Rozdział 1 – Black & White
by Vicky
Nastały ciężkie czasy. Z powodu globalnego ochłodzenia, które rozpoczęło się około 2030 roku ludzie zaczęli głodować. Na Ziemi wyczerpało się większość źródeł energii. W 2045 wybuchła Trzecia Wojna Światowa, która trwała przez dwadzieścia kolejnych lat. Liczba ludności zmniejszyła się do niespełna trzech miliardów. Jedynym powodem dla którego konflikt nie przerodził się w wojnę nuklearną, były osoby władające nadprzyrodzonymi umiejętnościami, które bez skrupułów wykorzystywali do walki. To właśnie oni zjednoczyli się, by zażegnać wojnę. Od tej pory każde państwo prowadzi swoją własną Akademię, a ich uczniowie są jedynymi, którzy biorą udział w bitwach.
Wojnę atomową, wybuchy bomb, nawet wojnę biologiczną można było wytłumaczyć powołując się na naukowe teorie. My byliśmy fenomenem. Nikt nie wiedział do czego jesteśmy zdolni ani dlaczego posiadamy nasze umiejętności. Nauka w jednej z Akademii jednak nie była niczyim marzeniem. Śniliśmy o niej po nocy w naszych najgorszych koszmarach. Jako młode pokolenie staraliśmy się żyć normalnie, ale tak naprawdę odetchnąć mogliśmy dopiero na studiach – wtedy nabywaliśmy ostatecznej pewności – nie zostaliśmy wybrani, jesteśmy zwyczajni. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia. Wiem jednak, że mimo wszystko nie powinno mnie tu być, bo mimo tego, że wykryto u mnie pewne zdolności, nie potrafiłam ich używać.
Każde z nas posiada odmienne umiejętności, ostatecznie jednak wszyscy uczymy się tego samego – jak przetrwać, zapanować nad magią i nie dopuścić do wojny, chaosu oraz totalnej zagłady.
Rozdział Pierwszy
Lila
Drżały mi dłonie. Z całej siły ściskałam łuk. Byłam w tym naprawdę beznadziejna, a to nie wróżyło mi świetlanej przyszłości. Właściwie nie wróżyło mi żadnej przyszłości, chyba, że miałabym nadzieję spędzić resztę swojego życia jako niewolnica na farmie żywności… lub jeszcze gorzej, a tego „gorzej” nawet nie chciałam sobie wyobrażać. Moje strzały nie tyle nie wbijały się w kolorową, papierową tarczę co najczęściej w ogóle omijały dwumetrową słomiankę i to niezależnie od tego ile bym nie ćwiczyła albo jak bardzo się nie starała.
– Czternastka, zostajesz po zajęciach – usłyszałam lodowaty glos trenera.
Jeszcze mocniej zacisnęłam dłoń na drzewcu łuku. Czego innego mogłabym się spodziewać?
– Poradzisz sobie – mruknęła do mnie Hester, przechodząc za moimi plecami i składając broń.
Właściwie nie była moją przyjaciółką. Za to była jedyną osobą, która normalnie ze mną rozmawiała. Skoro została moją współlokatorką to nie miała wielkiego wyboru… Na większości zajęć byłam naprawdę kiepska, a trzymanie się z marnymi uczniami niczego nikomu nie dawało – nawet więcej, stanowiło pewnego rodzaju zagrożenie. Poza tym do tej pory byłam jedyną osobą z pierwszego roku, która jeszcze nie odkryła nawet jednego talentu.
Ręce coraz bardziej drżały mi ze zmęczenia, ale nie przestawałam strzelać. Wiedziałam, że to byłby duży błąd i ból w ramionach jest niczym w porównaniu z karą, jaka wówczas mogłaby mnie czekać. Zajęcia z bronią okazały się jednymi z najgorszych. Nasz trener był przystojny posągową urodą i również jak posąg się zachowywał – nieczuły i zimny. Traktował nas bez cienia litości czy empatii. Błagałam w duchu żeby nie trafić do jego grupy, gdy zacznę się uczyć konkretnych sztuk walki wręcz. Obecnie próbowaliśmy wszystkiego, by móc zorientować się co najbardziej będzie do nas pasowało.
Nieliczni uczyli się od wczesnego dzieciństwa, ponieważ już wtedy wykryto ich talent do magii, ale było ich niewielu. To właśnie oni zostawali naszymi trenerami i nauczycielami. Inni, tacy jak ja, w Akademii byli zaledwie od miesiąca, a dostanie się do niej zmieniło nasze życie w piekło. Niewielu przebywało w tym miejscu z własnej woli.
– Źle to robisz – usłyszałam szorstki głos trenera.
