Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Stałam przed budynkiem mojej nowej szkoły. Był środek marca, a ja dopiero teraz miałam zacząć drugi semestr. Liceum imienia świętego Franciszka samo w sobie nie wyglądało groźne, przerażało jednak swoim ogromem i rozmachem. Żółty budynek z białą fasadą stanowił przyjemny widok dla oka, tu jednak znajdował się tylko sekretariat i niektóre sale lekcyjne. Cały kompleks szkolny był znacznie rozleglejszy. Mieściły się tutaj boiska, sale gimnastyczne, hala z basenem, a główny budynek oprócz centralnej części i holu, monstrualnych wręcz rozmiarów, oraz nieustępującej mu wielkością sali teatralnej, miał jeszcze dwa oddzielne skrzydła. Do tego wszystkie te miejsca dzielił przepiękny, modrzewiowy park. Czułam się tutaj, jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie. 

    Moje nowe liceum było szkołą elitarną, taką jedynie dla bogatych dzieci. Ja sama znalazłam się w nim zupełnie przez przypadek. Przez całe swoje nastoletnie życie mieszkałam razem z babcią. Nie opływałyśmy w dostatek, ale nie cierpiałyśmy też biedy. Małe mieszkanko na drugim piętrze czynszowej kamienicy było schludne, czyściutkie i bardzo przytulne. Pieniędzy z ubezpieczenia po rodzicach i babcinej emerytury spokojnie starczało na życie. Właściwie to byłam tam całkiem szczęśliwa. Dopiero w szesnaste urodziny objawił się wuj, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Był bratem mojego ojca, którego zresztą też nigdy nie dane mi było poznać. W liście, który od niego dostałyśmy, składał babci propozycję nie do odrzucenia i tak oto znalazłam się tutaj, przed okazałym gmachem liceum świętego Franciszka, w moim nowym domu, w Anglii i mojej nowej szkole. Od tej chwili całe moje życie miało ulec drastycznej przemianie. Zaczerpnęłam głęboko wczesnowiosennego powietrza i przez zdobioną mosiężnymi okuciami bramę weszłam na teren szkoły. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Mundurek?! Oni tutaj naprawdę nosili mundurki?! To było dla mnie rzeczą nie z tego świata. Bardzo miła pani z sekretariatu podała mi przygotowany specjalnie dla mnie strój. Wisiał na wieszaku, w czarnym, ochronnym futerale na ubrania. Dostałam także eleganckie, miękkie buty. Kobieta wskazała mi pokój, w którym mogłam się przebrać. Wyglądał jak klasyczny, angielski salon, jeden z tych, które znałam z filmów i obrazów. Sofa i dwa fotele z wzorami w drobne róże, okrągły, drewniany stolik na którym stał wypełniony kwiatami wazon i tapeta w pionowe pasy. Przypominało to wszystko: hotelowy hol, herbaciarnię, salon w bogatym domu, ale na pewno nie szkołę. 

    Rozpięłam czarny pokrowiec i zamarłam. Moim oczom ukazała się plisowana, granatowa spódniczka, jasno niebieska koszula i ciemna marynarka. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie prychnąć śmiechem. Wyobraziłam sobie postacie rodem z japońskich bajek. Czy ja też będę tak właśnie wyglądała? Niechętnie przebrałam się w nowy strój, poprawiając niesfornie opadające na moją twarz, długie, jasne włosy. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że mundurek był idealnie skrojony, właśnie na mnie, mimo, że nikomu nie podawałam wcześniej swoich wymiarów. Czułam się bardzo nieswojo, ale zwinęłam stare jeansy i brązowy sweter do sztruksowej torby, wypychając ją niemal do granic możliwości. Wytarte adidasy wzięłam do ręki i wyszłam z pokoju, żeby znów stanąć przed młodą kobietą z sekretariatu.

    Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Dała mi wydruk planu zajęć, na którego odwrocie był narysowany układ szkolnych sal. Uznałam, że taka mapka to naprawdę świetny pomysł w tak ogromnej placówce. Rozmowę przerwała nam dziewczyna o rozwianych, rudawych warkoczach. Wpadła do sekretariatu otwierając na oścież drzwi.

    – Dzień dobry – przywitała się radośnie. – Cześć – podeszła do mnie wyciągając rękę – jestem Nataly Danstown, będę twoją przewodniczką przez kilka pierwszych dni.

    Przyjrzałam się zarumienionej dziewczynie. Była mniej więcej mojego wzrostu. Dwa warkocze sięgały jej za ramiona, jak u małej dziewczynki. Marynarkę miała niechlujnie rozpiętą. Jej zarumienioną od pośpiechu twarz zdobił ładny, przyjazny uśmiech. Na jej widok odetchnęłam z prawdziwą ulgą. Może nie miało być aż tak źle…

    – Marika Merownig – przedstawiłam się nowej koleżance, uścisnąwszy jej dłoń.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Szłam z Nataly szerokim korytarzem szkoły. Dziewczyna wyglądała na bardzo pogodnie nastawioną do życia. Buzia nie zamykała jej się ani na chwilę. Zauważyłam jednak, że mijani przez nas ludzie rzucają nam nieprzychylne spojrzenia. Ona jednak po prostu to ignorowała. 

