Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Był chłodny, ale słoneczny poranek. Cahir nie pamiętał już, kiedy ostatni raz latał. Teraz znów powróciło pragnienie tego niesamowitego uczucia rzeczywistej, niczym nie hamowanej wolności. Za bardzo jednak martwił się o Gabrielę, żeby tak po prostu, beztrosko móc się nim rozkoszować. Leciał prosto do jednego, ściśle sprecyzowanego celu – wiktoriańskiej, białej willi na przedmieściach Kilkenny.

    Kwadrans po godzinie dziewiątej wylądował przed domem, składając swoje ogromne, czarne jak noc skrzydła, które zniknęły jakby w otoczce srebrnej mgły nie zostawiając nawet śladu po swoim istnieniu. Natychmiast spostrzegł siedzącą na ganku kobietę, która zerwała się na jego widok. Stał, nie potrafiąc zrobić ani jednego kroku i po prostu patrzył na nią. Tak źle czuł się z tym, że ją… ich zostawił. Był przekonany o słuszności tego co zrobił, wiedział, że było to koniecznie, bał się jednak, że zobaczy wyrzut i potępienie w jej oczach. Podbiegła do niego, oplatając jego szyję ramionami. Nie potrafił wydusić z siebie ani słowa. Po prostu przytulił ją mocno, czule obejmując ramionami.

    – Czekałaś na mnie? – spytał po dłuższej chwili milczenia, delikatnie ją od siebie odsuwając.

    Uśmiechnęła się radośnie, uśmiechem dla Cahira, tak boleśnie podobnym do uśmiechu Gabrieli. Skinęła głową.

    – Oczywiście, że czekałam – powiedziała cicho. – Dawno cię u nas nie było – westchnęła głosem, w którym jednak nie było wyrzutu, za to znacznie trudniejsze do zniesienia od nich, ból i tęsknota. – Wejdziesz do środka?

    – Tak – odpowiedział nie spuszczając z niej wzroku. – Muszę z nim porozmawiać, potrzebuję jego pomocy.

    – Coś się stało? – spytała zaniepokojona.

    – Nie wiem – odpowiedział cicho, utkwiwszy w ziemi spojrzenie niesamowicie czarnych oczu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Siedzieli przy drewnianym stole, w dużej, jasnej kuchni, kiedy do pomieszczenia wbiegł mały, ciemnowłosy chłopiec. Na oko mógł mieć może z siedem lat. Przystanął zaskoczony, wlepiając w Cahira dziecięce spojrzenie szaroniebieskich oczu. Zaraz za nim pojawił się młody mężczyzna z małą, złotowłosą dziewczynką na rękach. Uśmiechnął się ciepło do siedzącej przy stole kobiety, a Cahir zdziwił się, kiedy i jego obdarzył równie ciepłym, pogodnym uśmiechem. Kiedy tamten postawił córeczkę na podłodze wstał i uścisnęli sobie w przyjaznym geście dłonie. To był jego dom i chłopak boleśnie zdał sobie sprawę, jak dawno go w nim nie było.

    – Cahir, nie miałeś jeszcze okazji poznać naszych najmłodszych dzieci – uśmiechnęła się wesoło Eliza – To Julia – przedstawiła sadzając sobie patrzącą na nią wyczekująco dziewczynkę na kolanach – i Mark – wskazała nieufnie obserwującego Cahira chłopca.

    – Mamo, to on mieszka z wujkiem Danielem? – spytał niepewnie Mark, jakby chciał sobie wszystko poukładać w swojej małej, dziecięcej głowie.

    – Tak, kochanie, to właśnie on – odpowiedziała pogodnie dziewczyna, tuląc do siebie córeczkę.

    Cahir spojrzał zaskoczony na chłopca. Potem przeniósł spojrzenie na Elizę.

    – To Daniel tu bywa? – spytał zaciekawiony.

    – Jest u nas dość częstym gościem – skrzywił się Matt.

    Eliza przewróciła oczami maskując irytację wesołym śmiechem. Wstała od stołu oddając mężczyźnie dziewczynkę. Zaczęła krzątać się po kuchni przygotowując śniadanie.

    – Więc dlaczego Gabriela go nie znała? – spytał coraz bardziej zainteresowany tematem.