Tak zawzięcie strzelałam, że zupełnie zapomniałam o jego obecności. Podszedł do mnie dopiero gdy wszyscy wyszli z hali. Stanął tuż za moimi plecami. Położył dłoń na moim ramieniu. Poczułam niepokojące drżenie i tym razem nie był to strach. Martin był od nas zaledwie parę lar starszy i… był tak samo cudowny, co i przerażający. Sprawiał wrażenie jakby znęcanie się nad nami sprawiało mu niekłamaną przyjemność, a jednocześnie… był najprzystojniejszym mężczyzną jakiego w życiu spotkałam. Z powodzeniem mógłby zostać modelem lub gwiazdą filmową. Krótko ścięte, ciemne włosy, niemalże fiołkowe tęczówki, sylwetka sportowca. Był też oczywiście doskonały we wszystkim co robił. Kiedy za mną stał, czubkiem głowy sięgałam mu ledwie do ramienia. To było dziwne uczucie – darzyć nienawiścią kogoś, na czyj widok w moim brzuchu szalało stado wściekłych motyli. Taka była jednak prawda. Nienawidziłam go i nie byłam z tym uczuciem odosobniona. Lodowata maska na chwilę opadła i spojrzał na mnie zaskoczony. Czy on też to poczuł? Wiedziałam, że to niemożliwe! Gdy odważyłam się ponownie spojrzeć, po zaskoczeniu na jego twarzy nie było ani śladu. Pokazał mi w jakiej pozycji powinnam trzymać strzałę i łuk, a ja błagałam w myślach tylko o to, żeby już przestał mnie dotykać, a jednocześnie pragnęłam, żeby nigdy nie przestawał.
– Spróbuj teraz – powiedział, wciąż trzymając dłonie na moich rękach.
Skupiłam się na tarczy. Wciągnęłam powietrze, kompletnie zaskoczona. Między grotem strzały a tarczą pojawiła się srebrna, mglista linia. Dopasowałam do niej strzałę i wypuściłam ją z łuku. Trafiła perfekcyjnie. W sam środek kolorowej kartki. Miałam ogromną ochotę zapytać go co to było, ale milczałam. Tak było bezpieczniej. Obdarzył mnie zagadkowym spojrzeniem i odsunął się ode mnie.
– Następna – rozkazał.
Ponownie naciągnęłam cięciwę. Linia zniknęła, a ja wypuściłam strzałę w pustkę, o włos mijając się z moją słomianką. Nie wyglądał już na zirytowanego, a raczej na zaciekawionego. Położył dłoń na moim ramieniu.
– Spróbuj jeszcze raz.
Linia wróciła, a ja oddałam kolejny perfekcyjny strzał. Kazał mi wykonać kolejne cztery strzały, nie zdejmując ręki z mojego ramienia. Wszystkie były idealne. Wziął ode mnie łuk i wystrzelił, ale nie celował do tarczy. Strzała przeleciała przez niewielkie, otwarte okienko hali sportowej. Trafił w wysoki punkt na stojącym w pewnym oddaleniu drzewie. Oddał mi broń.
– Skup się – warknął. – Nie jestem ci potrzebny, żebyś zobaczyła trajektorię lotu strzały.
Nie był? Poczułam irytację. Skupiłam się tak, jak kazał, ale tym razem nie na tarczy, a na jego wbitej w drzewo strzale. Nie byłam pewna czy chcę sobie czy jemu coś udowodnić. I rzeczywiście… kiedy już wiedziałam czego szukać bez trudu dostrzegłam linię, ale nie była tak wyraźna jak wtedy, kiedy mnie dotykał. Tym razem widziałam ją jako cienką, zamgloną smużkę. To jednak wystarczyło. Strzeliłam. Jego strzała rozpadła się na kawałki. Nie byłam nawet zdziwiona, że udało mi się trafić. On również nie był.
– Starczy na dzisiaj – oznajmił. – Jutro też zostaniesz po zajęciach.
Skinęłam głową przerażona tą perspektywą i ruszyłam wyciągnąć z tarczy swoje strzały. Zatrzymał mnie w miejscu. Spojrzał mi w oczy.
– Lepiej póki co nie mów o tym nikomu.
Posłusznie skinęłam głową, a potem pobiegłam ku tarczy, nareszcie uwalniając się od jego dotyku.
***
Najpierw strzelałam z łuku, a potem zabrał mnie na strzelnicę. Kazał strzelać z pistoletu i karabinu. Na swoje nieszczęście za każdym razem bezbłędnie trafiałam. Pojedyncze zostawanie po zajęciach przerodziło się w codzienne, dwugodzinne treningi, które na początku następnego tygodnia zamieniły się w sześciogodzinne sesje, na dodatek wcale nie obejmujące wyłącznie strzelania. Jako początkująca grupa uczyliśmy się kilkunastu różnych sztuk walki, by po trzech miesiącach treningów wybrać dwie, które najbardziej nam odpowiadają. Martin zrobił to przed czasem za mnie i zmusił mnie do intensywnej nauki karate i aikido. Jego treningi były mordercze. Nie miałam kiedy jeść. Nie nadążałam z innymi lekcjami. Kiedy wracałam do pokoju, po prostu padałam na łóżko i przesypiałam aż do rana.
***
Nie rozumiałam czemu zabronił mi brać udział w treningach reszty grupy. Zamiast tego siedziałam obserwując ich wysiłki lub służyłam za dziewczynę na posyłki. To nie miało sensu. Przynajmniej nie dla mnie. Nikt jednak nie zadawał pytań. Z góry uznali, że jestem zbyt słaba by brać udział we wspólnych zajęciach, a ja nie wyprowadzałam nikogo z błędu. Trener również nie. Do czasu.
– Za tydzień odbędą się zawody – oznajmił grupie. – Zapewne wiecie co to oznacza? – ni to spytał ni stwierdził. – Osoby, które zwyciężą w przynajmniej jednej konkurencji są zwolnione z półrocznych egzaminów.