    Najpierw zaprowadziła mnie do szatni, w której zostawiłam swoje, jak to zaczęłam określać w myślach „cywilne ciuchy”, a później poszłyśmy po moje nowe książki, które także czekały na mnie przygotowane w eleganckiej paczuszce. Nataly od razu rzuciła się do pomocy w noszeniu, za co byłam jej naprawdę wdzięczna. Krętymi korytarzami, niczym przez labirynt udałyśmy się do głównej części budynku. Tu znajdowały się szafki, zupełnie jak w amerykańskich szkołach, tylko trochę bardziej eleganckie. Uznałam, że to dobre rozwiązanie, bo przynajmniej nie będę musiała nosić ze sobą wszystkich książek, tak jak przyzwyczaiłam się to robić w polskim gimnazjum. Na korytarzu robił się coraz większy tłum, oznaka zbliżających się zajęć. Otworzyłam emaliowane drzwiczki i zaczęłam się wypakowywać, sprawdzając na planie, co będzie mi na najbliższe zajęcia potrzebne. 

    Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu Nataly. Przy jednej z pobliskich szkolnych szafek stał wysoki, ciemnowłosy chłopak o śniadej cerze. Swoim wyglądem przywodził na myśl księcia z bajki, mrocznego księcia. Rozmawiał z drobną dziewczyną, która sprawiała wrażenie bardzo spłoszonej. Miał niesamowite, niebieskie oczy, od których nie potrafiłam oderwać wzroku. Stałam przy swojej szafce, wkładając do niej resztę odebranych przed chwilą książek, bez skutku starając się zignorować, stojącą blisko mnie parę. Chłopak roześmiał się. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. 

    – Ty naprawdę myślałaś, że mógłbym się umawiać z kimś takim jak ty? – roześmiał się perfidnie. W jego oczach nie było jednak widać nawet cienia wesołości. – Nie jesteś ani ładna, ani zbyt bystra, skąd pomysł, że mógłbym pójść właśnie z tobą na wiosenny bal? – spytał pogardliwie, nie ukrywając rozbawienia.

    Twarz dziewczyny stała się czerwona. W jej oczach pojawiły się łzy. Z uwagą przyjrzałam się niewielkiej postaci. Chłopak kłamał. Drobna brunetka była nadzwyczaj słodką i urokliwą dziewczyną. Nikt nie mógłby z czystą szczerością stwierdzić, że nie jest ładna, ponieważ naprawdę była. 

    – Ale ja myślałam… – zaczęła cichym, drżącym głosem.

    – To źle myślałaś – warknął na nią, ucinając dalszą rozmowę. 

    Dziewczyna najwyraźniej nie potrafiła już dłużej powstrzymać cisnących się do oczu łez. Odwróciła się na pięcie i z płaczem pobiegła wypełnionym ludźmi korytarzem. Kiedy tylko zniknęła z twarzy chłopaka natychmiast ulotnił się drwiący, arogancki uśmiech. Stała się zimną, nieprzeniknioną maską. Mroczny książę wzruszył ramionami i odwrócił się, do najwyraźniej swojej szafki, by wyjąć potrzebne mu książki.

    – To Martin Corvidae – mruknęła Nataly, dotykając mojego ramienia, a ja niemal podskoczyłam z zaskoczenia. Ta dziewczyna była jak kot. Nigdy nie wiadomo było gdzie i kiedy można się jej spodziewać. – Średnio raz na tydzień łamie serce i rozwiewa marzenia, jakiejś naiwnej dziewczyny. Wiesz co dziwi mnie najbardziej? Mimo, że o tym doskonale wiedzą, to ciągle próbują. Każda myśli, że to właśnie ona będzie tą jedyną, której nie odmówi.

    Zawstydziłam się odrobinę, że przyłapała mnie na wpatrywaniu się właśnie w niego. Był przystojny, bez dwóch zdań, ale to nie jego wygląd przyciągnął moją uwagę. W jego oczach był tak głęboki smutek i samotność… Przez chwilę wydawało mi się, że tak jak ja, skrywa jakąś smutną, przytłaczającą go tajemnicę. Wiedziałam, że muszę się mylić. To co wyczytałam z jego postaci kompletnie gryzło się z wyobrażeniem szkolnego play-boya. To przedstawienie, które odbyło się przed chwilą na korytarzu spowodowało, że stał się ostatnią osobą, którą miałam ochotę tu poznać.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Na stołówce było tłoczno i głośno. Nie miałam ochoty nic jeść. Zabrałam swoją kawę, marząc tylko o tym, żeby zaszyć się w jakiś cichy, spokojny kąt. Przepychanie się przez rozgadane grupki wcale nie należało do łatwych rzeczy. W pewnym momencie ktoś mnie popchnął. Potknęłam się. Moja torba upadła na podłogę. Rozsypały się ledwo co skserowane notatki. Przewróciłam się, wpadając na jakiegoś stojącego przy stoliku chłopaka. Kawa wylała się z kubka, zachlapując jego granatowy mundurek. Odwróciłam się ku niemu. To był „mroczny książę”, którego widziałam godzinę temu, dającego kosza brunetce na korytarzu. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem.

