Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Emily poczuła rozczarowanie, gdy obudziła się zupełnie sama. Alec zniknął, jakby go nigdy przy niej nie było. Nie zdążyła się jednak nawet ubrać, gdy do pokoju wpadła wesoło roześmiana Lotta, przytulając się do niej na powitanie. Jej oczy natychmiast rozbłysły na widok porcelanowej lalki. Emily wiedziała już, że przepadła.

    – Jeżeli chcesz, możesz się z nią pobawić – pozwoliła zrezygnowana.

    – Naprawdę? Mogę? Jak ma na imię? – szczebiotała wesoło dziewczynka.

    Emily nigdy nie przyszło do głowy, że lalka powinna mieć jakieś imię. Przez chwilę myślała, czy nie pozwolić Lottcie jej nazwać, ale nagle coś ją tknęło i zmieniła zdanie. Wspomnienia z przeszłości zawirowały w jej głowie, zarówno te smutne jak i takie zupełnie przyjemne.

    – Karen – oznajmiła. – Ma na imię Karen.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Po świętach uczniowie zaczęli wracać, a w budynku szkoły znowu zrobiło się tłoczno i gwarnie. Zaniepokojona Emily szukała wzrokiem Aleca, ale nigdzie go nie było. Nie widziała go już od dwóch dni. Martwiła się również o Lucasa, który unikał wszystkich i był jak burzowa chmura. W końcu, dostatecznie zdeterminowana, postanowiła, że rozwiąże dwa problemy za jednym zamachem. Wymknęła się zaraz po zajęciach i niepostrzeżenie wśliznęła do pokoju chłopaków. W końcu musiał tu kiedyś przyjść… I rzeczywiście. Nie czekała specjalnie długo. Lucas stanął w drzwiach, obrzucając pytającym spojrzeniem siedzącą na jego łóżku dziewczynę.

    – Cześć – uśmiechnęła się do niego niepewnie.

    – Co tutaj robisz? – zapytał bez zbędnych wstępów.

    – Czekam na ciebie – wyjaśniła. – Gdzie jest Alec? – zadała pierwsze z wielu pytań.

    Lucas skrzywił się nieznacznie.

    – Zrezygnował z pracy tutaj i wrócił do siebie. Emily, to nie jest dobre towarzystwo – westchnął. – Nie mogę zabronić ci się z nim widywać, ale znam go i uwierz mi…

    – Masz rację, nie możesz – przerwała mu dziewczyna – i to zupełnie nie twoja sprawa – oznajmiła patrząc mu prosto w oczy.

    Był zaskoczony zarówno chłodem jak i determinacją w jej głosie, dlatego przestał drążyć ten temat. Usiadł przy niej na skraju łóżka, pierwszy raz czując w obecności dziewczyny skrępowanie.

    – Tylko po to przyszłaś? – zapytał ponuro.

    – Nie – odpowiedziała stanowczo. – Chciałam wiedzieć czy to co usłyszałam od Erica jest prawdą. Czy podkładasz się w walkach dla Thomsona? 

    – Tak – odpowiedział nie patrząc na nią i nie dodając żadnego komentarza.

    Emily przysunęła się do niego bliżej. 

    – Wiem, że masz powód, żeby walczyć, ale to… Teraz rozumiem, dlaczego unikasz wszystkich. Ty się po prostu tego wstydzisz – szepnęła.

    Lucas zacisnął pięści, tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie.

    – I jeszcze Alec cię tam wtedy przyprowadził – westchnął. – Zrobił to specjalnie, tylko po to, żeby mi dokopać.

    Dziewczyna w pierwszej chwili chciała zaprotestować, powiedzieć, że on nie jest taki, ale coś ją powstrzymało. Nie miała zamiaru sama siebie okłamywać. Alec był taki i jak najbardziej był do tego zdolny.

    – Więc on o tym wiedział? – zapytała zamiast tego. – Kate również? To dlatego nie chciałeś, żebym z wami w dalszym ciągu chodziła do klubu?

    – Tak – z jego ust ponownie padła prosta odpowiedź.

    – Lucas… nie rób tego – poprosiła. – Poradzimy sobie w szkole. 

    Chłopak przecząco pokręcił głową.

    – Nie rozumiesz – westchnął. – Długo się przed tym broniłem. On nas zniszczy.

    Emily uśmiechnęła się wesoło. Położyła głowę na ramieniu Lucasa, a on otoczył jej plecy ręką.

    – Chyba, że to my pierwsi zniszczymy jego – oznajmiła, układając w głowie, już od dawna kiełkujący plan.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Napisany starannym, pozbawionym jakichkolwiek ozdobników, pismem list, ciążył Emily w dłoni. Znała jego treść niemal na pamięć, a teraz chciała podzielić się nią z Lucasem. Bez wahania weszła do pokoju chłopaków. Eric spojrzał na nią potępiająco, ale ona uśmiechnęła się do niego promiennie.

    – Pomoże nam! Pomoże! – niemal podskoczyła z radości.

    Chłopakowi od razu udzielił się jej entuzjazm. Kwadrans później pojawił się Luck, który nieco zgasił ich radość, nie wierząc w to, że będzie tak prosto. Emily napisała do prawnika, przyjaciela swojego ojca. Obiecał sprawdzić szkołę i pana Thomsona. Dziewczyna ufała mu całkowicie i była pewna, że tak doskonały prawnik, za jakiego uchodził Martin Crane, coś znajdzie. Lucas w skuteczność takich działań wierzył znacznie mniej. Kiedy wychodziła, nastrój miała znacznie gorszy, ale w jej sercu ani trochę nie umarła nadzieja. W końcu co innego im pozostało? Zatrzymała się jeszcze na chwilę w drzwiach.

    – Luck, co z Alecem?

