Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Było jej przeraźliwie zimno. Otworzyła oczy. Nie wiedziała gdzie jest. Czuła jak na jej przemarznięte ciało spadają wielkie, mokre krople. Padał deszcz. Leżała na pokrytej kolorowymi liśćmi trawie. Zwinęła się w jeszcze ciaśniejszy kłębek. Nie miała ochoty wstawać. Całe ciało sprawiało jej ból. Mokra, staromodna koszula nocna przyklejała się do jej ramion i nóg. Różnobarwne jesienne liście wplatały się w jej splątane, jasne włosy. To wszystko nie miało sensu. Przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Jej ozdobione długimi, rzęsami powieki z powrotem zakryły oczy. Ponownie osunęła się w ciemność.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Jesień. Późny wieczór. Pada deszcz. Młody mężczyzna szybkim krokiem idzie przez modrzewiowy park, chlubę małego miasteczka. W jego zachowaniu nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że nagle przystanął. Zdumiony spojrzał na pokryty barwnymi, jesiennymi liśćmi trawnik. Pod drzewami, w miejscu do którego nie dochodziło pomarańczowe światło latarni, ktoś leżał. Było zbyt ciemno, żeby ktokolwiek ten kształt mógł z drogi zauważyć. Nie dla niego. On zawsze najlepiej widział w ciemnościach. Sam siebie określał ironicznie, jako istotę nocy. Jasne światło dnia bardzo go osłabiało, było dla niego niemal nie do zniesienia. Niemal, ale nie do końca. 

    To na pewno jakiś bezdomny nie mógł znaleźć w paskudny, jesienny wieczór lepszego noclegu. Miał już odejść, żeby zająć się własnymi sprawami, ale coś go tknęło. Podszedł bliżej. Zaskoczony przykucnął przy leżącej na trawie postaci. Było w niej coś dziwnego, nienaturalnego, zupełnie jak w nim samym. To była kobieta, na tym jednak kończyło się jej podobieństwo do jakiegokolwiek człowieka. Miała na sobie białą, a właściwie teraz już szarą, ponieważ spadający na Brzeziny deszcz nigdy nie należał do najczystszych, staromodną koszulę nocną. Swoim krojem przypominała te noszone w okresie wiktoriańskim. Jej włosy miały kolor czystego śniegu, nie mogły być jednak siwe, ponieważ kobieta wyglądała na bardzo młodą. W takim samym odcieniu były jej brwi i rzęsy. Uważnie przyjrzał się jej pobladłej twarzy i posiniałym z zimna ustom. Właściwie była jeszcze dziewczyną. Jej alabastrowa skóra przywodziła na myśl porcelanę. Była tak jasna i gładka, że sprawiała wrażenie niemal przezroczystej. Cała, drobna postać wydawała się wyjątkowo krucha i delikatna. 

    Dotknął jej lekko. Oddychała. Sprawiała wrażenie raczej śpiącej niż nieprzytomnej. Decyzją chwili zdjął z ramion czarny płaszcz i nakrył nim leżącą dziewczynę. Ostrożnie podniósł ją z ziemi. Prawie nic nie ważyła. Była jak cień. Sam nie wiedział dlaczego postanowił jej pomóc. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że robi to wbrew własnej woli. Powinien po prostu zadzwonić po karetkę. Jeszcze raz spojrzał na dziewczynę. Nie, nie wiedząc kim była, zwyczajnie nie mógł jej tego zrobić. Z jakiejś absurdalnej przyczyny poczuł silną potrzebę roztoczenia opieki nad tą kruchą, bezradną istotą.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Poczuła czyjś dotyk. Nie! Wszystko w niej zaprotestowało. Poddała się. Nie miała siły otworzyć oczu, a co dopiero dalej walczyć. Ktoś podniósł ją z ziemi. Więc jednak się nie udało. Miała tylko nadzieję, że litościwy los pozwoli jej być nieprzytomną, kiedy będą robili z nią to co zrobili z jej matką, jej siostrami.

    Ktoś podniósł ją z ziemi, niósł ją na rękach. Dziewczyna co jakiś czas traciła, to odzyskiwała przytomność. Nie otwierała oczu. Żałowała, że nie potrafi tak po prostu, na zawołanie oddalić się w ciemność. Czuła na swoim ciele czyjeś szorstkie dłonie. Ktoś zdjął z niej przemoczoną koszulę. Skuliła się, kiedy podniósł ją i włożył do ciepłej wody. Umył ją gąbką omijając intymne miejsca. Wytarł miękkim ręcznikiem. Znowu osunęła się w ciemność.

