Rozdział 1 – Czarna Magia
by Vicky
Wczoraj zdechł złoty ptak moich marzeń, nie mógł wyżywić się już okruchami zwykłej codzienności.
1.
Było upalne lato. Zamyślona, odziana w białą, zwiewną sukienkę Fiona, siedziała z książką na zielonej trawie Regent’s Parku. To było jej ulubione miejsce – najpiękniejsze w całym mieście. Właśnie tutaj, z Primrose Hill, rozciągał się cudowny widok na panoramę Londynu. Tego dnia jednak miała go już serdecznie dość.
Nienawidziła swojego życia i nie miała zamiaru już dłużej temu zaprzeczać. Nie chciała już też oglądać tego zatłoczonego miasta, w którym ludzie wiecznie za czymś gonili. Pragnęła swobody i wolności, możliwości podejmowania własnych decyzji. Los bywał jednak kapryśny, a Fiona doskonale zdawała sobie sprawę, że niejedna dziewczyna oddałaby wszystko by znaleźć się na jej miejscu.
Odwróciła się i niechętnym spojrzeniem obrzuciła stojących nieopodal ochroniarzy. Odziani w garnitury mężczyźni chodzili za nią jak cienie. Towarzyszyli jej właściwie od zawsze i to wcale nie dlatego, że była kimkolwiek ważnym. Ona sama nie miała żadnego znaczenia, za to miał je jej wuj – Nataniel Duncan, który po śmierci swojej siostry został prawnym opiekunem Fiony. Prowadził dużą firmę, zajmującą się wykupywaniem upadających przedsiębiorstw, a potem sprzedawaniem ich w niewielkich kawałkach. Był również właścicielem sieci luksusowych hoteli porozsiewanych po całej Europie.
To właśnie on uznał, że jego siostrzenicy potrzebna jest ochrona. Fiona nie była tylko do końca pewna czy zadaniem tych mężczyzn jest rzeczywiście bronienie jej przed jakimś niebezpieczeństwem z zewnątrz czy też może pilnowanie, żeby nie uciekła, co już zresztą kilkakrotnie jej się udało. Oczywiście nie na długo. Nataniel, dzięki swoim rozlicznym kontaktom, zawsze dość szybko ją znajdował.
Rodzice Fiony zginęli w wypadku samochodowym, kiedy była jeszcze zupełnie mała, a wuj nie był osobą, którą można by było darzyć jakimikolwiek uczuciami – nie ważne negatywnymi czy pozytywnymi. Dziewczyna zawsze zastanawiała się czemu się nią zaopiekował, była jednak pewna, że miał w tym jakiś interes. Zdawała sobie sprawę, że gdyby był to jedynie obowiązek, znalazłby sposób, żeby się od niego wymigać.
Teraz, kiedy skończyła dziewiętnaście lat, jej marzenia mogły przemienić się w rzeczywistość. Pragnęła stać się samodzielna, nawet gdyby to miało oznaczać rezygnację z college i pracę w jakimś przydrożnym barze. Było jej wszystko jedno.
Niechętnym spojrzeniem obrzuciła London Eye, olbrzymi diabelski młyn, stanowiący jedną z największych turystycznych atrakcji miasta. Zastanawiała się, czy gdyby żyli jej rodzice mogłaby być szczęśliwa – tak po prostu, lekko i niewymuszenie. Wstała z wyuczoną gracją otrzepując z trawy delikatną, białą tkaninę. Przeciągnęła się jak niesforny kociak. Podeszła wolnym krokiem do swoich więziennych strażników.
– Chcę jechać do domu – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Oczywiście, panienko – odpowiedział natychmiast jeden z ochroniarzy kierując się w stronę czarnego Subaru.
Drugi poszedł za nią, uważnie obserwując jej kroki. Otworzył przed nią drzwi. Nie pamiętała nawet ich imion. Lucas, prawa ręka jej wuja, pilnował, żeby ochroniarze zmieniali się każdego miesiąca. Ta rotacja zaczęła się po tym jak zaprzyjaźniła się z jednym z nich. Nie wolno jej było rozmawiać z pracownikami, z pewnością nie o prywatnych sprawach. Mogła jedynie wydawać polecenia.