    – Idiotka! – warknął. – Patrz jak chodzisz!

    – Przepraszam, ja… – zaczęłam cicho.

    – Co mnie obchodzi twoje nic nie warte „przepraszam”? – syknął rozeźlony. – Przez ciebie jestem cały mokry!

    Spojrzałam na niego poirytowana. No dobrze, może oblałam go kawą, ale to przecież nie koniec świata. Ktoś stanął między nami. 

    – Odpuść, Martin – powiedział spokojnym głosem nieznajomy. 

    Tamten obrzucił mnie wściekłym wzrokiem, ale tylko wzruszył ramionami i odszedł w stronę drzwi, a ja ze zdziwieniem zauważyłam, jak tłum rozstępuje się na boki, przepuszczając wściekłego jak osa chłopaka. Wróciłam spojrzeniem do nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie pogodnie. Miał bardzo ładny, miły uśmiech. 

    – Jestem Eric Devree – przedstawił się kucając, by pozbierać z podłogi moje rozsypane kartki. – Ty jesteś tą nową dziewczyną, która przyszła do nas w trakcie semestru, prawda?

    – Tak – odpowiedziałam przyglądając się uważnie chłopakowi, miał jasne, zwijające się w drobne loki włosy i żywo zielone oczy, był niezwykle przystojny i urokliwy, ale najbardziej mnie w nim urzekło to, że stanowił kompletne przeciwieństwo Martina, z którym nie chciałam mieć nic wspólnego. – Nazywam się Marika Merowing. 

    Wydawało mi się, że spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, kiedy wymieniłam swoje nazwisko, ale to musiało być tylko złudzenie, bo już po chwili znowu uśmiechał się do mnie uroczym, chłopięcym uśmiechem.

    – Jeżeli masz teraz historię, to możemy pójść razem – zaproponował podając mi plik notatek. – Jesteśmy w tej samej grupie, mam rację?

    Skinęłam głową, uśmiechając się do niego z wdzięcznością. Mimo, że dostałam plan na którym naszkicowany był szczegółowy rozkład szkoły, to nawet z nim, w liceum świętego Franciszka, bez trudu można było się zgubić.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Miałam dość. Chociaż przez chwilę chciałam pobyć sama. Godzina wolnego, a tu nawet w bibliotece, a właściwie bibliotekach, ponieważ były aż trzy, panował hałas. Wspięłam się na czwarte piętro, a potem jeszcze na piąte. Z ulgą odkryłam, że tutaj nie ma już tylu ludzi. Przeszłam przez cały korytarz, sprawdzając co jest na jego końcu. Zdziwiłam się kiedy zobaczyłam kolejny zakręt, a potem jeszcze jedne schody, zdecydowanie węższe od tych głównych. Nikogo tutaj nie było. Z niejaką dozą satysfakcji i zawsze zwyciężającą we mnie ciekawością, wspięłam się na tajemnicze schody. Kończyły się dwuskrzydłowymi drzwiami, które były lekko uchylone. Weszłam przez nie, rozglądając się po pomieszczeniu. Leżały tu jakieś skrzynie, pod ścianą stały oparte wysłużone materace i zakurzone meble. To musiał być jakiś strych. Do pomieszczenia wpadało przez połaciowe okna stłumione, dzienne światło. Idealnie. Cisza i spokój. Szczerze wątpiłam, żeby ktoś tu zaglądał. Usłyszałam znaczące chrząknięcie. Przeklęłam w duchu. Dopiero teraz zauważyłam opartego o jedną ze skrzyń chłopaka. Znowu on! – Natychmiast przyszło mi na myśl. „Mroczny książę”, Martin Corvidae, stał leniwie oparty o skrzynię, na której leżała jego poplamiona kawą marynarka. W ręce trzymał papierosa. Włożył go do ust, niedbale zaciągając się dymem. 

    – Przestraszyłaś mnie – odezwał się patrząc na mnie nieprzyjaźnie.

    – Cieszę się – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać.

    Prychnął, ale nie skomentował.

    – Spływaj stąd, mała – powiedział rozkazującym tonem.