    – Mieliśmy ku temu powody – odparł Matt tonem znaczącym, że Cahir niczego więcej się na ten temat nie dowie. – A teraz może ty nam powiesz, co tu właściwie robisz?

    Chłopak wzdrygnął się na to pytanie. Do tej pory nie myślał o tym, w jaki sposób przekazać to co miał do opowiedzenia. Postanowił streścić wszystko jak najprościej.

    – Zatrzymała nas gwardia, pani kapitan miała ze sobą przynajmniej setkę Illi’andinn – powiedział gorzko. – Oznajmiła, że Gabrieli grozi niebezpieczeństwo, a potem zabrała ją ze sobą. Jest z nią Daniel, mnie nie pozwoliła pójść.

    Cahir podskoczył na odgłos tłukącej się porcelany. Eliza wypuściła na kremowe kafelki podłogi trzymany w rękach, pomalowany w drobne, niebieskie kwiatki talerz. Spojrzenie Matta stało się złowrogie i zimne. 

    – Manhaim? – zapytał tylko, a kiedy Cahir potwierdził skinieniem głowy, wcisnął mu w ramiona lekko wystraszoną dziewczynkę, a sam natychmiast wyszedł z domu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Wykuta w skale twierdza była ponurym miejscem, stylizowanym na średniowieczny, warowny zamek, co zupełnie nie przypadło Gabrieli do gustu. Jeszcze bardziej irytowało ją, że Daniel chodził za nią jak cień. Naprawdę żałowała, że to nie Cahir przyleciał tu z nią. Całą sobą marzyła tylko o jednym – żeby znaleźć się w domu. Już nawet jej własny honor nie stał na przeszkodzie, żeby przyznać się rodzicom, jak wielkim błędem był wyjazd do Polski.

    W pewnym momencie ciało dziewczyny przeszyło przenikliwe zimno. Zadrżała. Spojrzała w zaniepokojoną twarz Daniela. Coś było nie tak i on także o tym wiedział. Chłód, który ogarnął Gabrielę przenikał jej ciało do kości, jakby ubranie, a nawet jej własna skóra nie stanowiły żadnej osłony. Wyrwana z zadumy podniosła głowę i zdała sobie sprawę, że na szybach szron namalował piękne zimowe wzory. To nie byłoby dziwne, byli przecież tak wysoko, a na dodatek w górach, tyle, że szronu jeszcze przed minutą tam nie było!

    Gabriela zaczęła dygotać. Przysunęła się do Daniela. W dłoniach mężczyzny uformowała się kula żywego, błękitnego ognia. Wypuścił ją z ręki, pozwalając jej unosić się nad ich głowami, rozjaśniając półmrok korytarza. Dziewczyna zdążyła zobaczyć jedynie wyraz zaskoczenia na jego twarzy, kiedy płomienie, nie gasnąc, zupełnie jakby były wodą, zamieniły się w sople lodu i roztrzaskały o posadzkę, w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stali. To samo stało się z wszystkimi, oświetlającymi korytarz płomieniami lamp.

    Gabriela nie miała jednak czasu do namysłu, ponieważ Daniel ciągnął ją za sobą, ukrytym w mroku korytarzem. Biegł tak szybko, że dziewczyna ledwo dotrzymywała mu kroku. Z trudem oddychała. Niezdrowy rumieniec pojawił się na jej i tak czerwonych z zimna policzkach. Potknęła się, ale Daniel nie pozwolił jej upaść, podniósł dziewczynę i zmusił do dalszego biegu. Zatrzymali się dopiero przed olbrzymim, prowadzącym na kamienne schody łukiem. Mężczyzna zaczął siarczyście przeklinać. Ich drogę zagradzała rozpięta w przejściu tafla lodu. Wykuszowe, obronne okna, były zbyt małe, żeby się przez nie przedostać. Zostali uwięzieni w lodowato zimnym korytarzu. Gabriela drżała. Temperatura obniżała się coraz bardziej. Daniel zdjął z siebie sportową bluzę, okrywając nią dziewczynę, a potem przyciągnął ją do siebie. Przylgnęła do niego szczękając zębami. Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że mężczyzna był gorący. Biło od niego jakieś dziwne ciepło. 

    – Cholerna Dennies – warknął. – Zadufane w sobie demony uważają, że w Manhain jest bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej, a w tej chwili nie mają tu chyba nawet żadnego czystokrwistego.

