Rozdział 2 – Jak w bajce
by Vicky
Po lekcjach poszłam do biblioteki. Tu było mi znacznie łatwiej odrabiać lekcje niż w niewielkim pokoju, który wynajmowałam razem z koleżanką z Polski – Martą. Zrezygnowałam z akademika, który zaproponował mi wuj, żeby móc mieszkać właśnie z nią. Wolałam dzielić skromny pokój z przyjaciółką niż siedzieć sama w obcym miejscu, nawet jeżeli miałoby być luksusowe i dostatnie. Biblioteka była o tej porze zupełnie pusta. Siedziałam odrabiając zadanie z fizyki. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że z aroganckim uśmieszkiem na twarzy, podszedł do mnie Martin. Rzuciłam w niego ciężką książką, ponieważ była to pierwsza lepsza rzecz jaką miałam pod ręką. Złapał ją w locie.
– Ty draniu! – wrzasnęłam na niego.
– O co ci chodzi? – zapytał patrząc na mnie urażonym wzrokiem zbitego psa.
– Nie chcę brać udziału w twoich głupich grach! – warknęłam na niego sięgając po kolejny tom.
W jednej chwili znalazł się przy mnie. Złapał mnie za rękę.
– Odpłaciłem ci za przysługę – oznajmił cichym, poważnym głosem. – Przestały ci dokuczać, mam rację?
– Tak, ale nie w tym rzecz – rzuciłam ostro, wyrywając mu rękę.
– Więc o co chodzi? – teraz wyglądał na lekko rozbawionego. – Chciałaś iść ze mną na ten durny bal?
W tym momencie poczułam się jak idiotka.
– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam szybko. – W ogóle tam nie idę.
– To dlaczego się na mnie gniewasz? – zapytał rzeczowo.
– Bo mogłeś mnie uprzedzić co zamierzasz zrobić – warknęłam.
Roześmiał się.
– Nie jesteś zbyt dobrą aktorką – oznajmił z chłopięcą szczerością. – Nic by wtedy z tego nie wyszło.
Warknęłam na niego wściekle. Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. Chabrowe oczy zalśniły.
– Teraz w każdym razie jesteśmy kwita – oznajmił oddając mi książkę. – Przyszedłem ci to powiedzieć. Trzymaj się mała – rzucił drwiącym tonem i wyszedł, zostawiając mnie zupełnie samą w dużej, skąpanej w promieniach zachodzącego słońca, pustej bibliotece.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Początek kwietnia był ładny i słoneczny. Aber było niewielkim miasteczkiem położonym na granicy Morza Irlandzkiego, jakby ściśnięte pomiędzy Zatoką, a Narodowym Parkiem Snowdonia, w Walii, gdzie podobno mieszkał mój wuj, którego nigdy nie widziałam na oczy. W każdym razie, zwłaszcza o tej porze roku, było tu naprawdę pięknie. Uwielbiałam zarówno lasy jak i usiane poszarpanymi klifami morskie wybrzeże. Często chodziłam na samotne spacery, nawet do oddalonej pół godziny drogi od mojej kamienicy szkoły, wolałam chodzić piechotą niż tłoczyć się w załadowanym po brzegi autobusie. Tego ranka, kiedy wchodziłam przez, zdobioną przy pomocy kowalstwa artystycznego, bramę mojej szkoły, podbiegł do mnie Eric. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wyglądało to tak, jakby tutaj na mnie czekał.
– Cześć piękna – przywitał mnie wesołym uśmiechem, zabierając ode mnie torbę z książkami.
– Hej, co tak wcześnie? – zapytałam przyzwyczajona, że chłopak pojawia się dopiero przed samym dzwonkiem.
– Mam do ciebie sprawę – oznajmił. – Zaprosiłaś już kogoś na bal? – zapytał.
Spojrzałam na niego pytająco. Co oni wszyscy z tym balem? Poza tym co to za głupi zwyczaj, żeby dziewczyny zapraszały chłopaków?
– Nie planuję tam iść – odpowiedziałam mu wzruszając ramionami.
– W takim razie może zmieniłabyś zdanie i poszlibyśmy razem? – uśmiechnął się ujmująco.
Patrzył na mnie takim wzrokiem, a ja naprawdę go polubiłam i nie chciałam mu sprawiać przykrości.
– Jeżeli ci na tym zależy – mruknęłam.
Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
– W takim razie jesteśmy umówieni – oznajmił wesoło i razem poszliśmy w kierunku szkoły.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Owinięta dużym, kąpielowym ręcznikiem wracałam z basenu do przebieralni. Myślałam o tym, jakie konsekwencje będzie miało, to, że pójdę na bal z Ericem. Słyszałam już dzisiaj przed zajęciami, jak Kate z wypiekami na twarzy prosiła go, żeby z nią poszedł. Chłopak grzecznie i tajemniczo odmówił, mówiąc, że jest już zajęty i nie zdradzając żadnych więcej szczegółów. Co jednak zrobią, kiedy się dowiedzą, że to właśnie o mnie chodzi i że to ja „zaprosiłam” na bal Erica. W pewnym momencie drogę zagrodził mi barczysty blondyn. Nie znałam go nawet z widzenia. Miał na sobie tylko kąpielówki. Spojrzałam na niego pytająco.