    Chłopak skrzywił się nieznacznie i maskując to wzruszył ramionami.

    – Obiecałeś – przypomniała mu nieco chłodno.

    Westchnął.

    – Przykro mi, Emily. Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, ile chciała powiedzieć mi Kate. Prawie nie bywa w domu, a jak już się pojawia to tylko pijany. Zapomnij o nim – poprosił.

    Wiedziała, że tego, nawet gdyby chciała, nie może mu obiecać. 

    – Dziękuję, Luck – odezwała się znikając za drzwiami.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Obserwowali wraz z resztą uczniów, jak dwóch policjantów wyprowadza pana Thomsona, skutego kajdankami. Przyjaciel ojca Emily spisał się lepiej niż oczekiwali. Dyrektor Snow rozpaczała głośno nad dobrym imieniem swojej szkoły. W dalszym ciągu nie mogli uwierzyć, że udało się od niego uwolnić, ale to była prawda. Jeszcze tego samego wieczora Lucas wygrał ustawioną walkę. Cieszyli się i świętowali, bo naprawdę mieli co świętować. Ona, Kate, Lucas i Eric, brakowało jej tylko Aleca. 

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Następnego dnia, w zimowych płaszczach, Emily, Lissa i Rena spacerowały po szkolnym parku. Rozmawiały pogodnie o błahych sprawach. To właśnie wtedy go zobaczyła. Jej serce gwałtownie podskoczyło, a potem zaczęło pędzić w dzikim galopie. Aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniła. Stał tuż przy płocie, oparty o szeroki pień pozbawionego liści drzewa i palił papierosa. Jasne włosy niesfornie opadały mu na oczy, a skórzana kurtka nadawała zawadiacki wygląd. Obserwował je, nie wykonując żadnego ruchu. Emily zapragnęła znaleźć się w jego ramionach. Kiedy upewnił się, że na niego patrzy, ruchem głowy wskazał tył parku, gdzie była wąska, ogrodnicza furtka. Postanowiła zignorować podekscytowane spojrzenie Reny i zaniepokojoną twarz Lissy. 

    – Kryjcie mnie – poprosiła, z trudem powstrzymując się, żeby nie pobiec w jego stronę.

    Na powitanie Alec uśmiechnął się do niej psotnym, chłopięcym uśmiechem.

    – Chodź ze mną – zamruczał, biorąc ją za rękę. 

    Emily nie wiedziała gdzie chłopak chce ją zaprowadzić, ale nie protestowała. Tak bardzo za nim tęskniła i teraz, gdy wreszcie czuła jego bliskość, cały świat przestał istnieć. 

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Nie wypytywała Aleca gdzie był i co robił, ponieważ miała nadzieję, że sam jej opowie. Zresztą była pewna, że pytaniami nic nie wskóra. Najważniejsze, że teraz był tutaj, przy niej. Żartował wesoło, prowadząc ją zaśnieżonymi ulicami miasta. W końcu zatrzymali się przed pomalowaną na pistacjowo kamienicą, znajdującą się w okolicy fabryki i podziemnego klubu. Ku zaskoczeniu Emily, Alec pchnął drzwi i gestem zaprosił ją do środka. Po chwili znaleźli się w dużym, zadymionym pomieszczeniu. Jacyś ludzie, przy okrągłym stoliku, grali w karty. 

    – To ona – odezwał się Alec lodowato-zimnym głosem, popychając ją w stronę czekających mężczyzn.

    Emily spojrzała na niego pytająco, ale w tym samym czasie jeden z nich wstał, uśmiechając się chłodnym, wyrachowanym uśmiechem.

    – Doskonale – stwierdził taksując dziewczynę wzrokiem. – Dobrze się spisałeś – odezwał się do Aleca. Jeremy – zwrócił się do jednego z młodszych graczy – pomóż koledze zaprowadzić panienkę do jej nowych pokoi.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Oszołomiona nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji. Czuła na ramieniu mocno zaciśniętą rękę Aleca. To nie był przyjemny dotyk. Chłopak sprawiał jej ból i zdawało jej się, że robi to umyślnie. Schodzili po wąskich, kamiennych schodach. Drugi mężczyzna trzymał się z tyłu. Wyglądał na znudzonego sytuacją. 

    – Alec, co się dzieje? – zebrała się na odwagę, żeby zapytać.

    – Cicho siedź – warknął na nią, nawet nie odwracając w jej stronę wzroku.

    Zaprowadzili ją do niewielkiego pomieszczenia o niskim suficie. Chłopak ledwo mieścił się tam wyprostowany. Przerażenie ściskało jej żołądek. Ten, którego nazywali Jeremym, został na zewnątrz.

    – Alec… – zaczęła znowu, przysuwając się do niego bliżej.

    Odepchnął ją od siebie brutalnie, na tyle mocno, że, żeby nie upaść, podparła się dłonią o kamienną ścianę. 

    – Alec, błagam… – jęknęła cicho. – Ja… – chciała mu powiedzieć, że go kocha, prosić, żeby jej nie zostawiał, ale w tym momencie nic co przychodziło jej do głowy nie miało sensu, dlatego zamilkła. 

    – Naprawdę uważasz, że mogłaby mnie interesować taka mała, zagubiona dziewczynka, jak ty? – spytał drwiąco. Jego niebieskie oczy były zimne jak lód. – Jesteś bardzo naiwna, jeżeli sądzisz, że przejmowałbym się tobą, gdybym nie miał w tym żadnego interesu.

    Przecząco pokręciła głową, jakby ten gest mógł wszystko zmienić.

    – Nie – wyszeptała, myśląc tylko o tym, jak cudownie się czuła, tamtej nocy, kiedy ją całował.

    Roześmiał się nieprzyjemnym, aroganckim śmiechem. Podszedł bliżej do dziewczyny, przypierając ją swoim ciałem do ściany.

