Rozdział 2 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Lilien
Od dwóch tygodni balansuję między naukami przyrodniczymi w North Crown University, a lekcjami na temat magii w Akademii Róż i Zaklęć. Staram się też nie narzucać Asherowi, co jednak wymaga ode mnie dużego wysiłku woli. Na szczęście odnoszę wrażenie, że chłopak nie ma nic przeciwko, kiedy siadam obok niego z własną książką.
Jednak podczas gdy ja chcę spędzać jak najwięcej czasu w towarzystwie Ashera, mnie samą bezustannie prześladuje Cassian, ten sam chłopak, który uważał Lilien za męczącą i robił wszystko, żeby od niej uciec.
Siedzę na plaży, nad Jeziorem Michigan, po niemagicznej stronie świata i cieszę się, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni, tak jak chciałam, udało mi się zaprzyjaźnić z Sarą. Szczególnie, że okazało się, że nie tylko ja jestem psychofanką i, tak jak ja uwielbiałam Ashera, ona rozpływała się na sam dźwięk imienia Nathana. Zdecydowanie miałyśmy o czym rozmawiać.
Jest wczesna wiosna i choć dni zaczynają być naprawdę ciepłe, to wieczory wciąż zaskakują swoim chłodem. Drżę z zimna i w tym samym momencie czuję, jak ktoś narzuca mi na ramiona jakieś ubranie. Podnoszę wzrok, by zobaczyć nad sobą uśmiechniętego Cassiana, który otacza mnie swoją skórzaną kurtką.
— Cześć, dziewczyny — rzuca swobodnie i bez pytania siada obok mnie na piasku. — O czym rozmawiacie?
Sara natychmiast płonie rumieńcem, a ja zaciskam dłonie w pięści. Co jest z nim do licha nie tak?! Doskonale pamiętam scenę z powieści, w której Cassian i Lilien idą razem przez miasto. Jest wieczór, dziewczyna drży z zimna, bo chłopak nie chciał po zajęciach zaczekać, żeby zabrała z internatu okrycie, a ona oczywiście jak idiotka pobiegła za nim. Choć miał na sobie w tamtym momencie kurtkę, nie było mowy o tym, żeby się przejął komfortem Lilien. Czemu więc nagle mu się coś odwidziało i zaczął dbać o mnie?
— O niczym, co mogłoby cię zainteresować — odpowiadam mu chłodno.
Cassian unosi brew, jakby moje słowa bardziej go rozbawiły, niż dotknęły. Oczywiście. Wszystko, co nie idzie po jego myśli, najwidoczniej uznaje za flirt albo dziwactwo.
— Naprawdę? — pyta z rozbawieniem. — Brzmi tajemniczo.
— Nie bardziej niż twoje nagłe pojawianie się wszędzie tam, gdzie jestem — rzucam, zsuwając z ramion jego kurtkę i wciskając mu ją z powrotem w ręce. — Nie jest mi potrzebna.
Przez ułamek sekundy wygląda na zaskoczonego. Sara przenosi wzrok to na mnie, to na niego, najwyraźniej nie mając pojęcia, czy powinna się odezwać, czy może lepiej udawać fragment plaży. Cassian jednak szybko odzyskuje pewność siebie. Zarzuca kurtkę niedbale na własne kolana i pochyla się lekko w moją stronę.
— Ostatnio jesteś dla mnie wyjątkowo niemiła, Lili.
Ja? Naprawdę? Cóż za przełomowe odkrycie!
— Widocznie zasłużyłeś — odpowiadam sucho.
Sara cicho chrząka.
— Ja chyba… pójdę po coś ciepłego do picia — mamrocze, podnosząc się z koca.
— Nie zostawiaj mnie z nim — syczę do niej półgłosem.
Patrzy na mnie z wyraźnym współczuciem, ale jednocześnie takim zachwytem wobec samego faktu, że siedzi obok nas Cassian, że od razu wiem, iż przepadłam.
— Zaraz wrócę — obiecuje i naprawdę ma czelność się ulotnić.
Patrzę za nią ze zdradą wypisaną na twarzy, a kiedy odwracam się z powrotem, Cassian obserwuje mnie z tym swoim irytującym, zbyt pewnym siebie uśmieszkiem.
— Twoja nowa przyjaciółka wydaje się mnie lubić.
— Większość ludzi lubi ładnie opakowane problemy — odpowiadam bez zastanowienia.
Śmieje się cicho, a ja czuję rosnącą irytację. To naprawdę denerwujące, że wszystko go bawi.
— Co ci zrobiłem? — pyta nagle, tym razem trochę ciszej. — Serio. Jeszcze niedawno patrzyłaś na mnie, jakbym był centrum wszechświata, a teraz traktujesz mnie jak wyjątkowo natarczywego komara.
— To akurat bardzo trafne porównanie.
Kręci głową i przez chwilę milczy. Fale uderzają o brzeg, wiatr niesie od jeziora chłód, a ja mam coraz większą ochotę wrzucić Cassiana do wody. Dla własnego spokoju. Być może też dla dobra ludzkości.
— Lili — zaczyna znowu. — Mogłabyś mi przynajmniej powiedzieć, co zrobiłem nie tak.
— Nie wszystko musi kręcić się wokół ciebie — odpowiadam. — Może po prostu przestałam być tobą zainteresowana.
W jego bursztynowych oczach pojawia się coś, czego wcześniej u niego nie widziałam. Niepewność.
