Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Uciekała. Zdawała sobie sprawę, że mężczyzna, który ją ściga jest naprawdę blisko. Czuła strach. Była coraz bardziej zmęczona. Przedzieranie się przez śnieżne zaspy sprawiało jej coraz większą trudność. Wszędzie dookoła widziała oślepiającą biel. Marzyła o tym, żeby wreszcie dotrzeć do lasu. Liczyła na to, że tam będzie mogła odpocząć, chociaż przez krótką chwilę. Od dawna nic nie jadła. Spojrzała na idącego tuż przy niej białego wilka. 

    – Tylko ty mi zostałeś – szepnęła.

    Wdrapała się na szczyt niewielkiego wzniesienia. Rozejrzała się dookoła. W oddali widziała zarys lasu. Jeszcze tylko kilka godzin i tam dotrze… Na niebie zbierały się ciemne chmury, wiał coraz silniejszy wiatr. Zapowiadało się na wielką, śnieżną zamieć. Nie mogła tu zostać. Wiedziała, że umrze, jeżeli śnieg ją zasypie na tym pustkowiu. Obejrzała się w drugą stronę. Mężczyzna był coraz bliżej. Miał sanie. Z każdą minutą zmniejszał się dzielący ich dystans. Zdawała sobie sprawę, że musi coś wymyśleć, inaczej ją dogoni. Nie mogła na to pozwolić. Tym razem nie chcieli jej po prostu zabić. Nie była pewna czego od niej chcą, ale wiedziała, że z rąk tych ludzi nie spotka jej nic przyjemnego.

    Przed sobą zobaczyła zamarznięte jezioro. Mężczyzna nie będzie mógł przejechać przez nie saniami. Będzie musiał objechać je dookoła. Do da jej trochę czasu. Człowiek, który ją ścigał musiał być naprawdę dobrym tropicielem, skoro jeszcze nie udało jej się go zgubić. Dzięki sprytowi i determinacji już dawno wykiwała pozostałych. Trudno, z tym też będzie sobie musiała jakoś poradzić.

    Zbiegła ze wzgórza co jakiś czas zapadając się głębiej w zaspy. Zatrzymała się dopiero przed pokrytym cienką warstwą śniegu lodem. Weszła na taflę zamarzniętego jeziora stąpając ostrożnie i powoli. Wilk zatrzymał się przy brzegu i zaczął rozpaczliwie ujadać.

    – Snowy! Chodź! Nie ma na to czasu! – zawołała do niego dziewczyna.

    Mężczyzna objechał wzgórze dookoła i był z każdą chwilą coraz bliżej. Wilk kręcił się na śniegu bardzo zdenerwowany. Dziewczyna oddaliła się już o kilkanaście dobrych metrów.

    – Snowy! – Zawołała po raz kolejny.

    Zwierze wreszcie się zdecydowało. Jednym susem wskoczyło na lód i zaczęło biec w stronę dziewczyny.

    – Snowy, NIE! – krzyknęła rozpaczliwie.

    Jednak było już za późno. Usłyszała trzask. Lód zaczął pękać. Stały grunt zaczął osuwać się spod łap śnieżnego wilka. Pies wpadł do powstałego w ten sposób przerębla. Szamotał się rozpaczliwie starając wydostać się z wody. Spanikowana dziewczyna nie wiedziała co dalej robić. Była jednak pewna, że nie może go tak zostawić. Śnieżny wilk był jej jedynym towarzyszem i przyjacielem. Tylko jego miała. 

    Mężczyzna znalazł się nad brzegiem zamarzniętej tafli. Zatrzymał sanie kilka metrów od lodu, specjalnie odwracając je bokiem. Psy stanęły posłuszne słowom swojego pana. Podszedł nad brzeg jeziora. Zmierzył uciekinierkę chłodnym spojrzeniem szarych oczu. 

    – Wyciągnę go – powiedział na tyle głośno, żeby mogła go usłyszeć – ale najpierw ty tu przyjdziesz.