Chwilę później samochód przedzierał się przez zatłoczone ulice Londynu. Minęło dobre pół godziny, zanim zatrzymali się w ścisłym centrum. Przy jednej z bocznych ulic znajdował się luksusowy, pięciogwiazdkowy, Royal Wings Hotel, jedna z zabawek Nataniela. Aktualnie dziewczyna właśnie tutaj miała swój pokój. Kiedy wysiadła z samochodu, mężczyźni w garniturach podążyli za nią jak cienie. Zatrzymali się dopiero przed wejściem do jej apartamentu. Stanęli po obu stronach drzwi. Weszła do środka w jeszcze gorszym humorze. Za każdym razem rzeczywistość coraz boleśniej uświadamiała jej brak wpływu na własne życie.
2.
Lucas niedawno skończył dwadzieścia cztery lata i wszystkich dziwiła jego wysoka pozycja. Pracę u boku Nataniela zaczynał jednak jeszcze jako dzieciak i nikt nawet nie próbował zadawać pytań. Był wysoki, szczupły w talii i szeroki w ramionach. Jasne włosy nosił przycięte po wojskowemu, przy samej skórze. Jego stalowoszare oczy zawsze przeszywały ludzi zimnym, wyrachowanym wzrokiem. Gdyby nie to spojrzenie i nieodłącznie towarzyszący mu gniewny wyraz twarzy, mógłby uchodzić za niezwykle przystojnego mężczyznę. To jednak właśnie one zawsze stwarzały dystans między nim, a innymi ludźmi, a wszyscy zachowywali się dokładnie tak jak tego po nich oczekiwał. No może prawie wszyscy… Istniała jedna osoba, z którą musiał negocjować, a te negocjacje bywały niekiedy niezwykle zabawne.
Siedział teraz w hotelowym barze powoli sącząc whisky z lodem. W kącikach jego ust pojawił się cień aroganckiego uśmiechu, kiedy zobaczył wchodzącą do środka dziewczynę. Liczył na to, że spotkanie będzie conajmniej inspirujące.
Fiona była naprawdę śliczna. Miała sięgającą pasa, płomiennie rudą burzę loków i bystre, zielone jak wiosenna trawa, oczy. Była szczupła, zgrabna i niezbyt wysoka, nie należała też jednak do niskich osób. Taka po prostu idealnie w sam raz. Patrzył na nią bez skrępowania, pożerając ją wzrokiem. Te niewielkie gry, które między sobą toczyli, to była w jego życiu jedyna, prawdziwa rozrywka.
– Cześć ślicznotko – przywitał się, kiedy podeszła bliżej. – Napijesz się czegoś?
– Nie mam ochoty na twoje gierki – syknęła, w jej oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. – Mam do ciebie sprawę. Chcesz usłyszeć czego dotyczy czy nie?
– Jasne, dla ciebie wszystko, Fii – zadrwił nieco zawiedziony, ale równie mocno zainteresowany. Nie zwracałaby się do niego z byle czym. – Mów.
– Mam już dosyć tych typów – wskazała na dwóch odzianych w czarne garnitury mężczyzn, którzy zaraz za nią weszli do baru. – Chodzą za mną jak cienie. Możesz coś z nimi zrobić?
– Ok. – odpowiedział uśmiechając się przekornie.
To była sprawa, którą i tak sam zamierzał poruszyć. Miała idealne wyczucie czasu. Teraz to ona będzie mu winna przysługę, a był przekonany, że wie jak takie długi wykorzystać. Spojrzała na niego skonsternowana.
– Tak po prostu? – spytała niedowierzająco.
Roześmiał się. W jego śmiechu nie było cienia wesołości.
– Oczywiście, że nie. Nie bądź naiwna. Jak zwykle, coś za coś.
Zbyt dobrze ją znał. Nawet, gdyby nie chciał niczego w zamian, nigdy nie uwierzyłaby w jego dobre intencje.
– Czego tym razem chcesz? – westchnęła zrezygnowana.