    – Więc nic dziwnego, że bała się mieć tutaj Cahira – westchnęła Gabriela, nie zdając sobie sprawy, jak trafną uwagę rzuciła. 

    Daniel spojrzał na nią zaskoczony, ale jednocześnie w jego oczach pojawiło się coś na kształt uznania. 

    – Tak – odpowiedział – podejrzewam, że to właśnie dlatego. Możliwe, że gdyby się naprawdę postarał i nie zwracał uwagi na konsekwencje, byłby w stanie roznieść to miejsce w pył.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Cahir uderzył pięścią w kuchenny stół, roztrzaskując go na kawałki. Przestraszona July schowała się za nogami matki. Mark patrzył na swojego przyszywanego brata zbolałym wzrokiem siedmiolatka, który rozumie więcej niż powinien. W czarnych, jak najciemniejsza noc oczach Cahira czaiły się gniew, frustracja i ból. W końcu jakby powrócił do rzeczywistości. Zakłopotany spojrzał na Elizę, popatrzył po twarzach dzieci.

    – Przepraszam – powiedział cicho, tonem wyrażającym skruchę i znacznie więcej niż tylko zwykły żal. – Ja nie chciałem…

    Eliza uśmiechnęła się do niego zrezygnowana.

    – Trudno, zjemy w salonie – oznajmiła, jakby zniszczenie stołu było w tym domu rzeczą naturalną i na porządku dziennym.

    Zaniosła do salonu tacę z kanapkami. Cahir chcąc nie chcąc poszedł za nią. Dzieci usiadły i jak gdyby nigdy nic zaczęły jeść śniadanie. Zrezygnowany chłopak przycupnął na ciemnozielonej kanapie z wysokim oparciem i poręczami. 

    – Czemu mnie ze sobą nie zabrał?! – wybuchnął nie mogąc już dłużej wytrzymać, tym razem jednak starał się, żeby w jego głosie nie było słychać gniewu.

    Eliza usiadła przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Poczuł się jak głupiutkie, małe dziecko.

    – Na pewno miał swoje powody – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. – Martwisz się o nią, prawda?

    – Nie potrafię inaczej – westchnął cicho. – Wiesz, że ją kocham. Zawsze ją kochałem – oznajmił, jakby to miało wszystko wyjaśnić. – Szkoda tylko, że ona mnie nie – dodał po chwili smętnym, zmęczonym głosem.

    Eliza podniosła na niego swoje głębokie, chabrowe oczy. 

    – Czemu tak sądzisz? – zapytała łagodnie. – Wydawało mi się, że jest z tobą szczęśliwa…

    – Nie ze mną – prychnął, przerywając wypowiedź w pół słowa, jakby nagle zdając sobie sprawę, że powiedział za dużo.

    W oczach dziewczyny pojawiły się niebezpieczne błyski. Cahir doskonale znał to spojrzenie. Widział je już tyle razy… te oczy nigdy jednak wcześniej nie były skierowane na niego. 

    – Nie z tobą? – zapytała zwodniczo cichym tonem.

    Postanowił poddać się bez walki, tak było rozsądniej. Mimo to uznał, że uda mu się ze swojej wpadki wyciągnąć jakąś drobną korzyść, choćby zaspokojenia własnej ciekawości.

    – Informacja za informację – oznajmił uśmiechając się szelmowsko. – Ty mi powiesz dlaczego nie chcieliście, żeby Gabriela poznała Daniela, a ja opowiem ci o jej „cudownym” chłopaku – prychnął pogardliwie wymawiając ostatnie dwa słowa.

    Eliza zadrżała, ale skinęła głową.

    – Myślę, że czeka nas interesująca rozmowa – stwierdziła wstając z kanapy.

    Zebrała puste talerze po dzieciach, a Cahirowi podała wszystkie niezjedzone kanapki. Poczuł jak burczy mu w brzuchu. Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Podczas gdy dziewczyna zniknęła w kuchni, coraz bardziej zainteresowane jego osobą dzieci usiadły przy nim na kanapie. Wreszcie, przełamując barierę leku i wstydu, July zaczęła go z dziecięcą szczerością wypytywać o wszystko co tylko przyszło jej do głowy.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Coś wisiało w powietrzu. Prawa natury i fizyki nie działały tak jak powinny. Matt rozłożył czarne jak noc skrzydła, żeby zawisnąć w powietrzu. W górach zawsze panował mróz, a na tej wysokości powietrze było rozrzedzone, ale od bijącego z kamiennej, górskiej twierdzy chłodu bez trudu wyczuć można było magię. On nie był niczym naturalnym. Musiał pomyśleć, jak się niepostrzeżenie dostać do środka, ale nie miał na to wiele czasu, gdzieś tam w środku była jego Gabriela i całym swoim sercem pragnął jej pomóc.