Zważywszy na to, co groziło za ich niezdanie… cóż… była to naprawdę wartościowa nagroda i każdy liczył, że to on zostanie wytypowany do wzięcia udziału w międzyszkolnej rywalizacji. Na hali zapadła cisza. Nikt nie śmiał nawet odetchnąć, by przypadkiem nie zniszczyć swojej szansy.
– Z waszej grupy wytypowałem cztery osoby.
W grupie była nas dwudziestka, niemal setka na roku, w zawodach każda szkoła mogła wystawić zaledwie dziesięciu pierwszoroczniaków. To było dla naszej grupy ogromnie pozytywne zaskoczenie. Znaczyło to również, że trener wyraźnie nas faworyzował.
– Będą to: jedynka, – tej decyzji wszyscy się spodziewali, Aron był we wszystkim najlepszy – ósemka, – Hester z trudem powstrzymała okrzyk radości – dziesiątka – wiecznie milczący, ponury Dominik i tym razem nie dał po sobie poznać jak wpłynęła na niego usłyszana decyzja – i czternastka.
Cisza stała się gęsta, wręcz namacalna. Wszyscy spojrzeli w moim kierunku. Niemalże mogłam usłyszeć ich myśli. Czym zraziła do siebie Martina, że tak bardzo jej nienawidzi? Dlaczego chce oglądać jej kompromitację? Ogarnęło mnie całkiem przyjemne uczucie mrocznej satysfakcji. Wreszcie będę mogła pokazać pozostałym, czego się nauczyłam.
Rozdział Drugi
Lila
Niedziela była jedynym dniem, który miałam wolny. Chociaż nie, tak naprawdę to nie. W niedzielę starałam się nadrobić wszystkie szkolne zaległości. Osiem godzin zajęć, a zaraz po nich sześć godzin treningu, to było dla mnie zbyt wiele.
– Nie wychodzisz? – spytała Hester, unosząc brwi.
Jak na nasze warunki i możliwości była naprawdę ładnie wyszykowana. Rozpuszczone, kasztanowe włosy sięgały jej ramion. Włożyła na siebie obcisły, sięgający niemal kolan sweter i długie, szare skarpety za kolana. Do tego wysokie buty i przerobiony na całkiem modną torebkę wojskowy chlebak.
– Uczę się – oznajmiłam wracając do leżącej przede mną książki.
– Jesteś tego pewna Lila? Wiesz, że to i tak wszystko na nic, jeżeli nie znajdziesz kogoś, kto cię zaprosi do pary… – w jej tonie pojawiła się nuta współczucia. – Wspólne zajęcia zaczynają się już za dwa tygodnie – dodała.
Cholera! Zupełnie o tym zapomniałam. Pieprzone zajęcia w parach, których sensu kompletnie nie rozumiałam. Istniały podobno po to, żeby nauczyć nas radzenia sobie we wszystkich sytuacjach, nie tylko podczas ewentualnej walki, ja w to jednak nie wierzyłam. Dziewczyn było na naszym roku o dwadzieścia więcej niż chłopaków. Znaczyło to ni mniej ni więcej niż to, że dwadzieścia z nas nie zostanie zaproszone. Jeżeli nie znajdę sobie partnera, a przez moje wyniki w nauce wcale się na to nie zapowiadało, to zostanę wyrzucona. Skończę na farmie, całymi dniami pracując w polu. Tak jak pozostałe niezaproszone dziewczęta. Nie miałam przyjaciela, który mógłby mnie zaprosić, nie było też sensu wdzięczyć się do chłopaków. Każdemu zależało tylko na tym, żeby mieć jak najlepsze wyniki, a do tego potrzebna była jak najzdolniejsza partnerka. Ja nią zdecydowanie nie byłam.
Aron
Idąc korytarzem uśmiechnąłem się arogancko do wpatrującej się we mnie łakomie blondynki. Pomachałem dwóm innym dziewczynom z grupy, które na mój widok zachichotały. Zawsze irytowały mnie osoby udające nadmierną skromność. Ja sam doskonale znam swoją wartość. I szczerze przyznam – nie mogłem doczekać się ćwiczeń w parach. Byłem nie tylko jednym z najlepszych uczniów, ale także jednym z najprzystojniejszych chłopaków w szkole i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Moja partnerka na zajęcia musiała być idealna. Tym razem popełniłem jednak błąd. Nie mogłem się zdecydować i zbyt długo zwlekałem z wyborem odpowiedniej dziewczyny. Za błędy natomiast w Akademii niestety zawsze się płaci.
– Masz już partnerkę? – spytał od niechcenia sensei, kiedy zdjąłem buty i wszedłem na matę.
– Jest jeszcze trochę czasu – mruknąłem, zaskoczony pytanem.
Nieczęsto ze mną rozmawiał. Zazwyczaj ograniczał się do wydawania poleceń lub korygowania błędów.
– Więc nie masz? – przecząco pokręciłem głową. – Doskonale. W takim razie zaprosisz Lilien. Numer czternaście z twojej grupy.
