Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

             Rano obudziłam się wtulona w ramiona Martina. Chłopak już nie spał, wpatrywał się we mnie z rozmarzonym uśmiechem. Kiedy zobaczył, że otworzyłam oczy, przygarnął mnie do siebie jeszcze bliżej. Delikatnie pocałował moje włosy.

    – Dzień dobry – mruknęłam zadowolona.

    – Dzień dobry, kociaku – odpowiedział. – Wiesz, jak cię kocham? – zapytał cicho, po dłuższej chwili milczenia. –  Tak jak mówią, że się nie powinno. Obsesyjnie, wariacko, pragnieniem!

    Zamruczałam cicho, wtulona w jego tors. Pocałowałam go w usta. Wplotłam palce, w jego nieco przydługie, ciemne włosy. Gorliwie odwzajemnił mój pocałunek. W pewnym momencie na korytarzu usłyszałam hałas. Oderwaliśmy się od siebie zaskoczeni. Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Marta. Zszokowana stanęła w progu. Popatrzyła niedowierzająco na leżącego w moim łóżku Martina. Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy na twarzy dziewczyny pojawił się cień rozpoznania. Poczułam się bardzo nieswojo. Nie chciałam, żeby Marta wiedziała, że umawiam się z bratem Erica.

    – Cześć – przywitałam przyjaciółkę, wyglądając znad ramienia Martina. – Miało cię nie być do niedzielnego wieczoru… Mamy sobotę…

    – Zmieniły mi się plany – mruknęła nieco zmieszana Marta. – Pójdę do kuchni – stwierdziła odstawiając przy drzwiach swoją podróżną torbę – dam wam czas, żebyście się ogarnęli – dodała z psotnym uśmiechem i wyszła zamykając za sobą drzwi.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

                Niechętnie wyplątałam się z pościeli i wstałam z łóżka. Martin spojrzał na mnie z żalem, ale także usiadł. Wyglądał na lekko skonsternowanego.

    – To twoja współlokatorka? – zapytał w końcu ponuro.

    – Tak, Marta – odpowiedziałam – przecież już ją znasz…

    Chłopak wzdrygnął się nieco.

    – Taaak – mruknął – to ta panienka, która była nad morzem z Ericem…

    Spojrzałam na niego rozbawiona.

    – Przecież widziałeś ją na zdjęciach w piśmie… Pozowała razem ze mną… No i później na plaży, na moich urodzinach – dodałam.

    Roześmiał się gorzko.

    – Możesz mi wierzyć lub nie, ale w tym piśmie widziałem tylko jedną osobę i to na pewno nie była ona – mruknął. – Jeżeli natomiast chodzi o twoją imprezę, to byłem na niej za bardzo wkurzony, żeby kogokolwiek zauważyć.

    Wzruszyłam ramionami.

    – To teraz będziesz miał okazję ją poznać – stwierdziłam.

    Po tym co powiedział Martin, poczułam się naprawdę bardzo przyjemnie. Marta była prawdziwą pięknością i rzadko który chłopak był w stanie jej „nie zauważyć”. Martin wstał z łóżka, naciągając pospiesznie spodnie. Stanął za mną i oplótł mnie od tyłu ramionami. Oparłam się o niego ufnie. Zamruczałam zadowolona, kiedy poczułam jego ciepłe usta na swoim karku.

    – Skoro nici z weekendu w łóżku, to może masz ochotę gdzieś się przejechać? – zaproponował. – Chciałbym spędzić z tobą jak najwięcej czasu – przyznał.

    Ranek nie był co prawda słoneczny, ale również nie padało. Odwróciłam się ku niemu, oplatając ramionami jego szyję. Skinęłam głową.

    – Masz jakiś pomysł? – spytałam.

    – Mam – odpowiedział tajemniczo, nie wyjaśniając niczego więcej.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

                Wytłumaczyłam Martinowi gdzie jest kuchnia, a sama poszłam wziąć prysznic. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać. Nawet wtargnięcie Marty nie mogło popsuć mojego cudownego dnia. Obudziłam się w ramionach Martina, a po śniadaniu mieliśmy jechać na zaplanowaną przez niego, tajemniczą wycieczkę. Życie potrafiło naprawdę cudownie zaskakiwać! Ubrałam się i zbiegłam po schodach na niższe piętro, na którym znajdowała się wspólna kuchnia. Zatrzymałam się dopiero pod samymi drzwiami, żeby złapać oddech i nie pokazywać się Martinowi taka zdyszana. Rozmawiali. Usłyszałam ładnie brzmiący śmiech Marty. Z trudem opanowałam ogarniającą mnie zazdrość. Zajrzałam do pomieszczenia.

    – Wiesz… – mruknęła dziewczyna, podchodząc do Martina bardzo blisko – jeżeli znudziła by ci się moja koleżanka, to ja zawsze chętnie ją zastąpię.

    Poczułam jak miękną mi nogi. Jak we śnie odsunęłam się od drzwi. Usłyszałam głuchy odgłos, nieprzyjazne warknięcie.

    – Dzięki nie skorzystam – odpowiedział chłopak, ociekającym jadem głosem. – Mam już dość tanich dziwek, w zupełności wystarczy, że dajesz dupy mojemu bratu.

    Odskoczyłam od gwałtownie otwierających się drzwi. Zobaczyłam wściekłą minę Martina. Nawet się nie zatrzymał. Po prostu mnie wyminął i szybkim krokiem ruszył schodami na dół. W pierwszej chwili nie wiedziałam co zrobić, ale w końcu pobiegłam za nim. Dogoniłam go na samym dole. Stał przed kamienicą. Dłonie z całej siły zaciskał w pięści.

    – Chyba jej nie uderzyłeś? – spytałam cicho, podchodząc do niego.

    Jego spojrzenie odrobinę złagodniało. Przecząco pokręcił głową.

    – Więc wszystko słyszałaś? – ni to zapytał, ni stwierdził chłopak. W jego głosie wyraźnie pobrzmiewał smutek.  – Chyba rozwaliłem stół – mruknął. Wyciągnął papierosa, zapalił. Oparł się o kamienny murek. – Interesująca ta twoja „przyjaciółka” – stwierdził niemal wypluwając ostatnie słowo.

