenie zaskoczonego moim pytanie. Przecząco pokręcił głową.
– Władza? Nie widzisz tego? – odezwał się spokojnie. – Wszyscy starzy nauczyciele już jakiś czas temu opuścili szkołę. Zostaliśmy tylko my. Przewidzieli to i dlatego każdy z nas otrzymał jedno miejsce w schronie, z odciętym dopływem powietrza z zewnątrz. Jedno miejsce, którym mogliśmy dowolnie rozporządzać. Chcą żeby nam zależało na utrzymaniu ich przy życiu. I większości z nas będzie na tym zależało.
– Ale nie tobie, prawda? – spytałam retorycznie, przypominając sobie jego rozmowę z bratem i dopiero teraz w pełni uświadamiając sobie co oznaczała.
Wzruszył ramionami.
– To nie takie proste – stwierdził. – Chciałbym, żeby przeżyli. Jak wszyscy. Tylko, że dla mnie to nasze przetrwanie zawsze będzie priorytetem, nie ich.
Jego logika była okrutna, ale sensowna. Zgadzałam się z nim i byłam pewna, że sama zrobię wszystko, żeby przeżyć.
***
Siedzieliśmy z Aronem pod ścianą i staraliśmy się wtopić w tło. Z tego co zrozumiałam wszyscy nauczyciele bez nadprzyrodzony umiejętności zdążyli już dawno opuścić szkołę i udać się do schronów. Zostali tylko ci, którzy byli tacy jak my, a jednak się od nas różnili. Od wczesnego dzieciństwa byli przygotowywani na to co ma się wydarzyć, znali prawdę. Oprócz Martina i Aveel, która zresztą się tutaj nie pojawiła, było ich jeszcze sześcioro. Ciemnoskóra Tessa była lekarzem i… jedną z milszych osób w tym miejscu. Lucas i Sara byli trenerami, on specjalizował się w boksie, ona w taekwondo. Eric był zagadką. Uczył konstrukcji broni i pokazywał nam kiedyś jak koncentrując wzrok w jednym punkcie przetapia materię. Karl i Winnie, którzy chyba byli rodzeństwem, nie uczyli niczego, ale rygorystycznie pilnowali porządku. Dopiero patrząc z tej nowej, przerażającej perspektywy zrozumiałam, dlaczego wszyscy, mimo młodego wieku, tak poważnie traktowali swoją pracę.
– Co oni tu robią? – Sara obrzuciła nas podejrzliwym spojrzeniem.
– Są ze mną i już wiedzą co się wydarzy – oznajmił chłodno Martin, ucinając dyskusję.
Pozostali nie mieli już żadnych obiekcji. Zaczęli dyskusję. Plan działania znali od dawna, ale spodziewali się nieprzewidzianych zdarzeń. Nic dziwnego, skoro chcieli przekazać trzystu osobom o nadprzyrodzonych zdolnościach, że niedługo zginą ich rodziny i bliscy… Każdy mógłby spodziewać się kłopotów.
– Czemu nie ma z nami Aveel? – spytała w pewnym momencie Tessa.
– Martin zabronił jej wychodzić z pokoju – wzruszył ramionami potężnie zbudowany Lucas, bagatelizując zniknięcie nauczycielki.
– O co takiego się pokłóciliście? Może byś jej wreszcie odpuścił? – wtrąciła się Winnie.
– Nie, to sprawa między nami – ton Martina był ostrzegawczy, ale najwyraźniej nie wszyscy zwrócili na to uwagę.
– I co, jeżeli któreś z nas zalezie ci za skórę to na nim też będziesz testował swoje zdolności? – zirytowała się tamta.
– Tak – odpowiedź Martina była krótka i pewna, a jednocześnie najwyraźniej nikt się jej nie spodziewał.
Napięcie, które pojawiło się w pomieszczeniu było wręcz namacalne. Rozmowy stały się konkretne i rzeczowe. Luźna, przyjacielska atmosfera została zdmuchnięta bezpowrotnie. Nie tylko ja nie miałam pojęcia dlaczego tak się zachował. Co chciał przez to uzyskać? Przecież i tak słuchali tego co miał do powiedzenia… Nie musiał nikogo zastraszać.
– Zamierzasz zostać dyktatorem? – spytałam kiedy wszyscy wyszli.
– Jeśli będę musiał – Martin sprawiał wrażenie niewzruszonego.
Przyjrzałam mu się uważnie, ale jego oblicze było nieprzeniknione, a spojrzenie… lodowato-zimne.
