Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Cena ciszy

    Późna jesień była kapryśna. Jednego dnia świeciło słońce, drugiego wiał już porywisty wiatr, a z nieba woda lała się niczym z wiader. Tego dnia było pogodnie. Emily osłoniła dłonią oczy przed rażącym światłem słońca. Budynek przed którym stała, trzymając w ręce powycieraną walizkę, nie wyglądał przyjaźnie, a jednak to miał być jej nowy dom, surowy i błagający o remont. Po śmierci ojca została jej tylko ciotka – bogata, ekscentryczna i samotna. Wychowanie bratanicy uznała za swój święty obowiązek, ale nie zamierzała jej wcale widzieć. Zaraz po pogrzebie zatrudniła pełnomocnika i wysłała ją tutaj – do szkoły, z internatem, o bardzo surowej dyscyplinie i ku ogromnemu zaskoczeniu Emily, również koedukacyjnej. Drzwi otworzyła pulchna służąca, która natychmiast zaprowadziła ich przed oblicze dyrektorki – smukłej kobiety o haczykowatym nosie i w szarej sukni, która wyglądała jakby połknęła kij od szczotki. Przedstawiła się jako panna Snow i zaczęła wykład na temat przyjmowania uczniów w trakcie semestru, informując jak wielkie to dla niej poświęcenie i kłopot. Pełnomocnik, dżentelmen w garniturze i o znudzonej minie, który milcząco towarzyszył Emily, jedynie przytakiwał co jakiś czas. Dziewczyna dowiedziała się również, że w szkole wraz z nią jest sześćdziesięciu czterech innych uczniów w wieku od czterech, do osiemnastu lat, że niewolno jej samej wychodzi, a za brak posłuszeństwa grożą kary. Poczuła się jak w więzieniu. To nie było dobre miejsce. W ślad za panną Snow wspięła się najpierw po szerokich, a potem po węższych schodach, aż na samo poddasze. Kobieta z dumą otworzyła pomalowane na biało drzwi. Pełnomocnik pokiwał głową.  

    – Tak, to idealne warunki dla młodej damy – stwierdził, nawet nie rzuciwszy okiem w głąb pokoju.

    Emily była innego zdania. W pokoju na poddaszu stały cztery wąskie łóżka o metalowych ramach. Trzy z nich, pod ukośnymi ścianami, wyglądały na zajęte. Czwarte, najwyraźniej przygotowane dla niej, stało tuż pod nieszczelnym oknem, przez szpary w którym było słychać donośny wiatr. Poza tym w pokoju przy drzwiach znajdowała się duża, biała szafa, a koło każdego łóżka stała niewielka nocna szafeczka. To wszystko co tutaj było. Niepewnie weszła do środka.

    – Panienka się rozpakuje – odezwała się panna Snow – a my dopełnimy formalności.

    Mężczyzna pokiwał głową, tak energicznie, jakby właśnie zrzucił ze swoich barków jakiś straszliwy ciężar. I tak właśnie czuła się Emily po śmierci ojca. Jak ciężar. Dla wszystkich. Niepotrzebny balast. Nie rozpakowując walizki rzuciła się na metalowe łóżko. Był piątek, więc w pokoju była sama. Jej współlokatorki zapewne powyjeżdżały do domu na weekend i wrócą dopiero w niedzielę. One miały rodziny, ludzi, którzy chcieli je widzieć. Emily nie. Tego dnia nie zeszła na kolację, tłumacząc się trudami podróży. Leżała wpatrując się w sufit, tak długo, aż w końcu usnęła, starając się nie myśleć o tym, jak przykre będzie od tej pory jej życie.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Była sobota. Emily wstała z myślą, że cokolwiek by się nie działo, ona będzie się uśmiechała. Nic jednak nie było po jej stronie. Nawet pogoda. Na zewnątrz wiał porywisty wiatr, a słońce skryło się za chmurami. Dziewczyna, mimo grubej kołdry, obudziła się przemarznięta. Dopiero następnego dnia miała poznać swoje współlokatorki. Jednocześnie bała się nadejścia tej chwili, a z drugiej strony przerażała ją kolejna noc, którą miała spędzić samotnie, w niewielkim pokoju na poddaszu. Szary mundurek, który miała na sobie był bezkształtny i nieprzyjemny w dotyku. Jasne włosy splotła na karku w luźny warkocz, a potem przewiązała go czarną aksamitką. Jedyny znak żałoby, którego nikt jej nie zabroni. Zamyślona schodziła po schodach. Nagle pod jej nogami, niczym spod ziemi, wyrósł kot. Olbrzymi, rudy, z płaskim nosem i oczami rozkapryszonego zbójnika. Potknęła się o niego i upadła na podłogę, przewracając stojący tuż przy schodach ruchomy stolik z czystymi naczyniami. Porcelana rozsypała się po podłodze, tłukąc na setki kawałków. Emily jęknęła, próbując wstać. Ujrzała nad sobą wiosennie zielone oczy. Ktoś stał przy schodach. Wysoki chłopak. Pierwszym co przyszło jej na myśl była zazdrość. Nie miała pojęcia jakim cudem to szare paskudztwo, które miała na sobie, w męskiej wersji na nim wygląda tak dobrze. Patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Usłyszała w korytarzu kroki. Nieznajomy zaklął brzydko, wcale nie przejmując się manierami. 

    – Schowaj się, pod schodami i nie waż się stamtąd wychodzić – rozkazał cichym głosem, dotykając dłonią jej ramienia i popychając dziewczynę we wskazanym kierunku.

    Jego dotyk niemal parzył. Miał miły, miękki głos, który jednak mąciła ostra, stanowcza nuta. Oszołomiona Emily posłuchała bez sprzeciwu. Chwilę później w korytarzu pojawiła się dyrektorka i dwoje nauczycieli. Pan Thomson i Ruben, których poznała poprzedniego dnia i jak wszystko tutaj, nie wywarli na niej pozytywnego wrażenia.