— Z mojej winy? — pyta przyglądając mi się uważnie, jakby rzeczywiście interesowała go moja odpowiedź.
— Cassian, ty naprawdę niczego nie rozumiesz? — pytam, odwracając się do niego. — Traktowałeś mnie jak kogoś, kto ma zawsze być pod ręką. To, co ja czuję nigdy cię nie interesowało.
Marszczy brwi.
— Nigdy cię do niczego nie zmuszałem.
— To ma być twoja obrona?
— Przecież to prawda.
Śmieję się gorzko.
— Jasne. Wygodna, starannie wybrana prawda.
Przez moment siedzimy w ciszy, a jego pewność siebie zaczyna nieznacznie pękać. Dobrze. Wręcz doskonale. Niech choć raz poczuje, jak to jest, kiedy rozmowa nie układa się po jego myśli.
— Nie wiedziałem, że aż tak źle to odbierasz — mówi w końcu.
— Bo nigdy nie musiałeś się nad tym zastanawiać.
Wzdycha cicho i przeczesuje palcami włosy.
— Dobra. Może czasem byłem… bezmyślny.
Czasem. Jak łaskawie.
— Niesamowite odkrycie.
Posyła mi zirytowane spojrzenie.
— Musisz być aż taka złośliwa?
— Przy tobie? Najwyraźniej tak.
Sara nadal nie wraca, zdrajczyni jedna. Zaczynam podejrzewać, że specjalnie daje nam „przestrzeń”, a za to kiedyś każę jej słuchać przez trzy godziny o wszystkich cudownych cechach Ashera, nie dając jej dojść do słowa.
Cassian przesuwa dłonią po piasku, jakby sam nie wiedział, co powiedzieć dalej. Widok jest tak absurdalny, że przez moment prawie robi mi się go żal.
— Okej — mówi w końcu. — Rozumiem, że jesteś zła, tylko nie rozumiem jednego. Milczę, więc kontynuuje. — Czemu mam wrażenie, że straciłem cię z dnia na dzień?
Serce na moment zatrzymuje mi się w piersi. To pytanie jest zbyt bliskie prawdy, żeby było wygodne. Bo straciłeś, myślę. Tyle że nigdy tak naprawdę mnie nie miałeś. Miałeś tylko naiwną dziewczynę, która pozwalała ci wierzyć, że zawsze będzie obok.
— Może nigdy nie znałeś mnie tak dobrze, jak ci się wydawało — odpowiadam spokojnie.
Patrzy na mnie długo, jakby próbował znaleźć w mojej twarzy coś znajomego. Cokolwiek. Dawną Lilien, która pobiegłaby za nim bez wahania. Tę wersję, która była przewidywalna, cicha i wygodna. Tym razem niczego takiego nie znajduje.
Sara wraca wreszcie z trzema papierowymi kubkami. Dzięki niebiosom.
— Mam gorącą czekoladę — oznajmia trochę zbyt radośnie, najwyraźniej próbując rozbroić atmosferę. — I herbatę. I kawę. Nie wiedziałam, na co będziecie mieli ochotę.
— Ja biorę czekoladę — mówię od razu.
— Dla mnie kawa — rzuca Cassian, jakby był tu mile widzianym gościem.
Sara wręcza nam kubki i siada ostrożnie po mojej drugiej stronie. Jej spojrzenie aż błyszczy z ciekawości, ale na szczęście ma jeszcze resztki instynktu samozachowawczego i nie pyta o nic na głos. Biorę łyk czekolady i wzdycham z ulgą. Wreszcie coś przyjemnego.
— Dzięki — mówię do niej cicho.
Uśmiecha się nieśmiało. Cassian milczy przez chwilę, obracając kubek w dłoniach.
— Nie chcę się z tobą kłócić, Lili — odzywa się w końcu.
— To świetnie się składa, bo ja nie chcę spędzać z tobą wieczoru.
Sara niemal krztusi się pitą herbatą. Cassian patrzy na mnie jeszcze przez moment, po czym wstaje z piasku. Tym razem nie wygląda na rozbawionego. Raczej na zirytowanego i… odrobinę zagubionego.
— Dobrze — mówi krótko. — Jak sobie chcesz.
Zakłada kurtkę, otrzepuje dłonie i przez sekundę mam wrażenie, że jeszcze coś doda. Może rzuci jakiś uszczypliwy komentarz albo znowu spróbuje obrócić wszystko w żart. Nic takiego się jednak nie dzieje. Odchodzi wzdłuż brzegu jeziora bez oglądania się za siebie. Patrzę za nim chwilę, a potem wypuszczam długo wstrzymywane powietrze.
— Nareszcie — mruczę.
Sara odwraca się do mnie tak gwałtownie, że aż kilka kosmyków włosów wpada jej do ust.
— Lilien — szepcze z przejęciem. — Co. To. Było?
Biorę kolejny łyk czekolady i wzruszam ramionami.
— Terapia szokowa.
Sara parska śmiechem, a ja wreszcie rozluźniam ramiona. Wiatr od jeziora nadal jest chłodny, wieczór ciemnieje, a świat po niemagicznej stronie wygląda zwyczajnie i spokojnie. Tylko moje życie, jak na złość, uparło się takie nie być. Niestety miałam przeczucie, że to dopiero początek.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Czuję irytację, której towarzyszy nieprzyjemny ucisk w żołądku. Do następnych zajęć zostało już tylko pół godziny, a jej wciąż jeszcze tu nie ma. Ostatnio… przychodziła każdego dnia, a ja już przyzwyczaiłem się do jej obecności. Do tego, jak przygląda mi się ukradkiem, udając, że czyta.