Ava
Siedzenie i bezczynne czekanie doprowadzało mnie do szaleństwa. Byłam w więzieniu, którego opuścić nie pozwalała mi moja własna psychika! Nie mogłam nawet skupić się na tym, że chciałabym ominąć te pieprzone drzwi! Wgapiałam się w nie bezustannie jakbym zupełnie zapomniała do czego służą. Żeby nie umrzeć z nudów i nie zwariować raz za razem oglądałam symulacje komputerowe lub sprawdzałam trajektorię lotu. Został nam tydzień, tydzień po którym skończy się życie jakie znaliśmy. Wtedy właśnie to się wydarzyło. Z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny asteroida zwolniła lot. Zrobiłam szybkie obliczenia, a potem sprawdzałam ich sens przynajmniej kilkadziesiąt razy, mimo że już przy pierwszym podejściu wszystko było jasne. Wpadnie w atmosferę ziemską o dziesięć godzin i czterdzieści trzy minuty później niż powinna, a to oznaczało, że zamiast w drugą półkulę, uderzy zbyt blisko nas. Nawet jeżeli to jakimś cudem, dzięki energetycznej tarczy przeżyjemy, znajdziemy się na pełnej płynnego ognia pustyni. Wówczas i tak nie będziemy mieli żadnych szans.
Lila
Mieli rację. Oczywiście, że mieli. Kiedy uczniowie dowiedzieli się o apokalipsie, wybuchły zamieszki. Wielu z nich chciało stąd uciec i znaleźć swoje rodziny. Dopiero teraz przekonałam się jak potrzebni i użyteczni byli strażnicy. Rozstawieni po korytarzach pilnowali, żeby nikt nie opuszczał budynku. W jakiś sposób nie tylko byli od nas silniejsi, ale również neutralizowali nasze zdolności. Byli uczniowie… istoty, którymi się stali… rozbudzili moją ciekawość. Byłam przerażona, ale też zaintrygowana.
– Co by się ze mną stało? To znaczy… gdybym została jedną z nich? – spytałam Martina, kiedy mijaliśmy ich po drodze z pokoju do treningowej hali.
Skrzywił się nieznacznie, odpowiedział jednak bez chwili wahania. Krótko i rzeczowo.
– Nic dobrego. Strażnicy tracą swoje ja. Zyskują zwierzęce cechy. Stają się zwierzętami. Co prawda zachowują swoją inteligencję, ale kierują się instynktem. Nie ma w nich ani grama człowieczeństwa.
– Czemu zostali stworzeni? – wypytywałam dalej.
– To drażliwa sprawa – wyjaśnił cicho. – Liczba osób na terenie akademii nie jest ograniczana dla czyjegoś widzimisię. Jeżeli będzie nas tu zbyt wielu nie będziemy w stanie przetrwać. Dlatego najsłabsi odpadają, ale nie można nikogo od tak wypuścić na zewnątrz. Z dużym prawdopodobieństwem taka osoba przeżyłaby uderzenie, a potem mogłaby zaszkodzić innym. – Odniosłam wrażenie, że nie chce o tym mówić, ale mimo wszystko kontynuował. – Ich powstanie to czysty przypadek. Naukowcy z początku chcieli sprawdzić skąd się biorą nasze umiejętności. Wstrzykiwali próbki naszego DNA, próbowali tworzyć mutacje. Jak widać nie wyszło im to zbyt dobrze. Strażnicy to potwory. Żywią się bólem i strachem.
Kolejny eksperyment… Wzdrygnęłam się na myśl, że to mogło stać się z Aronem… albo ze mną. Zastanawiałam się dlaczego nigdy się nie zbuntowali. Sprawiali wrażenie jakby byli do nas wrogo nastawieni. Jakby chcieli nas zaatakować, ale coś im na to nie pozwalało.
– Kto i jak ich kontroluje? – zadałam nurtujące mnie pytanie.
Martin obrzucił obojętnym spojrzeniem mijające nas bestie.
– W tej chwili chyba ja – odpowiedział ponuro.
To było aż nazbyt oczywiste, że nie jest z tego faktu ani odrobinę zadowolony. Natomiast jego „chyba” było zdecydowanie niepokojące.