    Dopiero po jego słowach uświadomiłam sobie jak cholernie zabolała mnie ta bezpośrednia propozycja Marty.

    – Nie mówmy o tym – poprosiłam cicho.

    Chłopak skinął głową. W milczeniu skończył palić. Potem podszedł do mnie powoli. Wierzchem dłoni delikatnie dotknął mojego policzka.

    – Chodź, kociaku – powiedział odrobinę ponuro – przejedziemy się. Spróbuję ci jakoś poprawić humor – dodał łagodnym tonem.

    Bez słowa przytuliłam się do niego na moment. Objął mnie ramionami, przyciągając do siebie. Potem, ciągle milcząca, usiadłam za nim na wiśniowym motocyklu. Wtulona w jego plecy, starałam się nie myśleć o niczym, rozkoszując powiewem wiatru i szybką, cudowną jazdą.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

                Rzeczywiście, przy Martinie zupełnie zapomniałam o otaczającym mnie świecie. Chłopak zabrał mnie na wycieczkę do ogrodu dendrologicznego. Maj to cudowna pora! Rozkwitały magnolie i rododendrony, ciesząc oko barwnymi kwiatami. Ich widok w takim zagęszczeniu, a jednocześnie swoistym odosobnieniu, był iście rajski. Najbardziej jednak zaintrygowały mnie tulejniki. Rozpościerały swoje żółte i białe kielichy, jakby prosząc niebo o deszcz. Odwiedziliśmy także nowo otwartą oranżerię, gdzie wśród śpiewu ptaków i szumu wody, podziwiać można było roślinność typową dla klimatu śródziemnomorskiego. Pod szklanym dachem zgromadzono wiele ciekawostek botanicznych, takich jak: pistacje, akanty, wawrzyny, zimozielone dęby, a także przepiękne, owocujące oliwki. Oczy zachwycały kamelie, granaty, pinie i różne gatunki sosen. Cała przestrzeń została podzielona na części, w których starano się odtworzyć krajobrazy typowe dla rejonu Morza Śródziemnego. Były tu fragment gaju oliwnego, pejzażu toskańskiego, włoskiej ulicy, ogrodu warzywnego i ziołowego, oczko wodne i obsadzone niesamowitymi różami gazebo. Kiedy obeszliśmy cały ogród, przez prawie dwie godziny, siedzieliśmy w drewnianej altance jednego z najpiękniejszych zakątków. Z prawdziwym żalem w sercu opuszczałam to cudowne miejsce.

    – Może chcesz, żeby rozbić ci tutaj namiot? – zaproponował rozbawiony Martin, kiedy szliśmy wydeptaną, żwirową ścieżką w stronę wyjściowej bramy, a ja bez przerwy oglądałam się za siebie.

    – Tak, poproszę – odpowiedziałam ożywiona – o tam, koło tego krzaczka mimozy jest trochę miejsca – wskazałam ręką pusty, zielony trawnik.

    Chłopak nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Porwał mnie na ręce i przeniósł przez szeroką, żeliwną bramę.

    – Koniec wycieczki – oznajmił stanowczo. – Jestem upiornie głodny, jedziemy coś zjeść.

    Z żalem oderwałam oczy od rajskiego ogrodu. Zjedliśmy pizzę, a potem Martin odwiózł mnie do domu.

    – Słuchaj, na pewno chcesz wracać? – spytał powątpiewająco, zdejmując kask. – Zawsze możesz spać u mnie lub możemy coś wynająć. To nie problem.

    Przecząco pokręciłam głową.

    – Prędzej czy później i tak będziemy musiały odbyć tą rozmowę – westchnęłam. – Dziękuję, że mnie tam zabrałeś – uśmiechnęłam się do niego wesoło.

    Przyciągnął mnie do siebie nie wstając z motocykla. Pocałował w usta.

    – Zobaczymy się jutro? – zapytał. – Jeżeli chcesz, to przyjadę po ciebie.

    Niechętnie wyplątałam się z jego objęć. Delikatnie, pożegnalnym gestem musnęłam jego policzek.

    – W takim razie do jutra – rzuciłam znikając w drzwiach własnej kamienicy.

    Tym razem, kiedy wyjrzałam przez okno na piętrze, chłopaka już nie było.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

                Kiedy weszłam do pokoju, Marta siedziała na łóżku, opierając się plecami o ścianę. Przeglądała jakieś kolorowe czasopismo.

    – Cześć, jak się udała randka? – rzuciła na mój widok.

    Spiorunowałam ją wzrokiem. Czy dla niej, to co robiła rano w kuchni, jest aż tak cholernie normalne?

    – Proponowałaś seks mojemu chłopakowi! – warknęłam na nią.

    – Chyba, nie myślisz, że ja tak na poważnie? – spytała obrażonym tonem. – Przecież jesteśmy przyjaciółkami! Chciałam go sprawdzić, to wszystko. W końcu jest bratem Erica… skąd miałam wiedzieć, czy to nie taki sam dupek jak on? To ty byłaś z nim nad morzem? – zapytała bez ogródek.

    – Tak, ja – powiedziałam cicho, siadając na własnym łóżku. Przestałam być pewna, co mam o tej nieprzyjemnej sytuacji myśleć, dalej jednak nie podobało mi się zachowanie Marty. – Ty za to pojechałaś z Ericem… – dodałam ni to pytając ni to stwierdzając fakt.

    – Chyba nie jesteś o niego zazdrosna? – zapytała niepewnie. – W końcu dałaś mi wolną rękę, wiec uznałam, że mogę…

    Uśmiechnęłam się do niej leciutko.

    – Eric mnie nie interesuje – oznajmiłam wprost – ale licz się z tym, że on podrywa różne dziewczyny, nie tylko ciebie.

    Marta wzruszyła ramionami.

    – Wszystko mi jedno – powiedziała lekkim tonem. – Po prostu chciałam się rozerwać.