    – Co tu się stało? – zapytał surowym głosem jeden z nich.

    Chłopak odważnie spojrzał mu w oczy. 

    – Przewróciłem się, upadłem na stolik i potłukły się naczynia – stwierdził rzeczowo.

    Jeden z mężczyzn poczerwieniał na twarzy, ale drugi wyglądał, jakby z trudem ukrywał uśmiech. Był tęgi, a na czubku głowy lekko łysawy. Nie sprawiał przyjaznego wrażenia.

    – Na dziedziniec – oznajmił delektując się słowami – i stój tam na baczność dopóki po ciebie nie przyjdę. Dzisiaj nie dostaniesz nic do jedzenia.

    Nieznajomy skinął tylko głową i ruszył w kierunku drzwi, nie oglądając się za siebie. Emily odważyła się opuścić swoją kryjówkę dopiero kilkanaście minut po tym, jak służąca pozbierała resztki porcelany. Spóźniła się na śniadanie i wiedziała, że już nic nie dostanie, ale właściwie teraz w ogóle nie była głodna. Kiedy weszła do wspólnego salonu, jej wzrok natychmiast skierował się ku oknom. Chłopak stał na środku dziedzińca, a porywisty wiatr rozwiewał jego nieco przydługie, brązowe włosy. 

    – Nie wygląda źle, prawda? – przysunęła się do niej ruda, piegowata dziewczyna, o dwóch grubych warkoczach. – Ale uwierz mi, nie chciałabyś być na jego miejscu. Takie stanie na zimnym wietrze przez kilka godzin, to nic przyjemnego. – Wzdrygnęła się. – Najgorzej jest zimą albo latem przy palącym słońcu. 

    Emily zadrżała. Taka kara za nieumyślne stłuczenie naczyń? Nie miała pojęcia, dlaczego zdecydował się ją zastąpić, ale była mu za to naprawdę wdzięczna. Była pewna, że sama nie wytrzymałaby na placu nawet godziny.

    – Oczywiście jest też chłosta – stwierdziła złowieszczo – dlatego lepiej nie podpadać. – Jestem Lissa Frost – przedstawiła się – a ty to zapewne Emily Morrington? Ta nowa, o której tak głośno, bo przysłała ją ciotka w środku semestru?

    Dziewczyna skrzywiła się nieco, ale skinęła głową. Nie podobało jej się bycie „tą nową”. Nienawidziła znajdować się w centrum uwagi. 

    – A on? – zapytała cicho, wykorzystując to, że tamta najwyraźniej ma ochotę rozmawiać. 

    Nie wpuszczała wzroku ze stojącego na placu chłopaka. Lissa uśmiechnęła się lekko rozmarzonym uśmiechem, ale potem twardo wróciła na ziemię.

    – Nawet o tym nie myśl – oznajmiła z przestrogą. – To Lucas Davies, jego nie interesują dziewczyny, mimo że prawie każda skrycie o nim marzy. Taki mroczny, tajemniczy typ. Do tego to cud, że jeszcze nie wyleciał ze szkoły. Karany jest niemal codziennie. Nauczyciele go nienawidzą. Ciekawa jestem co zrobił tym razem. 

    Emily postanowiła nie odpowiadać. Może dlatego właśnie obrywał… pomagał innym, tak jak jej dzisiaj. Usiadła na stojącej pod oknem kanapie, słuchając trajkotania Lissy, jednocześnie co chwilę z troską zerkając w kierunku stojącego na placu Lucasa.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    To było okrutne. Kazali mu tam stać, na zimnym wietrze, przez kilka godzin. Emily nie mieściło się to w głowie. Ona sama, dziewczyna wątłego zdrowia, zapewne zemdlałaby jeszcze przed końcem pierwszej. Czy ją czekałoby to samo? Jednak po tym, co mówiła panna Snow, nie miała wątpliwości, że tak pewnie by było. Postanowiła zaczepić go, kiedy szedł na górę po schodach. Chłopców było mniej i zajmowali pierwsze piętro. Dziewczęta rozlokowane były na drugim, a te biedniejsze, jak ona sama, na poddaszu. Chciała mu podziękować i coś dla niego zrobić… W płóciennej torbie ściskała ukradzione z kolacji, zapakowane w serwetki bułki.

    – Zaczekaj! – zawołała cicho za Lucasem.

    Zatrzymał się. Spojrzał na nią chłodno.

    – Daj mi spokój – warknął, a potem ruszył ponownie przed siebie.

    Emily nie zamierzała się poddać. Pobiegła za nim, by po chwili stanąć mu na drodze.

    – Chciałam… – zaczęła cicho.

    Brutalnie chwycił ją za rękę, odsuwając sobie z drogi. Był wysoki i silny, ona natomiast drobna i słaba. Nie sięgała mu nawet do ramienia.

    – Czy mówię niewyraźnie? – spytał zirytowany. – Posłuchaj mnie dziewczynko, pomogłem ci, ale nie zrobiłem tego dla ciebie. I tak znaleźliby coś, za co można mnie ukarać, a ja wolałem to od chłosty. Nie jestem twoim bohaterem, więc odczep się ode mnie i zejdź mi z drogi!

    Znowu ruszył przed siebie, a Emily przez chwilę wpatrywała się w jego plecy. Potem znowu podbiegła.

    – Zaczekaj! – poprosiła.

    – Czego chcesz?! – syknął.

    Nie tracąc rezonu włożyła mu do ręki pakunek z bułkami.

    – To dla ciebie, z kolacji – wyjaśniła nieśmiało.

    Jego zielone oczy na moment złagodniały, ale chwilę potem znów stały się lodowate.

    – Nigdy więcej tego nie rób! – wzdrygnęła się słysząc wściekłość w jego głosie. – Za kradzież jedzenia czekałaby cię chłosta, gdyby tylko się wydało – zniżył głos do cichego szeptu.