Zielone oczy wpatrywały się w niego intensywnie, ale też z jakąś niepokojącą obojętnością. Ani trochę mu się to nie spodobało. Zaryzykował, wybierając z całej listy pomysłów rzecz, która najbardziej ją wkurzy.
– Podpiszesz umowę, którą przysłało Victoria’s Secret. Zostaniesz ich modelką.
Fiona prychnęła.
– Żartujesz sobie, prawda?
Lucas pokręcił głową.
– W najmniejszym stopniu. Chodzi tylko o dwa miesiące współpracy, a nawet nie wyobrażasz sobie jakie korzyści osiągnie dzięki temu Nataniel. Chcesz czy nie, zostałaś twarzą tej firmy. Poza tym – dodał po chwili teatralnej przerwy – chętnie obejrzę sobie twoje zdjęcia w bieliźnie – oznajmił z drwiącym uśmieszkiem.
Dziewczyna przymknęła oczy. Ku jego zdumieniu naprawdę rozważała tą propozycję. Czyżby aż tak bardzo jej zależało?
– I obiecujesz, że oni znikną z mojego życia, a na ich miejscu nie pojawią się nowi?
– Masz moje słowo – odpowiedział patrząc jej w oczy.
Dlaczego jednak tym razem zwycięstwo miało tak gorzki smak?
3.
Wolnym krokiem wszedł do starej kamienicy na obrzeżach miasta. Budynek wyglądał na opuszczony. We wnętrzu panował półmrok. Okna i drzwi były pozabijane deskami, żeby nie wchodzili do środka nieproszeni goście. Z sufitu posypał się tynk. Mężczyzna niedbałym gestem strzepnął go z ramienia drogiej marynarki. Otworzył krzywo przytwierdzone drzwi, za którymi ukazały się prowadzące w dół schody. Niespiesznie zszedł do piwnicy. Tam kolejnych pomieszczeń pilnował uzbrojony w automatyczny karabin strażnik. Skinął Lucasowi głową, podczas gdy ten, nie zwracając na niego uwagi, poszedł dalej.
W niskim, dość dużym pomieszczeniu stał drewniany, okrągły stół. Przy nim, na pociemniałych ze starości skrzyniach i obdrapanych krzesłach, siedzieli kolejni mężczyźni. Grali w karty. Byli uzbrojeni, ale wyglądali dość niechlujnie. Ich broń natomiast sprawiała wrażenie nielegalnej. Na widok zbliżającego się Lucasa natychmiast zerwali się z miejsc. W ich oczach pojawił się strach.
– Szefie! Nie spodziewaliśmy się pana tak wcześnie! – odezwał się potężnie zbudowany drab o nieco kaprawych oczach.
Lucas obrzucił ich niechętnym spojrzeniem.
– Zaszły pewne okoliczności – powiedział z leniwym, aroganckim uśmiechem, który zagościł na przystojnej twarzy. – Odrobinę zmieniłem plany. Chcę zabrać stąd więźnia.
Zerknął w głąb pomieszczenia, gdzie znajdowały się potężne, metalowe drzwi. Jeden z graczy natychmiast rzucił się do nich z kluczami. Otworzyły się z upiornym zgrzytem. Do mrocznego pomieszczenia wpadła odrobina światła. Nie było tam żadnych okien. Ze środka dochodził bardzo nieprzyjemny zapach. W rogu, pod samą ścianą, leżała skulona postać. Mężczyzna, który przed chwilą otworzył drzwi, z wyraźną niechęcią wszedł do środka. Kopnął leżącego w brzuch.
– Wstawaj! – warknął.
Chłopak chwiejnie podniósł się na kolana. Ręce miał związane za plecami, tak mocno, że sznur poranił mu nadgarstki aż do krwi.
– Wyprowadź go – powiedział obojętnym tonem Lucas.
– Słyszałeś? – syknął tamten. – Na nogi!