    – Jak chcesz – mruknęłam. Moje spojrzenie stwardniało. – Ale od Martina trzymaj się z daleka. Cholernie nie podobała mi się wasza dzisiejsza rozmowa.

    – Nie przejmuj się – roześmiała się Marta. – Eric był w szoku, kiedy opuścił apartament nad morzem. Powiedział, że pierwszy raz widzi brata w takim stanie i, że Martin musi być naprawdę zakochany. W każdym razie, rozwiązała się zagadka twojego tajemniczego Romeo – dodała rozbawiona. – A ja naprawdę myślałam, że za nim  nie przepadasz, zwłaszcza po tej historii na basenie, kiedy wyprosił cię z domu…

    – Nie lubiłam go – przyznałam cicho – dalej mnie irytuje, ale to niczego nie zmienia.

    Potem rozgadałyśmy się na dobre. Przyjemnie było tak siedzieć, w ciepły, majowy wieczór i rozmawiać z przyjaciółką. Zwłaszcza teraz, kiedy zawładnęło mną poczucie ulgi, że Marta w dalszym ciągu nią jest.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

                Całą niedzielę spędziłam razem z Martinem. Czułam się jak w bajce, ale wraz z nadejściem poniedziałku, powróciła szkolna rzeczywistość i kolejny, miałam nadzieję, że już ostatni, tydzień ukrywania się. Dodatkowo irytował mnie fakt udawania przy Ericu, że wszystko w porządku, mimo, że aż gotowałam się w środku, żeby mu powiedzieć, co myślę na temat wykorzystywania przez niego dziewczyn, a zwłaszcza Marty, nawet jeżeli ona sama twierdziła, że nie ma nic przeciwko temu. Nie mogłam mu jednak tego wygarnąć, nie ujawniając, skąd o tym wiem.

    Na długiej przerwie zostałam wezwana do sekretariatu. Zaskoczona tym faktem, przemierzałam kręte korytarze szkoły, jednocześnie z żalem pisząc smsa do Martina, że nie przyjdę się z nim spotkać. Kiedy wreszcie trafiłam na miejsce, uprzejma, młoda kobieta, skierowała mnie ku drzwiom gościnnego salonu. Jeszcze bardziej zdziwiona, weszłam do środka. Na obitej materiałem w kolorowe pasy sofie siedział mężczyzna. Miał na sobie elegancki garnitur. W jego ciemnych włosach, widać już było pasy siwizny. Na mój widok wstał. Przyjrzał mi się, jakby oceniając moją postać wzrokiem.

    – Marika, prawda? – zapytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. – Nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkać. Jestem Duncan Merowing.

    Spojrzałam na niego nie do końca wiedząc jak się zachować. Więc tak właśnie wyglądał mój wuj? Niebieskie oczy, takie same, jakie ja podobno odziedziczyłam po ojcu, a jednak ich wyraz był znacznie chłodniejszy i trochę jakby smutny… Szczupła, wysoka sylwetka i ciemne włosy. Był podobny do mojego ojca, a przynajmniej do tego wizerunku, który znałam ze zdjęć.

    – Co tu robisz? – zadałam pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy.

    Czy powinnam zwracać się do niego „proszę pana”? A może „szanowny wuju”? Albo „wasza lordowska mość”? Uśmiechnął się do mnie smutno.

    – Pomyślałem, że wypadałoby wreszcie poznać córkę mojego brata – powiedział spokojnym, odrobinę apatycznym głosem. – Zabierz swoje rzeczy – oznajmił, a ja poczułam nieprzyjemny, brzmiący w jego głosie rozkaz. – Dzisiaj już nie wrócisz na lekcje, zwolniłem cię. Zjemy razem obiad – dodał jak gdyby nigdy nic.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

                Posłusznie weszłam do eleganckiej, utrzymanej w tonacji brązów i ciemnej zieleni restauracji. W duchu zaczęłam się zastanawiać czy jeżeli narażę się temu człowiekowi, będzie to oznaczało, że już nigdy więcej nie zobaczę się z Martinem? Musiałabym wtedy zapewne wrócić do zwyczajnej, polskiej szkoły. Na początku niczego innego nie pragnęłam, ale teraz… Miałam tu przyjaciół, byłam zakochana, nie chciałam wracać. Usiedliśmy przy objętym rezerwacją, kameralnym stoliku. Zdziwiłam się, kiedy wuj, zamiast zamówić za nas obydwoje, po prostu podał mi kartę. Wybrałam naleśniki, on także je wziął.

    – Dlaczego nie mieszkasz w akademiku? – zapytał bez zbędnych wstępów, w jego głosie nie było jednak czuć nagany, a zwyczajną ciekawość.

    – Nie chciałam – odpowiedziałam stawiając na szczerość. – Nie podoba mi się, kiedy ktoś ogranicza moją wolność – dodałam znacznie chłodniej niż zamierzałam.

    Skinął głową, najwyraźniej przyjmując taką odpowiedź.

    – Pokażesz mi gdzie w takim razie mieszkasz? – zapytał.

    – Jeżeli chcesz – wzruszyłam ramionami, ponownie zwracając się do niego na „ty”.

    – Podoba ci się nowa szkoła? – zapytał obojętnym tonem, jakby chciał podtrzymać rozmowę, a ja w jakiś sposób wyczułam napięcie kryjące się za tym pytaniem. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi, ale byłam przekonana, że do czegoś dążył.

    – Wolałam starą – powiedziałam szczerze – ale nie narzekam.

    – Wiem, że jest ci ciężko – westchnął mężczyzna. – Zabrałem cię z twojego domu, ba nawet z rodzinnego kraju. Myślałem, że przyjedziesz dopiero na studia, tak jak chciał tego twój ojciec, ale sytuacja się zmieniła…

    – Nie obchodzi mnie czego chciał mój ojciec – warknęłam, nie potrafiąc nad sobą zapanować. – Zostawił nie tylko moją mamę, ale także i mnie.