    Obudziła się w łóżku. Wreszcie było jej ciepło. Nie mogła sobie przypomnieć co tu robi, ani w jaki sposób się tu znalazła. Bolało ją całe ciało, wszystkie napięte do granic możliwości mięśnie. Rozluźniła się, znów nadszedł błogi, upragniony sen.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Dziewczyna otworzyła oczy. Spojrzała na niego. Mimowolnie się odsunął. Jej oczy! One były czerwone! Miały kolor rozrzedzonej krwi! Odetchnął. Przeczesał palcami nieco przydługie, kasztanowe włosy. Uspokoił się. Przecież gdyby nie była taka dziwna, nigdy by jej tutaj nie zabrał. Musiała być czymś nadzwyczajnym, może magicznym. Tak bardzo pragnął wiedzieć, że nie tylko on różny się od ludzi z normalnego świata.

    – Cześć – odezwał się cicho, nie zamierzał jej tak od razu na wstępie przestraszyć. – Długo spałaś – stwierdził przyglądając się jej uważnie.

    – Kim jesteś? – spytała, a jej głos mimo, że lekko zachrypnięty, brzmiał lekko i delikatnie, niczym najczulsza pieszczota.

    Usiadła z niemałym trudem. Mimo, że miała na sobie jego koszulkę, która była na nią stanowczo za duża, naciągnęła na siebie mocniej białą kołdrę. W jej oczach czaił się strach. Uśmiechnął się do niej leciutko. W geście pokoju pokazał puste dłonie.

    – Nazywam się Victor Rafael Datenshi – powiedział spokojnym głosem, mimo, że od urodzenia mieszkał w Polsce, nigdy nie przyszło mu do głowy przybranie polskiego nazwiska, w końcu przecież nie pochodził stąd. – Leżałaś nieprzytomna w parku, przyniosłem cię tutaj.

    – Och – westchnęła cichutko, a w jej oczach, w kolorze polnych maków, pojawiła się iskierka nadziei. – Dlaczego? – zapytała wpatrując się w niego.

    – Co dlaczego? – zdziwił się zaskoczony pytaniem.

    – Dlaczego mnie tu przyniosłeś? – powtórzyła nieco precyzyjniej.

    Wzruszył ramionami.

    – Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Wydałaś mi się dość – przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – niezwykła – stwierdził w końcu. – Nie byłem pewien czy życzysz sobie, żeby zajęło się tobą pogotowie…

    – Pogotowie? – spytała marszcząc brwi.

    – No tak… lekarze… medycy – spróbował różnych nazw odpowiadając na jej nierozumiejące spojrzenie.

    – Gdzie jesteśmy? – zadała kolejne pytanie, najwyraźniej nie chcąc zaprzątać umysłu czymś czego nie była w stanie zrozumieć.

     – W Brzezinach, to takie niewielkie miasteczko pod Łodzią – wyjaśnił.

    – Jesteśmy pod wodą? – spytała zupełnie poważnie, a on po prostu musiał się roześmiać, bo inaczej coś rozsadziłoby go od środka.

    – Nie, to takie miasto – wydukał z siebie widząc jej skonsternowane, wyczekujące spojrzenie.

    – Och – odpowiedziała tylko, najwyraźniej niewiele jej to wszystko mówiło.

    – Skąd w takim razie ty pochodzisz i jak ci na imię? – spytał pojednawczo.

    – Jestem Hanikamiya, córka Hany z rodu Shirotori. Pochodzę z podniebnych wysp – wyrecytowała płynnie dziewczyna. 

    Odchrząknął trawiąc dziwaczną prezentację.

    – Mogę mówić do ciebie Miya? – zapytał  będąc pewien, że nie zapamięta całej reszty.

    Na jej twarzy malowało się zaskoczenie, ale już chwilę potem uśmiechnęła się delikatnie, przyjaźnie. Skinęła głową. Wziął stojącą na szafce butelkę z wodą i podszedł do niej. Cofnęła się przestraszona, ale chwilę potem uspokojona patrzyła na niego pytająco.

    – Pomyślałem, że może chce ci się pić, spałaś prawie dwa dni – stwierdził podając jej butelkę.

    Przyjrzała się jej nieufnie. 

    – Co to? – zapytała.

    – Woda – odpowiedział ponownie zaskoczony pytaniem dziewczyny.

    – Och – przyjrzała się uważnie mineralnej. – Jak można się do niej dostać?