    Niczego bardziej nie pragnęłam niż sobie pójść, ale w momencie gdy to powiedział, po prostu, na przekór, poczułam nieodpartą chęć, żeby zostać.

    – Bo co mi zrobisz? – zapytałam, patrząc mu wyzywająco w oczy.

    – Co zrobię? – mruknął rozbawiony.

    Zgasił papierosa. Podszedł do mnie. Stanął bardzo blisko, zbyt blisko. Popatrzył na mnie z góry. Na schodach usłyszeliśmy kroki ciężkich butów. Chłopak przeklął. Chwycił swoją marynarkę i pociągnął mnie w głąb strychu, brutalnie ściskając moje ramię. Zaczęłam protestować. Dłonią zatkał mi usta. 

    – Cicho bądź – syknął.

    Przykucnął w rogu pomieszczenia, za zakurzonymi, drewnianymi skrzyniami. Pociągnął mnie za sobą na podłogę, nie zdejmując ręki z moich ust. Przytrzymał mnie stanowczo. Chciałam się wyrwać, ale w jego oczach zobaczyłam niemą prośbę. Zastygłam w bezruchu. Do środka wtargnęło pięciu chłopaków. Niewyraźnie widziałam zarysy ich sylwetek, przez luźne deski skrzyni. Zaczęli się rozglądać jakby czegoś szukali.

    – Nie ma go tutaj – oznajmił wyraźnie zawiedzionym głosem jeden z nich.

    – Musi tu być! – warknął inny. – Sprawdzaliśmy już pozostałe miejsca. Pewnie chowa się w mysiej norze, szczur jeden – dodał z mściwą satysfakcją.

    Na strych wdrapała się kolejna osoba. 

    – Panowie, co tu robicie? – odezwał się starszy głos. – Tu nie wolno wchodzić. 

    Niezadowoleni chłopacy wyszli ze strychu, mrucząc coś pod nosem. Starszy mężczyzna, prawdopodobnie woźny, również się oddalił, zamykając za sobą drzwi. Dopiero wtedy Martin mnie puścił. Odetchnął z ulgą. Podniósł się z podłogi, otrzepując zakurzone spodnie.  

    – To ciebie szukali? – zapytałam cicho.

    – A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

    – Czego od ciebie chcieli? – drążyłam dalej.

    Spiorunował mnie wzrokiem. Nie odpowiedział, ale jego oczy mówiły mi wystarczająco wiele. Wzdrygnęłam się. Przez chwilę poczułam ciekawość, co takiego im zrobił, ale potem pomyślałam, że wolę jednak nie wiedzieć. Ruszyłam w kierunku drzwi. Chwycił mnie za ramię, odwracając w swoją stronę.

    – Dokąd idziesz? – zapytał groźnie.

    – Przed chwilą kazałeś mi spływać – stwierdziłam obojętnie. – Chyba się dostosuję.

    – Poczekaj – powiedział, a ja mogłabym przysiąc, że w jego głosie wyczuć można było prośbę.

    – Dlaczego? – westchnęłam.

    – Bo nie mam ochoty oberwać – mruknął.

    Wzruszyłam ramionami, ale posłusznie zawróciłam. Podciągnęłam się na rękach i usiadłam na skrzyni, o którą wcześniej opierał się chłopak. Ona przynajmniej nie była zakurzona. Martin wyciągnął kolejnego papierosa. Stanął wyglądając przez połaciowe okno. Nie odezwał się więcej. Po kwadransie miałam serdecznie dość jego milczącego towarzystwa.

    – Czy już mogę iść? – spytałam ironicznie.

    Skinął głową, nawet na mnie nie spojrzawszy. Zsunęłam się ze skrzyni i z prawdziwą ulgą wyszłam z zakurzonego strychu. Zatrzymałam się u stóp schodów.

    – Musi tam być – usłyszałam. – Kiedyś będzie musiał wyjść, a my tu na niego cierpliwie poczekamy.

    Cała piątka siedziała rozwalona na korytarzu. Jeden z nich odbijał piłkę o pomalowaną na żółto ścianę. Po cichu z powrotem schowałam się we wnęce, w której zaczynały się schody. Przez chwilę walczyłam z własnym sumieniem. Niby dlaczego miałam go uprzedzać? Jeżeli ma oberwać, to na pewno sobie na to zasłużył. Szepczący mi na ucho aniołek tym razem jednak przegonił diabełka. Powoli, starając się iść jak najciszej, ponownie wspięłam się na schody. Kiedy wróciłam na strych Martin siedział na moim wcześniejszym miejscu, na drewnianej skrzyni. Obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. 

    – Znowu tu jesteś – stwierdził cierpko, a ja natychmiast pożałowałam, że przyszłam.

    – Czekają na ciebie na dole – oznajmiłam tylko, odwracając się z powrotem ku drzwiom.

    Chłopak wstał. Poruszył się zwinnie. Zagrodził mi drogę.