    – Nie mam pojęcia, co Lucas w tobie widzi, ale może to zaraz sprawdzę – zamruczał, przesuwając dłonią najpierw po jej policzku, a potem kładąc ręce na biodrach dziewczyny i przyciągając ją do siebie, tak, że teraz przylegała do niego całym ciałem.

    Oddech Emily gwałtownie przyspieszył. Jej żołądek zaczął fikać koziołki. Dalej nie mogła uwierzyć w to co się dzieje, a jednak… to był Alec i to jego teraz się tak panicznie bała.

    – Widzisz, najpierw chciałem po prostu mu dogryźć – kontynuował sarkastycznym tonem, a jego przystojną twarz zdobił leniwy, arogancki uśmieszek. – Nie było to zbyt trudne. Potem jednak okazało się, że możesz mi przynieść zupełnie inne, ciekawsze korzyści.  

    Płaszcz został na górze i teraz Emily była tylko w wełnianej, szarej sukience od mundurka. Jego ręka powędrowała w dół, podwijając spódnicę. Drugą odgarnął dziewczynie z twarzy wymykające się z warkocza włosy. 

    – Teraz odbiorę sobie to, czego nie chciałaś dać mi w nocy – wypowiedział groźbę kuszącym, aksamitnym tonem.

    Emily poczuła jak robi jej się niedobrze. Dotyk Aleca parzył. Szarpnęła się. Spróbowała go kopnąć, ale pomiędzy ścianą, a jego ciałem miała zbyt niewiele pola do manewru. Ugryzła go w rękę. Poskutkowało. Odepchnął ją od siebie. Spojrzał na dziewczynę wrogo, a potem uśmiechnął się drwiąco.

    – Słodkich snów, mała – mruknął wychodząc z piwnicy i gasząc światło. 

    Została zupełnie sama. W ciemności, za grubymi, zamkniętymi drzwiami. Osunęła się po ścianie na kamienną podłogę, cicho płacząc. Piwnica była ciemna i wilgotna. Emily drżała z zimna. W dalszym ciągu nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Nie Alec, on nigdy by nie mógł… a jednak mógł i właśnie to zrobił. Lucas miał co do niego rację i to ona się myliła. Ból był nie do zniesienia. Najgorsze jednak było to, że w dalszym ciągu go kochała.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Lucas uderzył pięścią w ścianę. Jak mógł być takim głupcem? Dlaczego w ogóle próbował uwierzyć, że mogło im się udać? Najpierw odnalazły go zaniepokojone koleżanki Emily, mówiąc, że poszła dokądś z przystojnym blondynem i nie wraca już od kilku godzin. Rena znała imię, imię które prześladowało Lucasa niczym koszmar: Alec. Potem było już tylko gorzej. Przysłali posłańca, który krótko wyjaśniał, że to dla nich pracował pan Thomson i że chłopak ma do wyboru – wznowić umowę, albo pożegnać się z przyjaciółką. Wiedział, że z takimi ludźmi nie ma żartów i doświadczył tego niejednokrotnie. Tak bardzo bał się o matkę i ośmioletniego braciszka, że w ogóle nie pomyślał, że cokolwiek może grozić również Emily. Teraz natomiast ponosił tego konsekwencje. 

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Alec zaciągnął się papierosowym dymem i wyłożył na stół karty. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie wolno mu wygrać. Był jednym z nich, tak długo, dopóki nikogo nie zdenerwuje. Współpraca z takimi ludźmi była prosta i krucha, natomiast konsekwencje porażki były przerażające. Alec był zbyt dobrym graczem, żeby tego nie wiedzieć. Teraz jednak co innego zaprzątało jego myśli i jakby się nie starał, nie potrafił wyrzucić z umysłu jej przerażonej twarzy i dużych, szeroko otwartych, niebieskich oczu.

    – Co zrobicie z dziewczyną, kiedy będzie po wszystkim? – odważył się zadać pytanie.

    Mężczyzna, poprawiając tkwiącą w kaburze broń, wzruszył ramionami, nie poświęcając Alecowi więcej uwagi niż dotychczas. 

    – Jeżeli to przeżyje, sprzedamy ją do burdelu na obrzeżach miasta – wyjaśnił spokojnie. – Jest ładniutka, można będzie dostać za nią całkiem niezłą cenę.

    Alec z trudem przełknął ślinę. Jak mógł być aż takim idiotą, żeby sądzić, że ją po prostu wypuszczą? O nie, zrujnował życie nie tylko Lucasa, ale i Emily. Jednak jaka to różnica? Przecież była nikim, nic dla niego nie znaczyła. Stanowiła jedynie środek do osiągnięcia celu. Wyłożył ostatnią kartę i wychylając do końca bursztynową zawartość szklanki, wstał od stołu. Właściwie nie do końca zdając sobie sprawę z tego co robi, znalazł się w kuchni. Pomieszczenie, mimo, że zrujnowane, nie było przynajmniej tak zadymione jak duży pokój. Miał ochotę pić dalej i wiedział, że z pewnością właśnie to będzie tej nocy robił. Niewiele myśląc zaparzył czarną, angielską herbatę, przelał ją do termosu i zszedł do piwnicy. Kiedy wszedł do środka i zapalił światło, zobaczył skuloną w rogu pomieszczenia, drżącą postać. Kiedy uniosła wzrok, zauważył, że na policzkach miała brudne smugi. Najwyraźniej próbowała otrzeć płynące z oczu łzy. Coś ścisnęło mu serce, ale szybko się opanował. To nie jego sprawa! Ta dziewczyna nic dla niego nie znaczy. Jest nikim. Kolejna robota i tyle, a że przy okazji udało mu się dopiec Lucasowi… 

    – Alec – szepnęła, a on miał ochotę uciec, byle dalej.