    Przełknęła ślinę. Spojrzała na szamoczącego się w wodzie wilka. Nie było czasu na rozważania. Nie mogła pozwolić zwierzęciu umrzeć. Nie miała wyboru. Musiała mu zaufać. Powoli podeszła do mężczyzny omijając z daleka popękany lód. Jej serce biło ze strachu jak szalone.

    – Mądra decyzja – skinął z aprobatą głową. Kiedy znalazła się na brzegu wyciągnął z sań mocny rzemień.  – Podejdź tutaj.

    Spojrzała jeszcze raz na przemarzniętego, tonącego wilka i z determinacją wykonała polecenie mężczyzny. Kiedy stanęła przy nim sprawnie chwycił jej nadgarstki i związał ręce dziewczyny rzemieniem. Przywiązał ją do sań. Potem, nie zwlekając dłużej chwycił grubą linę i przewiązał się nią w pasie. Drugi koniec przymocował do pojazdu. Odciął nożem luźny kawałek liny zawiązując na nim luźną pętlę. Ruszył w kierunku tkwiącego w przerębli wilka. Zwierzę resztkami sił walczyło o życie. Ostatnie metry mężczyzna pokonał czołgając się na brzuchu. Zarzucił linę na szamoczącego się psa. Sięgnął rękami tak, żeby założyć mu ją pod łapy. Przerażony wilk nie pozwalał sobie pomóc. Gryzł go i drapał pazurami. Mężczyzna starał się nie zwracać na to uwagi. 

    Ściemniało się coraz bardziej. Chmury już zupełnie zasłoniły słońce. Wiał porywisty wiatr. Dziewczyna drżała z zimna. Patrzyła zatrwożona na rozgrywającą się kilkanaście metrów od niej scenę. Była wdzięczna losowi, że łowca nagród, który ją ścigał nie rzuca słów na wiatr. 

    W końcu mężczyźnie udało się wyciągnąć wilka. Kiedy zwierzę stanęło na lodzie ugięły się pod nim nogi. Otrzepało się niepewnie z wody. Jego wybawca zarzucił mu zrobioną z liny pętlę na szyję, traktując ją jakby była obrożą. Pociągnął ledwo idące zwierzę w kierunku sań. Sięgnął po nóż i rozciął więzy krępujące nadgarstki dziewczyny. Zaczął padać śnieg.

    – Tam masz koce – wskazał na jeden z leżących w saniach tobołków. – Wysusz go, tylko ostrożnie. Musi sam się ogrzać, bo inaczej możesz mu zaszkodzić. – Spojrzał w górę na zasnute chmurami niebo. – Nie zdążymy już dotrzeć do linii drzew. Musimy zostać tutaj. Rozbiję namiot.

    Skinęła głową i bez zbędnych dywagacji zabrała się do roboty. Mężczyzna w tym czasie wyswobodził z zaprzęgu własne psy. Sanie prowadziło sześć pięknie prezentujących się Haskich. Kiedy skończył, wyciągnął z bagaży pomarańczowy namiot.  Rozbił go pospiesznie na śniegu. Wrzucił do środka zawiniątko z kocami, śpiwór i plecak. Resztę rzeczy przykrył białą plandeką. Powoli wprowadził psy przez zapobiegający dostawaniu się śniegu pod tropik rękaw namiotu. Kiedy przyszła kolej wilka, tamten zawył rozpaczliwie, bojąc się najwyraźniej kolejnego wyzwania. Chociaż już całkiem dużych rozmiarów, wyraźnie był jeszcze szczeniakiem. Nie mógł mieć dużo więcej niż pół roku. Dziewczyna weszła pierwsza prowadząc go za sobą. Mężczyzna wszedł tuż za nią. Zamknął za sobą wejście do namiotu. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Drżała z zimna i ze strachu. Kiedy znalazł się tak blisko, zobaczyła jego czarną, tajemniczą aurę. To przeraziło ją jeszcze bardziej. Zdała sobie sprawę, że nie jest człowiekiem. Przyjrzała mu się uważnie. Nie mógł być od niej sporo starszy. Dzieliły ich może trzy-cztery lata. Wyglądał jednak groźnie. Jego szare oczy były zimne jak lód. Ciemne włosy opadały mu niesfornie na oczy. Po jego budowie i łatwości z jaką wyciągnął psa poznała, że musiał być bardzo silny. Ogorzała od słońca twarz świadczyła o tym, że jest doświadczony w różnego rodzaju wyprawach. Największy jednak strach budziła w niej jego mroczna, nieludzka aura. 