    Niepewnie skinęła głową. Wyglądało na to, że Lucas chce coś jeszcze powiedzieć, ale po chwili jakby zrezygnował. Oddalił się korytarzem, mimo wszystko, ściskając w rękach ukradzione przez nią bułki.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Nadeszła niedziela i Emily poznała swoje współlokatorki. Rudowłosa Rena miała szesnaście lat i była od niej o kilka miesięcy starsza, natomiast dwie pozostałe, siedmioletnia Lotta z mysimi warkoczykami i pięcioletnia Dominika o najbardziej niebieskich oczach na świecie były zatrwożonymi dzieciakami. Wszystkie trzy podchodziły do nowej współlokatorki bardzo nieufnie. Dlaczego, Emily zrozumiała dopiero po kolacji, we wspólnym salonie, kiedy już wszyscy uczniowie wrócili z domów. Nie tylko nauczyciele ich szykanowali. Uczniowie z zamożniejszych rodzin trzymali się razem. Łatwo było ich rozpoznać, ponieważ nawet ich mundurki, mimo, że szare, na tle szarości wyróżniały się od pozostałych. Zamiast szorstkiej, nieprzyjemnej tkaniny, utkane były z miękkiej wełny. Skrojone również były znacznie lepiej. Do tego, mimo, że również surowy, stosunek nauczycieli do tej grupy wydawał się znacznie lepszy. Dziewczyna w tym towarzystwie czuła się bardzo nieswojo, a najwyraźniej przebywanie w niedzielne wieczory, we wspólnym salonie było obowiązkowe. Gdy jednak weszła do środka, rozglądając się niezbyt pewnie, natychmiast złapała ją Lissa, trajkocząc wesoło. Emily nie miała nic przeciwko temu, że najwyraźniej dziewczyna postanowiła zrobić sobie z niej towarzyszkę. Była odważna i miła, a jej paplanina nie specjalnie przeszkadzała Emily, zwłaszcza, że najwyraźniej nie wymagała od niej brania udziału w tej jednostronnej dyskusji. Wzrok dziewczyny bez przerwy błądził po pomieszczeniu, w poszukiwaniu jednej tylko osoby, kiedy natomiast nie wypatrzyła go w tłumie, nie mogła powstrzymać się od zerkania ku otwartym drzwiom. Jednak przez całe dwie godziny wieczornej rekreacji Lucas się nie pojawił, a ona czuła jak coś nieprzyjemnego coraz bardziej ściska w środku jej żołądek. Bała się, że chłopak znowu został jakoś nieprzyjemnie ukarany, a to, od kiedy jej pomógł, stało się dla dziewczyny poważnym powodem do zmartwień.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    W poniedziałek, po śniadaniu, została wyczytana lista przewinień i wyznaczonych za nie kar. Czterech chłopaków, ukarano za nie pojawienie się poprzedniego dnia we wspólnym salonie, w tym, ku zdziwieniu Emily, tylko dwóch z nich chłostą. Jednym był Lucas, a drugim siedzący obok niego, potężnie zbudowany Eric. Dziewczyna natychmiast dostrzegła, że tych lżej ukaranych, odróżnia od Lucasa i Erica jakość uszycia mundurków szkolnych. Jeżeli tak miała wyglądać sprawiedliwość w tej szkole… to było piekło. Wszyscy uczniowie zostali wyprowadzeni na plac, a chłopcom kazano zdjąć koszule. Obserwując karę, Emily nie potrafiła powstrzymać własnego drżenia. Ich spojrzenia były pełne determinacji i żaden z nich nawet raz nie krzyknął. Oprócz nowych, czerwonych kresek, zauważyła na ich plecach starsze, cienkie, różowe i białe linie. To zdecydowanie nie był pierwszy raz. Dla żadnego z nich. Kiedy widowisko się skończyło zostało im jeszcze pół godziny. Emily pędem puściła się do swojego pokoju, chwyciła płócienną torbę i wypadła z niego jak opętana, wiedząc, że jeżeli choć na chwilę się zatrzyma, to już się nie odważy na to, co chciała zrobić. Dopisało jej szczęście. Z góry zobaczyła wchodzącego na schody Lucasa. Był sam. Po cichu zeszła na dół, a kiedy otworzył drzwi do jednego ze znajdujących się po lewej stronie pokoi, bezszelestnie wśliznęła się za nim, zamykając je za sobą. Spojrzał na nią zaskoczony, ale jego zdziwienie już po chwili zastąpiła irytacja.

    – Czego tu chcesz? – zapytał nieprzyjaźnie.

    Wyciągnęła przed siebie w obronnym geście torbę.

    – Pomóc.

    – Niby w czym i jak? – zapytał teraz nieco rozbawiony.

    – Mój ojciec jest… był farmaceutą – wyjaśniła cicho. – Pozwolisz mi pomóc? – Kiedy nie odpowiedział, uznała to za zgodę. – Położysz się? – poprosiła.

    Wzruszając ramionami zrobił to co mu kazała. Podeszła bliżej. Nikt nie kaleczył uczniów nieodwracalnie, ale Lucasa bili tak mocno, że w niektórych miejscach skóra popękała i widać było sączącą się krew. Rozpakowała płócienną torbę i zabrała się do pracy, przemywając drobne ranki, a później na całe plecy nakładając przezroczystą maść. Chłopak sapnął ze zdziwienia. Wiedziała, że przyniosła mu natychmiastową ulgę. Większość ludzi nie miała nawet pojęcia o istnieniu środków, którymi ona dysponowała i, co najważniejsze, potrafiła je sporządzić. 

    – Możesz mi zostawić to coś? – spytał bez przekonania, jakby nie wierząc, że może się zgodzić. – Dla Erica – wyjaśnił. – Odpłacę ci jakoś. 

    Obdarzyła go nieśmiałym uśmiechem, spakowała torbę, zostawiając słoiczek maści na szafce. 

    – Dziękuję, czarodziejko – mruknął siadając – a teraz znikaj, bo spóźnisz się na zajęcia.