Sam również lubię na nią patrzeć. Od dawna już wiedziałem, że to właśnie ją wybiorę, ale wcześniej po prostu uważałem, że jest ładna, a jej rodzina ma wystarczającą siłę, by przeciwstawić się mojej. Jednak teraz… kiedy po raz pierwszy sama do mnie przyszła poczułem, jak bardzo jej pragnę. Jakby zauroczyła mnie od pierwszego wejrzenia, tylko że przecież widziałem ją wielokrotnie wcześniej i nigdy dotąd nie wywarła na mnie takiego wrażenia.
Zamykam książkę i wstaję spod drzewa. Skoro nie przyszła, to sam zamierzam ją znaleźć. Na razie w akademii uczymy się jedynie teorii, bo nasze umiejętności pojawią się dopiero, gdy znajdziemy sobie partnerki. Natomiast ich własna moc drastycznie zwiększy się, dzięki naszej bliskości. Cała reszta zajęć odbywa się na Uniwersytecie w Chicago. Są one o tyle ważne, że chemia, biologia i fizyka, pomagają zrozumieć świat, a zrozumienie go ułatwia używanie magii. Dlatego teraz to właśnie tam się udaję.
Nie muszę jej długo szukać. Lilien stoi przed kawiarnią na kampusie. W granatowym szkolnym mundurku wygląda naprawdę prześlicznie. Nie jest tu jednak sama. Czuję nieprzyjemny chłód, kiedy widzę ją w towarzystwie Cassiana. Nie zamierzam podchodzić bliżej, ale mam świetny słuch, więc i tak z tej odległości doskonale słyszę ich słowa.
— Lili, odpuść mi wreszcie — głos chłopaka brzmi jak mieszanina prośby, irytacji i rozkazu jednocześnie. — Kupiłem twoje ulubione bułeczki z mlecznym nadzieniem — mówi, podając jej papierową torbę.
Czekam, aż dziewczyna przysunie się do jego boku i weźmie go pod ramię, uśmiechnie się do niego promiennie, podziękuje mu i razem gdzieś pójdą, tak jak robili to setki razy wcześniej. Jednak, ku mojemu zdumieniu, nic takiego się nie dzieje.
— Nie, dzięki — dziewczyna nie przyjmuje od niego torby — już ich nie lubię. Jestem pewna, że bez trudu znajdziesz sobie towarzystwo, więc może przestań mnie zadręczać? — sugeruje lodowatym tonem.
— Lili, proszę, nie możesz mnie tak traktować… — zaczyna Cassian, a ona patrzy na niego z wyraźnie malującą się na twarzy irytacją.
— Mogę i właśnie to robię — odpowiada twardo. — Lisa, Daria, Vanessa — woła do stojących nieopodal dziewczyn — Cassian nie ma z kim zjeść drugiego śniadania, nie chcecie mu dotrzymać towarzystwa? — pyta ociekającym słodyczą głosem.
Dziewczęta natychmiast podchodzą do nich i z entuzjazmem obskakują zaskoczonego Cassiana, a Lili odwraca się do niego plecami i odchodzi. Muszę przyznać, że jest to ciekawy widok.
Wyciągam z torby pieczywo, którym chciałem ją dzisiaj poczęstować. Ja również byłem pewien, że je lubi. Robię kilka kroków w kierunku najbliższego kosza na śmieci.
— Co robisz? — Lilien zatrzymuje mnie w pół kroku, chwytając mój nadgarstek. — Nie wyrzuca się jedzenia. Jeśli ich nie chcesz, możesz mi oddać — uśmiecha się do mnie promiennie.
Przyglądam się jej zdezorientowany.
— Słyszałem, że ich już nie lubisz… — odzywam się cicho.
Przecząco kręci głową.
— Twoje lubię — jej odpowiedź jest tak absurdalna, że nie potrafię powstrzymać się od krótkiego śmiechu. — Nie lubię tylko tych od Cassiana — dodaje po chwili, jakby chciała się usprawiedliwić. — Jego samego również nie lubię — wyjaśnia dalej.
— Masz ochotę ze mną zjeść? — przerywam jej wywód, a ona z entuzjazmem kiwa głową.
Idziemy kawałek przez park, a potem siadamy na drewnianej ławce w cieniu drzew. Zabiera ode mnie jedną z bułek. Otwiera foliowe opakowanie i odgryza kawałek pieczywa, z taką miną, jakby to była najsmaczniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek jadła. Zaczynam być zdania, że decyzja o poszukaniu jej była naprawdę świetna. Zdecydowanie częściej będę musiał ją podejmować.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Kiedy po raz pierwszy widzę Angelicę na żywo, wcale mnie nie dziwi, że Cassian się w niej zauroczył. To śliczna, eteryczna blondynka o łagodnym uśmiechu, szarych oczach i zgrabnej sylwetce. Wygląda dokładnie tak, jak na bohaterkę przystało. Poza tym, w przeciwieństwie do mnie, jest naprawdę sympatyczna. Nie zamierzam się z nią jednak zaprzyjaźniać. Wiecznie pojawia się w centrum wydarzeń, w którym ja zdecydowanie nie chcę przebywać.