    Wziął od niej linkę na której był uwiązany wilk, odplątał ją i wprowadził zwierzę między swoje Haskie, rozsuwając skulone stado na boki. Psy bez protestów zrobiły miejsce dla nowego towarzysza. Sam rozłożył między nimi koc, a na nim śpiwór.

    – Rozbierz się – powiedział rozkazująco do dziewczyny. Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. Westchnął. – Nie musisz rozbierać się do naga – sprostował. – Po prostu zdejmij z siebie wszystko to, co masz mokre.

    Niechętnie posłuchała. Zaczęła ściągać z siebie przemoczoną kurtkę. Zdjęła też szalik, czapkę, buty i spodnie. Chłopak pozbył się szybko wierzchniego odzienia. Został jedynie w czarnych bokserkach i koszulce tej samej barwy. Wśliznął się do śpiwora zostawiając dziewczynie miejsce.

    – Chodź tutaj – rozkazał. Bała się go na tyle, że bez gadania posłuchała. Dotknął jej przemoczonej sportowej bluzy. – To też ściągaj. 

    Zadrżała. W jej oczach pojawiły się łzy. Powoli zdjęła z siebie resztę ubrania, zostając jedynie w czarnej, delikatnej bieliźnie. Chłód przeszywał całe jej ciało.

    – Dobrze, a teraz połóż się koło mnie – kontynuował wydawanie poleceń, odchylając dla niej koc.

    Podeszła do niego niepewnie. Wsunęła się do niezbyt szerokiego śpiwora. Zapiął suwak, po czym nakrył ich jeszcze dwoma kocami. Teraz leżała naprawdę blisko mężczyzny. Ich ciała się dotykały. Cieszyła się, że chociaż leży do niego odwrócona tyłem. Łzy spływały po jej zimnych policzkach. Przyciągnął ją do siebie, obejmując ramionami. Cała zesztywniała. Krzyczała w niej każda komórka przemarzniętego ciała, a jednocześnie doznała czegoś dziwnego. Powoli zaczynała się rozgrzewać. Było jej wygodnie i naprawdę przyjemnie. W jego ramionach czuła się bezpieczna. Zastanawiała się kim on jest i jakie sztuczki na niej stosuje. Nie miała zamiaru się im poddać. Za nic na świecie.

       ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Leżeli tak dłuższą chwilę. Jej oczy błyszczały, przestała jednak płakać. Zrobiło się jej znacznie cieplej. Teraz odczuwała okropne pragnienie. Poczuła także nieznośne ssanie w żołądku. Zaburczało jej w brzuchu. Mężczyzna jakby oprzytomniał.

    – Jesteś głodna? – spytał. Niepewnie skinęła głową. – Czemu nic nie mówiłaś? – powiedział z naganą w głosie. – Kiedy ty w ogóle ostatnio jadłaś?

    Podniósł się na łokciu i sięgnął po plecak przesuwając przy tym zawadzającego mu szaro-białego psa. Wyciągnął termos. Nalał do aluminiowego kubka herbaty. Podał dziewczynie. Usiadła okrywając się kocem. Wzięła od niego ciepły napój. Wypiła go niemal duszkiem. Wyjął z plecaka chleb i spory kawał sera. Wgryzła się w niego natychmiast, kiedy tylko dostała go do ręki. Cieszyła się, że przynajmniej wilk potrafił o siebie zadbać, polując na jakieś mniejsze stworzonka. Łapczywie połykała jedzenie.

    – Zwolnij trochę – powiedział spokojnie Szarooki. – Udławisz się zaraz – mówił wyraźnie zmartwionym głosem.

    Nalał jej jeszcze jeden kubek herbaty. Popiła nim jedzenie.

    – Wracaj tu – powiedział, kiedy skończyła.