***
Naprawdę starałam się nie gapić, ale nie mogłam się powstrzymać – wyglądał wspaniale. Uwielbiałam patrzeć jak ćwiczy. Uwielbiałam go obserwować. Uwielbiałam jego ciało i… nie tylko. Zaczęłam się zastanawiać czy jestem złą osobą. Kończył się świat, a jedyne o czym teraz potrafiłam myśleć to jak cudownie byłoby znaleźć się w jego ramionach… Tak, zdecydowanie byłam zła, ale… chyba mi to nie przeszkadzało. Poza tym… gdybym umarła zanim znalazłam się w Akademii to nawet nikt by się tym nie przejął. Teraz miałam przynajmniej Martina i Arona, a oni obydwaj stanęli w mojej obronie. Nie obchodziło mnie co nimi kierowało. Za to najwyraźniej innych obchodziło co kierowało Martinem, bo co chwila pojawiał się ktoś, kto zamierzał w jakiś sposób przemówić mu do rozumu, jak to ujmowali. Tylko, że oczywiście bezskutecznie. Tym razem byli to inni trenerzy – Lucas i Sara. Z początku mówili przyciszonymi głosami, ale pod koniec, zanim Martin ich wyrzucił, już niemalże krzyczeli. Czułam się coraz bardziej zirytowana, że nie możemy zostać sami. Kiedy wyszli z hali, podeszłam do niego wolnym krokiem. Naprawdę chciałam go zrozumieć…
– Czemu chcesz władzy? – spytałam cicho. – Nigdy tego nie wyjaśniłeś…
Spojrzał na mnie zaskoczony. Najwyraźniej trudno było mu się przyzwyczaić do tego, że nagle o wszystko pytam.
– Bo nie pozwolę, żeby zrobili z was niewolników – odpowiedział stanowczo. – Strażnicy byli potrzebni. Nie tylko do ochrony i polowań, ale także by podtrzymywać kopułę. Rozumiem to. Nie pojmuję tylko czemu potrzebowaliśmy ich aż tylu. Wydaje mi się, że pozostali pozbywali się po prostu wszystkich, którzy byli dla nich niewygodni.
– Tak jak ty chciałeś pozbyć się Arona? – nie byłam w stanie się powstrzymać.
Skrzywił się nieznacznie, ale odpowiedział szczerze.
– Tak, dokładnie to miałem na myśli.
W pewnym momencie objął mnie i przyciągnął do siebie. Zachłannie pocałował. Pragnęłam go, chciałam tego, mogłabym zatonąć w jego ramionach, oddychać pocałunkami, ale jednocześnie, tym razem, miałam ochotę go od siebie odepchnąć. Najwyraźniej wyczuł moje napięcie. Złagodniał. Przytulił mnie do siebie.
– Lila, nic się nie zmieni – usłyszałam jego głos tuż przy moim uchu.
– Wszystko się zmieni – odpowiedziałam mu cicho.
– Nie dla nas.
Jak to możliwe, że tak po prostu kończył się świat?
Ava
Odchodziłam od zmysłów. Nie chciałam umierać. Nie miałam zamiaru tutaj umrzeć! Musieliśmy coś zrobić! Potrzebowałam dostępu do lepszego sprzętu i kontaktu ze światem. Zostało tak mało czasu… Dlaczego musiał mnie zdradzić i zwrócić się przeciwko mnie? Dlaczego akurat teraz? Kiedy nareszcie otworzyły się drzwi byłam przekonana, że to moja jedyna szansa.
Lila
Z początku nie podobało mi się, że tu przyszliśmy, ale kiedy ją zobaczyłam… profesor Aveel w ciągu tych kilku dni stała się zupełnie inną osobą, a raczej wrakiem samej siebie. Zapuchnięte oczy, tłuste włosy, niechlujne, wymięte ubranie. Nie mogłam uwierzyć, że aż tak negatywie wpłynęło na nią siedzenie w pokoju. Po tym co zamierzała ze mną zrobić powinnam czuć satysfakcję, a ja czułam jedynie lekką odrazę. Było mi jej również nieco żal. To chyba nazywa się litość? Kobieta wzbudzała we mnie sporo uczuć, ale tym razem nie były zbyt intensywne i z pewnością nie pojawiły się wśród nich zazdrość czy gniew.
– Przyszedłeś! – wykrzyknęła na widok Martina z prawdziwą ulgą.
Mężczyzna skrzywił się nieznacznie. Poczułam napięcie jego mięśni.
– Gdyby to ode mnie zależało… – zaczął chłodno, ale przerwała mu w pół słowa.
– Nie mamy na to czasu! Musimy się stąd wynieść i to jak najszybciej!
– O czym ty mówisz? – spytał z trudem hamując złość.