Tego dnia jednak nie mam wyboru. Jeżeli akurat teraz się schowam, to będzie wyglądało bardzo podejrzanie. Minął już prawie miesiąc od kiedy jestem w świecie „Róż i Zaklęć”, a to oznacza, że podczas dzisiejszej wycieczki do lasu czekają nas anomalie pogodowe. To właśnie również tego dnia, w szkole pojawia się Angelica, nowa uczennica z talentem do magii, która pochodzi z niemagicznej rodziny i jest tu dzięki opiece rodziny Lunaris, która ją adoptowała i postanowiła opłacić jej czesne.
W tej scenie uczniowie zostają uwięzieni w lesie, z nieba zaczyna padać grad i nie ma gdzie się schować. Cassian flirtuje z Angelicą, która z miejsca daje mu kosza, ale zmienia o nim zdanie, gdy ten osłania ją podczas gradobicia i tak zaczyna się ich romantyczna historia. Jeżeli wszystko odbędzie się zgodnie z fabułą, nareszcie będę miała go z głowy. To właśnie wtedy zaczął być naprawdę niemiły dla Lilien i traktować ją jak wroga.
Kiedy wyruszamy w naszej grupie jest osiem osób, czterech chłopaków i cztery dziewczyny. Naszym zdaniem jest znalezienie wskazanych ziół i powrót do szkoły, natomiast chłopcy mają przy pasie miecze, a ich zadaniem jest bronienie nas przez zamieszkującymi las potworami.
To nie są jeszcze poważne zajęcia. One zaczną się dopiero, gdy za miesiąc będziemy miały swoje pary. Teraz nasza magia jest jeszcze zbyt słaba, a chłopcy w ogóle nie mają swoich wrodzonych umiejętności.
Co ciekawe, za miesiąc, tylko kilkanaście czarodziejek znajdzie swoich partnerów. Moim zdaniem to wina Cassiana, bo wiele z nich zamiast szukać kogoś dla siebie, bezustannie ugania się za nim, licząc na nie wiadomo co. Lilien przynajmniej miała jakieś podstawy, żeby go lubić — w końcu przyjaźnili się od wczesnego dzieciństwa. Jestem pewna, że każda z nich bardzo by się zawiodła, gdyby miała okazję poznać go bliżej.
Z zamyślenia wyrywa mnie rozbawiony śmiech Lisy i Vanessy. Idą niedaleko Anglicy i wyraźnie ją obgadują.
— Co za plebejuszka, nawet nie potrafi się ubrać na wycieczkę do lasu — szydzi Vanessa.
— Nie mam pojęcia, czego ona w ogóle szuka w Akademii Róż i Zaklęć — przytakuje jej Lisa.
Widzę, jak ciało Angelicy powoli tężeje, a dziewczyna przyspiesza kroku. To teraz właśnie zrówna się z nią Cassian, który będzie próbował ją pocieszyć i zacznie z nią flirtować. Tylko, że… chłopak wciąż idzie na szarym końcu, od niechcenia kopiąc przed sobą jakiś kamień. No, rusz się wreszcie — kibicuję mu w myślach.
Lisa i Vanessa nasilają swoje złośliwości, a Cassian w dalszym ciągu nie reaguje. Ścieżka się zwęża i pnie się coraz bardziej stromo. Zaraz wyjdziemy z lasu i wejdziemy na górę, na której znajduje się łąką. To właśnie tam mamy zatrzymać się po zioła.
Przeklinam w duchu i przyspieszam kroku, bo zdaję sobie sprawę, że Angelica jest bliska płaczu, a Cassian szczerze nienawidzi płaczących dziewczyn.
— Nie przejmuj się nimi — odzywam się idąc u jej boku. — One tak z nudów — zapewniam.
Dziewczyna patrzy na mnie, wilgotnymi od łez oczami, a potem kiwa głową.
— Nie przejmuję się — kłamie.
— Lili, lepiej się od niej odsuń — sugeruje wszechwiedzącym tonem Vanessa — jak będziesz zbyt blisko niej, przesiąkniesz smrodem plebsu.
Odwracam się ku niej coraz bardziej zirytowana.
— Może byście się zajęły swoimi sprawami? — proponuję.
— O czym rozmawiacie? — pyta Cassian chłodno, dołączając do nas.
Wreszcie!
— Lili chyba nas dzisiaj nie lubi, może ma zły humor? — mruczy Vanessa, próbując przykleić się do ramienia chłopaka, ale on natychmiast się od niej odsuwa.
— Za to wy chyba od rana nie macie nic lepszego do roboty — odpowiadam, zanim Cassian zdąży się odezwać.
Lisa unosi brew.
— Och, czyli jednak potrafisz pokazać pazurki.
— Tylko kiedy ktoś wyjątkowo działa mi na nerwy — wyjaśniam lodowato.
Vanessa uśmiecha się słodko, aż robi mi się nieprzyjemnie.
— Martwimy się tylko o ciebie, Lili. Ostatnio trzymasz się bardzo dziwnego towarzystwa. Najpierw bękart, teraz plebejuszka, co w ciebie wstąpiło?
— Jeśli to ma być troska, to brzmi podejrzanie podobnie do wścibstwa — rzucam.
Cassian przenosi spojrzenie z nich na mnie, jakby próbował ocenić, ile już przegapił.
— Ktoś mi wytłumaczy, o co tu chodzi?
— O nic ważnego — mówi szybko Vanessa. — Po prostu próbowałyśmy porozmawiać z Angelicą, a Lili nagle postanowiła zostać jej obrończynią.