    Ponownie się przy nim położyła. Zrobiło się jej niewygodnie. Odwróciła się przodem do mężczyzny. Położył swoje ramię, tak, żeby mogła na nim oprzeć głowę. Znów przyciągnął ją do siebie, a potem starannie otulił kocami. Zasnęła, zbyt wyczerpana, żeby się dłużej bać.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Następnego dnia rano ciągle padało. Burza śnieżna rozszalała się na dobre. Mężczyzna zaklął szpetnie wracając z dworu.

    – Cholera by wzięła taką pogodę. Jak tak dalej pójdzie to jeszcze ze dwa dni się stąd nie ruszymy. – Powiedział marudnym tonem.

    Dziewczyna siedziała w namiocie otulona kocami. Miała na sobie jego czarną koszulę, która wyschła szybciej niż jej własna bluza. W środku namiotu panowała co prawda dodatnia temperatura, ale i tak było dosyć chłodno, nawet mimo ciepła wydzielanego przez ciała wylegujących się psów. Dla nich taka temperatura była w sam raz.

    Mężczyzna wydawał jej się dosyć miłą osobą. Wiedziała jednak, że to tylko pozory. Łowcy Nagród byli bezwzględni i śmiertelnie niebezpieczni, a ten tutaj chciał ją sprzedać jej najgorszym wrogom. Ludziom, którzy polowali na nią od kiedy się tylko urodziła. Do tego nie był człowiekiem. Coraz bardziej niepokoiła ją jego czarna, nieprzenikniona aura. Usiadł przy niej podając jej ostatni kubek ciągle ciepłej herbaty.

    – Do tej pory nie odezwałaś się do mnie ani słowem – powiedział cicho.

    Spojrzała na niego zaskoczona jej zdaniem nietypową w takiej sytuacji uwagą.

    – A co byś chciał ode mnie usłyszeć? – spytała.

    – Sam nie wiem – westchnął. – Zachowujesz się zupełnie inaczej – powiedział zagadkowo. – Zajmiemy się tym, kiedy dotrzemy na wyspę.

    Prychnęła. Popatrzyła na niego z pogardą.

    – Więc aż tak wiele znaczą dla ciebie pieniądze?

    Pokręcił głową. W jego oczach widziała prawdziwy smutek.

    – Nie o pieniądze tu chodzi – powiedział cicho. – Przykro mi – wyszeptał, a dziewczyna zrozumiała, że mówił szczerze.

    – W takim razie o co?

    – Chętnie bym ci to wyjaśnił – przyznał – ale powiedzieli mi, że to bardzo ważne, żebym tego nie robił. Dowiesz się wszystkiego jak będziemy na miejscu.

    Spojrzała prosto w jego szare, zimne oczy. 

    – Kiedy dotrzemy do celu – powiedziała poważnym głosem – nie dowiem się niczego, bo po prostu mnie zabiją. Jeżeli chcieli mnie żywą, to tylko dlatego, że mają zamiar wyciągnąć ode mnie jakieś informacje. Niestety zawiodą się, ponieważ ja nic nie wiem. Jeżeli naprawdę nie chodzi ci o pieniądze, to zwyczajnie poderżnij mi gardło. Oszczędzisz w ten sposób sobie kłopotu, a mi cierpienia.

    – Nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić – odparł pewnym głosem obejmując dziewczynę delikatnie ramieniem.

    Nie wiedziała jak to się stało, ale poczuła motyle w brzuchu. Położyła mu głowę na ramieniu. Co ten cholerny facet z nią zrobił? Czuła się przy nim tak niesamowicie dobrze i bezpiecznie. Była przekonana, że jest pod wpływem jakiegoś dziwnego zaklęcia. Musi jak najszybciej mu uciec.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Padać przestało dopiero następnego dnia. Zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce. Szarooki złożył namiot i z powrotem zapakował wszystko na sanie. Psy zaczęły radośnie podskakiwać, bardziej niż gotowe do dalszej drogi. Dziewczyna zdziwiła się, że jej wilk tak łatwo zaadoptował się do stada. Mężczyzna zaprzągł psy do sań i ruszyli. Siedziała przed nim skulona. Nigdy nie spodziewała się, że tego typu przejażdżka może być takim cudownym przeżyciem. Godzinę później znaleźli się na skraju sosnowego lasu.