– Uderzenie… zostało opóźnione… – z ust Aveel zaczął wylewać się potok słów, ale Martin odwrócił się zupełnie ją ignorując.
Delikatnie popchnął mnie przed sobą w stronę drzwi.
– To był błąd, że tu przyszliśmy – mruknął cicho – wybacz. Nie powinienem był im ulegać.
– Musisz mnie do cholery wysłuchać! – kobieta uczepiła się jego ramienia.
W jej oczach pojawiło się jakaś szalona dzikość i desperacja. Martin odepchnął ją od siebie, niczym szmacianą lalkę. Upadła na podłogę. Nie odwrócił się by choćby na nią spojrzeć.
– Lilien, błagam, przemów mu do rozumu! Ciebie posłucha! – krzyknęła, zanim zamknęły się za nami drzwi.
Poczułam się zaskoczona, że zwraca się do mnie w tak błagalny sposób. Jednego byłam pewna – Aveel była przekonana, że ma rację.
Aron
Nie wiem czemu się na to zgodziłem. Chyba dlatego, że rozbudziła moją ciekawość… a zarazem niepokój. Teraz, kiedy staliśmy w pokoju, za plecami Aveel, która wyglądała jak jakieś małe, żałosne stworzenie, a nie piękna, młoda kobieta jaką była jeszcze parę dni temu, wcale już nie uważałem, że to taki świetny pomysł.
– Musimy to sprawdzić – oznajmiłem rzeczowo. – Przecież gdyby to była prawda ktoś by się z nami skontaktował…
– Niekoniecznie – stwierdziła Lila. – Wszyscy pochowali się w schronach, nie wzięli pod uwagę tego, że kosmos bywa… nieprzewidywalny, a inne Akademie mogły w ogóle nie pomyśleć, że powinny się tym przejmować.
– Przyprowadźcie do mnie Erica – poprosiła cicho Aveel. – On może skontaktować się z innymi.
Lila przecząco pokręciła głową. To jak niesfornie wymykały się kosmyki z jej naprędce ułożonej fryzury było po prostu nie fair!
– Myślę, że to nie będzie konieczne – oznajmiła dziewczyna. – Możesz pójść z nami.
Aveel obdarzyła ją pełnym irytacji spojrzeniem.
– Sądzę, że nie rozumiesz jak działa umiejętność Martina…
– Och, doskonale rozumiem – Lila uśmiechnęła się lekko, a ja mógłbym przysiąc, że był to dość złośliwy uśmieszek. – Po prostu uważam, że potrafię ją wyłączyć. Nie zamierzasz spróbować?
Nauczycielka zerwała się z miejsca i podbiegła do drzwi, otworzyła je z okrzykiem dzikiej radości i wybiegła na korytarz. Wróciła z wyrazem lekkiego zakłopotania na twarzy, ale już po chwili odzyskała rezon.
– Dajcie mi chwilę – w jej głosie pobrzmiewała niemalże prośba – zanim stąd wyjdę muszę się umyć i przebrać.
Spojrzałem na Lilę, która tylko obojętnie wzruszyła ramionami. Ostatecznie zgodnie z prośbą usiedliśmy, żeby na nią poczekać.
***
Nie tego się spodziewałem. Przypuszczenia Aveel okazały się zgodne z prawdą, ale jedyną rzeczą do jakiej ograniczyli się nasi – podobno – nauczyciele było powiadomienie innych szkół. Później, całkiem zgodnie, zaczęli planować swoją i tylko swoją ucieczkę. Lila odnalazła moją rękę i zrozumiałem, że tak samo jak ja odczuwa beznadziejność całej sytuacji.
– Chodź, wychodzimy – mruknąłem do niej, wyciągając ją na korytarz.
Ku mojej uldze posłusznie poszła za mną. Kompletnie nikt nie zwrócił na nas uwagi. Jeżeli chcieliśmy ewakuować całą szkołę musieliśmy mieć cholernie dobry plan, zwłaszcza, że na nikogo innego najwyraźniej nie mogliśmy liczyć.
– Dokąd to? – spytał Martin, zatrzymując nas w drzwiach.
No tak… przecież on jeszcze nie wiedział. Kiedy zajrzał do środka na chwilę jego bezbarwna maska opadła, ustępując miejsca bezbrzeżnemu zdumieniu. Aveel. To jej się tam nie spodziewał. Chyba się domyślił jak to się stało, bo obrzucił Lilę zirytowanym spojrzeniem, a potem wypuścił nas na korytarz, sam wchodząc do środka i z premedytacją zamykając za sobą drzwi.