    Emily nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyjrzała na korytarz, żeby sprawdzić czy na pewno jest pusty, a potem błyskawicznie zniknęła za drzwiami.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    W tej szkole było gorzej niż w więzieniu. Karano dosłownie za wszystko, na lekcjach panowała złowroga cisza, a uczniowie poddawani byli surowej dyscyplinie. Do tego Emily czuła się po prostu samotna. Nie dziwiła się już temu, że koleżanki z biedniejszych rodzin podchodzą do niej nieufnie. Po drwinach i niesmacznych żartach, jakie usłyszała z ust tych, których rodzice dofinansowywali szkołę oraz po różnicy, którą dostrzegła w traktowaniu takich osób, zrozumiała swoją sytuację. Spacerowała wolniutko po znajdującym się na terenie szkoły, niewielkim parczku. Nagle przystanęła, a oczy same otworzyły się jej ze zdumienia. Zobaczyła potężnie zbudowanego Erica, który napastował jakiegoś mniejszego chłopca. Tamten, pobladły na twarzy, wyglądał na szczerze przerażonego. Po cichu zaczęła się wycofywać. Wtedy zauważył jej obecność. Spojrzał na nią wrogo. Ich oczy się spotkały. Emily odwróciła się i zerwała do biegu. Po chwili znalazła się w budynku szkoły. Pisnęła zaskoczona, zatrzymując się, kiedy na jej drodze stanął Eric. Poczuła dziwny, irracjonalny strach, gdy chłopak zagrodził jej przejście. Prześliznęła się obok niego i ponownie zerwała do biegu. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego.

    – Zaczekaj! – usłyszała z tyłu głos Lucasa, to była prośba, nie rozkaz.

    Przystanęła. Natychmiast się odprężyła. Nie wiedziała dlaczego, ale sama jego obecność starczała, żeby poczuła się spokojnie i bezpiecznie.

    – Chciałem tylko z tobą porozmawiać – mruknął Eric, czerwieniąc się na twarzy.

    Lucas położył mu rękę na ramieniu.

    – Chcieliśmy zapytać – odezwał się patrząc bezpośrednio na Emily – czy posiadasz jeszcze jakieś specjalne umiejętności. Przydałaby nam się twoja pomoc.

    Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Chłopak miał nieodgadniony wyraz twarzy. Wszystko jednak było lepsze niż rozmowa o tym, że widziała, jak Eric kogoś dręczy.

    – Co masz na myśli? – spytała nie rozumiejąc.

    – Wiesz co zrobić, kiedy komuś coś się stanie, prawda? – bąknął Eric.

    Teraz swój wzrok przeniosła na niego.

    – Masz na myśli pierwszą pomoc? Trochę na ten temat wiem – przyznała, kiedy skinęli głowami. – Bardziej jednak znam się na ziołach – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

    – Wystarczy, o ile oczywiście zechcesz nam pomóc – stwierdził Lucas.

    Dziewczyna przecząco pokręciła głową, cofając się odrobinę. Nie zamierzała się mieszać do niczego, co może przynieść dodatkowe kłopoty. Miała dość własnych. Eric boleśnie chwycił ją za ramię. Spojrzała na niego, znowu przestraszona. Była pewna, że nie zawaha się przed uderzeniem dziewczyny. Widziała to w jego oczach.

    – Nie dotykaj jej! – warknął ostro Lucas, a tamten natychmiast puścił. – To jej decyzja – dodał łagodniej chłopak, patrząc, jak uwolniona Emily znika w korytarzu.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Nie szukała kłopotów, ale one najwyraźniej znajdowały ją same. Emily starała się trzymać blisko Lissy i właściwie unikała jakichkolwiek innych kontaktów. Siedziały na kanapie we wspólnym salonie, układając ozdobione kwiatami domino. Emily spojrzała pytająco, kiedy jej nowa koleżanka nagle niespodziewanie umilkła. To było dziwne. Przyzwyczaiła się już do tego, że Lissa bezustannie coś mówi.

    – Witaj Emily – stanęła nad nimi dziewczyna o kręconych blond włosach i minie znudzonej gwiazdy. – Nazywam się Lavinia Laurence, mój ojciec jest właścicielem sieci hoteli – nie omieszkała dodać. – Znalazłaś sobie złe towarzystwo – wymownie spojrzała na rumieniącą się mocno Lissę. – Może przyłączysz się do nas?

    Emily poczuła zaskoczenie, a potem ogarnął ją gniew. Nie podobało jej się to, że tak protekcjonalnie traktowała ją i Lissę.

    – Nie, dziękuję, dobrze mi tu gdzie jestem – odparła patrząc blondynce w oczy. 

    Oczy Lavini zwęziły się i zaczęły wyglądać tak, jakby mogły ciskać błyskawice. Prychnęła i odeszła. Lissa cały czas wstrzymywała oddech.

    – Kompletnie brakuje ci instynktu samozachowawczego – stwierdziła cicho, kiedy odzyskała głos. Sprawiała wrażenie przestraszonej. – Narobiłaś sobie kłopotów, Em.

    Dziewczyna wzruszyła ramionami, zdając sobie sprawę, że Lissa ma rację. Nie miała jednak zamiaru udawać, ani przed nikim się płaszczyć. Nie sądziła również, żeby z jakiegokolwiek powodu mogło jej być gorzej niż jest. Dopiero następnego dnia rano uświadomiła sobie, że się myliła. Lavinia i dwie towarzyszące jej niczym cienie dziewczęta, zatrzymały ją przed wejściem do sali. Korytarz jak na zawołanie opustoszał. Spróbowała się wyrwać, ale wepchnęły ją do jakiejś klasy. Służąca, która właśnie przekładała z wiadra do pieca węgiel, spojrzała na nie spłoszonym wzrokiem.

    – Wynoś się stąd, kocmołuchu – rozkazała Lavinia, a dziewczyna, mniej więcej w ich wieku, zerwała się i uciekła. 

    Zostały same. 

    – Dalej czujesz się taka ważna? – spytała rozbawionym głosem jedna z towarzyszek blondynki, kiedy Emily odsunęła się pod samo okno.