    Psy zwolniły, kiedy wjechali na obsypaną śniegiem, szeroką, leśną drogę. Szlak prowadził przez przepiękny sosnowy las. Dziewczyna wdychała powietrze przepełnione żywicznym zapachem drzew. Szarooki miał nieodgadniony wyraz twarzy.

    – Nie zimno ci? – spytał. 

    Pokręciła głową. Czuła się całkiem przyjemnie. Prawie zapomniała o tym, że jest tu wbrew swojej woli i grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.  W końcu udało jej się w jakiś sposób przeżyć ponad dwadzieścia lat. Może uda się i tym razem.

    – Jutro dotrzemy do przejścia. Kiedy znajdziemy się w naszym świecie to wszystko będzie kwestią kilku godzin – oznajmił.

    Dziewczyna poczuła ukłucie strachu. Więc byli już tak blisko… Mimo zapewnień chłopaka zdawała sobie sprawę, że gdy dotrą na miejsce, czeka ją śmierć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan walczył zawzięcie. Nie zamierzał się poddać, mimo iż przeciwników było znacznie więcej. Zauważył jednak, że nie chcą go zabić, a to dawało mu przewagę. Jeżeli się nie mylił ścigało go sześciu mężczyzn. Biegł przez pokryty śniegiem las, zwinnie przemykając między drzewami. Gdy uznał, że od napastników dzieli go odpowiedni dystans przystanął schowany, za pniem jednej z większych sosen. Wyjął z kabury ośmiostrzałowego AMT Commando. Odbezpieczył pistolet i wycelował starannie w jednego ze zbliżających się mężczyzn. Trafił bezbłędnie. Tamten z krzykiem upadł na ziemię, brudząc krwią biały śnieg. 

    Chiredan znów zerwał się do biegu. Był szybszy i bardziej spostrzegawczy od większości ludzi, miał też znacznie lepszy wzrok. Po dłuższej chwili znowu przystanął. Wycelował i strzelił. Tym razem padły dwa strzały. Oba trafiły w obrane przez chłopaka cele. Nigdy się nie wahał. Wiedział, że albo zabije, albo sam będzie martwy.  

    W pewnym momencie poczuł ukłucie na biodrze. Obejrzał się. W jego nodze tkwiła strzałka zakończona czerwonymi lotkami. Zdał sobie sprawę, że go przechytrzyli. Musieli być także przed nim. Zagonili go w pułapkę. Jego oczy zamknęły się same. Upadł nieprzytomny na pokrytą śniegiem, leśną ściółkę.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy Chiredan otworzył oczy, na dworze było już ciemno. Rozejrzał się dookoła. Leżał związany na drewnianej podłodze. Więzy krępujące mu nadgarstki wbijały się boleśnie, raniąc go aż do krwi. Pochylił się nad nim jakiś potężnie zbudowany mężczyzna. Chwycił go za włosy podnosząc jego głowę tak, żeby tamten musiał na niego spojrzeć.

    – No, no obudził się wreszcie ptaszek. Długo sobie pospałeś chłopczyku. Narobiłeś nam niezłych problemów. – Mówił niemal przyjaznym tonem. – Zabiłeś dwóch moich ludzi, trzeci jest ciężko ranny. – Mężczyzna bez ostrzeżenia uderzył go pięścią w twarz. Z rozciętej wargi popłynęła krew. Kopnął go z całej siły twardym buciorem w brzuch. Chiredan zgiął się w pół. Tamten ponownie chwycił go za włosy. – Nie życzę sobie więcej takich numerów, czy to jasne?

    Młodzieniec splunął mu pod nogi. Tamten pokręcił tylko głową i uderzył leżącego chłopaka ponownie. Razy spadały coraz gęściej. Chiredan skulił się próbując zasłonić brzuch i głowę. W końcu zdyszany, czerwony na twarzy mężczyzna przestał go bić.

    – Jeżeli uważasz, że to wyrównuje nasze rachunki, to się grubo mylisz – warknął. – Zajmę się tobą później. Teraz mam ważniejsze sprawy. 