Spojrzałem na niego zszokowany. Czyżbym się przesłyszał? W pierwszym momencie nie skojarzyłem dziewczyny, o której wspomniał, ale chwilę później pobladłem. Była na końcu list z niemal wszystkich zajęć, w tym również tych sportowych. Nie byłem pewien jakim cudem w ogóle udawało jej się cokolwiek zaliczać…
– Żartujesz, prawda? – wyrwało mi się nieproszone. Trener spojrzał na mnie chłodno. Z trudem przełknąłem ślinę. Jak mogłem zachować się tak bezmyślnie? – Nie mówisz poważnie, sensei? – poprawiłem się natychmiast.
Ku mojej uldze puścił moje słowa mimo uszu.
– Owszem, mówię. To nie jest prośba.
Nie potrafiłem w to uwierzyć. Nie chciałem. Ta dziewczyna nie zaprzepaści mojej szansy na zajęcie pierwszego miejsca i zostanie kapitanem!
– Nie mogę jej zaprosić! – prawie krzyknąłem. – Co jeśli przez nią nie zdam?
Teraz naprawdę przegiąłem. W jego oczach pojawiła się wściekłość. Odezwał się jednak chłodnym, wyrachowanym tonem.
– Nie zdasz, jeżeli jej nie zaprosisz.
– Jak to nie zdam? – spytałem jak ostatni głupek.
– Nie zdasz, bo cię obleję – wyjaśnił z drwiną w głosie.
– Nie możesz! Jestem najlepszy! – panika i irracjonalność tej sytuacji znów odebrały mi rozum.
– Chcesz się założyć? – ponownie zignorował moją impertynencję.
Czy to był jakiś pieprzony żart? A może test? Zdałem sobie sprawę z porażki. Musiałem się wycofać.
– Nie, mistrzu – mruknąłem. – Zaproszę ją.
– Doskonale, w takim razie zaczynaj rozgrzewkę – odparł, jakby sprawa była zupełnie błacha, a on już o niej zdążył zapomnieć.
Nie obchodziło go czy w ten sposób rujnował moje życie w Akademii. Ja go nie obchodziłem. Odetchnąłem. Nie miałem pojęcia czym mu podpadłem. Tym razem udało mi się uniknąć kary, ale czy to, na co się zgodziłem, to właśnie nie była najgorsza możliwa kara?
Lila
Stałam na korytarzu pod klasą, czekając na kolejne zajęcia, kiedy zatrzymał się przy mnie wysportowany blondyn. Spojrzałam na niego pytająco. Czego on ode mnie chciał? Stanął pod ścianą, z rękami założonymi na plecach. Jakby był czymś mocno zdenerwowany. Po chwili jednak odzyskał rezon.
– Zostaniesz moją partnerką na zajęciach – to nie była prośba ani pytanie. On po prostu oznajmił mi ten fakt. Jakbym nie mogła mu odmówić… Zdałam sobie sprawę, że nie mogę. Chwilowa niepoczytalność chłopaka była moją ostatnią nadzieją. Niechętnie skinęłam głową. – Świetnie, w takim razie widzimy się rano na treningu. Nie spóźnij się – rzucił na dowidzenia i szybkim krokiem oddalił się korytarzem, a ja oniemiała wpatrywałam się w jego plecy.
Hester zerwała się z podłogi po przeciwnej stronie korytarza i podbiegła do mnie.
– Czego od ciebie chciał?
No tak, teraz to się mną interesowała… Właściwie nie dziwiła mnie jej ciekawość.
– Zaprosił mnie do pary – odpowiedziałam najspokojniej jak potrafiłam.
– Co?! Nie przesłyszało ci się coś czasem? – spytała z naganą w głosie.
Wzruszyłam ramionami.
– O co robisz tyle szumu?
– Mówi ci coś imię Aron? Pierwszy na wszystkich listach?
Popatrzyłam na nią zaskoczona. Jeśli mówiła prawdę to tylko znaczyłoby, że kompletnie nie zwracałam uwagi na innych uczniów.
– To on?
Uniosła brwi.
– Nie wiedziałaś? – przecząco pokręciłam głową. – Ciekawe czego od ciebie chciał – zastanowiła się przez chwilę. – Może ma zamiar wszystkim udowodnić, że jest najlepszy i nawet na ćwiczeniach w parach poradzi sobie sam? – drwiąco uśmiechnęła się Hester.
– Spierdalaj – warknęłam na nią, odwracając się w stronę okna.
– Masz więcej szczęścia niż rozumu – roześmiała się odchodząc i zostawiając mnie w spokoju.