    Wyjechał. Wyjechał tuż przed moim urodzeniem i nigdy nie wrócił. Wiedziałam o nim tylko tyle i to, że nie żyje. Mężczyzna uśmiechnął się smutno, przez chwilę milczał, a później spojrzał mi poważnie w oczy.

    – To niezupełnie prawda – powiedział w końcu. – Decydując się na ślub z twoją matką, Mark popełnił mezalians. Joanna była zwykłą nauczycielką, to było niedopuszczalne. Nasza matka, a twoja babka śmiertelnie się na niego obraziła. To był dla niej straszny cios. Mimo wszystko mój brat kochał naszą matkę i kiedy napisała mu w liście, że umiera, wrócił do domu. To było oszustwo, intryga, żeby go tutaj z powrotem ściągnąć. Nigdy, tak naprawdę, nie zamierzał zostawić ani Joanny ani ciebie. Twoja matka o wszystkim wiedziała… Gdyby nie umarła przy porodzie… – głos wuja lekko się załamał – on po tym, po prostu nie potrafił wrócić. Nie miał na to dość siły. Zaciągnął się do wojska. Z racji urodzenia od ręki dostał oficerski stopień, a mimo to, zginął na pierwszej misji. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek o was zapomniał. To tragiczna historia, jak zresztą wszystkie dotyczące mojej rodziny. Mam nadzieję, że twoje życie nie będzie takie – westchnął, a ja byłam pewna, że mówi zupełnie szczerze.

    Mimo to ogarnęła mnie tylko jeszcze większa złość. Przynieśli nam zamówione jedzenie. Pięknie podane naleśniki były ozdobione artystycznymi wzorami z płynnej czekolady. Wyglądały smakowicie, ja jednak zupełnie przestałam być głodna. Niechętnie rozgrzebywałam jedzenie na swoim talerzu.

    – Skoro o tym wiedziałeś – wyrzuciłam z siebie w końcu – to dlaczego nie raczyłeś dać nam znać? Nawet nie wyobrażasz sobie ile to dla mnie znaczyło!

    – Myślisz, że nie próbowałem? – roześmiał się gorzko mężczyzna. – Kochałem swojego brata, zawsze bardzo szanowałem twoją matkę! Wyznaczyli mnie na twojego opiekuna. Twojej babci się to nie spodobało. Nie życzyła sobie, żebym wtrącał się do waszego życia. Nie chciała mnie słuchać, nie chciała też żadnych pieniędzy, nawet tych, które należały się twojemu ojcu. Zawarliśmy układ, ja i ona. Obiecałem „dać wam spokój” – zadrwił – do czasu aż rozpoczniesz studia, wtedy miałaś sama zdecydować. No cóż, nie dotrzymałem słowa z powodu śmierci mojego syna. Teraz jesteś jedyną spadkobierczynią rodziny Merowingów – zakończył jeszcze bardziej gorzkim tonem, a ja nie miałam pojęcia co myśleć o jego opowieści, o rodzinie Merowingów, o swojej własnej babci, a przede wszystkim o wuju Duncanie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

      Wuj nie miał kierowcy, sam prowadził. Zastanawiałam się czy to wypada lordowi, czy też może tak naprawdę Duncan ignorował wszelakie konwenanse. Właściwie poczułam do tego człowieka, po raz pierwszy w życiu, cienką i bardzo kruchą nić sympatii. Podałam mu adres i podjechaliśmy pod moją kamienicę. Poczułam się bardzo dziwnie, prowadząc wuja na górę po stromych, lekko obdrapanych schodach. Jeszcze bardziej niezręcznie było mi, kiedy pokazałam mu pokój, który dzieliłam z Martą. Nie wierzyłam, żeby rozumiał, dlaczego wolałam takie warunki od eleganckiego, przywodzącego na myśl raczej dobry hotel, akademika. 

    – Więc tutaj mieszkasz? – zapytał tylko, nie wyrażającym żadnych uczuć tonem, a mi nie pozostało nic innego jak mu przytaknąć. 

    – Nie jest źle – mruknęłam wzruszając ramionami.

    Marty akurat nie było, a ja stanowczo nie miałam zamiaru gościć wuja w moich „skromnych progach”. Chwyciłam leżącą na stoliku pocztę i razem zeszliśmy na dół. 

    – Dokąd jedziemy? – zapytałam kiedy z powrotem wsiadaliśmy do samochodu.

    – Zobaczysz – powiedział tylko lekko poirytowanym głosem, więc postanowiłam się więcej nie odzywać.

    Samochód ruszył w stronę centrum miasta. Minęliśmy bramę strzeżonego osiedla. Duncan zatrzymał się na obsadzonym krzewami róż, brukowanym parkingu. Tym razem to on zaprowadził mnie do jednego z eleganckich, nowoczesnych budynków. Wjechaliśmy windą na czwarte piętro. Wuj wpuścił mnie do prosto, ale wygodnie urządzonego mieszkania. Była tu jadalnia z aneksem kuchennym i niewielki, połączony z nią salon, a także dwa oddzielne, mniejsze pokoje. Wyglądało na niezamieszkane. 

    – Dlaczego tu jesteśmy? – zapytałam mając jak najgorsze przeczucia.

    – Chciałem ci pokazać twoje mieszkanie – odpowiedział po prostu. – Nie zrozum mnie źle – dodał, widząc moje niechętne spojrzenie. – Ja ci go nie daję, ono jest twoje – powiedział wyraźnie i powoli, jakby tłumaczył coś niezbyt bystremu przedszkolakowi. – Odziedziczyłaś po ojcu pewną sumę pieniędzy, będzie twoja, kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat, a póki co ja nią zarządzam i uznałem za stosowne kupić mieszkanie. Jeżeli się z tym nie zgadzasz, trudno, jakoś ten fakt przeboleję, ale pomyślałem, że skoro nie chcesz mieszkać w akademiku, może będziesz wolała być u siebie, niż coś wynajmować.

    Zamrugałam zaskoczona. On mówił poważnie? Jeżeli tak, to był najlepszym wujem na świecie! Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie się próbował za bardzo do mojego życia wtrącać. 