– Hej laska, jesteś Polką, prawda? – zapytał nie oczekując odpowiedzi. – Wy lubicie obciągać – oznajmił z pewnym siebie uśmieszkiem.
Na chwilę wmurowało mnie w ziemię. Bez słowa spróbowałam go wyminąć, ale mi na to nie pozwolił. Próbował mnie złapać, odskoczyłam gwałtownie. W dłoniach został mu tylko mój niebieski ręcznik. Zadrżałam z zimna w samym, wilgotnym, sportowym stroju kąpielowym. Podszedł do mnie bliżej. Z tyłu były szafki. Nie miałam już gdzie się cofać.
– Zrobisz mi loda i dam ci spokój – zaproponował, kiedy znalazł się tuż przy mnie.
Chciałam go uderzyć. Z wściekłą miną złapał mnie za rękę. W tym momencie ktoś odciągnął go do tyłu. Ze zdziwieniem zobaczyłam chłodne spojrzenie niebieskich oczu. Mimo tego, że znajdowaliśmy się w hali basenu, Martin był kompletnie ubrany. Popchnął zaskoczonego blondyna, tak, że tamten wpadł na drewnianą ławkę i potykając się o nią runął na kremowe kafelki posadzki.
– Odwal się od niej – warknął stając nad nim. Podniósł mój ręcznik. Rzucił mi go niedbale. – Wynoś się! – rozkazał, nawet nie patrząc na mnie.
Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Przytuliłam do siebie niebieski materiał i mając nadzieję, że nie pośliznę się na mokrych kafelkach, pobiegłam prosto do przebieralni.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Już w mundurku szkolnym, ale zupełnie nie gotowa na kolejne lekcje, wyszłam na miękkich nogach z hali basenu. To co się przed chwilą stało wyprowadziło mnie z równowagi. Przed budynkiem szkoły, na drewnianej ławce czekała na mnie Nataly. Usiadłam przy niej kładąc głowę na ramieniu przyjaciółki.
– Co się stało? – zapytała od razu widząc, że coś jest nie tak.
– Nienawidzę tej szkoły – mruknęłam. – Ci ludzie nie są normalni. Dlaczego ci kretyni mają mnie za dziwkę? Co zrobiłam, żeby mogli tak sądzić?
Nataly uśmiechnęła się smutno. Pogłaskała mnie po ramieniu.
– Myślałam, że nie słyszysz tego lub jeśli słyszysz to ignorujesz – stwierdziła cicho. – Oni mają się za lepszych, bo w większości są Walijczykami. Poza tym nie wszyscy są tacy. Zresztą w naszej klasie żaden chłopak o tobie złego słowa nie powie, już Eric o to zadbał.
– Zaprosił mnie na bal – westchnęłam.
– Kto, Eric? – spytała wcale nie zaskoczona Nataly.
– Aha – mruknęłam. – Potem pewnie dopiero rozpocznie się piekło.
– Nie sądzę – uśmiechnęła się do mnie pogodnie przyjaciółka. – Po przedstawieniu z Martinem, dziewczyny raczej będą ci kibicować.
– Obyś miała rację – westchnęłam smętnie. – Mam już dosyć tej całej pochrzanionej sytuacji. I wiesz co? – uśmiechnęłam się do niej leciutko. – Ja naprawdę lubię Erica.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Mieliśmy wolną godzinę. Wszyscy wyszli na dwór i tylko ja, opustoszałym korytarzem szłam w kierunku biblioteki. Zatrzymałam się na chwilę, kiedy w jednej z kameralnych wnęk zobaczyłam siedzącego na szerokim parapecie Martina. Właściwie nie chciałam z nim rozmawiać, miałam ochotę zawrócić i uciec byle dalej od chamskiego chłopaka, ale uznałam, że wypada mu podziękować, w końcu, gdyby nie on, nie wiadomo co by się dzisiaj stało. Podniósł na mnie pytające spojrzenie kiedy podciągnęłam się na rękach, siadając przy nim na parapecie. Niechętnie wyłączył mp3 playera.
– Tak? – odezwał się zrezygnowany.
– Wiem, że masz to w dupie – mruknęłam – ale chciałam ci podziękować. Czego słuchasz? – spytałam od niechcenia.
– Masz – westchnął podając mi słuchawkę – bylebyś siedziała cicho.
Sama nie wiedziałam dlaczego nie zaprotestowałam. Usiadłam przy nim, wyciągając z torby książkę, którą miałam czytać w bibliotece. Martin włączył muzykę. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że słyszę znajome piosenki. Najpierw leciał System, potem Metallica, zupełnie jakbym słuchała swojej listy utworów. Brakowało mi tylko Polskich piosenek i mniej znanych zespołów takich jak Decard, za to w zamian za nie słyszałam jakiś Francuski hard rock i nieco skoczniejsze Walijskie kawałki. Wyjęłam z torby swoje mp3, podałam mu rozbawiona.
– Przejrzyj listę – roześmiałam się.