Z przykrością musiałam jej przyznać, że chyba miała rację. Gdybym tylko mogła jej wyjaśnić, że zawalanie tych wszystkich zajęć, to nie tak do końca moja własna wina…
Rozdział Trzeci
Lila
W teorii dziewczęta dostały bardzo łatwe zadanie. Miałyśmy zostać w jednym miejscu i czekać na swojego wybawcę. W praktyce… zostałam zostawiona sama sobie pomiędzy drzewami w mrocznej puszczy i… cholernie się bałam. Ćwiczenia w parach były jednymi z najważniejszych, a ja zupełnie nie rozumiałam dlaczego. Czemu mielibyśmy polegać na kimś innym, a nie wyłącznie na sobie samych? W końcu tego uczyły pozostałe zajęcia – nie powinniśmy nikomu ufać. Dlaczego więc teraz drżałam ze strachu, czekając na Arona? Nie byłam pewna jak tu trafiłam. Zadbali o to, żebyśmy były zdezorientowane. Nad sobą słyszałam upiorne wycie. Wiedziałam, że robią to specjalnie, a jednak… mimo wszystko odczuwałam strach. Duchy to martwi ludzie, a martwi nie mogą mnie skrzywdzić, to żywych powinnam się bać, powtarzałam sobie w myślach. Przeszłam kilka kroków, przeciskając się między gęstymi chaszczami. Grunt stawał się coraz bardziej podmokły. Po kilku metrach zaczęły mi w nim grzęznąć buty. Perfekcyjnie! Nie mogłam sobie przypomnieć kiedy ironia została moją najlepszą przyjaciółką. Zawróciłam. Gdybym chciała iść w drugą stronę na swojej drodze spotkałabym trujący bluszcz. Co prawda nie był tak naprawdę trujący, ale nie miałam ochoty na tygodniową, swędzącą wysypkę. Wybrałam więc trzecią opcję. Przeszłam wzdłuż bagna, uważnie pilnując swoich kroków i wspięłam się na wzgórze. Tu drzewa już nie rosły tak gęsto. Nawet jeżeli moje działania miałyby być daremne to i tak przynajmniej odsuwały ode mnie nieprzyjemne uczucie strachu. Znalazłam drzewo, którego gałęzi mogłam dosięgnąć i z nadzieją wspięłam się na nie. Zdziwiło mnie jakie to było łatwe. Wielogodzinne treningi najwyraźniej nie poszły na marne. Powoli, ostrożnie, wspięłam się jeszcze wyżej. Okazało się, że wybrałam całkiem słusznie, a wzgórze, na którym stało drzewo było odpowiednio wysokie. Ujrzałam nie tylko stojące wysoko na niebie słońce, ale i mury akademii.
Aron
Wściekły wyszedłem z lasu. Po raz pierwszy od kiedy zacząłem uczyć się w akademii nie wykonałem powierzonego mi zadania. Mimo otrzymanych koordynatów nie udało mi się jej znaleźć. Kiedy jednak minąłem linię drzew, stanąłem jak wryty. Była tam! Siedziała spokojnie na trawie jak gdyby nigdy nic.
– Co tu robisz?! – warknąłem podchodząc do niej.
Podniosła na mnie obojętne spojrzenie. Wzruszyła ramionami.
– Znudziło mi się czekanie.
Miałem ochotę ją udusić! Przez tą cholerną smarkulę nie zaliczą nam zadania! Do tego piekielnie piekły mnie ręce. Z trudem powstrzymywałem się od ciągłego drapania.
– Czy to było naprawdę takie trudne?! Po prostu poczekać?! Nawet do tego się nie nadajesz?!
Posmutniała, a ja poczułem, że nieco przesadziłem. Co zrobię, jeżeli w ogóle nie będzie ze mną współpracowała? Gwałtownie wstała.
– Więc dlaczego mnie wybrałeś? – spytała, a ja nie byłem pewien czy bije od niej złość czy żal. Może jedno i drugie po trochu? – Lubisz wyzwania?
Nie odpowiedziałem, bo co niby miałem jej odpowiedzieć? Nie wiedziałem czy to w jakiś sposób jej wina, że zostałem do tego zmuszony, ale szczerze w to wątpiłem. To była raczej kwestia tego, że Martin chciał mi dopiec, albo mnie sprawdzić. Syknąłem zirytowany faktem, że nie mogę przestać się drapać. Spojrzała na moje odsłonięte przedramiona.
– Cholera! Przedzierałeś się przez trujący bluszcz? – spytała patrząc na mnie jak na idiotę.
– Trujący bluszcz? – spytałem głupio.
Przytaknęła.
– Sporo rosło go w tamtym miejscu.
Jęknąłem. Nie mówiła poważnie? Nie mogła!
– Może lepiej zgłoś się do punktu medycznego? – zasugerowała tonem jakby zwracała się do przedszkolaka.
Wściekły i upokorzony zrobiłem jedyną rzecz, którą mogłem zrobić w tym wypadku. Odwróciłem się do niej plecami i odszedłem, byleby znaleźć się jak najdalej od tej przeklętej dziewczyny.
***
Mimo tego, że byłem na nią naprawdę zły, to nie mogłem tego tak po prostu zostawić. Jeżeli ona nie zda, to ja również. Dlatego właśnie musiałem jej pomóc i zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby jej się udało. Nie wyglądało wcale na to, żeby zadanie miało być proste.
– Hej, Lilien, zaczekaj! – dogoniłem ją w korytarzu.
Nie zwolniła, więc chwyciłem ją za ramię. Zatrzymała się patrząc na mnie z dezaprobatą.
– Czego chcesz? – pytanie nie brzmiało zbyt miło.
Miałem ochotę ją tak zostawić, tyle, że… nie mogłem. Nie pomagałem przecież tylko jej, a również sobie. Przez myśli wędrowały mi same niecenzuralne słowa.
– Dzisiaj po treningu. Uczymy się razem – wycedziłem.
– Nie mogę – odpowiedziała i odwróciła się, by odejść.
– Jak to nie możesz? – nie pozwoliłem jej ruszyć się z miejsca.
O ile to tylko możliwe sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zirytowanej.
– Zostaję po zajęciach – wyjaśniła cicho.