— „Porozmawiać”? — powtarzam z niedowierzaniem. — Ciekawe określenie na rzucanie komuś w twarz, że śmierdzi plebsem.
Na twarzy Cassiana pojawia się coś pomiędzy znudzeniem a irytacją.
— Naprawdę to powiedziałaś? — pyta chłodno, patrząc na Vanessę.
Vanessa prostuje się odruchowo.
— Ja tylko żartowałam.
— Słaby żart — ucina.
Przez moment aż mam ochotę klasnąć, ale w porę przypominam sobie, że to wciąż Cassian. Lisa prycha cicho.
— Od kiedy w ogóle ci to przeszkadza?
— Od zawsze przeszkadza mi hałas — odpowiada obojętnie. — A wy jesteście dziś wyjątkowo głośne.
Vanessa wygląda, jakby właśnie ktoś spoliczkował ją na oczach całej szkoły.
— Chciałyśmy tylko…
— Zostawcie to — przerywa jej. — Mamy zadanie, pamiętacie?
Przez chwilę żadna z nich się nie rusza. Potem Lisa rzuca mi wściekłe spojrzenie, Vanessa zaciska usta i obie odchodzą kilka kroków dalej, wyraźnie obrażone. Angelica milczy, wpatrując się w ziemię. Cassian odprowadza dziewczyny wzrokiem, po czym zerka na mnie.
— Zadowolona?
— Niespecjalnie — odpowiadam. — Nadal tu jesteś.
W jego oczach pojawia się krótkie rozbawienie.
— Ostatnio jesteś dla mnie wyjątkowo niemiła.
— Ostatnio wyjątkowo sobie na to zasłużyłeś.
Chłopak wzdycha ciężko, ale nie kontynuuje rozmowy.
Po kilku kolejnych krokach wychodzimy spomiędzy drzew. Wzgórze okazuje się bardziej odsłonięte, niż sobie wyobrażałam. Wysoka trawa porusza się na wietrze, a nad nami rozciąga się czyste, jasne niebo. Na środku łąki połyskują drobne kwiaty i zioła, po które tu przyszliśmy. Przez jedną krótką chwilę wszystko wygląda niemal sielankowo.
Czuję nieprzyjemny dreszcz na karku. Powietrze zmienia się nagle, jakby ktoś jednym ruchem wchłonął z niego ciepło. Światło blednie. Unoszę głowę dokładnie w chwili, w której nad wzgórzem rozlega się głuchy trzask, a sekundę później z nieba spada pierwszy lodowy pocisk. Potem drugi. Trzeci.
— Schodzimy w dół! — krzyczy ktoś z tyłu, ale jego głos niemal natychmiast zagłusza huk gradu uderzającego o ziemię.
To nie są zwykłe kulki lodu. Bryły są wielkie, ciężkie, wielkości piłek golfowych, a niektóre nawet większe. Spadają z taką siłą, że wbijają się w miękką ziemię i łamią źdźbła trawy. Lisa piszczy przeraźliwie, Vanessa zasłania głowę ramionami. Angelica zamiera na środku ścieżki, wyraźnie zszokowana.
I wtedy dzieje się coś, co nie powinno się wydarzyć.
Cassian mija ją bez słowa. Po prostu przechodzi obok, jakby wcale jej tam nie było, i staje przede mną, osłaniając mnie własnym ciałem. Jedną ręką przyciska moją głowę do swojego torsu, drugą zasłania moje ramiona, gdy grad zaczyna bębnić o jego plecy i barki.
Przez ułamek sekundy ogarnia mnie czysta, instynktowna ulga. Lodowe kule uderzają tak mocno, że bez tego za chwilę byłabym cała w siniakach. W następnej sekundzie przychodzi jednak wściekłość. Co on najlepszego wyprawia?! To nie tak miało wyglądać. Miał podejść do Angelicy, zasłonić właśnie ją. Miał rozpocząć swoją wielką romantyczną historię i zniknąć z mojego życia, najlepiej na zawsze. Tymczasem znowu wszystko psuje.
— Cassian! — warczę, próbując odepchnąć go od siebie. — Co ty robisz?!
Nie odpowiada. Zaciska tylko mocniej dłoń na moim ramieniu.
— Zejdźmy niżej — rzuca krótko, pochylając się nade mną.
Kolejna bryła lodu uderza go w łopatkę z taką siłą, że aż słyszę głuchy odgłos. Krzywię się mimowolnie. Jest irytujący, zarozumiały i zdecydowanie zbyt uparty, ale nawet ja nie jestem aż tak okropna, żeby życzyć mu roztrzaskanego barku.
Wokół nas wybucha panika. Lisa i Vanessa, jeszcze chwilę temu tak pewne siebie, niemal zbiegają ze wzgórza, ślizgając się na mokrej trawie. Angelica wreszcie się otrząsa i rusza za nimi, osłaniając głowę rękami.
— Do lasu! — krzyczy jeden z chłopaków. — Szybko!
Cassian nie czeka, aż sama podejmę decyzję. Chwyta mnie za nadgarstek i niemal siłą ciągnie w dół zbocza. Buty ślizgają mi się na wilgotnej ziemi, grad odbija się od kamieni, gałęzi i naszych ramion, a zimne powietrze tnie skórę jak noże.
— Puść mnie! — syczę, próbując wyrwać rękę.