    Zdał sobie sprawę, że Emily trzęsie się nie tylko ze strachu, ale i z zimna. Mimowolnie podszedł do niej, zsuwając z ramion skórzaną kurtkę. Otulił nią dziewczynę. Obok niej postawił termos z gorącą herbatą. Nie mógł znieść widoku jej przybrudzonej twarzy, ani tym bardziej tych wielkich, zapłakanych, niebieskich oczu. Odwrócił się do drzwi. Uciekał. Jak tchórz.

    – Alec –  ponownie wymówiła jego imię, które tym razem miało taką siłę, by wmurować go w ziemię. Nie był w stanie zrobić ani jednego kroku. – Nie zostawiaj mnie samej – odezwała się błagalnie. – Proszę…

    Chciał zawrócić, przytulić ją, najlepiej w ogóle stamtąd zabrać. W tym momencie nienawidził samego siebie za to, co jej zrobił. 

    – Długo jeszcze? – usłyszał zadane po drugiej stronie drzwi, szorstkim tonem, pytanie.

    To dało mu pretekst przed samym sobą i siłę potrzebną by zignorować błaganie dziewczyny. Wyszedł z pomieszczenia, jednak tym razem nie potrafił się zdobyć na zgaszenie światła.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Lucas ledwo nad sobą panował. Dobijała go własna bezsilność. Dwaj postawni mężczyźni stali nad nim, niczym ochroniarze, ale to i tak nie miało większego znaczenia, bo przecież większość z obecnych w pomieszczeniu ludzi miała broń. Poczuł się jak w pułapce. Był w sytuacji bez wyjścia, ale przecież nie miał wyboru i musiał przyjść. Wtedy zobaczył wyłaniającego się z wąskich drzwi Aleca. To był dramatyczny koniec jego opanowania. Mężczyźni nie zdążyli w żaden sposób zareagować, gdy się na niego rzucił.

    – Ty skurwielu! – warknął rozeźlony.

    Niewiele to dało, ponieważ już po chwili został odciągnięty do tyłu i obezwładniony, ale przynajmniej Alec miał podbite oko, a Lucasowi choć trochę udało się opanować złość. Spojrzał wrogo w kierunku chłopaka i zaskoczony zdał sobie sprawę, że w jego oczach nie było zwyczajowej, chłodnej satysfakcji. Było w nich coś niedostrzegalnego i zdecydowanie bardziej ludzkiego, tylko, że Lucas nie miał pojęcia co.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

      Skulona Emily otworzyła oczy, przez chwilę zastanawiając się gdzie jest. Musiała przysnąć. Znajdowała się w piwnicy. Nikłe światło padało na puste, kamienne ściany. Ciaśniej otuliła się sztywną, skórzaną kurtką Aleca. Pachniała dymem papierosowym i nim… Strach zagłuszyła wściekłość i okrutne poczucie bezradności. Była głupia i naiwna, ale dopiero teraz sobie to w pełni uświadomiła. Znowu zamknęła oczy, nawet nie starając się myśleć, co się z nią stanie, a tym bardziej co zrobią Lucasowi. Kiedy je otworzyła, ktoś był w pomieszczeniu. 

    – Alec? – zapytała niepewnie, rozespanym głosem, ale to nie był on.

    Mężczyzna się odwrócił i rozpoznała złośliwie uśmiechniętą twarz Jeremyego. 

    – Och nie, teraz moja kolej, chyba nie masz nic przeciwko? – zapytał rozbawiony własnym żartem.

    Dziewczyna zadrżała, wtulając się jeszcze bardziej w ścianę. Niewielkie pomieszczenie pokonał w dwóch krokach. Chwycił Emily za łokieć i podniósł z podłogi. Przerażona zamknęła oczy, ale po chwili uchwyt zelżał. Nieprzytomny mężczyzna leżał na podłodze. Ujrzała nad sobą znajomą twarz i tym razem był to Alec. Jego niebieskie oczy były zimne jak lód. Bała się głośniej odetchnąć, nie wiedząc co chłopak zamierza.

    – Chodź! – usłyszała cichy rozkaz.

    Wziął ją za rękę i oszołomioną pociągnął za sobą. Minęli jakieś schody, a potem znaleźli się w niewielkiej, zrujnowanej kuchni. Alec chodził cicho, niczym kot, wyraźnie nasłuchując. Nagle usłyszeli odgłos tłuczonego szkła. Szyba w niewielkim oknie została wybita. Z ust chłopaka posypała się wiązanka przekleństw. Pociągnął ją do ukrytego za spiżarnią przedsionka, w którym mieściły się wąskie, tylne drzwi. Otworzył zasuwę i wyciągnął dziewczynę na ukrytą w mroku ulicę. W zaułku zauważyła dwie, ciemne sylwetki. Jedna z nich się odwróciła i natychmiast rozpoznała Lucasa. Alec najwyraźniej również, bo przez chwilę mierzyli się wrogimi spojrzeniami. Potem jednak chłopak puścił chłodną dłoń Emily i popchnął ją w kierunku Lucasa. Natychmiast wpadła mu w ramiona, a on przytulił ją do siebie opiekuńczo. 