– Nie szkodzi, poczekam – odpowiedziałem uparcie.
– Kończę o 22:00 – ucięła.
Zaskoczony zmarszczyłem brwi. Sam również miewałem dodatkowe treningi, ale nigdy aż tak długo…
– Dobra, w takim razie jutro – westchnąłem zrezygnowany.
– Jutro też zostaję.
– Jak to? To kiedy masz wolne? – poczułem się zdezorientowany.
– W niedzielę, ale wtedy nadrabiam zaległości.
Co takiego?! Nie patrzyła na mnie. Wzrok miała wbity w swoje buty. Mówiła poważnie?! Nawet nie zauważyłem, kiedy przestałem ją trzymać, ale uwolniona, zamiast uciec, plecami oparła się o ścianę, a po niej ześliznęła się na podłogę. Usiadła oplatając rękami kolana, schowała głowę w ramionach.
– Lilien? – ukucnąłem przy niej. – Nic ci nie jest?
– Zaraz mi przejdzie – szepnęła.
Miała ciemne włosy, była bardzo blada i nieprzyzwoicie wręcz szczupła. Do tej pory myślałem, że to jej naturalna bladość. Co jednak jeżeli się myliłem?
***
Mały wywiad, który wykonałem, sprawił, że wciąż chodziłem wkurzony. Dlaczego on mnie w to wkopał? Co ja mu zrobiłem? Co ONA mu zrobiła? Rzeczywiście zostawała po ośmiogodzinnych zajęciach jeszcze na sześć godzin dziennie, co gorsza – na męczące treningi! Kiedy ona się uczyła? To cud, że w ogóle się prześlizgiwała dalej. Kiedy jadła? Czy w ogóle coś jadła? Byłem przekonany, że nie miała czasu na obiad i pewnie siły na kolację. Ile razy zdarzyło jej się już zasłabnąć? Czy on sprawdzał jej wytrzymałość? Równie podminowany przyszedłem na własny trening, a myśl o tym, że ona w tym samym czasie wykańcza się na basenie, albo strzelnicy, albo jeszcze gdzie indziej, sprawiła, że stałem się odważny. Zbyt odważny.
– Czemu kazałeś mi zostać jej partnerem, skoro sam zamierzasz spowodować, żeby nie zdała? – spytałem wprost. – Chcesz się mnie pozbyć?
– Skąd ten pomysł? – Martin wyglądał na bardziej zaciekawionego niż zirytowanego.
– Trzymasz ją tutaj po kilka godzin dziennie! Jak w więzieniu! – wybuchnąłem. – Nie dajesz jej jeść, nie dajesz jej się uczyć. Jutro profesor Aveel oddaje nasze testy. Wiem, że Lilien go zawaliła. To kiedy zostanie wyrzucona jest tylko kwestią czasu, a ja wylecę razem z nią.
– I to powinno mnie obchodzić, bo…? – zapytał chłodno trener.
Z trudem przełknąłem ślinę. Wpatrywał się we mnie tak, jak ja kiedy byłem mały obserwowałem mrówki, które później przypalałem za pomocą lupy. Cholera! Wpakowałem się w niezłe gówno. Przez cały trening adrenalina szalała w moich żyłach. Chyba jeszcze nigdy nie byłem aż tak dobry.
Ava
Patrzył na mnie z tym swoim irytującym chłodem, a ja zastanawiałam się jak smakowałyby jego usta. Nawet w wojskowych bojówkach, czarnej bokserce i narzuconej na nią szarej, rozpinanej bluzie, wyglądał obłędnie.
– Nie oblejesz jej – oznajmił. To był rozkaz, nie prośba. – A nawet więcej. Będzie miała u ciebie same najwyższe oceny.
- Niby dlaczego? – spytałam zirytowana. – Co takiego specjalnego jest w tej dziewczynie?
Od początku wiedziałam, że będzie czegoś chciał. Ostatnio tylko wtedy do mnie przychodził. To jednak było dziwne roszczenie. Niepokojące.
– W niej nie ma nic niezwykłego – uśmiechnął się do mnie arogancko, ale jego oczy wciąż pozostały zimne. – Specjalny jestem ja i to, co mogę ci w zamian dać.
Oblało mnie cudowne ciepło. Taka odpowiedź mi się spodobała. Miałam nadzieję, że się nie rumienię. Od dawna już marzyłam o takiej sytuacji.
– Cóż miałoby być tak cennego? – pochyliłam się nad biurkiem, mając nadzieję, że odpowiednio eksponuję obciągnięte ciasnym żakietem piersi.
– Wyniki zawodów – odpowiedział patrząc na mnie znacząco.
Próbowałam ukryć zawód. To rzeczywiście było coś, tylko, że nie to na co miałam nadzieję. Przed zawodami zawsze były obstawiane zakłady, ale nie graliśmy o pieniądze, tylko o coś znacznie cenniejszego… przysługi. Długi, za których niespłacenie groziło coś znacznie gorszego niż śmierć.
– Skąd masz pewność? – chciałam wiedzieć.
– Nie ufasz mi? – widziałam rozbawienie w jego spojrzeniu.
– Zazwyczaj nie – westchnęłam zirytowana.
Tym razem jednak było inaczej. W tych sprawach wierzyłam w jego instynkt w stu procentach.