Spojrzał na mnie skonsternowany, ale zaczął przeglądać moją play listę. Najwyraźniej był bardziej zaskoczony niż ja, bo jego chabrowe oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia. Przeczesał palcami ciemne, rozwichrzone włosy.
– Zamieńmy się do jutra – zaproponował. – Chętnie posłucham tego, czego nie znam.
– Ok. – odpowiedziałam zsuwając się z parapetu, właściwie nie miałam nic przeciwko przegraniu sobie kilku fajniejszych kawałków. Podał mi swojego czarnego ipoda, zatrzymując moje poczciwe, bez firmowe mp3. – To do jutra – powiedziałam odchodząc.
– Na razie – mruknął zakładając słuchawki na uszy i na cały regulator włączając muzykę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Następnego dnia szłam do szkoły słuchając muzyki z czarnego ipoda. Wyjmowałam go właśnie przed szkołą z torby, kiedy dopadł mnie Eric. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie.
– Skąd to masz? – zapytał ostro.
– A co za różnica? – odwarknęłam bezmyślnie.
– Bo to nie twoje – oznajmił patrząc mi w oczy.
Zamrugałam. O co mu do licha chodziło?
– Nie, nie moje – odpowiedziałam spokojnie.
Wziął mnie za rękę. Pociągnął do wnętrza szkoły.
– Oddaj – rozkazał.
– Co? – popatrzyłam na niego niedowierzająco, a on po prostu wyjął mi go z ręki, a potem oddalił się korytarzem.
Przeklęłam w duchu. Co ja niby powiem Martinowi?! Pobiegłam za Ericem na drugie piętro. Zamarłam, kiedy wyjrzałam zza rogu schodów. Chłopak stał naprzeciwko Martina.
– Mam twoje mp3 – oznajmił podając mu ipoda.
Tamten przeczesał palcami ciemne włosy, uśmiechnął się ironicznie.
– Dzięki – mruknął, a potem odwrócił się i odszedł korytarzem.
Oszołomiona spojrzałam na Erica. Czy on do cholery pomyślał, że go ukradłam? Dlaczego Martin nie zaprotestował?! W tym momencie nienawidziłam go jeszcze bardziej niż przedtem. Zbiegłam na dół nie patrząc przed siebie. Usiadłam w jakiejś wnęce na pustym korytarzu. Do oczu napłynęły mi łzy. Zasłoniłam je rękami. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ktoś przy mnie jest. Eric ukucnął przy mnie, odciągnął ręce od mojej twarzy.
– Zostaw mnie – syknęłam.
Spojrzał na mnie jakby nie rozumiejąc.
– To był ipod Martina, tego chłopaka, na którego wpadłaś pierwszego dnia w stołówce. Oddałem mu go – powiedział powoli.
– Naprawdę sądzisz, że go ukradłam? – spytałam wpatrując się intensywnie w jego zielone oczy.
– Ukradłaś? – spytał zaskoczony. – Nawet nie przyszło mi to do głowy – uśmiechnął się do mnie łagodnie – ale teraz rozumiem dlaczego się na mnie gniewasz. Podejrzewam, że to dziewczyny ci go podrzuciły… Widziałem, że ci trochę dokuczają, a uwierz mi, nie chciałabyś mieć w nim wroga. Gdyby się dowiedział… On potrafi się mścić.
– Więc mu go oddałeś, żeby on tak nie pomyślał? – zapytałam zaskoczona.
– Dokładnie – powiedział podając mi dłoń, żeby pomóc wstać z podłogi.
Chwyciłam jego rękę. Podniosłam się zgrabnie, wierzchem drugiej dłoni ocierając łzy. Wspięłam się na palce, całując Erica w policzek. Uśmiechnął się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem.
– Muszę się umyć – powiedziałam cicho, lekko zażenowanym głosem – spotkamy się pod salą, dobrze?
Skinął głową, a ja pobiegłam korytarzem. Umyłam twarz zimną wodą, żeby nie było widać moich łez. Potem poszłam po książki. W szafce leżało moje mp3.
– Dupek – mruknęłam pod nosem, wkładając je do torby.
Szybkim krokiem, z myślą, że chętnie bym coś, a najlepiej kogoś, kopnęła po drodze, poszłam pod drzwi naszej klasy.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Nadeszła połowa kwietnia, długo wyczekiwany przez wszystkich dzień wiosennego balu. Zaskoczyło mnie, że zostałam wezwana do sekretariatu, w którym czekała na mnie długa, błękitna, wieczorowa suknia. Mój wuj, po prawie czternastu latach, nareszcie zaczął spełniać swoje obowiązki, podobno, prawnego opiekuna. Uśmiechnęłam się kwaśno. Nie chciałam wkładać tej sukni, ale wiedziałam, że zrobię to, głównie ze względu na Erica. Nie chciałam, żeby przeze mnie źle się bawił. Jemu najwyraźniej na tym balu zależało znacznie bardziej niż mi.