— Przestań się szarpać — odpowiada lodowato. — Chyba nie chcesz tu zostać.
Nienawidzę, kiedy ma rację.
Schodzimy ze wzgórza niemal biegiem. Kiedy wpadamy między drzewa, uderzenia lodu wreszcie słabną, bo gęste gałęzie przejmują na siebie większość gradu. Wciąż jednak słyszę dudnienie nad głową i trzask łamanych pędów. Wszyscy zatrzymujemy się dopiero kilkanaście metrów w głąb lasu, zdyszani i przemoczeni.
David opiera dłonie o kolana, próbując złapać oddech. Lissa trzęsie się z zimna. Vanessa wygląda tak, jakby miała się zaraz rozpłakać. Angelica stoi kawałek dalej, blada i oszołomiona, z mokrymi włosami przyklejonymi do policzków. A ja wciąż czuję na ramionach dłonie Cassiana. Strząsam je z siebie gwałtownie i od razu robię krok w tył.
— Nie musiałeś tego robić — rzucam ostro.
Jego brwi unoszą się lekko, jakby naprawdę nie rozumiał, o co mi chodzi.
— Wolałabyś oberwać w głowę?
— Wolałabym, żebyś przestał zachowywać się dziwnie.
Przez moment patrzy na mnie w milczeniu. Krople deszczu i roztopionego lodu spływają po jego włosach i karku. Na ciemnej tkaninie swetra widzę mokre ślady i kilka jaśniejących miejsc po silniejszych uderzeniach gradu.
— Ratuję ci skórę, Lili — mówi w końcu chłodno. — To naprawdę takie straszne?
Tak, bo niszczysz fabułę, myślę z rozpaczą. Zamiast tego przewracam tylko oczami i odwracam się od niego. Nerwowo przeczesuję włosy palcami, próbując uspokoić oddech. To bez sensu. Kompletnie bez sensu. Angelica stoi kilka kroków od nas, sama, przemarznięta i wyraźnie przybita, a Cassian nawet nie zaszczycił jej dłuższym spojrzeniem. Co jest z tobą nie tak? — pytam go w myślach z narastającą frustracją.
— Nic ci nie jest? — słyszę obok cichy głos.
Odwracam głowę i widzę Angelicę. Podeszła bliżej, ostrożnie, jakby nie była pewna, czy może. Mimo wszystko uśmiecha się do mnie blado.
— Nie — odpowiadam automatycznie, po czym wzdycham. — To znaczy… nic poważnego.
— Dziękuję — mówi cicho. — Za to wcześniej. Na ścieżce.
Przez chwilę tylko na nią patrzę. W książce wszystko było prostsze. Angelica miała być główną bohaterką, Cassian jej wielką miłością, a ja tłem, które można było bez żalu odsunąć na bok. Tymczasem teraz główna bohaterka stoi przede mną zmarznięta i samotna, a mężczyzna, który powinien się wokół niej kręcić, patrzy tylko na mnie. To zaczyna być naprawdę niepokojące.
— Nie ma za co — odpowiadam w końcu.
Gdzieś nad nami grad powoli słabnie, choć wiatr wciąż szumi w koronach drzew. Lisa i Vanessa milczą, najwyraźniej zbyt zziębnięte, żeby dalej kogokolwiek obrażać. Cassian stoi oparty o pień drzewa i obserwuje mnie z tą swoją irytującą, zbyt uważną miną. Nie podoba mi się to. Ani trochę. Bo jeśli nawet ta scena się zmieniła, to co jeszcze się zmieni? I jak niby mam doprowadzić do właściwego zakończenia, skoro główny bohater uparł się zachowywać dokładnie odwrotnie, niż powinien?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Dwa miesiące minęły mi jak we śnie. Jestem dokładnie w tym punkcie, w którym chciałam się znaleźć. Kiedy wychodzimy z kinowej sali, Asher, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, szuka swoją dłonią mojej dłoni i bierze mnie za rękę. Jestem tak szczęśliwa, że nie potrafię opisać tego słowami. Uśmiecham się do niego promiennie, a potem odwracam wzrok ku Sarze, która idzie tuż obok Nathana, żywiołowo komentując obejrzany przez nas film.
Chwilę później moje przedramię obejmuje Angelica, która po przygodzie w lesie tak mocno się do mnie przykleiła, że nie miałam serca jej odrzucić. Poza tym musiałam jakoś pchnąć ją w ramiona Cassiana, który w oryginalnej fabule wielokrotnie ratował jej życie. Wyglądało na to, że mój plan działa, bo coraz częściej ze sobą rozmawiali. Teraz natomiast byliśmy na czymś w rodzaju potrójnej randki i chociaż zdecydowanie wolałabym być sam na sam z Asherem, to cieszyłam się, że tak szybko udało mi się poznać nowych przyjaciół.
Cassian idzie kilka kroków za nami i nawet nie próbuje udawać, że dobrze się bawi. Im dłużej słucham śmiechu Sary i Angelicy, tym bardziej czuję na plecach jego spojrzenie. Angelica coraz częściej pojawia się obok niego, rozmawiają ze sobą, a jednak z jakiegoś powodu Cassian wygląda tak, jakby ktoś kazał mu iść na własną egzekucję.
W pewnym momencie Sara przyspiesza razem z Nathanem, bo oboje zaczynają się spierać o zakończenie filmu, a Angelica natychmiast do nich dołącza, żywo gestykulując. Zanim się orientuję, zostaję kilka kroków za nimi. Gdy jego telefon zaczyna wibrować, Asher przeprasza i zostaje w tyle, żeby go odebrać. Dokładnie wtedy Cassian zrównuje się ze mną.