– Wchodzisz w to czy nie? – chciał wiedzieć.
Jakby dawał mi jakiś wybór…
– Oczywiście, że wchodzę! A teraz wynoś się z mojej klasy, zanim przyjdą uczniowie!
– Tak jest, pani profesor – podniósł się z ławki o którą do tej pory się opierał, skłonił się drwiąco i opuścił pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak długo wstrzymywałam powietrze.
Lila
Nienawidziłam przedmiotów ścisłych. To znaczy, tak naprawdę, to je uwielbiałam, ale nie kiedy nie mogłam poświęcić na naukę wystarczającej ilości czasu i nie wówczas, gdy moja nauczycielka była w tej dziedzinie geniuszem. To musiała być jej specjalna zdolność.
– Czternastka, zostaniesz dzisiaj po lekcji – usłyszałam zdanie od którego przeszły mnie ciarki.
Kiedy wszyscy wyszli, ja dalej siedziałam spięta w ławce. Nauczycielka podeszła do mnie, kładąc przede mną test. To był mój test! Czy chciała mi przekazać, że nie zdałam? Podała mi długopis.
– Pozmieniaj to, co poprawiłam ołówkiem – rozkazała. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. – Po prostu to zrób, zanim zmienię zdanie – syknęła.
Wbiłam wzrok w kartkę i zabrałam się do pracy. Skończyłam po kwadransie. Przejrzała test i kiwnęła głową usatysfakcjonowana.
– Jeden, jedyny raz zrobiłam dla ciebie taki wyjątek – odezwała się zanim zdążyłam wyjść z klasy. – Jeżeli następnym razem czegoś nie zaliczysz, to wylatujesz!
Aron
Ramię w ramię szliśmy szkolnym korytarzem. Niby powinienem się cieszyć, ale zalała mnie fala wściekłości.
– A? Jakim cudem dostałaś A?! – syknąłem zbyt głośnym szeptem.
Lilien wzruszyła ramionami.
– Może miałam dobry dzień – mruknęła.
Dobry dzień?! Nawet ja nie dostałem A z tego pieprzonego testu! Jakim cudem jej udało się ogarnąć taki kawał materiału w tak krótkim czasie? Myślenie o ocenach jednak szybko wyleciało mi z głowy, kiedy dotarliśmy do treningowej hali. Nie miałem pojęcia czemu znaleźliśmy się tutaj we dwójkę. Martin już na nas czekał.
– Spóźniliście się – oznajmił chłodno.
Chciałem coś powiedzieć, ale dziewczyna mnie uprzedziła.
– Profesor Rosenberg zatrzymała mnie po zajęciach – odparła Lilien bez skrępowania.
Uznałem, że jest nadmiernie odważna albo zwyczajnie głupia, trener jednak jedynie skinął głową w odpowiedzi. O co chodziło z tą cholerną dziewczyną? Czemu się nią interesował?
– Macie pięć minut, żeby się przebrać – oznajmił stanowczo.
Lilien bez słowa pobiegła do damskiej szatni, a ja zniechęcony powlokłem się do mojej. Kiedy wróciliśmy okazało się, że mamy ćwiczyć walkę wręcz. Przeciwko sobie. Czy Martin chciał, żebym zrobił jej krzywdę? Nawet jeżeli będę starał się hamować, to i tak nie był najlepszy pomysł. Z pewnością nie przeciwko dziewczynie tak słabej, że mdlała z wyczerpania i niedożywienia. Kiedy weszliśmy na matę napotkałem jej przerażony wzrok. Krótka rozgrzewka, kilka próbnych chwytów i padów. Tylko tyle zdążyliśmy zrobić. Nie musiałem jej dotykać, żeby wiedzieć, że jest dla mnie zbyt słabą przeciwniczką. Po wspólnej rozgrzewce jednak autentycznie bałem się, że zrobię jej krzywdę.
– Dość! – przerwał nam głos Martina. – Chcę zobaczyć prawdziwą walkę. Tak jakbyście walczyli na turnieju. I Aron, nie powstrzymuj się. Jeśli stwierdzę, że nie pokazujesz wszystkiego na co cię stać, to wylatujesz z zawodów.
Z trudem przełknąłem ślinę. Cholera! Co to miało być? Teraz naprawdę zacząłem się bać, że mógłbym ją jakoś poważnie zranić i… że dokładnie o to mu chodziło.
Lila
Nie rozumiałam dlaczego miałam walczyć z Aronem. Co to za nagła zmiana? Do tej pory trenowałam tylko z Martinem i… z nikim więcej, a to co robiliśmy i tak trudno było nazwać prawdziwą walką. Po prostu uczył mnie wszystkiego od strony technicznej. Więc czego teraz ode mnie oczekiwał? Zdążyłam się już zorientować, że każde jego działanie miało jakiś uzasadniony cel.
– Dlaczego mam z nim walczyć – spytałam cicho, kiedy do mnie podszedł.
– Ponieważ ze mną nie wygrasz – odpowiedział spokojnym głosem.
– A z Aronem tak? – spytałam powątpiewająco.