Nataly kategorycznie odmówiła pójścia na bal, ale zaprosiła mnie do siebie, postanawiając, że zrobi ze mnie swoją lalko-modelkę i zabawi się w tworzenie artystycznego makijażu i fryzury. Zapaliła się do tego jak mała dziewczynka, dlatego umówiłam się z Ericem właśnie pod jej domem. Punkt dziewiętnasta, chłopak czekał pod drzwiami z bukietem czerwonych róż. Promiennie uśmiechnął się na mój widok. Wsiedliśmy do prowadzonej przez elegancko odzianego szofera białej limuzyny i pojechaliśmy na mój pierwszy w życiu bal.
Właściwie, w towarzystwie Erica, bawiłam się całkiem dobrze. Wszystko odbywało się w wielkim holu naszej szkoły. Był cudownie przystrojony biało-różowymi, wiosennymi kwiatami. Sprawiał wręcz baśniowe wrażenie. Śmiałam się i tańczyłam tyle co nigdy dotąd. Nataly miała rację. Kiedy Eric zostawił mnie samą na krótką chwilę, natychmiast podeszła do mnie podekscytowana Angela, chwilę potem dołączyła do niej Paula. Zamiast grozić i straszyć zaczęły jedna przez drugą gratulować oraz udzielać dobrych rad. Więc jednak Martin miał na moje życie też jakiś pozytywny wpływ. Wrócił Eric. Zatańczył z zachwyconymi dziewczynami. Całkiem zadowolona z życia wpatrywałam się w wirujące na parkiecie barwne pary. Potem jednak na moim błękitnym niebie pojawiła się jedna czarna chmura.
– Co tu robisz?! – warknął na mnie Martin. – Nie miało cię tu być.
Zamrugałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazł się przy mnie. Miał na sobie idealnie skrojony, czarny garnitur, nie miał jednak kotyliona, więc najwyraźniej był na balu sam.
– Ale przyszłam – odpowiedziałam zaskoczona. – Zresztą, co cię to obchodzi?
– Z kim? – zapytał.
– Co z kim? – nie zrozumiałam.
– Z kim przyszłaś? – dokończył pytanie.
– To jakaś różnica? – mruknęłam poirytowana. – Jestem tu z Ericem, jeżeli chcesz wiedzieć.
– Kretyn – warknął z jakiegoś powodu wkurzony Martin.
Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia z sali.
– Ej, puszczaj! – spróbowałam się wyrwać, ale chłopak trzymał zbyt mocno.
Pociągnął mnie na schody, protestującą zaprowadził na górę. Zaczęłam krzyczeć. Zatkał mi usta dłonią, mimo, że i tak nie sądziłam, że przy tak głośnej muzyce ktokolwiek może mnie usłyszeć.
– Zamknij się – syknął na mnie, wpychając do jakiegoś pokoju.
Zamknął za nami drzwi. To było pomieszczenie ochrony. Na kilku sporych monitorach widziałam odbywający się na dole bal. Wreszcie Martin mnie puścił. Odskoczyłam od niego jak oparzona, odsuwając się w najdalszy kąt pokoju. Prychnął. Z politowaniem pokręcił głową, odwracając się w stronę ekranów. Na sali pojawiły się duże, różnobarwne pinaty. Rozbawieni ludzie zaczęli je rozbijać. Coś było nie tak. Ze zgrozą zobaczyłam, jak zamiast papierowych kwiatów i cukierków, z zabawek wylewają się tonące w paskudnej cieczy owady. Przerażeni ludzie zaczęli uciekać. Potem włączył się alarm przeciwpożarowy. Z sufitu trysnęła woda, zalewając całą salę. Tłum gęstniał przy wszystkich możliwych wyjściach. Dziewczyny krzyczały w panice. Zapanował chaos. Patrzyłam na to wszystko osłupiała. Pobladłam na twarzy.
– Jesteś psychopatą – odezwałam się chłodno do, wpatrującego się w monitory, najwyraźniej zadowolonego z siebie chłopaka.
– Być może – odpowiedział, a w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek.
Chłopak wyciągnął telefon. Wybrał numer.
– Mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła – mruknął do słuchawki – pokój ochrony, drugie piętro.
Potem się rozłączył. Chwilę później do pomieszczenia wpadł Eric. Jego zielone oczy płonęły. Z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że on także był zupełnie suchy. Odgoniłam od siebie oskarżycielskie myśli. Musiał mnie pewnie szukać po szkole. Na mój widok odetchnął z ulgą. Rozłożył ręce, a ja wpadłam w jego ramiona. Przytulił mnie do siebie i wyprowadził z pokoju. Zanim zamknął drzwi, zobaczyłam jeszcze ostatni, drwiący, nieco pogardliwy uśmiech na twarzy Martina.
– Przepraszam – powiedział cicho Eric, kiedy jako jedni z ostatnich wychodziliśmy ze szkoły. – Przepraszam, że zostawiłem cię samą.
Uśmiechnęłam się do niego blado. Eric odwiózł mnie do domu, a ja o niczym nie marzyłam tak bardzo, jak o znalezieniu się we własnym łóżku. Dalej nie mogłam uwierzyć w to co się stało, a już na pewno nie w to, że taki chaos zaplanował właśnie Martin. Chociaż z drugiej strony, właściwie to do niego całkiem pasowało. Tylko jaki mógł mieć motyw?
