Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

     

    Było brzydkie, deszczowe popołudnie. Szare ulice Londynu zasnuwała gęsta, lepka mgła. Eliza szybkim krokiem wracała do domu. Wilgotne pasma włosów przyklejały się do jej twarzy. Torba z zakupami była kompletnie przemoczona, przez co zrobiła się nieprzyjemnie śliska. Szara kurtka na miękkiej podszewce też już była mokra, nawet w środku. Dziewczyna drżała z zimna. Podniosła głowę i spojrzała na zegar umieszczony na wystawie sklepu z antykami. Dochodziła trzecia, musi się pospieszyć, jeżeli chce być w domu przed Cahirem. Uśmiechnęła się na tę myśl, wreszcie będzie mogła porządnie nakarmić chłopca. Cały poprzedni tydzień sprzedawała żonkile przy Finchley Road. Była to praca idealna dla niej. Na własny rachunek, w dowolnych godzinach i przede wszystkim istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że Daniel się o niej dowie, ale byłby wściekły. Na samą myśl o tym poczuła ucisk w żołądku. Na szczęście miała swoje sposoby, żeby go uspokoić. Teraz ważniejszy był chłopiec.

    Szybkim krokiem mijała sklepy, z których witryn, właściciele jeszcze nie zdążyli pousuwać wielkanocnych dekoracji. W zatłoczonym, podziemnym przejściu, na jej oczach, czarny mężczyzna z dredami upuścił sporą część piramidy różnej wielkości paczuszek, które niósł dokądś spiesznie i teraz próbował je zbierać nie upuszczając przy okazji pozostałych. Ludzie mijali go obojętnie. Eliza zatrzymała się i pomogła ułożyć mu stertę. Zaczął wylewnie dziękować. Dziewczyna rozumiała co drugie słowo. Speszona skinęła mu głową i poszła dalej. Humor jej się odrobinę poprawił. Lubiła być pomocna. W końcu stanęła przed jedną ze starych kamienic na Fellows Road, odetchnęła głęboko i weszła do środka. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Mieszkali na poddaszu. Całym ich światem były niewielki pokoik z wydzieloną wnęką pod jednym z okien oraz malutka łazienka. Wspólna kuchnia znajdowała się dwa piętra niżej. Duże łóżko, szafa, kilka półek, we wnęce podniszczona kanapa, ot wszystko co tam było. Na skośnych ścianach umieszczono dwa połaciowe okna. Nie było tak najgorzej, zważywszy, że większość pokoi w kamienicy nie miała nawet własnej toalety.

    Eliza rozpakowała zakupy w kuchni i popędziła na górę. Zdjęła przemoczone ubranie, starannie rozwieszając wszystko na kaloryferze. Wzięła szybki prysznic, wytarła się i włożyła suche ubranie. Nareszcie było jej ciepło. Przygotowała rzeczy dla Cahira, nie chciała, żeby malec się przeziębił. Westchnęła na myśl o tym jak smętnie wygląda w za dużych rzeczach po synu sąsiadki. Dopóki jednak musieli się ukrywać, nie było innego wyjścia.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Dwadzieścia po trzeciej w drzwiach stanął chłopiec sześcio, może siedmioletni. Z jego ortalionowej kurteczki kapała woda. Rzucił na ziemię poprzecierany w wielu miejscach zielony plecak. Był ślicznym dzieckiem, ale swoim wyglądem nasuwał też skojarzenia z rodziną Adamsów. Było w nim coś upiornego. Czarne włosy, szczupła sylwetka, skóra tak blada, jakby nigdy nie miała kontaktu z blaskiem słońca. Spojrzał na Elizę spod wachlarza ciemnych, długich rzęs, niesamowitymi, czarnymi jak noc oczami. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego łagodnie.

    – Chodź do mnie – powiedziała.