    – Czego ode mnie chcecie? – spytała starając się by nie zadrżał jej głos.

    Roześmiały się.

    – Och, zupełnie niczego – odezwała się słodkim głosem Lavinia.

    Skinęła głową na koleżankę, z mysimi ogonkami i czerwonymi wstążkami we włosach. Tamta chwyciła wiadro i resztkami zgarniętego z kominka popiołu obsypała Emily. Dziewczyna zaczęła kaszleć, a tamte ze śmiechem wybiegły z pomieszczenia.

    – Do zobaczenia wkrótce – zagroziła znikając za drzwiami Lavinia.

    Dziewczyna strząsnęła z siebie popiół. Miała go wszędzie. We włosach, na ubraniu. Najgorsze było to, że nie miała nic w co mogłaby się przebrać. Poza tym nie wiedziała co gorsze, przyjść do klasy w takim stanie czy spóźnić się na lekcje. Nie próbowała się nawet zastanawiać, jaka czeka ją za to kara. Nieszczęśliwa wyjrzała na korytarz, tylko po to, by zaraz schować się z powrotem. Idealnie wymierzyła czas, by spotkać się wzrokiem, ze skręcającym ku lekcyjnej sali Lucasem. Poczuła jak płoną jej policzki. Była mocno zażenowana, kiedy chwilę później chłopak zamykał za sobą drzwi pomieszczenia, w którym się ukrywała.

    – Nie pytaj – mruknęła, uprzedzając jego słowa.

    Spojrzał na nią poważnie.

    – Dobrze, nie będę, ale nie możesz tak się pokazać na lekcjach.

    Emily przygryzła wargę.

    – Wiem – odpowiedziała spuszczając wzrok.  – Tyle, że i tak nie mam w co się przebrać.

    – Chodź – rozkazał chwytając jej nadgarstek i nie czekając na jakąkolwiek reakcję.

    Posłusznie poszła za nim. Znów ogarnęło ją to miłe uczucie bezpieczeństwa, jakby przy nim, nie mogło jej się stać nic złego. Zostawił ją w łazience i obiecał przynieść czysty mundurek. Ku jej zdumieniu, kiedy skończyła płukać włosy z szarego pyłu, cały komplet, z miękkiej wełny, leżał na szafce. Co dziwniejsze ubrania na nią pasowały niemal idealnie. Lucas czekał na nią na korytarzu. Patrzył na nią dość ponuro.

    – Jesteś tutaj tydzień – stwierdził – a już trzeci raz coś się z tobą dzieje. Może spróbuj ograniczyć liczbę kłopotów, w które wpadasz, chociaż do jednej nieprzyjemnej sytuacji na tydzień – zaproponował ironicznie.

    Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie.

    – Dlaczego mi pomagasz? – spytała, kiedy ponownie schodzili na dół.

    Zamiast odpowiedzieć, popchnął ją na ścianę. Jęknęła, kiedy boleśnie uderzyła ramieniem o krawędź regału. W jednej chwili znalazł się przy niej. Chwycił jej nadgarstki, przytrzymując przy ścianie. Spanikowana spróbowała się wyrwać. 

    – Mnie się nie odmawia! – warknął dość głośno.

    Emily zadrżała. Przerażenie odebrało jej głos, ale wtedy zdała sobie sprawę, że ktoś ich obserwuje. Poczuła na sobie czyjś wzrok. To było przedstawienie. Scena na użytek dyrektor Snow. Przysunął się jeszcze bliżej. Jego ciepły oddech wywołał przyjemne mrowienie na jej karku.

    – Przypominasz mi siostrę – szepnął Emily do ucha.

    – Co tu się dzieje?! – usłyszeli ostry głos nauczyciela.

    Wzrok panny Snow był zimny i bezlitosny. Pan Thomas odciągnął Lucasa w tył. Dyrektorka mocno chwyciła Emily za łokieć, ciągnąc drżącą dziewczynę za sobą.

    – Nie zrobił ci krzywdy? – zapytała tylko, kiedy stanęły pod klasą. Emily przecząco pokręciła głową. Nawet nie musiała udawać przerażenia. – Dobrze. Oczywiście zostanie przykładnie ukarany. Takie zachowanie w mojej szkole nie będzie tolerowane. 

    Otworzyła drzwi, wpychając dziewczynę do środka. Przeprosiła za przerwanie zajęć i kazała jej usiąść. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Wilgotne włosy, nowy mundurek i przyprowadzenie do klasy przez dyrektorkę musiało wywołać sensację. Emily zajęła swoje miejsce. Było jej wszystko jedno. W tej chwili martwiła się tylko o Lucasa.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Gdyby tylko miała jakikolwiek wybór już dawno by jej tutaj nie było. Czy jednak ktokolwiek z nich miał? Dokąd mogłaby pójść? Sprzeciwiając się ciotce najprawdopodobniej wylądowałaby na ulicy, a jako szesnastolatka nie mogła liczyć na żadną rozsądną pracę. Prawdopodobnie umarłaby z głodu, ponieważ o innych ewentualnościach nie chciała nawet myśleć. Wolnym krokiem podeszła do leżącego na trawie, wśród spadających z drzew liści, chłopaka. Leżał na plecach, wpatrując się w zasnuwające niebo chmury.

    – Nie zimno ci? – zapytała. 

    Wzruszył ramionami, nie odwracając się ku niej. Lekko przygryzła dolną wargę. Była zdecydowana. W końcu, mimo wszystko, okazał się jedną z najbardziej skorych do pomocy osób. Bezinteresownej pomocy.

    – Słuchaj, nie wiem o co chodzi, ale zrobię to, czego ode mnie chcecie – odezwała się pewnym głosem.

    Dopiero wtedy na nią spojrzał, nie ruszając się jednak z miejsca.  

    – Nie – oznajmił. – To był zły pomysł.