Więzień z trudem wstał, podpierając się o ścianę, ale zaraz z powrotem osunął się na kolana. Drab kopnął go kolanem w szczękę. Chłopak upadł na podłogę. Najwyraźniej przyzwyczajony do razów, zwinął się tak, żeby chronić przed ciosami brzuch i głowę.
– Starczy! – powiedział Lucas nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Jest mi potrzebny w jednym kawałku. – Skinął na osiłka, którego twarz zdobiła gęsta, ciemna szczecina. – Pomóż mu go tu przyprowadzić.
Mężczyzna, mimo malującej się na twarzy niechęci, natychmiast posłuchał. We dwójkę wywlekli chłopaka z celi. Rzucili go na podłogę przed swoim szefem. Lucas spojrzał na niego z pogardą.
– Niech na mnie patrzy, kiedy do niego mówię – cierpkim tonem wyraził swoje życzenie.
Jeden z mężczyzn chwycił chłopaka za włosy i zmusił, żeby tamten uklęknął. Więzień splunął Lucasowi pod nogi. Jego ślina zmieszana była z krwią. Natychmiast dostał w twarz od trzymającego go osiłka.
– Pożałujesz! – warknął drab.
Chłopak go zignorował.
– Czego chcesz Gisborne? – spytał cichym, zachrypniętym głosem.
– Mam dla ciebie pewną propozycję – powiedział Lucas spokojnym, niemalże przyjaznym tonem – mimo, że w ogóle na nią nie zasługujesz, śmieciu.
4.
Raven stał pod ścianą luksusowo urządzonego gabinetu. Z wściekłością zaciskał pięści. Czuł się bezradny i nienawidził tego uczucia. Po obu jego bokach znajdowali się postawni mężczyźni w eleganckich garniturach. Obydwaj trzymali w każdej chwili gotową do strzału broń. To, że się go bali sprawiało mu nieco satysfakcji. Co prawda, rozwiązali mu ręce, pozwolili się umyć i dali czyste spodnie, ale dalej nie spuszczali go z oczu. Ravena bolało wszystko w środku, do tego nieznośnie piekły go rany po sznurach przez zdecydowanie zbyt długi czas krępujących mu nadgarstki. Mimo tego, że nie miał na sobie żadnej koszulki, było mu upiornie gorąco. Przynajmniej pierwszy raz od kilku dni pozwolili mu się napić do syta. Nie miał pojęcia jakim cudem się w ogóle w to wszystko wpakował.
Drzwi gabinetu stanęły otworem. Do środka weszło dwóch, elegancko ubranych ochroniarzy. Za nimi kroczył dumnie starszy mężczyzna. Po nim w drzwiach pojawił się Lucas, prowadząc ze sobą zgrabną, rudowłosą dziewczynę.
– Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł, Lucasie? – spytał z powątpiewaniem mężczyzna.
– Tak, Natanielu – odpowiedział poważnym głosem tamten. – Zresztą, jeżeli się jej nie spodoba, będzie się go mogła łatwo pozbyć.
Rudowłosa obrzuciła Lucasa lodowatym spojrzeniem. Tamten uśmiechnął się drwiąco w odpowiedzi.
– Dobrze, w takim razie zaczynajmy – ponaglił zniecierpliwiony, głosem Nataniel. – Nie mam zamiaru tu spędzić całego dnia. Poza tym chętnie przekonam się jak to w rzeczywistości działa.
Podszedł do umieszczonego w głębi przestronnego gabinetu sejfu. Otworzył go i wyjął z niego podłużne opakowanie. Podał je Lucasowi. Tamten wyciągnął z niego coś, co przypominało cieniutki, biały promień światła. Mężczyzna podszedł do rudowłosej i chwycił jej łokieć.
– Co robisz? – syknęła próbując się wyrwać.
– Stój spokojnie, królewno – nakazał z drwiną w głosie. – Sama się na to zgodziłaś, pamiętasz?
– Na nic się nie godziłam! – warknęła. – Ty podstępny draniu! Oszukałeś mnie!
Raven zauważył, że starszy mężczyzna obserwuje ich z niejakim rozbawieniem. To zdenerwowało go jeszcze bardziej. Tu chodziło o jego życie, a dla nich była to po prostu nic nie znacząca zabawa.
