Rozdział 2 – Córka Złej Królowej
by VickyIshanvi
Wysiadam z karocy, a bogato zdobiona, zbyt ciężka kremowo-złota suknia ciągnie mnie ku ziemi. Nikt mi nie pomaga, nawet mimo faktu, że wymagałaby tego kurtuazja. Jestem już do tego przyzwyczajona. Po długiej podróży ledwo trzymam się na nogach, staję jednak pewnie i rozglądam się dookoła. Otaczają nas nieludzcy słudzy mojej matki. Znajdują się tu wszelkiej maści nieumarli. Ghule wykonują proste prace, szkielety służą za szeregowych żołnierzy, a wampiry to elitarne wojsko. Na czarnym jak noc, potężnym ogierze, który w miejscu kopyt ma zakończone pazurami łapy, a zamiast płaskich zębów roślinożercy, długie, ostre kły, siedzi odziany w czarną zbroję mężczyzna. Gdy zdejmuje hełm, uświadamiam sobie, jak bardzo jest młody. Wygląda jednak groźnie i dostojnie. Patrzy na mnie, jakby oceniał mnie wzrokiem, a ja uświadamiam sobie, że to zapewne mój przyszły mąż. Czuję się bezbronna i odsłonięta, ale nie czuję strachu. Jest mi już wszystko jedno i pragnę tylko, by ta farsa wreszcie się skończyła.
– Spalcie wszystkie rzeczy, które ze sobą przywieźli – młodzieniec wydaje sługom chłodny rozkaz, a potwory rzucają się, by jak najszybciej go wykonać.
Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że na stosie drewna lądują również moje kufry podróżne. Przymykam oczy i oddycham głęboko, zastanawiając się, co powinnam zrobić, nie robię jednak niczego. W kufrach… nie ma nic ważnego. W pałacu mojego ojca nigdy nie miałam żadnej rzeczy, która byłaby dla mnie choć trochę istotna.
Przerażeni dworzanie z orszaku próbują walczyć o swoje bagaże, ale gdy kolejny z nich traci odciętą maczetą kończynę i krzyczy w agonii, pozostali się poddają i zbijają się w ciasne grono, żądając ochrony żołnierzy. Gwardziści jednak nie mają jak im pomóc. Już dawno zostali otoczeni przez armię nieumarłych i nie mogą zrobić ani kroku. Damy szlochają, służba kuli się przy powozach, potwory są wszędzie.
Mężczyzna w czarnej zbroi podjeżdża bliżej, a potem zsiada z konia. Okolica wokół nas pustoszeje. Jestem tylko ja i on. Podchodzi tak blisko, że teraz nie dzielą nas nawet dwa metry. Wpatruje się we mnie tak intensywnie, że spuszczam wzrok.
– Spójrz na mnie – rozkazuje, a ja nabieram pewności, że przywykł do rozkazywania. Zawstydzona podnoszę wzrok. Wbrew sobie zauważam, że młodzieniec jest przystojny. Ma kruczoczarne włosy i niebieskie, przeszywające oczy. Jest wysoki, stoję na obcasach, a sięgam mu ledwo do ramienia. Pod zbroją nie widać jego sylwetki, ale zdaję sobie sprawę, jak dużą trzeba mieć siłę, by móc ją tak swobodnie nosić. Jego cera jest blada, ale niczego innego nie spodziewałabym się po mieszkańcu Krainy, której nie odwiedza słońce. – Jesteś córką Złej Królowej, nigdy nie powinnaś spuszczać wzroku – oznajmia mi stanowczo, a ja patrzę na niego zupełnie zbita z tropu. – Potrafisz jeździć wierzchem? – pyta.
– Nie – odpowiadam, starając się, by głos mi nie zadrżał.
Zresztą, czy on wyobraża sobie, że mogłabym dosiąść konia w tej przeklętej, znienawidzonej przeze mnie sukni?
– Więc najwyższy czas się nauczyć – młodzieniec uśmiecha się do mnie leniwym, kocim uśmiechem, a w jego oczach pojawiają się psotne iskierki.
Wyciąga przed siebie rękę i przesuwa nią po materiale mojej sukni, a ja walczę ze sobą, żeby się nie wzdrygnąć, ani nie odsunąć. Nagle zdaję sobie sprawę, że suknia zrobiła się znacznie lżejsza, a jej gorset przestał mnie nieprzyjemnie cisnąć. Wreszcie mogę głębiej odetchnąć. Przyglądam się materiałowi, który nabrał ciemnych barw. Suknia, którą mam na sobie mieni się czernią i srebrem. Jest wytworna, ale jej materiał jest śliski i przewiewny. Młodzieniec wyciąga rękę, a ja mimowolnie robię krok w jego stronę i zdaję sobie sprawę, jak lekko jest mi się poruszać. Piękna, szeroka spódnica sprawia wrażenie skrojonej z oddzielnych pasów materiału, które w przeciwieństwie do ciężkich, podbitych halkami sukni, jakie znałam, nie krępują mi ruchów.
Podaję mu obleczoną w czarną, koronkową rękawiczkę dłoń. Chwyta mnie za rękę i podprowadza do boku wierzchowca. Nagle puszcza moją dłoń i obejmuje mnie w pasie, delikatnie podnosząc do góry i sadzając w siodle. Koń, który nie jest koniem niecierpliwie przebiera nogami. Młodzieniec podaje mi skórzane wodze, ale sam ich również nie puszcza. Idzie przy lewym boku wierzchowca, prowadząc go za sobą. Z każdym, kolejnym krokiem coraz bardziej oddalamy się od karocy, ogromnego ogniska, orszaku i całego mojego dawnego życia.