    Prychnął, żeby się znowu nie roześmiać. Był przekonany, że dziewczyna sobie z niego żartowała. Odkręcił korek i podał jej otwartą butelkę. Piła zachłannie przez dłuższą chwilę. Oddała mu pusty pojemnik. Zaczął się przeklinać w duchu, za to, że nie pomyślał jaka może być spragniona. 

    – Jesteś też pewnie głodna? – zapytał skruszony. Niepewnie skinęła głową. – Dasz radę wstać, czy wolisz, żebym przyniósł ci coś tutaj? Na co masz ochotę?

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Zbliżał się wieczór. Hanikamiya siedziała otulona sięgającym do ziemi, granatowym szlafrokiem, przy drewnianym stole, w niewielkiej, jasnej kuchni. Przyglądała się uważnie płynnym ruchom Victora. Zdawała sobie sprawę, że jest zbyt słaba, że mężczyzna z łatwością ją zatrzyma, jeżeli będzie chciała uciec… zresztą i tak nie miała dokąd. Poza tym nie znała tego świata. Wszystko w nim było nowe i tajemnicze. Może ludzie też są tutaj inni… Bała się tego, czego może zażądać od niej Victor w zamian za pomoc, nie widziała jednak żadnego innego wyjścia. 

    Ponieważ nie potrafiła sprecyzować dokładnie na co ma ochotę, chłopak postawił przed nią talerz z kanapkami. Dziewczyna spojrzała na jedzenie, a potem zsunęła się z krzesła na podłogę i zwymiotowała.

    – Co się stało? – spytał zaniepokojony Victor, delikatnie podnosząc dziewczynę z podłogi i prowadząc ją do łazienki, żeby mogła się umyć.

    – Nie jadam mięsa – szepnęła, a w jej głosie było błaganie.

    Chłopak odprężył się odrobinę.

    – Jasne, czemu nie powiedziałaś od razu? – spytał z lekkim wyrzutem.

    – Przepraszam… Nie pomyślałam, że ktoś tego nie wie… – westchnęła niezrozumiale.

    Uśmiechnął się do niej łagodnie.

    – Umyj się, a ja pójdę posprzątać – mruknął. – Tylko następnym razem wolałbym z góry wiedzieć o takich rzeczach. Właściwie załóżmy, że musimy sobie mówić wszystko, nawet to co wydaje się nam zupełnie oczywiste.

    Skinęła głową. Odwzajemniła jego ciepły uśmiech i zniknęła w łazience, z której korzystać nauczył ją na samym początku.

    Kiedy wróciła na stole czekały na nią kanapki z miodem i dżemem. Usiadła i zabrała się do jedzenia. Musiała być bardzo głodna. 

    – Nie byłem pewien czy jadasz ser – westchnął chłopak.

    – Jadam – uśmiechnęła się Miya, po kolejnym kęsie kanapki. – Mój organizm nie toleruje tylko mięsa, właściwie to nawet jego widoku – dodała cichutko. – Dotyczy to też rybiego mięsa – sprostowała. – Ale mogę jeść ser, jajka i pić mleko. To mi wystarcza.

    Victor zafascynowany przyglądał się siedzącej koło niego dziewczynie. Była naprawdę niezwykła. Skórę miała porcelanową, niemal przezroczystą. Z przykrością zauważył, że nawet jego lekki dotyk zostawia na niej siniaki. Księżniczka na ziarnku grochu. Szczupła sylwetka i niezbyt wysoka postać tylko dopełniały wrażenia kruchości. Do tego te niesamowite, wielkie, czerwone oczy, tak wyraźnie rysujące się na tle bladej cery i białych włosów. Tak, Miya zdecydowanie była niesamowita. 

    – To dobrze – mruknął – ale niewiele tego w domu. I tak muszę zrobić zakupy, bo potrzebujesz jakiegoś ubrania… No i jeżeli chcesz wyjść to trzeba coś zrobić z twoim niezwykłym wyglądem.

    – Niezwykłym? – zdziwiła się dziewczyna, odkładając na talerz nadgryzioną kanapkę.

    – Nie wiem skąd jesteś – zaczął delikatnie, nie chcąc przypadkiem urazić dziewczyny – ale tutaj ludzie nie mają białych włosów, chyba, że są naprawdę staży. To samo tyczy się barwy twoich oczu…

    – Och! – westchnęła zaskoczona. – Więc jakie powinny być?

    – Inne – mruknął skonsternowany Victor, nie potrafiąc udzielić dziewczynie konkretnej odpowiedzi.

    Note