    Podświadomie wyczuł źródło magii. Podleciał w kierunku obronnego muru. Cała, wiekowa twierdza wyglądała na zupełnie wymarłą. To nie było rzeczą normalną. Zazwyczaj wszędzie dookoła porozstawiani byli strażnicy. Setki, a nawet tysiące strażników. Nawet gryzoni, które przecież musiały być w skalnym zamku nie potrafił wyczuć. Przez chwilę pożałował, że nie zabrał ze sobą Cahira. Działo się coś bardzo niepokojącego.

    Już po chwili usłyszał spowolnione magicznym mrozem bicie dwóch serc. Nie zamierzał się teraz bawić w żadne subtelności. Odsunął się kawałek, tak, żeby nie zrobić im krzywdy i przy pomocy kuli ognia po prostu wysadził ścianę kamiennego korytarza w powietrze. Zdziwił się jak wielki opór zaklęta w zamku magia stawiała jego ogniowi. Zamiast wielkiej wyrwy w ścianie powstał jedynie mały otwór, który prawie natychmiast pokryła gruba warstwa lodu. Był silny, silniejszy od jakiegokolwiek żyjącego Illi’andin. To nie było możliwe, a jednak. Działo się i to na jego oczach. Tak, zdecydowanie powinien zabrać Cahira, dzieciak mógłby się tutaj wykazać. Spróbował ponownie i tym razem, zanim ściana całkowicie zamarzła, zdążył wśliznąć się do środka. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Bijące od Daniela ciepło powoli zaczęło przygasać. Robiło się wokół nich coraz zimniej. Mroczny korytarz przerażał dziewczynę coraz bardziej. Po głowie snuły się jej paniczne myśli.  Zdała sobie sprawę, że jeżeli nic nie zrobią, to po prostu tutaj zamarzną. Po policzkach zaczęły spływać jej słone łzy, które natychmiast zamieniały się w maleńkie, przezroczyste sopelki lodu.

    – Cicho bądź, to nam w niczym nie pomoże – warknął na nią Daniel. – Nienawidzę, kiedy dziewczyny płaczą – mruknął odrobinę ciszej.

    Spojrzała na niego bezradnie. Nie wytrzymał tego spojrzenia, za bardzo przypominało mu inne, wpatrujące się w niego chabrowe oczy. Przytulił ją do siebie mocniej, nie pozwalając jej więcej podnieść głowy ze swojego torsu.

    – Dobra, płacz sobie jeśli już musisz – westchnął.

    Łzy nie przestały lecieć, ale mimo ponurej wizji na przyszłość, roześmiała się cichutko. Daniel przymknął oczy. Nie miał pojęcia dlaczego się w ogóle tutaj znalazł. To nie była Eliza, a do tego była córką tego skurwiela…

    Nagle usłyszeli hałas, coś jakby wybuch. Podmuch ciepłego powietrza wleciał do wnętrza korytarza, a wraz z nim odłamki kamieni i gruz. W korytarzu miast ciemności, zapanował półmrok, widocznie na zewnątrz musiało być jaśniej niż w środku budowli. Kolejny wybuch, tym razem mocniejszy, a potem do środka wśliznął się jakiś cień. Gabriela wyrwała się z objęć Daniela. Wszędzie, pośród najgłębszej nocy rozpoznałaby tego wysokiego mężczyznę. Oplotła ramionami jego szyję, niczym mała dziewczynka.

    – Tato! – wykrzyknęła z niesamowitą radością i ulgą.

    Mężczyzna przytulił ją do siebie, delikatnie pogładził jej złote włosy. Teraz na dobre się rozpłakała.

    – Cii – wyszeptał Matt. Powietrze wokół niego było gorące jak podczas letnich upałów. – Wszystko będzie dobrze. Wynośmy się stąd.