Lucas chwycił świetlisty pręcik, jakby ten był ołówkiem i zaczął malować na przedramieniu dziewczyny zawile, skomplikowane symbole. Kiedy skończył na skórze rudowłosej widniał delikatny, srebrny wzór. Skinął na jednego z ochroniarzy. Tamten podał mu kolejne pudełko. Były w nim dwie skórzane obręcze, ozdobione takimi samymi symbolami, jak te wymalowane na skórze dziewczyny. Znaki wyglądały, jakby zostały na nich wypalone. Mężczyzna rzucił obręcze Ravenowi. Chłopak bez problemu złapał je w locie. Obrzucił Lucasa nienawistnym spojrzeniem. Blondyn uśmiechnął się paskudnie.
– Załóż to – powiedział nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Raven niechętnie wykonał polecenie, naciągając obręcze na przedramiona. Kiedy skończył, Lucas spojrzał na niego rozbawiony. Niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia, chłopak poczuł rozdzierający ból. Ugięły się pod nim kolana. Stojący po bokach ochroniarze podtrzymali go brutalnie. Zagryzł z całej siły zęby, żeby nie krzyczeć. Skórzane bransolety zaczęły wtapiać się w jego ciało. Przeszywał go palący, rozdzierający ból. Oczy zaszły mu ciemną mgłą. Starał się nie odpłynąć. Nie mógł pozwolić sobie na utratę przytomności, nie teraz, nie tutaj. Gdy udało mu się skupić wzrok zobaczył pociemniałą z gniewu twarz rudowłosej.
– Co mu zrobiłeś?! – warknęła na Lucasa.
– Niestety nic, ale uwierz mi, zasłużył sobie na wszystko – odpowiedział spokojnie tamten.
Ból minął równie nagle jak się pojawił. Raven z trudem oddychał. Obręcze całkowicie wtopiły się w jego ciało. Na skórze zostały jedynie cienkie, czarne pasy ozdobione zawiłym, wypalonym na nich wzorem. Wyglądały jak precyzyjnie wykonane tatuaże. Starszy mężczyzna przyjrzał się mu zaciekawiony, jakby kontemplował jakiś rzadki okaz owada.
– Więc to naprawdę działa? Mogę liczyć na jakąś małą demonstrację? – zapytał nagle ożywiony.
– Oczywiście – z twarzy Lucasa nie schodził paskudny uśmiech. – Fi, pomyśl o czymś co sprawia ból. Wymyśl cokolwiek – zażyczył sobie.
– Zwariowałeś? – spojrzała na mężczyznę jakby był niespełna rozumu.
Uśmiechnął się do niej. Podszedł bliżej. Objął ją w tali i przyciągnął do siebie. Spróbowała go odepchnąć, był jednak silniejszy. W pewnym momencie Raven jęknął. Upadł na podłogę. Podwinął pod siebie nogi. Rękoma otoczył brzuch.
– Widzisz jakie to proste? – szepnął Lucas puszczając zszokowaną dziewczynę. – O czym pomyślałaś?
– Chciałam cię kopnąć w… – rudowłosa zamilkła.
Wolała nie kończyć zdania. Nie chciała krzywdzić nieznajomego chłopaka. Słyszała, że Lucas para się czarną magią, ale tak naprawdę nigdy w to nie wierzyła. Nataniel zaczął bić brawo. Jego twarz rozjaśniła się odrobinę, ale dalej nie wyrażała zbyt wielu uczuć.
– Pięknie – powiedział. – Jesteś jednak pewny, że to wystarczy, żeby zmusić go do współpracy? – zwrócił się do Lucasa.
– Och, Raven współpracuje z nami z zupełnie innych powodów – odparł tamten. – To wyłącznie dodatkowe środki ostrożności. Nie chciałbym, żeby przez moje niedopatrzenie miał szansę skrzywdzić naszą śliczną Fionę. Uwierz mi Natanielu, w razie potrzeby odda za nią życie. Nie znajdziesz lepszego strażnika.
5.