    Chłopiec zsunął z nóg zupełnie przemoczone buty i podszedł do niej bez wahania. Eliza ukucnęła przed nim, zdjęła z niego przemoczoną kurtkę i prawie równie mokrą, za dużą bluzę. Owinęła go ręcznikiem i starannie wytarła mu włosy. Była bardzo delikatna, uważała na sine plamy znaczące mu ramiona i plecy. Kiedy skończyła przyciągnęła go do siebie otaczając ramionami. Wtulił się w nią ufnie.

    – Kocham cię – powiedział cicho, tuż przy jej uchu.

    Pogładziła go po ciągle wilgotnych włosach.

    – Ja ciebie też słoneczko, wiesz przecież. Przebierz się – dodała po chwili – zejdziemy razem do kuchni.

    Kiedy malec był gotowy, wzięła go za rękę i zeszli na dół zjeść razem obiad.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Daniel wrócił do domu późnym wieczorem. Zastał Elizę siedzącą na kanapie z Cahirem skulonym u jej boku. Najwyraźniej coś mu czytała. Podszedł do nich, nie fatygując się nawet by zdjąć buty. Dziewczyna podniosła wzrok znad książki. Jej smutne oczy wpatrywały się teraz w twarz mężczyzny. Wyrwał jej lekturę z ręki i spojrzał na okładkę. 

    – „The Velveteen Rabbit Or How Toys Become Real” – przeczytał na głos – znowu czytasz mu bajki? 

    Mówił spokojnym głosem, ale dziewczyna, wyczuła, że jest wściekły. Zbyt dobrze go znała. Przytuliła Cahira mocniej do siebie.

    – Wyjdź! – powiedział Daniel ostro do chłopca.

    Eliza skinęła maluchowi głową i popchnęła go delikatnie w kierunku drzwi. Tak będzie lepiej – pomyślała – jest mocno zdenerwowany, ale ciągle jeszcze panuje nad sobą. Kiedy Cahir przechodził koło mężczyzny, książka stanęła w płomieniach. Spaliła się błyskawicznie. Daniel strzepnął resztki kartek wraz z popiołem pod nogi chłopca. Ten spojrzał na niego swoimi niesamowitymi oczami, które, jeśli to tylko możliwe, pociemniały jeszcze bardziej. Potem, bez słowa wyszedł z pokoju.

    Kiedy za Cahirem zamknęły się drzwi, groźny wzrok Daniela przeniósł się na dziewczynę. Skuliła się wciskając w róg kanapy. 

    – Ile razy mam ci powtarzać, żebyś zostawiła chłopca w spokoju? – warknął.

    Uderzył ją w twarz. W jej chabrowych oczach zalśniły łzy. Spuściła wzrok, z uporem wpatrując się w swoje kolana.

    – Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię – chwycił jej brodę i zmusił, żeby na niego spojrzała. – Znowu go karmiłaś – mówił wściekłym głosem, już nawet nie próbując ukryć swojego gniewu. – W ten sposób nigdy nie nauczy się polować. On nie jest ludzkim dzieckiem, doskonale o tym wiesz.

    Kiedy zrobił przerwę dla nabrania oddechu Eliza stanowczym gestem odsunęła jego rękę od swojej twarzy. Przysunęła się bliżej i pocałowała go w usta. Nie była już przestraszoną dziewczynką, była kobietą, która dokładnie wie, co robi. 

    Daniel rozluźnił się trochę, objął ją ramionami i przyciągnął do siebie. Nie przerywając pocałunku zdjął z niej bluzę. Błądził dłońmi po jej ciele. W końcu wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. Jej długie złote włosy rozsypały się po poduszce. Zsunął z niej spodnie. Kolanem rozsunął jej nogi. Jego ręka brutalnie zacisnęła się na piersi dziewczyny. Eliza walczyła ze sobą, żeby go nie odepchnąć. Lepiej niech krzywdzi mnie, niż Cahira, powtarzała sobie w myślach. Próbowała powstrzymać łzy napływające jej do oczu. Kiedy przesunął rękę niżej, odcięła się od rzeczywistości, wyobrażając sobie, że jest zupełnie gdzie indziej.

    Note