    – Zabierz z klubu moją siostrę – odezwał się chłodno Alec, a kiedy Lucas nieznacznie skinął głową, ponownie zniknął w środku.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Mieszkanie na poddaszu, w którym się znaleźli, było bardzo małe. Nie miało nawet własnego, kaflowego pieca. Wygódka w starym stylu znajdowała się w tyle podwórza, tak jak i najwyraźniej zamarznięta pompa. Mimo to, było tu dość przytulnie, a podłoga była ciepła, nagrzana od pieca, w którym palili sąsiedzi z dołu. Kate opiekuńczo obejmowała ramieniem siedzącą obok niej na podłodze Emily. Dziewczynę nieco irytowało, że wszyscy, w tym wypadku nawet nieprzepadający za nią Eric, starają się nią opiekować. Milczała jednak, bo wcale nie czuła się dobrze. Po kilkudziesięciu minutach, do mieszkania weszła kobieta, z uczepionym jej szarego płaszcza chłopczykiem. Mimo zmęczonego wzroku i starego ubrania, na jej twarzy wyraźnie widać było dawną urodę. Brązowe włosy, zarówno jej, jak i te chłopca, wyglądały zupełnie tak samo jak u Lucasa. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciaśniej, ale kobieta najwyraźniej nie miała nic przeciwko niezapowiedzianym gościom. Przyniosła im herbaty, nie zadając żadnych pytań. Wyglądało na to, że zarówno Erica, jak i Kate już znała. Tylko Emily zaczęła się dziwnie przyglądać. Dziewczyna również podniosła na nią wzrok, zastanawiając się gdzie ją wcześniej widziała.

    – To Emily Morrington – przedstawił ją matce Lucas.

    Kobieta krzyknęła, wypuszczając z ręki wyszczerbioną filiżankę i rozlewając po podłodze pomarańczowo-czerwony płyn. 

    – Mamo? – zaniepokoił się chłopak, ale ona już zbierała z podłogi odłamki i wycierała plamę. 

    – Mój mąż przyjaźnił się z twoim ojcem, Adrianem – wyjaśniła, jeszcze uważniej przyglądając się Emily. – Po śmierci Laury, zabrał cię do Francji i już was więcej nie widzieliśmy. Mówiłaś do mnie…

    – Ciociu Maggie – dokończyła dziewczyna, w głowie której wreszcie elementy układanki trafiły na swoje miejsce. 

    Teraz już wiedziała dlaczego Lucas wydał jej się taki znajomy. Spędzili razem ponad połowę dzieciństwa. Impulsywnie rzuciła się kobiecie na szyję, zapominając o jakichkolwiek manierach. W oczach obydwu błyszczały łzy wzruszenia. Wyjechali, kiedy Emily miała osiem lat. Braciszka Lucasa jeszcze nie było na świecie, a jego siostra stawiała pierwsze kroki. Karen była naprawdę uroczym maluchem. Właśnie! Dlaczego nie było z nimi Karen? I co stało się z ojcem Lucasa? Był przecież kapitanem, służył razem z jej tatą… Miliony pytań kłębiły się w jej głowie. Teraz jednak poczuła się zbyt słabo. Przed oczami zobaczyła ciemne plamy, a potem nieprzytomna osunęła się na podłogę.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Lucas siedział przy jej łóżku. Uśmiechał się, ale w jego oczach widać było troskę. Wyglądał na szczerze zaniepokojonego. Emily wcale nie podobało się to, że jest w szpitalu, ale pocieszał ją fakt, że przerzucali się z chłopakiem wspomnieniami z dzieciństwa. Wcześniej opowiedział jej wszystko, nie ukrywając przed dziewczyną żadnych smutnych tajemnic, a to chyba przyniosło mu ulgę. Kapitan Brenton Davies, ojciec Lucasa, zginął na misji w Afryce. Wtedy zostali sami, on, jego matka i młodsze rodzeństwo. Na dodatek cały majątek przepadł na rzecz armii. Potem zachorowała jego siostrzyczka, nie było ich stać na lekarza i to wtedy zaczął walczyć. Umarła, ale on postanowił, że to samo nigdy nie spotka małego Jonatana. To była cała jego smutna historia. Emily również opowiedziała mu swoją. Była równie krótka. Po śmierci jej mamy, ojciec musiał zmienić otoczenie. Wyjechali. Żyli szczęśliwie, we dwójkę. Miała francuską guwernantkę i uczyła się w domu. A teraz on również był martwy, a ona znalazła się pod opieką ciotki, samotnej starej panny, Anastazji Morrington, której nie widziała od śmierci mamy. Dziewczyna nie miała pojęcia, jakim cudem, po wymianie takich informacji, potrafili się śmiać, ale właśnie to robili – śmiali się, pocieszając nawzajem.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Do jej szpitalnego pokoju wszedł starszy mężczyzna w garniturze. Gdy go rozpoznała, zaskoczenie zastąpiła ciekawość. Siwe włosy, ostre rysy twarzy i jasne, żywe oczy – Martin Crane, prawnik i najbliższy przyjaciel jej zmarłego ojca. Nie miała pojęcia co tu robił.

    – Dzień dobry, można? – przywitał się uprzejmie.

    Skinęła głową, zaciekawiona co u niej robił, a przede wszystkim skąd wiedział, że tu jest. Przysunął sobie drewniane krzesło, na którym usiadł, odstawiając na podłogę skórzaną walizkę. 

    – Jak się czujesz, Emily? – zapytał łagodnie, z troską.

    – Dobrze – odpowiedziała, mając nadzieję, że może jakimś cudem uda mu się ją stąd zabrać. – Już wszystko w porządku.

    Westchnął.

    – To samo zawsze mówiła twoja mama – stwierdził z żalem.

    Emily zarumieniła się odrobinę. Jej stan zdrowia nigdy nie należał do najlepszych i doskonale wiedziała, po kim to odziedziczyła.

    – Czy po to pan przyszedł? – zapytała, żeby zmienić temat.

    – Nie – przyznał spokojnie. – Kiedy napisałaś do mnie, skontaktowałem się z twoją ciotką – wyjaśnił – i to ona mnie teraz wynajęła. 

    – Świetnie – westchnęła zrezygnowana dziewczyna. – W jakim celu? – zapytała kwaśno, tracąc cały entuzjazm i radość, które przyniosła jej niespodziewana wizyta przyjaciela ojca.