    Zamrugała zaskoczona. Z determinacją zacisnęła dłonie. Usiadła przy nim na piętach, ignorując chłód. Mocniejszy podmuch wiatru sprawił, że opadające liście zawirowały, sfruwając w barwnym tańcu na ich sylwetki.

    – Dlaczego?

    – Nie przemyślałem tego po prostu. Nie powinniśmy cię w ogóle prosić. Zapomnij o tym – jego ton był ponury i pełen rezygnacji.

    Emily spojrzała na niego twardo.

    – Jeżeli powiesz mi o co chodzi, to pomogę. Chcę wam pomóc – wyjaśniła wpatrując się w niego intensywnie. – Ty nie wahałeś się ani chwili.

    Nie była pewna czy jej się tylko wydawało czy też przez twarz chłopaka przemknął cień uśmiechu. Nawet jeśli tak było, to błyskawicznie na powrót spoważniał.

    – Nie – powtórzył. – To niebezpieczne.

    Dziewczyna zaczęła wstawać. 

    – Doskonale. W takim razie porozmawiam o tym z Ericem – oznajmiła buntowniczo.

    Chwycił ją za rękę.

    – Ani mi się waż! – warknął.

    – Lucas – spróbowała jeszcze raz – skoro mnie potrzebujecie, to chcę wam pomóc. Jeżeli tylko będę potrafiła…

    Westchnął, ale widziała, że się poddał.

    – Potrzebujemy – przyznał ponurym, cichym głosem. – Jak cholera.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

      Emily wymknęła się z drżącym sercem. Wszystko mogło pójść nie tak – dosłownie wszystko. Ktoś mógł ją przyłapać na ucieczce, jej współlokatorki, które w dalszym ciągu traktowały dziewczynę jak obcą osobę mogły na nią naskarżyć, Lucas mógł na nią nie czekać… On jednak tam był. Dokładnie w miejscu, w którym się umówili. Chyba po cichu liczyła na to, że chłopak nie przyjdzie. Na jego widok serce podskoczyło jej do gardła i zaczęła bać się jeszcze bardziej. 

    – Chodź – wyszeptał w mrok. 

    Nie zawahał się nawet przez chwilę, prowadząc ją w stronę artystycznie kutego ogrodzenia. Z gracją wspiął się na zakończony ostrymi kolcami, wysoki płot. Emily spojrzała na swoją czarną, sięgającą kostek sukienkę, ciążyła jej przewieszona przez ramię torba. Czy on wymagał od niej, żeby tam weszła? Okazało się, że jego pomysł był gorszy. Dużym wysiłkiem woli powstrzymała się przed krzyknięciem, kiedy otoczyły ją niewidoczne ramiona i podniosły do góry. Lucas chwycił ją ze swojego miejsca na płocie i postawił obok siebie, a chwilę później dołączył do nich Eric. Z łatwością, jakby ćwiczyli to codziennie, zeszli na chodnik, pomagając również Emily. Zaniepokojona zerknęła na okna otaczających szkołę kamienic. Pozostawały jednak ciemne i uśpione. Ku zdumieniu dziewczyny za rogiem ulicy czekał powóz. Okna zasłonięte miał czarnym materiałem. Bez słowa wprowadzili ją do środka, a on po prostu ruszył. W nocnej ciszy słychać było jedynie stukot podkutych kopyt, stykających się z brukiem. Droga zajęła im ponad kwadrans i upłynęła w milczeniu. Doskonale wiedziała, że to ona jest jego powodem.

    – Nie bój się i rób co mówię, to wszystko będzie dobrze – usłyszała cichy głos Lucasa, kiedy podawał jej rękę, by pomóc Emily wyjść z powozu. 

    Skinęła głową, nie wiedząc na co się zgadza. Gazowe latarnie płonęły stłumionymi, pomarańczowymi płomieniami. Otaczające ich budynki wyglądały obskurnie i nieprzyjaźnie. Chłopcy pewnie ruszyli przed siebie. To była jakaś fabryka. Silny wiatr przeszywał chłodem. Emily szczelniej otuliła się narzuconym na sukienkę płaszczem. Obeszli dookoła ogromny, zbudowany z czerwonej cegły gmach. Eric zastukał do metalowych drzwi, które po chwili otworzyły się z głuchym zgrzytem. Ogolony na łyso, niechlujnie wyglądający mężczyzna spojrzał na nich groźnie, ale odsunął się, wpuszczając do środka. Emily bezwiednie chwyciła rękę Lucasa. Nie odtrącił jej, przyciągając bliżej do siebie. 

    – Nie bój się – powtórzył szeptem – nikt cię tutaj nie skrzywdzi – zapewnił.

    Zobaczyła powątpiewające spojrzenie Erica, ale chłopak miał na tyle taktu, żeby swoje uwagi zachować dla siebie. Po wędrówce długim, pustym korytarzem, dotarł do nich gwar  i jasne światło. Weszli do dużego, hałaśliwego pomieszczenia, przypominającego jakiś klub. Lucas i Eric co chwila z kimś się witali, wymieniając pozdrowienia. Emily nic nie rozumiała z ich rozmów i była wdzięczna chłopakowi, że trzyma ją blisko siebie, w dalszym ciągu nie puszczając jej dłoni. Pewnym krokiem przedzierał się przez pomieszczenie w wybranym kierunku, a ona posłusznie szła za nim. 

    – Cześć Kate – przystanął przed ładną, wyzywająco ubraną dziewczyną, która niosła ze sobą pełna szklanek tacę.

    – Bierzesz dzisiaj udział? – zapytała, jakby z góry znała odpowiedź. Kiedy skinął głową, brunetka pytająco spojrzała na Emily. – Kto to? Nie pasuje tutaj.

    – To moja prośba do ciebie, Kate – łagodnym gestem pchnął w jej kierunku dziewczynę. – Zaopiekuj się nią, to dla mnie bardzo ważne. Nie chcę, żeby stało jej się coś złego.

    Brunetka skrzywiła się, nie kryjąc niezadowolenia.