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Była niedziela. Piękne, słoneczne, kwietniowe popołudnie. Wybrałam się na długi spacer po lesie. Dręczyły mnie wydarzenia z balu. Nie rozumiałam, dlaczego Martin to zrobił, ale jeszcze większą zagadką było dla mnie, czemu nie zostawił mnie na dole razem z innymi. Co właściwie łączyło jego i Erica?
Usłyszałam hałas jadących polną drogą quadów. Nienawidziłam kiedy ludzie zakłócali leśny spokój „tymi rzeczami”. Nie miałam nic przeciwko – niech sobie jeżdżą, ale powinni to robić na wyznaczonych torach, a nie tam gdzie popadnie. Zwłaszcza nie tutaj, na wybrzeżu, gdzie teren oznaczony był jako ścisły rezerwat przyrody. Pojazdy zatrzymały się między drzewami. Słyszałam głośne śmiechy chłopaków. Podeszłam odrobinę bliżej, chowając się za drzewami. Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam, żeby mnie zauważyli. Zaskoczona rozpoznałam kolegów ze szkoły, a wśród nich szczupłą sylwetkę Erica. Już miałam wyjść, przywitać się z nimi, kiedy zobaczyłam coś jeszcze. Michael i Alan wyciągnęli coś, a raczej kogoś, co spostrzegłam dopiero po chwili, z jednego z zaparkowanych quadów. Bezceremonialnie rzucili chłopakiem o ziemię, jakby był workiem ziemniaków. Zasłoniłam usta dłonią, żeby nie krzyknąć, kiedy rozpoznałam ciemne, niesfornie opadające na oczy włosy. Stałam jak wmurowana w ziemię i ze zgrozą obserwowałam jak moi koledzy kopią leżącego na ziemi Martina. Cała moja sympatia do przystojnego, uroczego Erica prysła jak bańka mydlana. Leżący na trawie chłopak próbował się podnieść, nie pozwolili mu na to. Zobaczyłam, że ma związane ręce. Czy oni powariowali? Nogi się pode mną ugięły. Nie miałam pojęcia co mogę zrobić. Czy w ogóle istniało coś takiego? Nie miałam nawet pieprzonego telefonu! Zresztą i tak nie wiedziałabym do kogo mam zadzwonić. Alan przyczepił linę do związanych nadgarstków Martina. Chłopaki z powrotem wsiedli do quadów. Ruszyli. Chłopak z początku próbował biec za nimi, ale bardzo szybko potknął się i przewrócił. Spory kawałek pokonał szorując brzuchem po nierównej drodze, a potem Michael odciął naprężoną linę i odjechali, zostawiając go leżącego na drodze.
Byłam w szoku. Chwilę zajęło mi zanim odzyskałam władzę w nogach. Podbiegłam do niego. Z trudem usiadł. Jego elegancka koszula była podarta i pobrudzona w wielu miejscach. Przez policzek chłopaka przebiegało podłużne, nieprzyjemne zadrapanie. Nadgarstki Martina były poobcierane do krwi. Kiedy usłyszał moje kroki, podniósł wzrok. Widziałam jak zaskoczenie na jego twarzy zmienia się we wściekłość.
– Zjeżdżaj stąd! – warknął nieprzyjaźnie nieco zachrypniętym głosem.
– Nie! – tym razem dla odmiany nie zamierzałam go posłuchać.
Usiadłam przy nim na ziemi, nie zwracając uwagi, na to, że brudzę swoje jasne jeansy. Pomogłam mu rozwiązać ręce. Boleśnie chwycił mnie za nadgarstki.
– Wynocha! – syknął.
– Nie! – powtórzyłam stanowczo poprzez łzy, które w międzyczasie napłynęły mi do oczu.
Spojrzał mi w oczy. Puścił.
– Nic nie widziałaś, jasne? – odezwał się zrezygnowany.
– Ale… – zaczęłam, jak niby mogłam to zlekceważyć?
– To nasze prywatne sprawy – uciął krótko. – Ciebie to nie dotyczy.
Milczałam. Chłopak wstał. Zachwiał się. Skrzywił się przy pierwszym kroku. Jego twarz była blada jak płótno. Zerwałam się z ziemi. Przysunęłam do niego. Objęłam go w pasie. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie.
– Odprowadzę cię – wyjaśniłam najspokojniejszym głosem, na jaki było mnie stać.
Wzruszył ramionami.
– Jak sobie chcesz – mruknął tylko.
Przez las szliśmy grubo ponad pół godziny. Martin nie odezwał się do mnie ani słowem. W końcu nie wytrzymałam. Ciekawość zwyciężyła nad dumą.
– Czemu oni ci to zrobili? – zapytałam cichutko, czemu Eric brał w tym udział? – dodałam w myślach, to co zabolało mnie najbardziej. – Czy to zemsta za zepsucie balu?
Chłopak prychnął.