    Odszedł uśmiechając się pod nosem. Chłopak rozejrzał się po pokoju. Znajdował się w jakiejś drewnianej chacie. Czterech mężczyzn siedziało przy stoliku grając w karty. Był ciekaw ilu strażników postawili na zewnątrz. Zaczął rozważać możliwości ucieczki. Gdyby tylko nie miał związanych rąk…

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Drzwi chaty się otworzyły. Chiredan podniósł głowę, żeby zorientować się w sytuacji. Do środka wszedł młody mężczyzna. Prowadził ze sobą bladą dziewczynę, która rozglądała się po pomieszczeniu spłoszonym, sarnim wzrokiem. Obok nich dreptał pokaźnych rozmiarów śnieżnobiały wilk.Siedzący przy stoliku mężczyźni uśmiechnęli się przyjaźnie na ich widok. 

    – Przyłączysz się do nas? – zaproponował jeden z nich.

    Przybysz skinął głową.

    – Chętnie, ale trochę później – odpowiedział przyjaznym tonem.

    – Przyprowadziłeś nam zabaweczkę? – spytał rudy dryblas, z bujną umazaną czymś brodą.

    Ogarnął dziewczynę lubieżnym spojrzeniem. Wyraz twarzy mężczyzny zmienił się w jednej chwili. Przyjazny uśmiech stał się śmiertelnie groźnym grymasem. Spojrzał na rudzielca lodowatym wzrokiem.

    – Jeżeli któryś z was ją dotknie, to go na miejscu zabiję – warknął.

    Stojący do tej pory w przeciwległym rogu pokoju, potężnej budowy mężczyzna, wyszedł z cienia.  Odłożył na półkę czyszczoną przed chwilą broń. 

    – Spokojnie – powiedział cicho. – Na co nam te groźby? Uznajemy twoje prawo własności. Prawda chłopcy? – zwrócił się do grających w karty towarzyszy. 

    Tamci skwapliwie skinęli głowami. Najwyraźniej nowoprzybyły był kimś, z kim trzeba było się liczyć. Mężczyzna uspokoił się trochę.

    – Dziękuję Maevisie – powiedział pojednawczym tonem. – Przypomnij o tym reszcie swoich ludzi – dodał bardzo starając się, żeby nie zabrzmiało to jak groźba.

    Nazwany Maevisem, czarnowłosy mężczyzna skinął głową. Cechował go wyraźnie zarysowany orli nos.

    – Oczywiście, jak sobie życzysz przyjacielu. Nikt nie dotknie twojej dziewczyny.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan z niekłamaną przyjemnością przypatrywał się siedzącej na futrze pod ścianą dziewczynie. Miała bladą cerę i śliczne, różowe usta. Jasne, falujące włosy sięgały jej niemal bioder. W jej dużych niebieskich oczach lśniły łzy. Widział w nich narastający z każdą chwilą strach. Podejrzewał, że dziewczyna jest jego rówieśnicą. Biały wilk ułożył się przy jej boku. Chłopak zauważył, że pies mimo swoich pokaźnych rozmiarów, był jeszcze szczeniakiem. Zastanawiał się czy ta mała może okazać się dla niego w jakiś sposób pożytecznym sojusznikiem.

    Mężczyźni grali w karty. Tym razem siedzieli tam całą, obecną w drewnianym domku, szóstką. Byli pochłonięci grą. Chłopak gorączkowo myślał jak może wykorzystać okazję.

    W pewnym momencie poczuł na sobie czyjeś badawcze spojrzenie. Podniósł głowę. Zdał sobie sprawę, że dziewczyna go obserwuje, równie uważnie jak wcześniej on ją. Uśmiechnął się do niej blado. Zarumieniła się delikatnie, nie spuściła jednak wzroku. Gdyby tak spróbowała go uwolnić… mieli by wtedy jakieś szanse stąd uciec…

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wieczorem Szarooki podszedł do skulonej pod ścianą dziewczyny. Usiadł przy niej. Poczuła jego bliskość. Cała zesztywniała. 