    – Więc jak? – zapytał lekko zniecierpliwiony.

    Impulsywnie przyskoczyłam do niego, zarzuciłam mu ramiona na szyję i pocałowałam w policzek. Odsunęłam się od niego uśmiechnięta. 

    – Cudownie! – oznajmiłam i ruszyłam oglądać swoje nowe mieszkanie, a on stał dalej w progu, jakoś dziwnie zmieszany.

     ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wuj Duncan siedział na kanapie cierpliwie czekając, podczas gdy ja układałam sobie w głowie, jak cudownie będzie mieć własny pokój. Nie mogłam doczekać się też miny Marty, kiedy oznajmię jej, że się przeprowadzamy. Życie potrafiło czasem mile zaskakiwać. Usiadłam w jednym z kremowych foteli. Przejrzałam listy. Zaskoczona otworzyłam jedną z białych kopert. Była od mojej sąsiadki z Polski, miłej, starszej pani, która przyjaźniła się z babcią i zawsze przynosiła nam przepyszny sernik. Tylko dlaczego miałaby do mnie pisać? Rozwinęłam kartkę i przeczytałam list. Potem jeszcze raz i kolejny, ciągle nie mogąc uwierzyć w jego treść. Na biały papier skapywały łzy, rozmazując niebieski atrament. Moja babcia umarła, w środę miał być pogrzeb. Jak to możliwe? Przecież rozmawiałam z nią jeszcze wczoraj! „Zawał serca, to się zdarza w podeszłym wieku” pisała pani Jadwiga. 

    – Co się stało? – zapytał Duncan, który wcześniej tylko wpatrywał się we mnie bez słowa.

    Podałam mu list. Miałam zbyt ściśnięte gardło, żeby cokolwiek powiedzieć. Środa… czy ja w ogóle zdążę tam być? Musiałam! Jak mogłabym opuścić jej pogrzeb. Moje myśli stały się praktyczne idąc powoli, jednotorowo. Wiedziałam, że wszystko dotrze do mnie już niedługo, jeszcze silniejszą falą, a ból będzie nie do zniesienia, ale jeszcze nie teraz. W tej chwili, zwyczajnie nie mogłam w śmierć babci uwierzyć.

    Wuj przeczytał list. Wyciągnął telefon. Wybrał jakiś numer.

    – Dwa bilety, do Polski, najlepiej zarezerwuj na dzisiaj – powiedział ponurym głosem. – Tak – potwierdził – i zwolnij Marikę ze szkoły na resztę tygodnia. 

    Spojrzałam na niego pytająco, kiedy skończył rozmawiać.

    – Jeżeli nie chcesz, żebym leciał z tobą, to powiedz – zwrócił się do mnie spokojnie. – Zrozumiem i zostanę.

    Przecząco pokręciłam głowa. Było mi wszystko jedno. Usiadłam przy nim na kanapie. Po chwili, niezdarnie objął mnie ramieniem. To był jego największy błąd, bo już po chwili miał mokrą od moich łez prawie całą górę drogiej marynarki. Jak przez mgłę dotarło do mnie, że był teraz moją jedyną rodziną. Nikt inny już mi nie został.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Lot do Polski, pogrzeb, te dni jakoś po prostu przeminęły mniej lub bardziej zagłębiając się w moją świadomość. Okazało się, że mieszkanie babcia oddała do dyspozycji jednej z sąsiadek, samotnej matce wychowującej dwoje dzieci, której niedawno właściciel wymówił lokal. Za zgodą wuja, zostawiłam to po prostu tak jak jest. Nie potrzebowałam pieniędzy ze sprzedaży czy wynajmu, a ona na pewno robiła z mieszkania dobry użytek. Teraz był już piątek, a my siedzieliśmy w samolocie do Londynu, skąd mieliśmy samochodem pojechać do Aber. Przez cały ten czas wuj Duncan był dla mnie dziwnym, milczącym wsparciem. Nie mówił, bo wiedział, że w tej sytuacji, nic sensownego nie da się powiedzieć. 

    Kiedy wysiedliśmy na Londyńskim lotnisku Luton, czekał już na nas podstawiony samochód. Tym razem wuj nie prowadził, a zamiast tego usiadł ze mną z tyłu. Przyglądałam mu się zaciekawiona, popijając z kartonika porzeczkowy soczek. To wydawało się takie normalne. Zdziwiłam się jednak, kiedy zaczął rozmowę.

    – Dosyć głośno o tobie w szkole – stwierdził. – Potrafiłaś się wpasować w towarzystwo.

    Wzruszyłam ramionami.

    – Jakoś sobie radzę – mruknęłam, wcale nie chcąc rozmawiać, a już na pewno nie o szkole.

    – Dostałem zaproszenie od Heleny Devree na niedzielny obiad, a właściwie, ściślej mówiąc, ty je dostałaś, ja mam ci tylko towarzyszyć – oznajmił grobowym głosem. Spojrzałam na niego pytająco. – Nie musimy tam iść – dodał, z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją. – Decyzję zostawiłem  tobie, to twoje zaproszenie…

    – Poznałam Helenę, nie jest taka znowu straszna… – powiedziałam z lekkim uśmiechem. – Czemu wszyscy tak na nią reagują?

    – To aż tak widać? – jęknął teatralnie Duncan. 

    – Tak – odpowiedziałam ledwo powstrzymując się od śmiechu. 

    Oderwanie się od ponurych myśli i zmiana tematu były jednak pozytywną rzeczą.

    – Ta kobieta to chodzące kłopoty – westchnął wuj. – Jest jak żmija, ma ładne kolory, ale jest w środku bezduszna i zimna, a kiedy jej się coś nie spodoba to kąsa. Po prostu nie cierpię tej jej obłudy i słodkiej maski, a do tego mierzi mnie fakt, że ma romans ze swoim pasierbem.

    Kiedy dotarły do mnie jego słowa, zakrztusiłam się popijanym sokiem. Zaczęłam dławić się i kaszleć. Duncan spojrzał na mnie odrobinę zaniepokojony. Poczułam jak coś lodowato zimnego ściska mnie w środku. 