    – A ty dokąd? – zapytał.

    – Wracam na lekcje – powiedziałam spokojnie, starając się go ominąć.

    – Tak? – spojrzał na mnie rozbawiony. – I co im powiesz, że skąd się tu wzięłaś? 

    – A co ich to obchodzi? – spytałam zdezorientowana.

    – Jesteś głupia – stwierdził z całą stanowczością, z politowaniem kręcąc głową. – Chodź – mruknął popychając mnie w kierunku okna.

    – Zwariowałeś! – oznajmiłam, patrząc na niego niedowierzająco.

    – Ciesz się, że wróciłaś – szepnął mi do ucha, a ja ponownie, niemal boleśnie poczułam jego bliskość. – Gwarantuję ci, że nie byliby dla ciebie mili.

    Potem wyminął mnie, otworzył okno i podciągnął się na rękach na dach. Stałam i patrzyłam w ślad za chłopakiem. Co on sobie wyobrażał?!

    – Idziesz? – zapytał lekko rozbawionym tonem, wyglądając przez otwór.

    Mimowolnie podeszłam bliżej, a on po prostu, jak gdyby nigdy nic, podniósł mnie i wyciągnął do siebie na dach, po czym zamknął okno. Rozejrzałam się wokół. Staliśmy w osłoniętym od wiatru miejscu, pomiędzy dwoma wyższymi punktami o spadzistych dachach. Spojrzałam w dół. Było stąd widać niemal cały teren szkoły. Modrzewiowy park, skąpany był we wczesnowiosennym słońcu. Martin zsunął się niżej, schodząc ostrożnie po czerwonych dachówkach. Niechętnie poszłam za nim. Potknęłam się. Upadłam na pupę. Zsunęłam się kilka metrów w dół.

    – Uważaj – mruknął łapiąc mnie za rękę.

    Świetnie, łatwo mu mówić „uważaj”. Niby jak mam uważać chodząc po cholernym dachu?! Stanęłam na nogach. Chłopak zaczął iść dalej, nie puszczając mojej ręki. Szłam za nim niepewnie stawiając nogi. Kiedy znaleźliśmy się niżej, poza osłoniętą częścią dachu, zadrżałam z zimna. Czułam teraz na sobie wyraźne, silne podmuchy marcowego wiatru. Moja sięgająca kolan, plisowana spódniczka nadymała się jak balonik. Byłam przekonana, że łażenia po dachach, zwłaszcza w mundurku szkolnym, nie dodam do listy swoich ulubionych czynności. W końcu znaleźliśmy się przy przeciwpożarowej drabinie. Martin puścił moją rękę i zaczął schodzić bez najmniejszego wahania. Doskonale! Teraz drabiny. Ruszyłam za nim. Kiedy dotarliśmy wreszcie na dół, chłopak zwinnie zeskoczył, lądując na ziemi miękko, niczym kot. Spojrzałam na niego przestraszona. Wydawało mi się, że ta drabina kończy się piekielnie wysoko nad ziemią! Westchnął.

    – Po prostu skocz – mruknął.

    Pokręciłam głową. Miałam skoczyć z takiej wysokości?

    – Odbiło ci! – powiedziałam z pełnym przekonaniem.

    Uśmiechnął się szelmowsko.

    – Złapię cię, tchórzu – obiecał.

    Rzuciłam mu swoją torbę, zamknęłam oczy i zeskoczyłam. Martin działał na mnie, jak czerwona płachta na byka. Zrobiłabym wszystko, byleby mu dokuczyć. Chwycił mnie w powietrzu, nie pozwalając upaść na ziemię. Postawił na nogi.

    – Znikaj do szkoły – rozkazał.

    Nie musiał mi dwa razy powtarzać. Chwyciłam swoją torbę i nie oglądając się za siebie wyszłam z wąskiego, ślepego zaułka pomiędzy dwoma budynkami. Poprawiłam ubranie i włosy. Byłam przekonana, że moje policzki i tak są wystarczająco zaczerwienione. Z prawdziwą ulgą, nieniepokojona przez nikogo, weszłam do jednego z budynków szkoły. Sprawdziłam swój plan oraz mapkę budynku. Przeklęłam w duchu. Byłam już spóźniona. Schowałam obie kartki i popędziłam pustym korytarzem na kolejne zajęcia. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Nataly okazała się dobrą koleżanką. Nić porozumienia, którą złapałyśmy pierwszego dnia, ciągnęła się między nami, rozwijając przez kolejny tydzień. Jeżeli jednak chciałam być szczera sama ze sobą, musiałam przyznać, że to dość dziwna dziewczyna. Była na przykład, nie tyle fanką, co maniaczką wszystkich dzieł Szekspira. Zachowywała się też bardzo entuzjastycznie i często skakała wokół mnie jak mały króliczek. Do tego upewniłam się w tym, że koleżanki z klasy wyraźnie jej z jakiegoś powodu nie lubią. Byłam naprawdę ciekawa dlaczego. 