– Nie sądzę. Zresztą „bal” – niemal wypluł to słowo – to nie do końca moja sprawka. – Mamy pewne „porachunki” – burknął. – Dla własnego dobra, nie mieszaj się w to – powiedział, a ja w tonie jego głosu wyczułam nie tyle rozkaz, co raczej prośbę.
Postanowiłam w tym momencie nie drążyć tego tematu. Skończył się las. Zatrzymaliśmy się przed wysokim, kamiennym murem. Spojrzałam pytająco na Martina. Wzruszył ramionami. Bez specjalnego problemu wspiął się na rosnące przy murze drzewo. Już po chwili stał na szczycie płotu. Wpatrywałam się w niego skonsternowanym wzrokiem.
– Idziesz czy nie? – ponaglił.
Niechętnie wspięłam się na drzewo. Wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłam ją i przy jego pomocy znalazłam się na murze. Martin zgrabnie zeskoczył po drugiej stronie. Usłyszałam szczekanie. W stronę chłopaka biegły dwa pokaźnych rozmiarów rotwailery. Na chwilę zamarłam przerażona, ale psy zamiast warczeć czy atakować radośnie podskakiwały u nóg Martina.
– Max, Ouran, siad – rozkazał, a one posłuchały bez najmniejszych protestów.
Zsunęłam się z muru, a chłopak objął mnie w pasie, zanim zdążyłam dotknąć ziemi.
– Widzę, że często łazisz po płotach i dachach – mruknęłam.
Obrzucił mnie skonsternowanym spojrzeniem.
– No co, chyba nie myślałaś, że w takim stanie wejdę od frontu? – zapytał ironicznie.
Psy podeszły do mnie obwąchując ciekawie. Martin przez chwilę pozwolił im na to, a potem złapał mnie za rękę i przez równiutko przystrzyżony trawnik pociągnął w stronę domu. Willa w której mieszkał była ogromna. Zdziwiło mnie jednak, że nikogo w niej nie ma. Chłopak zaprowadził mnie na drugie piętro, do rozległych, urządzonych w ciemnych tonacjach pokoi.
– Tu masz łazienkę – oznajmił otwierając przede mną jedne z wielu ciemnobrązowych drzwi. – Czyste ręczniki leżą na szafce. Zaraz przyniosę ci jakąś górę – stwierdził patrząc na moją umorusaną błotem dresową bluzę.
Chwilę później przyszedł do mnie z czarnym longsleevem. Niechętnie wzięłam szybki prysznic. Wolałabym to zrobić w domu, ale uznałam, że tym razem Martin ma rację. Głupio bym się czuła, gdybym miała taka umorusana błotem iść ulicami miasta. Włożyłam z powrotem swoje niebieskie jeansy i jego, zdecydowanie za dużą, bawełnianą bluzę. Kiedy weszłam do pokoju, chłopak stał w samych spodniach, przerzucając ubrania w dużej, rozsuwanej szafie. Skrzywiłam się widząc na jego ciele siniaki i poobcieraną w wielu miejscach skórę.
– Szybka jesteś – mruknął wkładając na siebie czystą, czarną koszulę.
Wzruszyłam ramionami.
– Odprowadź mnie do wyjścia – poprosiłam.
– Jeżeli poczekasz chwilę, to cię odwiozę – oznajmił uśmiechając się leciutko.
– Na pewno jesteś w stanie? – zapytałam powątpiewająco.
Skinął głową, ale nie zdążył nic powiedzieć, kiedy usłyszeliśmy kroki na schodach. Martin zaklął. Pociągnął mnie w stronę kolejnych drzwi.
– Błagam, nie wychodź stąd – poprosił wpychając mnie do środka.
Znalazłam się w jego sypialni. W pokoju stało duże, równiutko zaścielone łóżko z pomalowanego na czarno drewna i prosta, nocna szafka, na której leżała książka. Właściwie nie było tu nic więcej. Zaskoczona rozpoznałam okładkę jednej z powieści Pratchetta. Ciekawość jak zwykle we mnie zwyciężyła i wyjrzałam przez szparę w lekko uchylonych drzwiach. Zamrugałam zaskoczona. Do dużego pokoju wszedł Eric. Wyglądał na mocno zaniepokojonego.
– Nic ci nie jest? – zapytał podchodząc szybkim krokiem do Martina. – Tym razem przegięli i to bardzo – powiedział przepraszającym tonem. – Za nic nie chcieli mnie słuchać.
– Przeżyję – usłyszałam ironiczny głos Martina.
– Naprawdę uważasz, że warto? – niechętnie spytał Eric.
– Tak – odpowiedział pewnym głosem Martin – a teraz przepraszam, ale mam coś do załatwienia – oznajmił odprowadzając drugiego chłopaka do drzwi – porozmawiamy później.
Eric zawahał się w progu, a potem niechętnie wyszedł. Martin zatrzasnął za nim drzwi. Niepewnie wysunęłam się z sypialni. Obrzuciłam chłopaka pytającym spojrzeniem.
– Co on tu robi? – spytałam nie mogąc się powstrzymać.
Teraz to Martin wyglądał na zaskoczonego.
– Eric jest moim bratem, nie wiedziałaś? – zapytał rozbawiony.