    – Nic mi nie jest – mruknęłam, uspakajając się po chwili. – To co powiedziałeś, że ma romans z przybranym synem – zaczęłam z trudem dobierając słowa – skąd o tym wiesz?

    Wzruszył ramionami.

    – Wiele osób o tym mówi, oczywiście za jej plecami – dodał.

    – Więc to tylko plotki? – zapytałam natarczywie, a w żołądku przewracało mi się, jakbym jechała kolejką górską, a nie dobrze amortyzowanym samochodem.

    – Może… Czy to takie ważne? – zapytał bez zbytniego zainteresowania.

    – Tak – z trudem powstrzymałam warknięcie. – Dlatego, że Martin Corvidae to, przynajmniej nieoficjalnie, mój chłopak!

    Duncan lekko pobladł na twarzy. Po chwili jednak odzyskał cały swój rezon.

    – Przepraszam, nie chciałem. Gdybym wiedział, nigdy bym o tym nie wspomniał – oznajmił, przepraszającym tonem. – Po prostu z tego co mówiła Helena, wywnioskowałem, że owszem, umawiasz się z jej synem, ale z Ericem, nie Martinem. – Spojrzał na mnie uśmiechając się smutno. – Właściwie, to odetchnąłem z ulgą, bo znam od jakiegoś czasu ich obydwu i Eric jest typowym playboyem. Za to Martin, to porządny chłopak, dawno go u mnie nie było, ale od dziecka przyjaźnili się z Robertem – powiedział, lekko załamującym się pod koniec zdania głosem. – Jeszcze raz przepraszam.

    Skinęłam głową. Dopiero teraz zdałam sobie jasno sprawę, jak bardzo Duncan cierpi z powodu śmierci jedynego syna. Teraz, kiedy umarła moja babcia, najbliższa mi na świecie osoba, i ja poczułam tą niesamowitą, wszechogarniającą pustkę i tęsknotę.

    – Jeżeli nie masz nic przeciwko, to chcę tam iść – powiedziałam cicho. 

    Starałam się wmówić sobie, że wuj nie miał racji, że to na pewno tylko plotki, ale nie potrafiłam wyrzucić z umysłu obrazu matki Erica, pięknej i sławnej aktorki, wcale nie wyglądającej na matkę nastolatka. Poza tym takie rzeczy się naprawdę w życiu zdarzały… Dodatkowo przypomniałam sobie z jakim jadem w głosie mówił o niej Martin. „To nie jest moja matka i nigdy nią nie była!” przepłynęły mi w myślach jego ostre słowa. Czy mogło chodzić mu właśnie o to? Może coś między nimi było a potem się pokłócili… Tylko czy w takim razie, ja byłam w stanie zaakceptować ten, z trudem mieszczący się w mojej głowie fakt? Zdałam sobie sprawę, że nieprzyjemny chłód jaki poczułam, gdy usłyszałam o romansie Heleny Devree ze swoim pasierbem, ani odrobinę nie ustąpił.

     ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Do mieszkania wróciłam dopiero późnym wieczorem. Marta zdążyła się już zadomowić. Padnięta, wzięłam szybki prysznic i położyłam się spać z myślą o tym, że nareszcie mam własny pokój. Całą sobotę spędziłam razem z wujem, chociaż nie był to wesoły czas. Zabrał mnie do Walii. Odwiedziliśmy grób jego żony i syna. Po śmierci babci, jakoś czułam, że jest to właściwa rzecz. Kiedy wróciłam do domu, ponury, wieczorny zmierzch, właśnie zamieniał się w noc. Przywitałam się z przyjaciółką i zabrałam za lekcje, przewidując, że w niedzielę, nie będę miała na nie czasu. I tak musiałam nadrobić cały tydzień nieobecności. Wyjęłam z szuflady telefon, żeby skontaktować się z Nataly. W końcu musiałam od kogoś pożyczyć zeszyty. Spojrzałam na wyświetlacz i aż jęknęłam. Było tam ponad sto nieodebranych połączeń od Martina, a smsy zapchały mi skrzynkę pocztową. Przeklęłam się w duchu, za to, że w żaden sposób nie dałam mu znać, co się ze mną dzieje. Wiadomość o śmierci babci jednak tak mną wstrząsnęła, że w ogóle o tym nie pomyślałam. Postanowiłam nie odpowiadać. Uznałam, że lepiej będzie przeprosić go jutro osobiście, skoro i tak mam być u niego w domu. Byłam przekonana, że będzie na mnie wściekły.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Niedziela okazała się dniem ciepłym i słonecznym. Włożyłam białą sukienkę w drobne, niebieskie kwiatki i sznurowane, skórzane sandały. Zaczesałam włosy wysoko do góry i kiedy stanęłam przed lustrem uznałam, że wynik jest zadowalający, a w każdym razie nikomu nie przyniosę wstydu. Koło południa podjechał po mnie samochód. Wuj Duncan z lekko naburmuszoną miną czekał na mnie w środku. Ruszyliśmy. Nieprzyjemne myśli nachodziły mnie z coraz większa częstotliwością. Bezskutecznie starałam się od siebie odgonić ogarniający mnie, nieprzyjemny chłód. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, elegancko ubrana gospodyni zaprowadziła nas do salonu, mówiąc, że pani Devree za chwilę się zjawi. Podała herbatę i ciasto. Kiedy zniknęła, zostawiając nas samych, wstałam z eleganckiego fotela, na którym ledwo mogłam usiedzieć.

    – Za chwilę wrócę – oznajmiłam wujowi i niemal wybiegłam na korytarz.