    – Emily, gdybym oceniał ją źle, nie zgodziłbym się dla niej pracować, przecież wiesz – spojrzał na nią poważnie. – Twoja ciotka nie miała pojęcia, gdzie cię posyła. Pełnomocnik przedstawił jej twoją szkołę, a właściwie chyba powinienem powiedzieć byłą szkołę – dodał z naciskiem – jako bardzo dobre miejsce, na wysokim poziomie. Sprawdziłem wszystko osobiście. Podał jej bardzo wysokie koszty utrzymania i resztę pieniędzy, które przechodziły przez jego ręce, zwyczajnie defraudował. Podejrzewam, że w tym momencie już tłumaczy się policji.

    – Co za różnica? – odezwała się dziewczyna, starając się ukryć zaskoczenie. – I tak nie chce mnie nawet widzieć.

    Prawnik pokręcił głową. Uśmiechnął się smutno.

    – Nie mogę się wypowiadać na ten temat zamiast panny Morrington, ale z tego co zrozumiałem, po prostu bała się z tobą spotkać. Najpierw straciła twoją matkę, która była jej przyjaciółką, a potem brata. Teraz boi się, że straci i ciebie, a od tego za wszelką cenę chciała się odgrodzić.

    – Chciała? – zapytała Emily. – W czasie przeszłym?

    – Tak. Chciała. Ponieważ teraz jej życzeniem jest, żebyś zamieszkała razem z nią. Wybór jednak należy do ciebie.

    – To ja mam jakieś inne wyjście? – spytała jeszcze bardziej zaskoczona dziewczyna, próbując uwierzyć w słowa przyjaciela jej ojca.

    Podniósł walizkę i wyjął z niej plik dokumentów. 

    – Owszem, masz – wyjaśnił podając jej kartki. Spojrzała na niego pytająco. – To fundusz powierniczy, który założył dla ciebie ojciec. W normalnych warunkach miałabyś do niego dostęp, gdy skończysz osiemnaście lat. Teraz zarządza nim twoja ciotka, ale wyraziła życzenie, byś to ty decydowała o tych środkach, a ona na wszystkie twoje działania wyrazi zgodę. 

    Emily patrzyła niedowierzająco to na niego, to na kartki. Nie znała swojej ciotki, nie widziała jej od śmierci matki, ale z miejsca uznała, że skoro nie chce jej nawet widzieć, to znaczy, że jest oschła i zimna. Co jednak, jeżeli naprawdę miała jakąś rodzinę? Tym właśnie gestem najwyraźniej Anastazja Morrington, starała się to udowodnić.

     – To nie wszystko – dodał prawnik. – Mam jeszcze jedną sprawę, która właściwie cię nie dotyczy, ale na pewno chciałabyś o niej wiedzieć. – Tym razem uśmiechnął się naprawdę wesoło i szczerze. – Dokonałaś czegoś, czego z twoim ojcem nie potrafiliśmy zrobić przez prawie siedem lat. Odnalazłaś Lucasa Davisa. Cała jego rodzina po tragicznej śmierci kapitana Brentona, po prostu zniknęła nam z oczu. Przy mojej pomocy kapitan zabezpieczył przyszłość rodziny. Lucas dysponuje podobnym funduszem co ty, a jego matka odziedziczyła posiadłość we Francji, która leży na terenach zarządzanych przez twoją ciotkę.  

    To była cudowna wiadomość, lepsza niż by się mogła spodziewać. Wszystko nagle zaczęło się układać. No, prawie wszystko…

    – Więc jak, Emily. Spotkasz się z ciotką? To zależy tylko i wyłącznie od ciebie – dodał.

    – Tak, ale najpierw chciałabym prosić pana o jeszcze jedną przysługę – niemalże wyszeptała.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Klub, w którym toczyły się nielegalne walki, przestał istnieć, a przynajmniej Alec miał taką nadzieję. Wierzył również, że jego siostra jest bezpieczna, bo komu innemu mógłby zaufać, jeśli nie największemu wrogowi? W dalszym ciągu uważał to za niezłą ironię losu. Nie zrobił wiele, a właściwie prawie nic, ale to wystarczyło by spowodować lawinę wydarzeń. Kiedy Emily, Lucas i Eric zniknęli mu z oczu, zwyczajnie zawiadomił policję i… prasę. Wyżej postawieni komisarze byli przekupieni, ale ci zwykli funkcjonariusze… cóż, po tym jak przybyli na miejsce zgraną ekipą, nikt ze Scotland Yardu nie mógł już nic zrobić, a ich wysokie łapówki diabli wzięli. Opinia publiczna była silniejsza od jakiejkolwiek władzy, a rozgłos stawał się najlepszym zabezpieczeniem. Alec uśmiechnął się do siebie. To zdecydowanie było fair, a cała akcja była tego warta, nawet pomimo tego, że on sam również siedział w więzieniu. Skoro przetrwał w tym miejscu tydzień, przeżyje i resztę. Tak myślał, do momentu, kiedy jeden ze strażników, obojętnym głosem oznajmił mu, że jego prawnik wpłacił za niego kaucję. 

    – Co? To nie możliwe – odpowiedział uznając, że tamten robi sobie z niego żarty.

    Nie miał ani prawnika, ani nikogo, kto mógłby za niego cokolwiek zapłacić. Mężczyzna wzruszył ramionami. Jemu było wszystko jedno. 

    – Sam się przekonaj. Miejsce w celi zawsze się dla ciebie znajdzie, jeżeli to pomyłka – tym razem przez jego obojętne oblicze przemknął cień szyderczego uśmiechu.