    – Hej, usiądź z nami! – zawołała na długiej przerwie Kate. 

    Dołączyłam do stolika rozgadanych dziewczyn. Właściwie to nowe koleżanki z klasy niespecjalnie się mną interesowały, nie były jednak też wrogo nastawione. Stanowiłam dla nich coś w rodzaju egzotycznej ciekawostki. Zauważyłam, że lubią wypytywać mnie o różne rzeczy, często zresztą niezbyt taktownie. Gdyby nie Nataly, czułabym się jednak w tej szkole bardzo samotna. Kończyłam jeść drugie śniadanie, starając się przysłuchiwać ich niewiele obchodzącym mnie plotkom.

    – O, Nataly, chodź do nas, kochana – odezwała się ociekającym miodem tonem, jedna z siedzących naprzeciwko mnie dziewczyn.

    Nataly podeszła niechętnym krokiem do pełnego stolika. Wyglądająca jak gwiazda filmowa blondynka, o skręcających się w grube loki włosach wstała, trącając łokciem trzymaną przez dziewczynę tacę. Kubek z ciemnym płynem i sałatka z kolorowym sosem wylądowały na plisowanej spódnicy Nataly.

    – Jak zwykle straszna z ciebie niezdara – ofuknęła ją blondynka. 

    Pozostałe dziewczyny zawtórowały jej śmiechem. W oczach mojej nowej przyjaciółki stanęły łzy. Odwróciła się i uciekła. Wiedziałam, że postępuję bardzo głupio, ale nie potrafiłam inaczej. Zerwałam się od stolika. Siedząca obok Kate chwyciła mnie za rękę.

    – Na twoim miejscu uważałabym na towarzystwo, z którym się zadajesz – szepnęła cicho.

    Wyswobodziłam się z jej uścisku.

    – Dzięki, poradzę sobie – odpowiedziałam równie cicho i ignorując resztę towarzystwa pobiegłam za zapłakaną Nataly.

    Dopadłam ją w damskiej toalecie. Nerwowymi gestami czyściła ręcznikiem papierowym swoją spódnicę.

    – Pomogę ci – powiedziałam zabierając od niej rolkę.

    Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.

    – Nie musisz się ze mną przyjaźnić – powiedziała poważnym głosem.

    Roześmiałam się.

    – Oczywiście, że nie muszę – odpowiedziałam jej spokojnie – i oczywiście, że chcę. 

    Zaczerwienioną twarz dziewczyny ozdobił pełen nadziei uśmiech. Taki, dzięki któremu wiedziałam, że bez względu na czekające mnie konsekwencje, postąpiłam właściwie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    W angielskiej szkole zajęcia wyglądały nieco inaczej niż w polskich. Tutaj, niezależnie od klasy, wybierało się na jakie lekcje i o jakim stopniu zaawansowania chce się uczęszczać, tak więc wspólnie z Nataly miałam jedynie trochę ponad połowę godzin. Za to na prawie wszystkich spotykałam się ze złotowłosym Ericem. Najwyraźniej oprócz mnie tylko on był na tyle pomylony, żeby do zaawansowanej matematyki i fizyki wybrać sobie rozszerzone literaturę i historię. Wielu kolegów i koleżanek z klasy traktowało mnie jak kogoś gorszego pokroju, tylko dlatego, że byłam z urodzenia Polką. On nie miał takiego podejścia. Od początku był dla mnie miły, a jego uprzejmość nie skończyła się po incydencie na stołówce. Dodatkowo szybko ucichły szeptane za moimi plecami komentarze o łatwych polskich dziewczynach, a ja byłam przekonana, że to właśnie za jego sprawą.

    – Cześć piękna – przywitał się ze mną, kiedy podeszłam pod klasę.

    Zauważyłam nieprzychylne spojrzenia Angeli i Pauliny, dziewczyny nie przepadały za mną od czasu incydentu z Nataly, a to, że lubił mnie Eric najwyraźniej tylko pogarszało sprawę. Postanowiłam się tym nie przejmować, tak jak ignorowałam wszystkie inne nieprzyjemne zaczepki.

    – Hej – uśmiechnęłam się do niego pogodnie. – Mam pewne pytanie, na które być może potrafisz mi odpowiedzieć – zaczęłam, kiedy odeszliśmy razem kawałek na bok.

    – Słucham – oznajmił z wesołym uśmiechem.

    – Dlaczego dziewczyny z naszej klasy tak bardzo nie lubią Nataly Danstown? – zapytałam siadając na szerokim parapecie korytarzowego okna.

    Mina Erica spochmurniała. Wyglądało na to, że nie takiego pytania się spodziewał. Szybko jednak zamaskował zaskoczenie, ponownie się uśmiechając.