Zamrugałam.
– Pod żadnym względem nie jesteście do siebie podobni – odpowiedziałam czując w sobie ulgę, że jednak nie pomyliłam się co do Erica, że wcale nie bawiło go to co robili jego koledzy. – Poza tym z tego co wiem, macie różne nazwiska…
Martin uśmiechnął się ironicznie.
– Mamy inne matki – odpowiedział. – Mój ojciec ożenił się z Heleną po śmierci swojej żony. Miałem wtedy niecałe dwa lata. Ona jest dosyć znaną aktorką i nigdy nie zmieniła nazwiska, a Eric nosi to po matce.
– Och – wymknęło mi się nieproszone.
Nie miałam pojęcia jak to skomentować, więc postanowiłam przemilczeć.
– Idziemy? – zapytał otwierając przede mną drzwi. – Nie mów mu, że tu byłaś – poprosił cicho, kiedy przechodziłam obok.
– Jak chcesz – odpowiedziałam tylko wzruszając ramionami.
Tego dnia zdecydowanie miałam dosyć natłoku nowych informacji. Wyszliśmy razem przed dom, a potem weszliśmy do sporych rozmiarów garażu. Próbowałam ukryć zaskoczenie, kiedy Martin podał mi kask.
– Trzymaj – rzucił mi skórzaną, motocyklową kurtkę.
Włożyłam ją na siebie i usiadłam za nim na wiśniowo-czerwonej Hondzie. Nigdy do tej pory nie jechałam na motorze, więc lekko przestraszona objęłam Martina w pasie. Ruszyliśmy przejeżdżając pilnowaną przez dwóch uzbrojonych strażników bramą. Wzdrygnęłam się na myśl o tym, że wchodziliśmy do środka przez płot.
– Dokąd jedziemy? – zapytał siedzący przede mną chłopak, a ja podałam mu adres.
Pół godziny później zatrzymaliśmy się pod kamienicą w której wynajmowałam pokój. Zsunęłam się z motocykla, oddając Martinowi kask. Zdziwiłam się, kiedy chłopak też wstał. Obrzuciłam go pytającym spojrzeniem.
– No co? – spytał z drwiącym uśmieszkiem na ustach. – Nie zaprosisz mnie do środka?
– Jeżeli chcesz – odpowiedziałam obojętnie.
Weszliśmy do zbudowanej z czerwonej cegły kamienicy. Potem po schodach na czwarte piętro. Otworzyłam drzwi do niewielkiego pokoju pod samym dachem. Pod pochyłymi ścianami stały dwa wąskie łóżka, a pod jedyną prostą niewielki stolik i szafa.
– Tutaj mieszkasz? – spytał Martin zaintrygowany.
– Aha, mam współlokatorkę – dodałam, ciesząc się w duchu, że akurat jej nie ma.
Nie miałam ochoty przedstawiać jej Martina, właściwie nikomu nie miałabym ochoty go przedstawiać. Dalej nie miałam pojęcia jak to możliwe, że był bratem tak diametralnie innego od niego Erica.
– Przytulnie – mruknął, a jego głos niemalże ociekał ironią.
– Może już sobie pójdziesz, jak ci się nie podoba? – zapytałam z nadzieją.
– Zostanę – oznajmił siadając na moim łóżku.
– Czy dokuczanie mi cię bawi? – zapytałam zupełnie szczerze.
– W pewnym sensie – odpowiedział podpierając się na łokciu. – Nie zaproponujesz mi nic do picia? – zapytał. – To bardzo niegrzecznie z twojej strony.
Warknęłam. Roześmiał się.
– Wynocha! – syknęłam. – Idź już sobie!
Wstał. Uśmiechnął się łobuzersko. Podałam mu kurtkę. Pokręcił przecząco głową.
– Przyda ci się jutro – mruknął. – Rano po ciebie przyjadę.
Potem wyszedł, a ja z trudem powstrzymałam się, żeby nie rzucić czymś ciężkim, w zamykające się za nim drzwi.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Rankiem przekonałam się, że Martin nie rzuca słów na wiatr. Kiedy wyszłam z kamienicy, okazało się, że czeka pod moim domem, on i jego wiśniowo-czerwona Honda. Skąd on w ogóle wiedział, że wychodzę tak wcześnie?! Kiedy tylko mnie zobaczył, jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku.
– Trzeba było włożyć spodnie – mruknął podając mi kask.
– Nie jadę z tobą – warknęłam na niego, wygładzając ręką swój szkolny mundurek.
– Ok., jak sobie chcesz – odpowiedział zsiadając z motocykla. – Możemy iść na piechotę, albo pojechać autobusem.
Spojrzałam na niego jak na wariata.
– A może zrobimy tak – zaproponowałam – ja pójdę piechotą, sama – dodałam dobitnie – a ty rób co chcesz?
– Nie – odpowiedział uśmiechając się do mnie wrednie. – Odprowadzę cię do szkoły czy tego chcesz, czy nie. Jeżeli pojedziemy motorem, szybciej się mnie pozbędziesz – zasugerował. – Nie martw się – dodał słysząc moje zrezygnowane westchnięcie – wysadzę cię przed szkołą, nikt nas razem nie zobaczy.