    Osobą, która za niego zapłaciła, okazał się starszy, elegancko ubrany mężczyzna, ale najbardziej zaskoczyło go to, że stał tam w towarzystwie Emily. Tyle, że to była zupełnie inna dziewczyna. Bledsza niż zwykle, dalej tak samo krucha, ale nie to go zaskoczyło. To były jej oczy i zacięty wyraz twarzy. Patrzyła na niego chłodno i z niechęcią. Alec sam przed sobą nie chciał się przyznać, jak bardzo go to zabolało. 

    – Wpłaciłam za ciebie kaucję – zaczęła bez zbędnych wstępów, patrząc mu prosto w oczy – ale nie myśl sobie, że to jakaś darowizna. Odpracujesz to u mojej ciotki, posiada całkiem spory folwark. Albo to, albo więzienie, mnie jest wszystko jedno. Pan Crane – wskazała na mężczyznę – przedstawi ci szczegóły.

    Potem, nie czekając na jego reakcję, odwróciła się i odeszła, a on jeszcze tylko zdążył zobaczyć, jak wychodzi z budynku, objęta opiekuńczym ramieniem Lucasa. Jeszcze przez długą chwilę po tym, jak zniknęła mu z oczu, nie był w stanie przestać za nią patrzeć.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Wraz z nadchodzącą wiosną wszystko zaczynało żyć. Emily i Kate, jedynie w lekkich płaszczach, siedziały na kamiennym murku. Zawsze zatrzymywały się tutaj po drodze ze szkoły. Wiejskie powietrze dobrze działało na Emily, czuła się znacznie lepiej niż w mieście i przeszkadzało jej, że wszyscy nad nią skaczą. Gospodarstwo Anastazji Morrington było naprawdę ogromne. Mieścił się tu cały folwark, stadnina koni, pola uprawne, dom zarządcy, kilka mniejszych, mieszkalnych zabudowań, a w pięknym parku, stał elegancki dworek. Dom zarządcy należał teraz do rodziny Lucasa, w ten właśnie sposób, poprzez umowę zawartą z panną Morrington, kapitan Davies potajemnie zabezpieczył przyszłość rodziny. Ciotka Emily okazała się osobą, której zawsze brakowało towarzystwa, wręcz namawiała bratanicę by zapraszała do niej swoje przyjaciółki. W ten sposób Rena, Lissa, Lotta i Dominika spędziły u niej ferie zimowe, a zaproszone były również na wakacje. Kate natomiast po prostu zamieszkała z nimi na stałe. Dziewczyna pojechała z nimi, bo nie miała co ze sobą zrobić. Chciała pracować, ale panna Morrington stanowczo odmówiła jej tego przywileju, ostatecznym argumentem było to, że ktoś musi się opiekować Emily w szkole. I robili to, zarówno ona, jak i Lucas. 

    – Jak długo jeszcze zamierzasz go dręczyć? – spytała patrząc na przerzucającego siano przed stajniami brata.

    Kate nie dotyczyły żadne konwenanse. Jak zwykle mówiła po prostu to co myśli. Emily spojrzała na nią pytająco. Co było dziwne, Alec naprawdę pracował, bez żadnych wykrętów, a na dodatek przykładał się do tego co robi. Kate na początku była zdumiona, a potem stwierdziła, że jak ma zajęcie, to przynajmniej nie będzie pił i pakował się w kłopoty. Nigdy jednak nie rozmawiały na temat Emily i Aleca. Właściwie przez te dwa miesiące, dziewczyna po prostu starała się go unikać. 

    – Robi to dla ciebie – wyjaśniła obojętnie Kate – to chyba jego sposób na powiedzenie przepraszam. Wiesz, jemu naprawdę na tobie zależy, Em.

    – Jasne – mruknęła Emily, wskazując przyjaciółce idącą w kierunku Aleca, jasnowłosą mleczarkę.

    Miała dosyć. Kate definitywnie udało się popsuć jej humor. Ześliznęła się z murku i ruszyła  w kierunku dworku. Przyjaciółka chwyciła ją za rękę. 

    – Zaczekaj! – rozkazała stanowczo. – Patrz.

    Alec zamienił kilka słów z blondynką, a potem ona po prostu uciekła. Mimo, że dzieląca ich odległość była zbyt duża i nie mogły tego zobaczyć, Emily była przekonana, że dziewczyna płacze.

    – Dupek – skwitowała całe zajście, ale jednocześnie poczuła jakąś dziwną ulgę.

    – On tak się ostatnio zachowuje w stosunku do każdego, Em. Jest wściekły, ale chyba pierwszy raz w życiu na siebie. I nie wybaczy sobie, dopóki ty mu nie wybaczysz pierwsza. 

    Dziewczyna westchnęła. Musiała przyznać przed samą sobą, że tęskni za Alecem. 

    – Dobrze, już dobrze – mruknęła tylko i ruszyła, tym razem, w jego kierunku.

    Mniej więcej w połowie drogi, wdepnęła w błotnistą kałużę i pośliznęła się, przewracając w mokrą trawę. Przymknęła oczy i chciała wstać, ale kiedy je otworzyła, zobaczyła klękającego przy jej boku Aleca. W jego niebieskich oczach widziała prawdziwe przerażenie.

    – Nic mi nie jest – westchnęła siadając.

    – Myślałem, że znowu zemdlałaś – przyznał nieco zaniepokojonym tonem.

    Wpatrywał się w nią intensywnie, z jakąś dziwną tęsknotą, a ona bezwiednie odwzajemniała to spojrzenie. 

    – Odsuń się od niej – usłyszeli nad sobą głos Lucasa, który zeskoczył tuż obok nich z siodła i teraz stał, trzymając konia za uzdę. Najwyraźniej też musiał zobaczyć, jak upadała. – Ona nie chce cię widzieć, w dalszym ciągu do ciebie to nie dotarło?