    – Wisisz mi potężną przysługę Luck – stwierdziła jednak, zaciskając dłoń na ramieniu Emily i ciągnąc przestraszoną, milczącą dziewczynę w głąb pomieszczenia.

    – Co tylko zechcesz! – zawołał za nią, przekrzykując hałas, a Emily dostrzegła szelmowski uśmiech na twarzy odwróconej do niego plecami Kate.

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

      Emily stała w niewielkim pokoiku, szeroko ze zdumienia i niedowierzania otwierając oczy. Dlaczego on zostawił ją z tą wariatką? Przed nią, na łóżku, leżały skórzane, obcisłe, czarne spodnie i zwiewna bluzka w kolorze wytrawnego wina.

    – Żartujesz, prawda? – zapytała, nie wierząc, że ma to na siebie włożyć.

    Kate spojrzała na nią z wyższością.

    – Wybór jest prosty, dziewczynko – oznajmiła drwiąco. – Albo to i będziesz wyglądała jak tutejsza, albo wyzywająca suknia, która będzie zapraszała do ciebie mężczyzn. W tym w czym jesteś nie możesz się pokazać. 

    Emily westchnęła, w jednym przyznając Kate rację, spodnie były lepsze, nawet takie. Zresztą, mimo, że kobietom nie wypadało tego robić, w domu często jeździła konno w bryczesach. Dziewczyna pomogła jej się przebrać, a potem jasne włosy Emily zaczesała w, ciasno pleciony od czubka głowy, warkocz. Czarnym tuszem ozdobiła jej rzęsy, a pudrem i różem delikatnie dotknęła bladych policzków, potem srebrnym cieniem otoczyła jej oczy. Efekt był piorunujący. Kiedy Emily stanęła przed lustrem, nie poznawała sama siebie. Nie czuła się też sobą. Z pewnością przestała wyglądać jak grzeczna dziewczynka. Przerzuciła przez ramię szmacianą torbę, wytrzymując spojrzenie Kate, kiedy ta spiorunowała ją wzrokiem. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i poprowadziła Emily z powrotem do gwarnego pomieszczenia. W skórzanych spodniach i tej zwiewnej bluzeczce czuła się dość nieswojo, ale pocieszała się myślą, że widziała już kilka ubranych w podobnym stylu dziewczyn. Zaobserwowała również, że Kate jej nie okłamała. Panienki w wydekoltowanych sukienkach, mimo, że zgodnych z obyczajami, to jednak odsłaniających zdecydowanie zbyt dużo, zawzięcie flirtowały z mężczyznami w różnym wieku. Kiedy jednak jeden z nich klepnął w pupę przechodzącą obok dziewczynę w kowbojskich spodniach z frędzlami, natychmiast koło jego drugiej, leżącej na stole dłoni wbił się nóż. To do razu ostudziło jego zapał, a dziewczyna nie zaszczyciła go ani jednym spojrzeniem.

    – Skoro jesteś tu pierwszy raz, to musisz wszystko zobaczyć – oznajmiła Kate podnieconym głosem, pewnie prowadząc Emily przez pomieszczenie.

    – Hej, Kate, masz nową koleżankę? Nie przedstawisz nas? – usłyszały dobiegające od baru wołanie.

    Kate przewróciła oczami, ale zmieniła kierunek w którym podążała.

    – To zajmie chwilę – mruknęła – a jeżeli tam nie podejdziemy, to nie da mi spokoju.

    Wołający okazał się blondynem z zawadiacko opadającą na oczy grzywką. Był dobrze zbudowany, ale nie tak potężnie jak Eric, za to z pewnością był od niego o głowę wyższy.

    – Emily, to mój brat Alec, Alec to Emily, przyjaciółka Luca – przedstawiła pobieżnie Kate. – Zadowolony? Możemy już iść?

    Chłopak skrzywił się na dźwięk imienia Lucasa, ale potem znowu się rozpromienił, uśmiechając się czarująco.

    – Gdzie tak ci się spieszy? – zapytał siostry nie spuszczając jednak z Emily wzroku.

    – Idziemy obejrzeć walkę – oznajmiła, co brzmiało w jej ustach jak zaczepka.

    Alec pochwycił z baru wypełnioną bursztynowym płynem szklankę, a potem wychylił ją do dna.

    – Świetnie, w takim razie idę z wami – oznajmił zadowolony, obejmując je od niechcenia ramionami.

    Kate odepchnęła go z całej siły.

    – Ani mi się waż – syknęła przez zaciśnięte zęby.

    Roześmiał się, ale już więcej nie próbował dotykać Emily, spokojnie idąc tuż za nimi.  

    ~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~

    Stanęli pod ścianą w pełnym ludzi pomieszczeniu. Mężczyźni w garniturach, kobiety w pięknych, bogatych sukniach. Sala była duża i nie było tu właściwie niczego, poza ustawioną na środku, zamykaną niczym klatka, areną. Emily nie była pewna na co patrzy. Na wszelki wypadek przysunęła się nieco bliżej Kate, która czuła się tutaj zupełnie na miejscu. Usłyszała, że ludzie zakładają się o to, kto wygra. Z rąk do rąk przechodziły pieniądze. Po niedługim czasie wszyscy ucichli, wpatrując się wyczekująco w arenę. Chwilę później pojawili się tam młodzi mężczyźni, a odziany w drogi garnitur speaker przedstawił ich i zapowiedział walkę. W ciemnych spodniach i bez żadnej góry obydwaj prezentowali się okazale. Kobiety szeptały pomiędzy sobą entuzjastycznie. Rozpoczęło się coś, w czym Emily nie dostrzegała żadnych zasad. Wyglądało po prostu na brutalną, zawziętą bójkę. Jeden z walczących bardzo szybko zaczął zyskiwać przewagę, przy radosnym aplauzie widowni. Po kwadransie jego przeciwnik nie był w stanie wstać o własnych siłach i dopiero wtedy ogłoszony został koniec walki. Tłum wyglądał na bardzo rozentuzjazmowany. Emily wzdrygnęła się na myśl, że to dla nich dobra zabawa. Po krótkiej przerwie i kilku wrednych dowcipach speakera, pojawili się nowi zawodnicy. Dziewczyna zamarła, w jednym z nich rozpoznając Lucasa. Cofnęła się, wpadając na Aleca. Wiedziała, że powinna się tego domyślić, ale wbrew wszelkim poszlakom, nie była na to przygotowana i aż do tej pory nie dopuszczała do siebie takiej możliwości. Chłopak uspokajająco położył jej rękę na ramieniu, ale nic nie powiedział. Kate wyglądała natomiast na bardzo podekscytowaną i jakby zachwyconą. Przerażona Emily przypatrywała się rozpoczynającej się właśnie walce. Silne ciosy, uniki i kopnięcia. Walka była dynamiczna i znacznie bardziej widowiskowa od poprzedniej. Lucas dość szybko zyskał przewagę nad przeciwnikiem. Widzowie szaleli z radości. Podczas całej, około dwudziestominutowej rundy, chłopak otrzymał zaledwie kilka mocniejszych ciosów, ale to wystarczyło, żeby na jego torsie pojawiły się siniaki. Z jego rozciętej wargi sączyła się stróżka krwi. 