Wściekłość, gniew i własna bezsilność kotłowały się w Fionie istną nawałnicą. Kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi pokoju zaczęła siarczyście przeklinać. Wiedziała, że nie powinna ufać Lucasowi. Jak zwykle pozwoliła, żeby ją oszukał. Zrobiła to co chciał, a on znalazł sobie świetny sposób, żeby obejść ich układ. Spojrzała na stojącego przy drzwiach chłopaka. Przyglądał się jej z zainteresowaniem.
– Na co się gapisz? – warknęła.
Prychnął.
– Na pewno nie na ciebie – odpowiedział groźnie mrużąc oczy.
– Wynoś się stąd! – rozkazała.
– Uwierz mi, to ostatnie miejsce w którym chciałbym być – warknął. – Tyle, że nie mogę. Jeżeli masz z tym problem, to wiesz do kogo się udać.
Fiona znów zaczęła przeklinać. Czuła, że poniosła porażkę i z całego serca nienawidziła tego uczucia. Równie mocno nienawidziła też Lucasa, który był wszystkiemu winny. Kiedy się trochę uspokoiła, spojrzała ponuro na chłopaka.
– Jak masz na imię? – spytała.
– Bo co? – warknął nieuprzejmie.
– Jak sobie chcesz – wzruszyła ramionami. – Równie dobrze mogę się do ciebie zwracać per „chłopcze”.
Zachichotała, a on spojrzał na nią jak na wariatkę. Właściwie podobał jej się ten zwrot, był niczym żywcem wyjęty z klasyki angielskiej literatury. Chłopak zmierzył ją chłodnym wzrokiem.
– Raven – zdecydował się w końcu przedstawić.
– Nie mogę powiedzieć, żeby było mi miło – westchnęła, opadając na szerokie łóżko. – Ja jestem Fiona – odparła z przekąsem. Spojrzała na jego obnażony tors. – Może mógłbyś się ubrać, skoro planujesz tu zostać?
Dopiero teraz uważniej przyjrzała się chłopakowi. Musiała przyznać, że był całkiem niezły, chociaż zupełnie nie w jej typie. Nie dorównywał wzrostem Lucasowi, ale był od niego szerszy w ramionach i zdecydowanie wyższy od niej. Mięśnie też miał niczego sobie. Do tego wyróżniały go intrygujące, fioletowe oczy, ciemne, mocno zarysowane brwi i hebanowo czarne, delikatnie przydługie włosy. Ich kosmyki niesfornie opadały mu na oczy.
– Zrobiłbym to, gdybym miał w co – odparł chłodno, przerywając jej kontemplację.
Na hotelowy apartament składały się przyjemnie wyglądające, złączone ze sobą, dwa pokoje. Jeden służył jako dzienny salon, drugi natomiast jako sypialnia, z której można było wejść do całkiem sporej, komfortowej łazienki. Pod ścianą większego pokoju stała kremowa kanapa, duża szafa i komoda, ozdobiona wazonem po brzegi wypełnionym bladoróżowymi kwiatami. Na środku znajdował się stolik, przy którym stały dwa wygodne fotele. Na ścianie wisiał plazmowy telewizor.
Dziewczyna niechętnie podniosła się z łóżka i podeszła do masywnej, rozsuwanej szafy. Z jednej z półek wyciągnęła dużą, czarną koszulkę z logiem rockowego zespołu.
– Masz – powiedziała podając ją chłopakowi.
Spojrzał na nią zaskoczony. Nie zaszczycił jej jednak ani słowem komentarza. Wzruszył ramionami i wciągnął na siebie koszulkę.
– Lepiej? – zapytał sarkastycznie.
– Znacznie – przytaknęła wciąż nieco rozbawiona. – Skoro nie masz swoich ubrań, to pewnie będzie ci trzeba jakieś kupić – stwierdziła obojętnie.
Chłopak nie zaprotestował. Chyba było mu wszystko jedno. Tak samo jak ona po prostu nie miał innego wyboru.
6.