    – Nie bój się mnie – powiedział bardzo cicho. – Przyniosłem ci kanapkę. Pomyślałem, że może jesteś głodna. 

    Podał jej zawinięty w papier chleb i jakiś ciepły napój. Kiedy je od niego wzięła wyciągnął rękę w stronę wilka. Podrapał zwierzę za uszami. Potem zaczął je czymś karmić. Szczeniak wstał radośnie merdając ogonem. Usiadł na tylnych łapach przed mężczyzną, czekając na więcej. Dziewczynie ani odrobinę się nie podobało, że przekupił jej psa. 

    Kiedy skończył dawać wilkowi jedzenie niechętnie wstał. Dziewczyna zobaczyła, że zostawił przy niej swój plecak. Szarooki porozmawiał chwilę z Maevisem i obydwaj wyszli na dwór. Siedząca przy stoliku czwórka mężczyzn zwracała w dalszym ciągu uwagę jedynie na swoją grę. Dziewczyna jak gdyby nigdy nic wzięła plecak i zaczęła go przeszukiwać. W końcu znalazła coś, co mogło jej się przydać. Wstała cicho, nie wykonując żadnych gwałtownych czy podejrzanych ruchów. Biały wilk, który wróciła na swoje poprzednie miejsce zaciekawiony podniósł głowę. 

    – Zostań – powiedziała cicho.

    Odważnie ruszyła przed siebie, idąc prosto do stolika zajętych sobą graczy. Po drodze upuściła wyjęty z plecaka przedmiot tuż za plecami związanego, leżącego na podłodze chłopaka. Pomyślała, że przynajmniej jemu da szansę stąd uciec.

    Zdziwieni mężczyźni podnieśli głowy patrząc na nią, dopiero kiedy znalazła się tuż przy nich.

    – Czego chcesz? – warknął rudy.

    – Muszę skorzystać z toalety – powiedziała spuszczając skromnie wzrok.

    – Poczekaj na swojego właściciela – zadrwił wyraźnie dalej obrażony.

    Dziewczyna pokręciła głową. 

    – Nie dam rady.

    – Bill, daj spokój – uśmiechnął się gładko ogolony brunet. – Jean, chodź ze mną, przypilnujemy dziewczyny. Ci dwa powinni dać sobie radę z jednym związanym dzikusem.

    Młodo wyglądający blondyn skinął głową i wstał. Chwycił dziewczynę za ramię niezbyt mocno popychając ją w stronę drzwi. Cała trójka opuściła drewnianą chatę.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan obserwował dziewczynę z coraz większym zainteresowaniem. Przestała wyglądać na taką zastraszoną istotkę, jak w chwili kiedy weszła do chaty. Zauważył, że nie boi się siedzących przy stoliku drabów, a jedynie wysokiego mężczyzny z którym przyszła. Zastanawiało go kim on jest. Poruszał się zupełnie jak polujący kot. Do tego momentami tak szybko, że w oczach Chiredana jego ruchy czasem się wręcz rozmazywały. Nie był do końca pewien czy przypadkiem nie oberwał zbyt mocno w głowę.

    W pewnym momencie dziewczyna wstała z leżącego na podłodze futra. Podeszła prosto do siedzących przy stoliku mężczyzn, po drodze jednak coś upuściła tuż za jego plecami. Spróbował wymacać przedmiot palcami. To był rozkładany nóż myśliwski. Prawie zawył z radości. Rozłożył go sprawnie, mimo skrępowanych nadgarstków i zaczął przepiłowywać krępujące go sznury, starając się przy tym nie poranić sobie rąk.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

      Dziewczyna rozejrzała się po lesie. Nigdzie nie zauważyła swojego porywacza. Mężczyźni zaprowadzili ją do większego budynku, jedynego z kamienną podmurówką. Odetchnęła z ulgą kiedy zostawili ją samą. Skorzystała szybko z czystej, ładnie urządzonej łazienki przy okazji myjąc się starannie. 