— Świetny plan — mruczy chłodno. — Naprawdę subtelny.
Odwracam głowę w jego stronę z niewinną miną.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
— Oczywiście, że masz. — Jego głos jest cichy, ale wyraźnie napięty. — Od tygodni próbujesz wepchnąć mnie Angelice pod nos.
— „Wepchnąć” to bardzo brzydkie słowo — zauważam. — Ja po prostu tworzę wam okazje do rozmowy. Powinieneś mi podziękować.
Cassian prycha pod nosem.
— Za co?
Patrzę przed siebie, na jasne włosy Angelicy poruszane przez wiatr. Jest naprawdę śliczna. Miła, delikatna, urocza. Dokładnie w jego typie. Wyglądaliby razem jak żywcem wyjęci z okładki książki… dokładnie tak, jak powinno być.
— Za to, że jest idealna — odpowiadam z przekonaniem. — Ładna, sympatyczna, urocza, wszyscy ją lubią. To chyba dobrze?
— Nie obchodzi mnie, jaka jest Angelica.
Patrzę na niego podejrzliwie.
— To dość niewdzięczne, biorąc pod uwagę, że ciągle próbuje z tobą rozmawiać.
— A ciebie od kiedy obchodzi moje życie uczuciowe?
Od kiedy niszczysz mi fabułę — myślę z irytacją.
— Chyba nie zaprzeczysz, że do siebie pasujecie — uśmiecham się do niego niewinnie.
Cassian zatrzymuje się na moment, więc mimowolnie też zwalniam. Kiedy na niego patrzę, widzę, że jego twarz tężeje.
— Ty naprawdę nie rozumiesz, prawda? — pyta.
— Czego?
— Niczego.
Och, cudownie. Znowu ten jego ton, jakby był jedyną osobą w promieniu pięciu kilometrów obdarzoną mózgiem.
— W takim razie oświeć mnie — proponuję chłodno.
Zamiast odpowiedzieć, tylko kręci głową i rusza dalej. Przez chwilę idziemy obok siebie w milczeniu. Wieczorne powietrze staje się coraz chłodniejsze, a wiatr znad jeziora wciska się pod cienki materiał mojego ubrania. Drżę lekko, czego oczywiście Cassian nie może przeoczyć. Bez słowa zsuwa z ramion kurtkę.
— Weź — mówi krótko, wyciągając ją w moją stronę.
Patrzę na niego podejrzliwie. Serio? Znowu?
— Nie trzeba…
Nie kończę, bo nagle obok mnie pojawia się Asher. Nawet nie wiem, kiedy skończył rozmawiać przez telefon. Po prostu tu jest, jak zawsze cichy, spokojny i opanowany. Nie patrząc nawet na Cassiana, ściąga przez głowę swoją ciemną bluzę i zarzuca mi ją na ramiona.
Zamieram.
Materiał jest jeszcze ciepły od jego ciała i pachnie delikatnie nim samym, czymś czystym, chłodnym i znajomym. Serce natychmiast zaczyna mi bić szybciej.
— Załóż — mówi cicho.
Cassian wciąż stoi obok z wyciągniętą kurtką. Przez moment nikt się nie odzywa. Atmosfera robi się tak napięta, że aż prawie słyszę, jak Angelica i Sara przestają na chwilę rozmawiać, chociaż są kilka kroków przed nami.
Posłusznie wsuwam ręce w rękawy bluzy Ashera. Jest na mnie za duża, więc materiał sięga mi prawie do połowy dłoni. Czuję się absurdalnie szczęśliwa.
— Dziękuję — mówię, zbyt miękko, żeby dało się to uznać za przypadek.
Asher tylko lekko kiwa głową. Cassian patrzy na nas chwilę w milczeniu, a potem powoli opuszcza rękę z kurtką.
— Jasne — rzuca chłodno. — Widzę, że problem sam się rozwiązał.
Och, biedaku, naprawdę prawie mi przykro. Wciąż nie potrafię zapomnieć mu tego, jak paskudnie traktował oryginalną Lilien. Nie mam też pojęcia, co tak na dobrą sprawę wywołało w nim taką zmianę…
— Mówiłam, że nie trzeba — przypominam mu bez większego współczucia.
Jego spojrzenie przesuwa się po mojej twarzy, potem zatrzymuje na bluzie Ashera. Przez moment mam wrażenie, że zaraz powie coś naprawdę nieprzyjemnego. Ostatecznie jednak tylko zakłada kurtkę z powrotem i wyprzedza nas bez słowa.
Angelica natychmiast odwraca się w jego stronę.
— Wszystko w porządku? — pyta ostrożnie.
— Idealnie — odpowiada z tak wyraźnym chłodem, że nawet ona wygląda na zbitą z tropu.
Nathan zerka na Sarę, Sara na mnie, a ja wzruszam ramionami z miną niewiniątka. Asher staje tuż obok, ponownie biorąc mnie za rękę. Mam ochotę mruczeć z radości.
Po kilku minutach docieramy do restauracji. To eleganckie miejsce z dużymi oknami wychodzącymi na rozświetloną ulicę i ciepłym, złotym światłem wewnątrz. Kiedy tylko wchodzimy do środka, uderza we mnie przyjemne ciepło. Od razu robi mi się lepiej.