    – Jej ojciec to szalony artysta – mruknął. – Jest malarzem, dorobił się na swoich dziwacznych obrazach, nie ma nic wspólnego z błękitną krwią, arystokracją ani żadnymi wpływowymi firmami. A ona chyba jest do niego dosyć podobna… W każdym razie chyba nie mogą ścierpieć, że taka „dziwna” osoba, ma lepsze koneksje i większe wpływy od nich. 

    – I tylko o to chodzi? – spytałam niedowierzająco.

    Eric wzruszył ramionami.

    – Tyle w tej szkole zupełnie wystarczy.

    – Więc ja tutaj zupełnie nie pasuję – uśmiechnęłam się wesoło.

    – Pasujesz bardziej niż ci się wydaje – oznajmił chłopak, ale nie zdążył wyjaśnić co ma na myśli, bo do klasy przyszedł nauczyciel i zaczęliśmy powoli wchodzić do środka.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    WF był dla mnie najgorszym koszmarem. Nie chodzi o to, że nie lubiłam ćwiczeń fizycznych. Po prostu odnosiłam wrażenie, że koleżanki z klasy za wszelką cenę starają się uprzykrzyć mi życie, a godzina wf-u była do tego idealną okazją. Tego dnia grałyśmy w koszykówkę. Zaliczyłam już kilka zadrapań i siniaków, kiedy ktoś „przypadkiem” podstawił mi nogę, ale najgorszą zdobyczą był wielki siniak na policzku, po tym, jak Angelica z całej siły rzuciła we mnie twardą piłką. Mimo najszczerszym chęciom, po prostu nie mogłam uwierzyć, że to był zwykły wypadek. Rozumiałam już dlaczego Nataly w ogóle nie ćwiczy na zajęciach z wychowania fizycznego, ja jednak nie zamierzałam rezygnować. Nie należałam do osób, które łatwo się poddają. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w szkolny mundurek, splotłam jasne włosy, w długi, luźny warkocz i ruszyłam korytarzem zmierzyć się z kolejnymi wyzwaniami dzisiejszego dnia.

    Stanęłam przy swojej szafce. Włożyłam rękę do sztruksowej torby, żeby wyciągnąć książki, które miałam tutaj zostawić. Pisnęłam z bólu. Wyjęłam zakrwawioną dłoń, w której tkwiły malutkie odłamki szkła. Znowu przyszły mi do głowy dziewczyny z mojej klasy. Tego już nie mogłam uznać za wypadek, tylko dlaczego one tak mnie nienawidzą? Przecież nic im nie zrobiłam! 

    – Chodź – usłyszałam nad sobą stanowczy głos. 

    Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Martin stał przy swojej szafce i przyglądał się całej scenie. Chłopak był w starszej klasie, więc ku mojej wielkiej uldze, nie widywałam go zbyt często. Wziął moją torbę, chwycił mnie za ramię i pociągnął za sobą długim korytarzem. Po chwili znaleźliśmy się w gabinecie lekarskim. Zaklął brzydko, kiedy okazało się, że nikogo w środku nie było. Wyjął z przeszklonej gabloty wodę utlenioną i sam przemył mi dłoń. Sprawnie wyciągnął pęsetką kawałki szkła. Syknęłam z bólu. Zaśmiał się. Wyraźnie go to rozbawiło.

    – Kto i za co cię tak nie lubi? – zapytał, zawijając bandażem moją wymytą z krwi dłoń. 

    Czułam, że coraz bardziej nienawidzę tej szkoły.

    – Myślę, że dziewczyny z mojej grupy – mruknęłam niechętnie – ale dlaczego, nie mam pojęcia. Wcześniej myślałam, że to nieprzyjemne wypadki, ale teraz sama już nie wiem…

    Dopiero wtedy przyjrzał mi się uważniej. Mimowolnym gestem wyciągnął rękę i dotknął brzydkiego siniaka na moim policzku.

    – Skąd to masz? – zapytał.

    Skrzywiłam się nieznacznie.

    – Angelica uderzyła mnie piłką, jak grałyśmy na wf-ie w kosza. – Podwinęłam rękaw i pokazałam mu nieprzyjemne otarcie powyżej łokcia. – A to zrobiła mi Paula, jak wchodziłyśmy do klasy. Pojęcia nie mam o co chodzi. Przyjaźnię się z dziewczyną, której nie lubią, ale chyba nie mogą mnie za to aż tak nienawidzić…

    Martin bez słowa otworzył moją torbę, wysypał z niej książki i resztki potłuczonego szkła. Wypadła też złożona na cztery części kartka. Rozłożył ją i uśmiechnął się z przekąsem „odwał się od Erica, zdziro” głosił duży, czarny napis. Zamrugałam zaskoczona. Moje koleżanki z klasy to psychopatki!