    Całą sobą czułam, że po prostu muszę zobaczyć się z Martinem. Nie miałam pojęcia, jak go przeproszę, ale to w tej chwili nie miało znaczenia. Szybkim krokiem, weszłam na górę po schodach, mając nadzieję, że może będzie u siebie w pokoju. Drzwi były uchylone. Nie zastanawiając się, po prostu weszłam do środka. Usłyszałam na schodach kroki. Spanikowałam. Nie chciałam, żeby Helena lub ojciec Martina, którego do tej pory jeszcze nie poznałam, pytali dlaczego włóczę im się po domu. Otworzyłam pierwsze lepsze drzwi i wsunęłam się do środka. To była łazienka, z której kiedyś korzystałam. Podsłuchiwanie chyba weszło już mi w nawyk. Chwilę później, do pokoju weszła Helena. Zawołała Martina. Serce podskoczyło mi aż do gardła. Wcale nie byłam taka pewna czy chcę to wiedzieć, ale po prostu musiałam. Chłopak wyszedł z sypialni nieco rozczochrany i w na wpół rozpiętej koszuli. Jego twarz była nieprzeniknioną maską, a oczy miał lodowato zimne. 

     – Czego ode mnie chcesz? – niemal warknął, stając z założonymi rękami i opierając się o framugę drzwi.

    Helena uśmiechnęła się słodko, podeszła do niego. 

    – Tak zwracasz się do własnej matki? – zapytała aksamitnym głosem.

    – Nie jesteś moją matką – syknął do niej.

    Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Wpatrywała się w niego natarczywie, zachłannie. Podeszła jeszcze bliżej. Pomalowanym na czerwono paznokciem przesunęła po jego torsie. Wydawało mi się, że chłopak się wzdrygnął, ale wcale nie byłam pewna czy to nie było złudzenie. Moje oczy zalśniły od łez. Miałam ochotę krzyczeć. Całą siłę woli poświęciłam na to, by stać tam i spokojnie się wszystkiemu przyglądać.

    – Masz rację, nie jestem – zamruczała uwodzicielsko, powoli rozpinając guziki jego koszuli. 

    Martin w żaden sposób nie zareagował, a to sprawiło mi niemal fizyczny ból. Chciałam się stamtąd wynieść, byle dalej. Uciec, zapaść się pod ziemię. Wuj Duncan miał rację. Rodzina Merrowingów była przeklęta i żadne z nas nie mogło być szczęśliwe.

    – Czego chcesz? – chłopak powtórzył pytanie zrezygnowanym głosem.

    – Ubierz się i zejdź na dół – powiedziała odsuwając się od niego. – Mamy gości i nie życzę sobie, żebyś narobił mi wstydu – dodała stojąc już w drzwiach.

    Wyszła, obdarzając go ostatnim, przelotnym uśmiechem. Martin zacisnął pięści. Zobaczyłam jak cały się trzęsie. Potem poszedł prosto do łazienki. Odsunęłam się od drzwi, stając na środku pomieszczenia. Spojrzał na mnie obojętnie. Nie wyglądał na zaskoczonego.

    – Doskonale – warknął, zamykając za sobą drzwi. – Zainteresowało cię całe przedstawienie? – spytał gorzko – Idealny dzień na zakończenie wspaniałego tygodnia – stwierdził zrezygnowany.

    – Musimy porozmawiać – odezwałam się cichutko, spłoszona jego zachowaniem.

    – Nie teraz – powiedział ostro. – W tym momencie marzę tylko i wyłącznie o prysznicu. Chcę jak najszybciej zmyć z siebie dotyk tej suki – powiedział zimno, a ja tym razem byłam pewna, że się wzdrygnął.  

    Zupełnie ignorując moją obecność zrzucił z siebie koszule, a potem zaczął rozpinać spodnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc w końcu usiadłam na niskiej ławeczce, stojącej pod wyłożoną wiśniowymi kafelkami ścianą. Martin wszedł pod prysznic, a ja siedziałam, oplatając ramionami nogi i czekałam aż skończy. Wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność minutach, wyszedł owinięty w pasie grafitowym ręcznikiem.

    – Chciałaś rozmawiać, więc słucham – powiedział niezbyt przyjemnym głosem, stając nade mną.

    Spuściłam wzrok. Nie chciałam na niego patrzeć. To sprawiało mi ból.

    – Przepraszam, że się do ciebie nie odzywałam – oznajmiłam cichym głosem – zupełnie nie pomyślałam, o tym, że powinnam ci powiedzieć. Umarła moja babcia, wuj zabrał mnie do Polski na jej pogrzeb, a telefon został w Aber. To i tak nie ma teraz znaczenia, ale przepraszam – powtórzyłam jeszcze ciszej.

    Martin ukucnął przy mnie. Ujął w dłoń mój podbródek i zmusił, żebym na niego popatrzyła. Boleśnie poczułam jego bliskość. Nieproszone łzy zaczęły ściekać po moich policzkach. W jednej chwili zapragnęłam znaleźć się gdzieindziej. Gdziekolwiek, byle nie tutaj. Nie przy nim!

    – Martwiłem się o ciebie – burknął, już spokojniejszym głosem. – Nie miałem pojęcia co się stało. Nie waż mi się tego nigdy więcej robić! – zażądał stanowczo.

    Skinęłam głową. To i tak nie miało znaczenia. Przed oczami widziałam tylko uśmiechniętą uwodzicielsko twarz Heleny.

    – Odchodziłem od zmysłów – mruknął. – Godzinami stałem pod twoją kamienicą, miałem nadzieję, że chociaż twoja współlokatorka coś mi powie, jeżeli ciebie nie spotkam – westchnął.

    Spojrzałam na niego zaskoczona. Naprawdę aż tak się martwił? 

    – Mieszkamy teraz gdzie indziej – powiedziałam zawstydzona. – Mam własne mieszkanie – dodałam niepewnie.

    – Kolejna rzecz o której zapomniałaś mi powiedzieć? – uśmiechnął się ponuro.

    – Przepraszam, za wszystko cholernie cię przepraszam – powiedziałam, wstając z ławki. Zerwał się z podłogi. Przytrzymał mnie stanowczo. Nie pozwolił zrobić ani kroku. – Martin… – zaczęłam – muszę iść na dół, wuj na mnie czeka.

    Wyglądał na zaniepokojonego.

    – Czemu ode mnie uciekasz? – zapytał. – Coś się stało?