    Kiedy wreszcie wyszła spotkał ją niecodzienny widok. Blondyn, który ją tu przyprowadził leżał nieprzytomny na drewnianej podłodze korytarza, drugi mężczyzna miał poderżnięte gardło. Nieopodal, oparty o ścianę, stał chłopak, który wcześniej leżał związany na podłodze drewnianej chaty. Trzymał w rękach karabin. Nigdy wcześniej nie podejrzewała, że mogłaby ucieszyć się na widok mężczyzny trzymającego w rękach M4. Wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu.

    – Zmywamy się stąd – powiedział i nie czekając na odpowiedź chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą na zewnątrz.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Podbiegli do stojącego przy drewnianych domkach dżipa. Był to jedyny, stojący w pobliżu samochód. Drzwi miał otwarte. Pospiesznie wsiedli do środka. Chłopak zajął fotel kierowcy. Pochylił się, otworzył przy pomocy noża stacyjkę i odpalił samochód. Mimo, że trwało to tylko kilka minut, dla dziewczyny czas wlekł się w nieskończoność. Serce biło jej jak oszalałe. 

    Kiedy tylko ruszyli, zobaczyła Szarookiego w towarzystwie mężczyzny, z którym wyszedł. Biegli w stronę dżipa. Z jednego z domków wyłonił się kolejny mężczyzna. Był bardzo blisko samochodu. Podniósł broń, wycelował i strzelił.

    Szarooki stał się rozmazaną smugą. W jednej chwili z miejsca, w którym był, znalazł się pomiędzy strzelającym mężczyzną a samochodem. Potem, odrzucony siłą pocisku, upadł na ziemię. Na jego barku pojawiła się duża plama ciemnej krwi.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan otrząsnął się z szoku i wcisnął gaz. Wyjechał na odśnieżoną, leśną drogę. Nikt więcej nie strzelał. To zdarzenie nie było możliwe. Nikt nie był w stanie się tak szybko poruszać. Chłopak zaczął się zastanawiać czy nie cierpi na jakiegoś rodzaju halucynacje. Dziewczyna siedziała obok niego w fotelu. Kurczowo zaciskała ręce na swoich kolanach. 

    Wyjechali z lasu i znaleźli się na zwykłej, asfaltowej drodze. Chiredan dopiero teraz zdał sobie sprawę, że w samochodzie było bardzo zimno. Włączył ogrzewanie. Ani on, ani dziewczyna nie mieli na sobie kurtek. Czuł się wykończony i upiornie głodny. Zauważył zaschniętą krew na swoich poranionych sznurem nadgarstkach. Poplamiła mu bluzę. Wszystko w środku bolało go jak cholera. Zastanawiał się czy dowódca tych zbirów którymś z kopniaków nie połamał mu żeber. Życie było do bani, ale przynajmniej udało im się uciec. 

    Dziewczyna milczała. Chiredan dłuższą chwilę zbierał się w sobie, chciał coś powiedzieć, nie bardzo tylko wiedział jak zacząć rozmowę.

    – Będziemy musieli zmienić samochód – oznajmił, żeby w ogóle się jakoś odezwać.

    – Masz jakiś plan? – spytała. – Wiesz dokąd chcesz jechać?

    Odrobinę speszony chłopak przecząco pokręcił głową.

    – Po prostu nie chcę znowu dać się złapać.

    – Ja też nie – przytaknęła mu dziewczyna. – Wydaje mi się, że najpierw powinniśmy zmyć z ciebie tą całą krew – powiedziała spokojnie. – Nie możesz się tak nigdzie pokazać.

    – Zdaję sobie z tego sprawę – prychnął sarkastycznie. – Jakieś propozycje?

    Zdziwił się, kiedy skinęła głową.

    – Niedaleko stąd, przy granicy z następną prowincją jest miejsce w którym możemy się zatrzymać. To opuszczona farma, a raczej to co z niej zostało. Nie powinni o niej wiedzieć. Spędzimy tam noc, a rano możemy usiec do Stanów. 

    Spojrzał na nią jeszcze bardziej zaskoczony.

    – Jest tylko pewien dość poważny problem… Zabrali mi dokumenty. Nie przekroczę granicy Kanady.

    Uśmiechnęła się do niego niewinnie.

    – Zostaw to mnie – odpowiedziała po prostu.

    Note