Ku mojemu zaskoczeniu Martin skinął głowa. Położył mi rękę na ramieniu i odwrócił twarzą ku sobie. Zamarłam. Jak zawsze, kiedy mnie dotykał, miałam ochotę się wyrwać i uciec. Jak najdalej od niego…
– Nie bój się – powiedział na tyle cicho, że Aron nie mógł go słyszeć. – Skup się na jego ruchach. To wystarczy.
Bez przekonania skinęłam głową, ale posłusznie podeszłam do obserwującego mnie ponuro chłopaka. Wyglądał na przerażonego, ale wątpiłam, żeby bał się przegranej. Z pewnością nie wierzył, że mogłabym go pokonać. Przez chwilę obchodziliśmy się naokoło niczym dwa tygrysy, ale Martin szybko się zniecierpliwił. Zrezygnowany Aron zaatakował. Gdy trzeci raz wylądowałam na macie ujrzałam wyraz zawodu na twarzy trenera. Byłam zrezygnowana i obolała. Czy nie tego się spodziewał? Dzięki wielogodzinnym treningom z Martinem technikę znałam perfekcyjnie. Dlaczego nie miałabym dobrze walczyć? Tak jak mi polecił, zamiast przygotowywać się do obrony czy bezsensownego w tym przypadku ataku, postanowiłam skupić się na ruchach Arona. Był dobry. Zbyt dobry. Nie miałam pojęcia co zamierza. Coś się jednak zmieniło. Aron… Czy on zgłupiał do reszty? Poruszał się teraz w zwolnionym tempie jakby ktoś, klatka po klatce, przewijał film. Czy uznał, że Martin żartuje, kiedy kazał mu mnie nie oszczędzać? Bez trudu umknęłam z zasięgu wyciągniętych ramion Arona. Zaatakowałam go z boku podważając jego nogi, tak, żeby się przewrócił. Ujrzałam wyraz zaskoczenia na jego twarzy i chłopak upadł na matę. Spojrzałam pytająco na Martina. Triumfował.
Aron
Jak? Jak ona to zrobiła?! Nie byłem w stanie jej nawet dotknąć. Przez kolejną godzinę bezustannie lądowałem na macie. I… kompletnie nic nie mogłem na to poradzić.
– Na dzisiaj wystarczy – oznajmił w końcu trener, kiedy zgrzytałem zębami po kolejnej porażce. – Do turnieju trenujecie codziennie po dwie godziny o tej samej porze. Aron, widzimy się jutro – oznajmił. – Lilien, ty zostajesz – zwrócił się do dziewczyny, która nie była nawet zaskoczona.
Niechętnie opuściłem halę. Zacząłem marzyć, żeby zobaczyć te jej treningi. Jakim cudem taka piekielna niezdara nagle zrobiła się taka dobra? Uśmiechnąłem się do siebie. Kto wie… może okaże się, że Lila wcale nie była takim najgorszym wyborem.
Lila
Siedziałam przy stole na zapleczu i jadłam kanapkę. Z Subway’a! Do tej pory nie zdawałam sobie nawet sprawy jak bardzo mi takich rzeczy brakowało. Kanapki z Subway’a, pizza, kawa z kawiarni, śmieciowe jedzenie z fasfood’ów, a także milion innych tego typu rzeczy, które w chwili obecnej były jedynie wspomnieniami. Do dzisiaj. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, po treningu z Aronem, Martin oznajmił, że zmieniamy harmonogram. Teraz sześć godzin ćwiczeń miało podzielić się na trzy, dwugodzinne etapy. Najpierw trening z Aronem, potem obiad i odrabianie lekcji, a na końcu strzelanie. Później zabrał mnie na zaplecze i zapytał czy lubię kanapki z Subway’a. Spodziewałam się po nim wielu rzeczy, ale z pewnością nie tego! To było takie n o r m a l n e ! Ludzkie… Kompletnie do niego nie pasowało.
Kiedy skończyłam jeść wyjęłam z torby zeszyty. Mieliśmy takie przedmioty jak historia wojen, taktyka, fizyka, matematyka, biologia, chemia, geografia i technika, na której uczyliśmy się przede wszystkim konstrukcji różnego rodzaju broni. Zresztą wszystkie zajęcia i tak dotyczyły dokładnie tego samego – gdyby nie dało się jej zapobiec to szykowaliśmy się do wzięcia udziału w wojnie. O tym jak ogromne zaległości musiałam nadrobić świadczyło chociażby to, że nie potrafiłam rozwiązać zadanych nam na matematyce działań. Skoro jednak dostałam w prezencie nieco czasu postanowiłam go dobrze wykorzystać. Martin przypatrywał mi się przez dłuższą chwilę, oparty o szeroki parapet jednego z okien. Jego obecność powoli zaczynała mnie krępować, zwłaszcza, że zupełnie nie znałam kierujących nim motywów. Uznałam, że treningi mimo wszystko były lepsze. Przynajmniej wówczas nie miałam czasu myśleć. Teraz, gdy mogłam przez chwilę odpocząć, myślałam zdecydowanie zbyt wiele.
– Pomóc ci? – zapytał po kilkunastu minutach i niemalże całej, pokreślonej kartce.
Nie czekał na odpowiedź. Jak gdyby nigdy nic usiadł koło mnie i zaczął tłumaczyć zadania. Kiedy o tym mówił to wszystko brzmiało tak prosto… Zupełnie inaczej niż kiedy wyjaśniała nam je profesor Rosenberg.