    – Mhm, więc teraz przynajmniej wiesz o co chodzi – mruknął patrząc na mnie lekko rozbawiony. – Nie spodobało im się, że podrywasz „ich” Erica – zakpił. 

    – Rewelacja – warknęłam coraz bardziej rozwścieczona. Co za idiotyzm! – Tylko, wyobraź sobie, że nikogo do jasnej cholery nie podrywam, za czym idzie nawet nie mam jak przestać!  

    Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. To chyba była nowość, że jakaś dziewczyna nie leciała na Erica. Spakowałam z powrotem swoją torbę i chciałam wyjść z gabinetu. Zatrzymał mnie przed drzwiami.

    – Zaproś mnie na wiosenny bal – powiedział cicho, poważnym głosem.

    – Co?! – zapytałam kompletnie wyprowadzona z równowagi.

    – To co słyszałaś – powiedział, a na jego ustach zabłąkał się drwiący uśmieszek. – Na długiej przerwie, w stołówce. Im więcej osób zobaczy, tym lepiej.

    Potem to on wyszedł z gabinetu i nie odwracając się odszedł korytarzem. Stałam zaskoczona, wpatrując się w jego znikające w oddali plecy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy wchodziłam na stołówkę widziałam jak nieprzychylnie patrzą na mnie Paula z Angeliką. Uśmiechy mściwej satysfakcji zagościły na ich twarzach, gdy zobaczyły moją owiniętą bandażem rękę. Planowałam zignorować Martina i radzić sobie sama, ale kiedy poczułam sól w swojej kawie, uznałam, że mam dość. Pewnym krokiem podeszłam do chłopaka. Zaprosić go na bal? Niby co mi to miało dać?

    – Cześć, możemy porozmawiać? – zaczęłam niepewnie.

    Spojrzał na mnie wyczekująco. Skinął głową. Na jego twarzy zagościł leniwy, arogancki uśmiech. Zdałam sobie sprawę, że zamilkły rozmowy przy kilku najbliższych stolikach. 

    – Pójdziesz ze mną na bal? – zapytałam niezbyt przekonana.

    Roześmiał się. Przeczesał palcami ciemne, opadające na oczy włosy.

    – Niezły żart – oznajmił dość głośno, żeby słyszały go nie tylko stojące w pobliżu osoby.

    Potem odwrócił się i odszedł do wyjścia ze stołówki. Po raz kolejny tego dnia oniemiała wpatrywałam się w jego plecy. To jakiś rodzaj gry? Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Panująca wokół cisza przeszła płynnie w podniesione szepty. Jednak już chwilę później podeszła do mnie Paula. Miała współczujący wyraz twarzy. 

    – Nie przejmuj się – powiedziała kładąc mi rękę na ramieniu – on wszystkim dziewczynom odmawia. Chodź, pójdziemy razem na literaturę – zaproponowała przywołując gestem Angelę. 

    Czy ja wyglądałam na załamaną? Ani trochę nie rozumiałam co tu się właśnie stało. Nie tylko Paulina i Angela były przez resztę dnia dla mnie miłe. Pocieszały mnie też pozostałe dziewczyny z klasy. Dręczyły mnie ich współczujące, pełne zrozumienia spojrzenia. Po zajęciach, na korytarzu złapała mnie Nataly. Od razu odciągnęła mnie na bok. Znalazłyśmy się na klatce schodowej. Byłyśmy na niej same.

    – Czemu to zrobiłaś? – zapytała gorączkowo. – Odwaliło ci zupełnie? Coś ty sobie myślała?

    – O co ci chodzi? – westchnęłam lekko poirytowana.

    – Naprawdę myślałaś, że z tobą pójdzie? – zadała pytanie zniesmaczonym głosem. – Zdawało mi się, że jesteś inna – stwierdziła zrezygnowana.

    – Uspokój się Nataly – mruknęłam nie wiedząc czy jestem bardziej zaskoczona czy rozbawiona. – Kazał mi.

    Dziewczyna zamrugała.

    – Jak to? – zapytała zupełnie zbita z tropu.

    – Martin powiedział, żebym go zaprosiła. Posłuchałam go. Nie miałam pojęcia co planuje – wytłumaczyłam koleżance. – To miało mi pomóc z Paulą i Angelicą. Jak durne by nie było, ostatecznie podziałało.

    – Rozmawiał z tobą? – zdumiała się jeszcze bardziej.

    Skinęłam głową. Czy to było naprawdę takie dziwne? Martin był klasycznym przykładem dupka, ale dlaczego miałoby być czymś niezwykłym, że ze mną rozmawia?

    – Był mi winien przysługę – sprostowałam.

    – Mariko, jesteś najbardziej zaskakującą i nieprzewidywalną osobą jaką znam – oznajmiła stanowczo i bezpośrednio Nataly. – Myślę, że się zakochałam! – powiedziała, chwytając mnie pod rękę i prowadząc ze sobą do klasy.

    Note