    Co mu miałam powiedzieć? Jak miałam wyjaśnić, że nie mogę znieść faktu, że coś łączy go z tą kobietą, nawet jeżeli to miała być tylko jakaś chora przeszłość? To było dla mnie zbyt wiele. Kiedy jednak spojrzałam mu w oczy, zobaczyłam w nich upór. Płonęły żywym ogniem. Wiedziałam, że nie da się zbyć byle czym.

    – Ja nie mogę – szepnęłam. – Ty i Helena… – nie potrafiłam dobrać odpowiednich słów.

    – Co ja i ona?! – warknął, boleśnie ściskając moje ramiona. Nagle jego oczy się rozszerzyły. Spojrzał na mnie niedowierzająco. – Czy ty naprawdę myślisz, że coś mnie łączy z tą kobietą?!

    Przecząco pokręciłam głową.

    – Teraz już na pewno nie – powiedziałam odwracając wzrok – ale chyba wcześniej łączyło…

    Martin zazgrzytał zębami. Znów zmusił mnie, żebym na niego spojrzała.

    – Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał ostro. – Nasłuchałaś się jakichś durnych plotek, które ona prowokuje swoim zachowaniem? 

    – Nie odsunąłeś się od niej, nie odepchnąłeś jej, nie zrobiłeś nic kiedy cię dotykała – oznajmiłam gorzko. – Co innego miałam pomyśleć?

    Zmusił mnie, żebym usiadła na ławce. Sam ukucnął tuż obok mnie. 

    – Posłuchaj mnie głuptasie – westchnął – nic nigdy nie łączyło mnie z Heleną Devree. Nigdy nawet nie próbowała być moją matką. Zawsze zupełnie ignorowała moją obecność, tak jakbym w ogóle nie istniał, nawet wtedy kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Potem urodził się Eric i ja w ogóle dla wszystkich przestałem istnieć, nawet dla własnego ojca. Zresztą to nie było trudne, bo i tak go prawie nigdy nie było. Helena zainteresowała się mną, kiedy skończyłem siedemnaście lat – ciągnął. – Od tamtej pory nie daje mi spokoju, grając w te swoje gierki. Myślisz, że nie próbowałem się przed nią bronić? – zapytał gorzko. – Kilka razy poskarżyła na mnie ojcu i uwierz mi, nie było warto. Potem nauczyłem się jej zachowanie po prostu spokojnie znosić, jak bardzo bym się w środku nie gotował. Proszę, powiedz, że mi wierzysz – westchnął, wpatrując się we mnie intensywnie.

    Nadzieja mieszała się w jego głosie z obawą i rezygnacją. Wpatrywał się we mnie intensywnie, a jego niebieskie oczy płonęły. Poczułam jak coś we mnie pęka. Napłynęły do mnie intensywne uczucia. Ulga, radość, żal, złość i gniew mieszały się zlewając w jedno, wielkie morze. Zsunęłam się z ławki na podłogę i oplotłam ramionami szyję chłopaka. Przez chwilę ani drgnął, zaskoczony, a potem objął mnie ramionami, przygarniają do siebie czule. 

    – Jak dobrze, że jesteś – szepnął. – Nie uciekaj ode mnie, proszę.

    – Przepraszam – powiedziałam stłumionym głosem, wtulając twarz w jego ramię – czasami jestem bardzo głupia. – Słyszałam jak szybko bije jego serce. Poczułam jak delikatnie gładzi dłonią moje plecy. – Martin… – zaczęłam cichutko.

    – Mhm? – zapytał wtulając policzek w moje włosy. 

    Tulił mnie do siebie zaborczo, jakby bał się, że jednak od niego ucieknę.

     – Kocham cię – wyszeptałam, a wypowiadając te słowa czułam jednocześnie ogromną radość i ulgę jak i taki dziwny, ściskający gardło strach. 

    Delikatnie odsunął mnie od siebie. Przyjrzał mi się uważnie. Uśmiechnął się lekko, a potem znowu przytulił.

    – Ja ciebie też, kociaku – wymruczał z niemal wyczuwalną w powietrzu ulgą.

    Siedzieliśmy na podłodze dłuższą chwilę, po prostu tuląc się do siebie. Całe napięcie opadło i został między nami tylko smutek ostatnich dni. Dopiero teraz poczułam jak bardzo go potrzebuję. To właśnie on był tą osobą, która kochała mnie za to, kim byłam. Kimś, kto będzie kochał mnie, nawet, jeżeli nie mogłam spełnić jego marzeń. Wiedziałam, że tylko przy nim będę potrafiła znaleźć pociesznie. W końcu chłopak wstał, podnosząc mnie z ciemnych kafelków podłogi. Spojrzałam na niego zawiedzionym wzrokiem. Chciałam tam zostać. Mnie było tutaj bardzo dobrze. Właściwie teraz wszędzie byłoby mi dobrze, byleby tylko on był przy mnie.

    – Podobno twój wuj na ciebie czeka – mruknął. – Chyba już na zbyt długo zostawiłaś go samego na pastwę Heleny. 

    – Masz rację – przyznałam niechętnie. – Powinnam iść. Zejdziesz razem ze mną? – zapytałam z nadzieją.

    Skinął głową. Uśmiechnął się szelmowsko.

    – Jesteś gotowa na to, żeby dać im przedstawienie? – spytał przyciągając mnie do siebie i całując lekko w usta. Odwzajemniłam jego pocałunek. – Mhm, tęskniłem – mruknął nie przestając całować. – Piekielnie mi ciebie brakowało!

    W końcu oderwaliśmy się od siebie niechętnie. Wymknęłam się z pokoju, po cichu schodząc po szerokich stopniach, podtrzymywana na duchu obietnicą, że Martin niedługo do mnie dołączy. Czułam się o niebo lepiej, niż kiedy tu przyszłam. Nareszcie wierzyłam, że pomimo wszelakich przeciwności, wszystko się jakoś ułoży. Dopiero teraz dotarło do mnie, że cokolwiek by się nie stało, to właśnie przy Martinie potrafię być szczęśliwa.

    Note