    – Chodź – Kate zaczęła ciągnąć ją w róg pomieszczenia, przepychając się przez zafascynowanych widzów. 

    Dziewczyna skinęła głową pilnującemu wąskich drzwi, potężnie zbudowanemu mężczyźnie, a potem przeszła przez nie niepokojona. Alec nie szedł za nimi. Kate zaprowadziła Emily do niewielkiego, skromnie umeblowanego pomieszczenia, z umywalką w rogu i wąską pryczą pod ścianą. Nie było w nim okien, a naftowa lampa dawała niewiele, stłumionego światła. Chwilę później pojawił się Lucas, od razu, ciężko siadając na łóżku i opróżniając stojącą na szafce szklankę wody. 

    – Dzięki Kate, że się nią zaopiekowałaś, jestem ci winien przysługę – stwierdził. – Jeżeli nie masz nic przeciwko, to chcielibyśmy przez chwilę zostać sami. Musimy porozmawiać.

    Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. Wyglądała na wściekłą. Skinęła jednak głową i posłusznie wyszła z pokoju. Lucas odetchnął, zupełnie osuwając się na łóżko. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale teraz wyraźnie zauważyła, jak wiele blizn i siniaków pokrywa tułów chłopaka.

    – Teraz, kiedy rozumiesz czemu tak cię potrzebujemy, w dalszym ciągu chcesz nam pomóc? – spytał cicho, wpatrując się w sufit.

    Emily przez chwilę stała na środku pomieszczenia, nie będąc pewną, co ze sobą zrobić, potem odwróciła się i ruszyła ku drzwiom, chcąc dogonić Kate. Była pewna, że jeżeli zostanie tu chwilę dłużej, to wybuchnie, a nie do końca wiedziała, jak Lucas na jej wyrzuty zareaguje. W każdym razie nie miała zamiaru tego sprawdzać. Chłopak natychmiast zerwał się z miejsca i zagrodził jej drogę do drzwi. Wyzywająco spojrzała mu w oczy.

    – Puść mnie! – syknęła.

    – Dokąd chcesz pójść? – zapytał spokojnie.

    – Byle dalej! – odwarknęła. – Jesteś kompletnym idiotą! Czemu bierzesz udział w czymś takim?! – strach, a potem ulga, że nic mu nie jest, zwyciężyły, teraz dając o sobie znać, w wybuchu złości.

    Emily odskoczyła, kiedy za plecami Lucasa otworzyły się drzwi. Do środka wszedł Eric, obrzucając ją protekcjonalnym spojrzeniem.

    – Bo nie ma wyjścia, tak jak niemal każdy z nas – odpowiedział zamiast przyjaciela.

    – Eric – Lucas z naciskiem wypowiedział jego imię.

    – Musi z czegoś utrzymać matkę i brata – kontynuował niewzruszenie chłopak.

    – Eric! – tym razem z ust Lucasa wydobyło się warknięcie.

    Tamten tylko wzruszył ramionami, wyminął go i usiadł okrakiem na drewnianym krześle. Emily stała ciągle w tym samym miejscu, wbijając wzrok w podłogę. 

    – Chcę stąd iść – odezwała się przerywając nieprzyjemną ciszę.

    – Odprowadzimy cię bezpiecznie do szkoły – obiecał cicho Lucas. – Daj mi tylko chwilę.

    Wyszedł na korytarz, a zaraz za nim poszedł wyglądający na rozgniewanego, Eric. Emily usłyszała ostrą wymianę zdań, a potem, po kwadransie, wrócił tylko Lucas. Był kompletnie ubrany i miał ze sobą rzeczy dziewczyny. W milczeniu wyprowadził ją z budynku. Tym razem szli na piechotę, choć do szkoły wcale nie było blisko.

    – Przepraszam, że cię tam przyprowadziłem – Lucas przerwał niezręczną ciszę. – Nie powinienem był tego robić. Nie wiem co sobie myślałem.

    – Nie – odezwała się Emily, uporczywie wpatrując się w i tak ledwo widoczną w półmroku, wyłożoną kocimi łbami, drogę. – Dobrze zrobiłeś – wydusiła z siebie cicho. – Pomogę wam, w miarę swoich możliwości, ale nie spodziewaj się cudów.

    – Nie musisz… – zaczął nie patrząc na nią.

    Emily z całej siły zacisnęła pięści. Nie mogła go tak zostawić.

    – Nie, nie muszę – powtórzyła jego słowa – ale zrobię to – oznajmiła stanowczo.

    Lucas nie odpowiedział. Znowu zapadła cisza. Zdziwiła się, kiedy ją przerwał odzywając się, gdy myślała, że już nic więcej nie powie.

    – Dziękuję – mruknął po prostu, kiedy w oddali zamajaczył przed nimi budynek szkoły.

    Note