    Emily spojrzała na niego wrogo, ale Alec, ku jej zdumieniu, posłusznie wstał. On naprawdę wierzył Lucasowi, dotarło do niej. Uważał, że ona nie chce go widzieć. 

    – Luck – Kate również znalazła się przy nich. – Odpuść, to nie twoja sprawa. Pozwól im załatwić to między sobą. 

    Kiedy położyła mu rękę na ramieniu, chłopak nieco złagodniał, a potem posłusznie, ciągle trzymając konia, poszedł za nią. Nawet, kiedy zostali sami, Emily nie wiedziała co powiedzieć. Alec najwyraźniej też nie. 

    – Przepraszam, pójdę już – mruknął, a ona pozwoliła mu odejść.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Pierwszy dzień wiosny. Tańce, ogniska, zabawa. Mimo tego, że wszyscy się dobrze bawili, Lucas był wściekły. No może prawie wszyscy… Kate przedstawiła mu bardzo dobitnie swój punkt widzenia po czym oznajmiła, że może go zaakceptować lub spadać. Wybrał tą drugą opcję, a teraz tego żałował. Wiedział, że miała rację, tylko po prostu nie chciał tego przyznać. Aleca i Emily coś naprawę łączyło i nie była to tylko sadystyczna zabawa chłopaka. Teraz obydwoje, z daleka od siebie, byli po prostu nieszczęśliwi. Powiedziała wyraźnie, że nic mu do tego i może się wkurzać ile chce, byleby tylko im nie przeszkadzał. Lucas był nieszczęśliwy, bo nie chciał, żeby Emily cierpiała. Była jego przyjaciółką i za punkt honoru postawił sobie to, by zawsze się nią opiekować. Zdawał sobie jednak sprawę, że to samo stara się robić Kate. W tym wypadku miała zaufanie do swojego brata, więc może i on powinien go choć trochę mieć. Zdecydowanym ruchem pchnął drzwi do szopy i wszedł na stryszek. Alec leżał rozwalony na sianie. Spojrzał na intruza obojętnie.

    – Czego chcesz?

    – Pytanie powinno brzmieć czego nie chcę – warknął Lucas, bo nie potrafił inaczej zachowywać się w jego obecności.

    Alec westchnął cierpiętniczo.

    – Dobrze, więc czego nie chcesz?

    – Nie chcę, żeby Emily płakała.

    Chłopak gwałtownie usiadł.

    – Płakała? – zapytał głupio.

    Lucas po raz pierwszy przestał żałować, że tu przyszedł.

    – Znajdziesz ją przy nowym źrebaku – oznajmił prosto – jeżeli jesteś zainteresowany.

    Alec minął go bez słowa i wyszedł na dwór. Lucas odetchnął. Reszta już nie zależała od niego.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Emily siedziała na sianie, w pustym boksie. Lubiła przebywać wśród koni, ale tego dnia nic nie sprawiało jej przyjemności, mimo, że wszyscy jej wmawiali, że powinna się dobrze bawić.  

    – Hej – usłyszała nad sobą znajomy głos. Jej serce zabiło znacznie szybciej, kiedy Alec, bez pytania, wszedł do środka i usiadł przy niej na sianie. – Jak się bawisz? – zapytał chłopak.

    – Teraz już trochę lepiej – zdobyła się na szczerość, za co została nagrodzona szerokim uśmiechem. 

    – Czy kiedyś mi wreszcie wybaczysz? – zapytał znowu poważniejąc.

    – Już ci wybaczyłam – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

    – Naprawdę? – zapytał, a gdyby nie jego spojrzenie, uznałaby to pytanie za drwinę.

    Skinęła głową. Przyspieszony oddech, łomotanie serca, ulga i namiętność. Emily nie miała pojęcia jak to się stało, że leży na sianie i dlaczego oplata szyję Aleca ramionami. Po chwili położył się obok, przyciągając ją do siebie. Wtulił twarz w jej włosy i przymknął oczy łapiąc oddech. Ona też ledwo oddychała. Wczepiła palce w jego koszulę, przestraszona, że mógłby w każdej chwili odejść.

    – Przepraszam – szepnął. – Za wszystko. Czy możemy zacząć od nowa?

    – Tak – mruknęła nie odsuwając się od niego ani na milimetr. – Myślę, że możemy.

    Później wspólnie dołączyli do zabawy. Emily cieszyła się tańcem, dopóki nie usłyszała, jak Alec klnie. 

    – Co się stało? – zapytała zrezygnowana.

    – Chyba wreszcie zrozumiałem Lucasa – westchnął, przyciągając ją do siebie bliżej. – I ani trochę mi się to uczucie nie podoba. Choć przynajmniej wreszcie mam pewność, że myliłem się i nie jest w tobie zakochany.

    Kiedy podążyła za jego wzrokiem, zobaczyła stojącą pod rozłożystym dębem, ukrytą w półmroku parę, która całowała się zachłannie. Natychmiast rozpoznała sylwetki Kate i Lucasa. Roześmiała się uszczęśliwiona. Potem dotarły do niej ostatnie słowa Aleca.

    – Więc byłeś o mnie zazdrosny? – zapytała niewinnie.

    Westchnął.

    – Cały czas jestem – odpowiedział wtulając policzek w jej pachnące bzem włosy.

    – I dobrze – odpowiedziała ze śmiechem – przynajmniej będziesz mnie pilnował.

    – Oj tak – zamruczał w odpowiedzi. – Pod tym względem obiecuję zamienić twoje życie w koszmar.

    Wieczór był piękny, a niebo bezchmurne i usiane gwiazdami. Dopiero teraz, nareszcie, Emily poczuła, że potrafi być naprawdę szczęśliwa.

    The End

    Note