    Kiedy wreszcie była w stanie oderwać się od ojca, dostrzegła gniewne, nienawistne spojrzenie, którym obrzucał go Daniel. Powiedział jej prawdę, wyraźnie całym sobą go nienawidził. Natomiast spojrzenie, którym obdarzył go Matt, było pełne smutku i rezygnacji. Jakby od lat wiedział już, że nic nie da się z tym zrobić. 

    – Wydostaniesz nas stąd? – spytała cichutko Gabriela, pełnym zaufania i wiary głosem.

    Uśmiechnął się do niej łagodnie.

    – Zasłoń ją – zwrócił się rozkazującym tonem do Daniela.

    Dziewczynie do tej pory nie przeszło przez myśl, że ktoś bezkarnie może się w ten sposób do niego odezwać, ale blondyn jedynie skinął głową. Chwycił Gabrielę i osłonił swoim ciałem, podczas gdy Matt wysłał kolejną kulę ognia w kierunku upartej, zamarzniętej ściany.

    Po drugiej, ognistej kuli, podłoga w korytarzu zaczęła się usuwać spod ich stóp. Pod nimi pojawiła się ciemność. Pustka, w której nic nie było widać. Coś na kształt pochłaniającej wszelaką materię czarnej dziury. Gabriela krzyknęła. Coś zaczęło ciągnąć ją w dół z upiorną siłą. Wyrwało ją z ramiona Daniela, a potem puściło i dziewczyna zaczęła spadać w nicość. Matt rzucił się do niej, jednak było już za późno. Podłoga pod ich stopami przestała być czarna i przezroczysta. Znów była z litego kamienia. W odgrodzonym taflą lodu przejściu ku schodom pojawiła się ciemność. Lód w jednej chwili stopniał, a w powietrzu zaczęły unosić się niesamowite dźwięki, jakby chóry aniołów zstąpiły na Ziemię by zaśpiewać tutaj swą pieśń. Wszędzie pojawiły się przypominające cienie, ludzkie sylwetki. Stały nieruchomo, wskazując przezroczystymi dłońmi w kierunku przejścia. Ciemność rozjaśniła się, a wśród niej pojawił się zamglony obraz. Nieprzytomna Gabriela leżała na kamiennym ołtarzu, wokół którego rosły czerwone jak krew, nigdzie niespotykane kwiaty.

    „To ofiara krwi, Zrodzony z Ognia” – rozbrzmiał w powietrzu drwiący kobiecy śmiech. – „Możesz się wymienić, jeżeli masz taki kaprys. Przez bramę może przejść tylko ktoś, w czyich żyłach płynie ta sama krew, wrócić jednak może tylko jedna osoba. Jest mi obojętne czy zginiesz ty, czy twoja śniąca córka.”

    Potem wszystko ucichło tak nagle jak się zaczęło. Niematerialne postacie rozwiały się w chmurach dymu, obraz leżącej na marmurowym ołtarzu dziewczyny zniknął, a jedynym śladem wydarzeń była ziejącą z przejścia ciemność. 

    Matt nie wahał się ani przez moment. W jednej chwili znalazł się przy wyglądającym jak czarna dziura przejściu. Stanął przed nim, zatrzymał się, a potem zaczął siarczyście przeklinać. Zacisnął pięści w bezsilnym gniewie.

    – Czyżbyś zmądrzał? – spytał ironicznie Daniel. – Nie rzucisz się jej na ratunek kosztem własnego życia?

    Mężczyzna spojrzał na niego, a w jego szarych oczach był lód, znacznie chłodniejszy od tego, z którym zmierzyli się jeszcze tak niedawno w mrocznym korytarzu. Potem jego tafla jakby pękła. Ramiona Matta opadły, pięści dalej zaciskał w bezsilnym gniewie.

    – Nie mogę przejść przez barierę – wyszeptał cicho. – Gabriela nie jest moją rodzoną córką.

    – Jak to? – spytał Daniel nie rozumiejąc, a potem jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia i przerażenia. – Nie! – zaprotestował stanowczo. – To niemożliwe!

    Matt spojrzał na niego błagalnie.

    – Jeżeli kiedykolwiek kochałeś Elizę… – zaczął cicho.

    – Zamknij się! – wrzasnął Daniel przerywając mu wpół słowa, a potem skoczył, by zniknąć w magicznej, sprawiającej wrażenie niemal namacalnej, ciemności.

    Note