Londyn w nocy wyglądał naprawdę pięknie. Fiona uwielbiała wieczorne spacery po pełnym tradycji i cudów mieście. Stała teraz nad brzegiem Tamizy i przyglądała się Tower Bridge. Czułaby się wspaniałe, gdyby nie irytująca obecność Ravena. Chłopak od samego początku działał na nią jak czerwona płachta na byka. Sama jego obecność powodowała, że aż gotowała się w środku z wściekłości. Do tego jeszcze dochodziła frustracja z powodu, że dała się tak łatwo oszukać Lucasowi… Następnego dnia miała jechać do Paryża, na sesję zdjęciową. Ani trochę nie miała na nią ochoty. Podpisała jednak umowę i musiała się tam zjawić. Westchnęła cicho. Wyobrażała sobie, że jest uwięzionym w klatce ptakiem, to nic, że klatka była ze złota. Dla ptaka i tak nie miałoby to żadnego znaczenia. Wolałby na wolności rozwinąć skrzydła.
Raven stał oparty o kamienny murek i przyglądał się jej bez większego zainteresowania. Usilnie starała się go ignorować. Zdawała sobie sprawę, że to nie jego wina, ostateczne nie był tu z własnej woli i zapewne również wolałby być zupełnie gdzie indziej… doszła jednak do wniosku, że chyba wolała jednak obecność bezimiennych ochroniarzy w czarnych garniturach. Nie zaszczyciwszy chłopaka nawet jednym spojrzeniem, zaczęła spokojnym krokiem iść wzdłuż rzeki. Miała ochotę obejrzeć nową wystawę zdjęć, która zawsze umieszczana była na jednym z deptaków prestiżowego South Bank, nad brzegiem Tamizy. Raven zareagował błyskawicznie. Chwycił dziewczynę za łokieć, nie pozwalając jej się oddalić.
– Najpierw powiesz mi dokąd idziemy – warknął przez zęby.
Frustracja Fiony wzrosła osiągając niebezpieczne granice. Zawodowi ochroniarze przynajmniej nie traktowali jej w ten sposób. Nie dotykali jej. Nigdy, przenigdy. On natomiast nic sobie nie robił nawet z prywatności dziewczyny. Nie istniały dla niego zasady dobrego wychowania ani pojęcie strefy osobistego komfortu.
– Jak śmiesz mnie dotykać?! – spytała ze złością.
Uśmiechnął się drwiąco.
– Mam dbać o twoje bezpieczeństwo. Nic innego mnie nie obchodzi – powiedział lekko rozbawiony. – Nawet, jeżeli to oznacza, że będę cię do czegoś miał zmusić siłą.
Fiona nie miała pojęcia czemu jakiś młody chłopak miałby jej lepiej pilnować niż dwóch zawodowych, świetnie wyszkolonych ochroniarzy. Nie sprawiał wrażenia starszego od niej. Do tego był chamski i zupełnie brakowało mu ogłady. Rozmawiała już o zachowaniu Ravena z Lucasem. Tamten jednak najzwyczajniej w świecie stwierdził, że jak chłopak jej zdaniem przesadzi, może go ukarać zadając mu ból. Mówił całkiem poważnie. Oznajmił jej również, że jeżeli miałaby ochotę, to może w ten sposób nawet go zabić, ale wówczas na swoje miejsce wrócą starzy ochroniarze. Najgorsze było to, że nie żartował. Fiona znała go na tyle dobrze by wiedzieć, że Lucas mówił śmiertelnie poważnie. Za to nienawidziła go jeszcze bardziej i oczywiście nie zamierzała tego sprawdzać w praktyce. Bardzo pilnowała się, żeby nawet przez przypadek nie skrzywdzić Ravena. Chciała tylko, żeby zostawił ją w spokoju.
– Chcę obejrzeć zdjęcia – syknęła cicho.
Puścił ją.
– Nie można było tak od razu? – zapytał z nutką drwiny w głosie. – Prowadź.
Fiona westchnęła smętnie i już z o wiele mniejszym entuzjazmem poszła w stronę porozstawianych na stelażach, czarno-białych zdjęć. Raven ruszył za nią zwinnie i bezszelestnie niczym cień.