Otworzyłam szerzej oczy, zaskoczona jego słowami. Przecież nie o to mi chodziło… W końcu, bez zbędnych słów, wzięłam od niego kask i zajęłam miejsce pasażera Hondy. Z miną zwycięscy usiadł przede mną i odpalił silnik. Zatrzymaliśmy się w bocznej uliczce, tuż koło szkoły. Zsunęłam się z motocykla zdejmując kask. Oddałam go chłopakowi.
– Jutro masz być w spodniach i kurtce – rozkazał – przebierzesz się w szkole – a potem, nie czekając na odpowiedź po prostu odjechał.
Miał rację, w sięgającej kolan, plisowanej spódnicy było mi chłodno i niezbyt przyjemnie, do tego Martin bardzo starannie omijał wszystkie kałuże, żeby przypadkiem nie zachlapać mojego mundurka. To miało sens. Tylko dlaczego w ogóle uparł się, żeby podwozić mnie do szkoły? To już zupełnie go nie miało.
Dopiero teraz zobaczyłam rude warkocze. Biegła ku mnie rozgorączkowana postać. Jej mina wyrażała szok i zdumienie. Dopadła mnie zanim jeszcze porządnie stanęłam na chodniku.
– Opowiadaj! – Nataly krzyknęła niemal histerycznie. – Natychmiast musisz mi o wszystkim opowiedzieć!
– Ale o czym? – zamrugałam zaskoczona, przeklinając w myślach cholernego Martina.
– Marika! Ty wariatko! Każda dziewczyna w szkole marzy o tym, żeby Martin Corvidae przewiózł ją na swoim motorze, a ty jeszcze pytasz o czym?! – wykrzyknęła gorączkowo. – Co? Jak? Dlaczego?
Wzruszyłam ramionami.
– Pomogłam mu, potem on pomógł mnie, a potem uparł się, żeby uprzykrzać mi życie. Koniec historii. Proszę cię, nie mów nikomu, że z nim przyjechałam – spojrzałam błagalnie na przyjaciółkę. – Jakbym nie miała wystarczającej ilości kłopotów, to jeszcze on uparł się, że będzie podwoził mnie do szkoły.
– Podwoził? Codziennie? – westchnęła zszokowana Nataly. – I pomyśleć, że się na ciebie złościłam, kiedy zaprosiłaś go na bal… a teraz wydaje mi się całkiem realne, że gdybyś go zaprosiła, tak na poważnie, to naprawdę by z tobą poszedł.
Przyjaciółka wzięła mnie pod rękę i razem ruszyłyśmy w kierunku szkoły, na której dziedzińcu z każdą kolejną minutą coraz bardziej gęstniał tłum ludzi.
– Wątpię – uśmiechnęłam się do Nataly, przypominając sobie paskudne zdarzenia z balu. – Znacznie większą frajdę sprawiło mu popsucie wszystkim innym zabawy niż bal jako taki.
– Co masz na myśli? – zapytała nie rozumiejąc.
– Poczekaj, zaraz pewnie o tym usłyszysz – mruknęłam, kiedy przeciskałyśmy się przez tłum.
I rzeczywiście o niczym innym nie mówiono. Głównym tematem była katastrofa, która wydarzyła się na balu. Szukano winnego, jednak szkolne kamery niczego nie zarejestrowały. I nic dziwnego, pomyślałam, skoro to właśnie nimi bawił się Martin. Dziewczyny wzdrygały się na wspomnienie sypiących się z pinat robali. Nataly przysłuchiwała się wszystkiemu ze szczerym zdumieniem, ale i jakąś ponurą, pełną satysfakcji miną. Takiej jej jeszcze nie znałam i nie byłam pewna czy chcę ją taką poznać.
– Brr, ty też to przeżyłaś? – zapytała wzdrygając się, kiedy poszłyśmy razem do toalety.
Przecząco pokręciłam głową.
– Tuż przed tym Martin wyciągnął mnie z sali – mruknęłam niechętnie. – Nie wiem dlaczego mnie stamtąd zabrał. Jestem też cholernie ciekawa o co w tym wszystkim chodziło.
Nataly wzruszyła ramionami.
– W końcu jesteś dziewczyną jego brata – stwierdziła – a wbrew pozorom, Martin dba o Erica.
Coś sprawiło, że po tych szczerych słowach poczułam się bardzo nieprzyjemnie. To jednak wiele wyjaśniało. Boleśnie przypomniałam sobie słowa chłopaka, które wypowiedział do słuchawki, w pokoju ochrony „mam tu twoją zgubę, uznałem, że nie chcesz, żeby zmokła”. Wtedy nie zwróciłam na nie uwagi, zbyt poirytowana sytuacją, ale teraz wreszcie nabrały dla mnie sensu… Jeżeli choć przez chwilę łudziłam się, że Martin mnie lubi, to złudzenia rozwiały się właśnie w powiewach wiosennego wiatru, wraz z opadającymi z drzew, białymi kwiatami wiśni.