Hostessa prowadzi nas do stolika dla sześciu osób przy oknie. Nathan naturalnie siada obok Sary, Angelica waha się tylko odrobinę, zanim zajmie miejsce naprzeciwko Cassiana. Ja nawet nie próbuję ukrywać, że chcę usiąść przy Asherze, więc kiedy chłopak odsuwa mi krzesło obok siebie, czuję się tak, jakbym właśnie wygrała los na loterii.
Cassian opada na swoje miejsce z miną człowieka skazanego na wielogodzinne cierpienie.
Sara zerka na mnie znacząco, a potem na bluzę Ashera, którą wciąż mam na sobie. Niech tylko spróbuje się uśmiechnąć, a uduszę ją gołymi rękami.
— To był naprawdę dobry film — mówi Nathan, najwyraźniej próbując uratować atmosferę.
— Poza zakończeniem — odpowiada Sara od razu. — Było okropnie niesprawiedliwe.
— Właśnie dlatego było dobre — upiera się Nathan.
Angelica włącza się do rozmowy, a po chwili nawet Cassian rzuca jakieś krótkie, cierpkie zdanie. Ja jednak ledwo ich słyszę. Siedzę obok Ashera, w jego bluzie, w restauracji, do której przyszliśmy razem, i naprawdę niewiele więcej potrzeba mi do szczęścia.
No dobrze. Może jeszcze tylko tego, żeby Cassian wreszcie zakochał się w Angelice i przestał komplikować mi życie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Lilien jest naprawdę wspaniała. Im dłużej ją znam, tym bardziej nie potrafię zrozumieć, jak wcześniej mogłam bać się do niej odezwać. Jest odważna, szczera i ma w sobie coś, co sprawia, że obok niej wszystko wydaje się prostsze. Nawet kiedy milczy, trudno nie zwracać na nią uwagi. Potrafi wejść do pomieszczenia i wcale się nie narzucać, a mimo to i tak wszyscy zaczynają dostosowywać się do jej obecności.
To zabawne, ale Cassian najwyraźniej uważa podobnie. Przez większą część wieczoru właśnie o niej rozmawiamy, chociaż każde z nas robi to na swój sposób. Ja mówię o tym, jak dobrze potrafiła mnie pocieszyć w lesie i jak wiele razy stawała w mojej obronie. On głównie milczy, lecz ilekroć wypowiadam jej imię, jego spojrzenie mimowolnie przesuwa się w stronę dziewczyny, po czym natychmiast łagodnieje. Trudno tego nie zauważyć.
Początkowo wydaje mi się, że tylko mi się to przywidziało, ale potem zaczynam dostrzegać kolejne szczegóły. Gdy kelner przynosi menu, Cassian wyciąga rękę, najwyraźniej chcąc odsunąć Lilien krzesło, jednak Asher robi to sekundę wcześniej, bez słowa i z tą swoją chłodną, niemal obojętną miną. Cassian cofa dłoń, jakby nic się nie stało, ale jego szczęka napina się wyraźnie. Chwilę później Lilien wspomina, że chciałaby się napić czegoś ciepłego, bo wciąż jest jej trochę zimno. Cassian natychmiast podnosi wzrok, lecz Asher już sięga po kartę i spokojnie pyta, czy woli herbatę czy gorącą czekoladę.
Nawet Nathan to widzi. Sara chyba też, bo co jakiś czas zerka to na jednego, to na drugiego z miną osoby, która jednocześnie chce się śmiać i boi się odezwać.
Najbardziej zdumiewa mnie jednak Lilien. Przy Asherze mięknie, chociaż stara się tego nie pokazywać. Patrzy na niego inaczej niż na pozostałych, uważniej, cieplej, jakby sam jego głos wystarczał, by poprawić jej humor. Z Cassianem jest odwrotnie. Każde jego słowo zderza się z chłodem, złośliwością albo obojętnością.
Nie pasuje mi to do plotek, które od początku słyszałam w szkole. Jeszcze dwa miesiące temu podobno cały świat Lilien kręcił się wokół Cassiana. Dziewczyny mówiły o tym z irytacją, chłopcy z pobłażliwym rozbawieniem, a nauczyciele chyba po prostu przyzwyczaili się do tego widoku. Trudno więc nie zastanawiać się, co właściwie się stało. Tym bardziej, że on wcale nie zachowuje się jak ktoś, komu jest wszystko jedno. Wręcz przeciwnie.
Kiedy kelner przynosi nasze zamówienia, Cassian bez wahania sięga po kartę.
— Ja zapłacę — rzuca tonem człowieka, który jest przyzwyczajony, że nikt z nim nie dyskutuje.
— Nie — odpowiada Lilien od razu.
Jej głos jest spokojny, ale stanowczy. Cassian unosi wzrok, jakby sądził, że się przesłyszał.
— To tylko kolacja.
— Właśnie dlatego nie musisz za nią płacić — ucina.
Przez chwilę wydaje mi się, że zaraz się pokłócą, ale wtedy Asher spokojnie kładzie na stoliku własną kartę.
— Ja zapłacę za nas — mówi cicho.
Cassian patrzy na niego tak, jakby najchętniej wyrzucił go przez okno. Lilien obraca głowę ku Asherowi i momentalnie mięknie.
— Nie musisz.
— Wiem — odpowiada tylko.
To wystarcza, żeby się zarumieniła. Patrzę na nią z zachwytem. Gdybym była chłopakiem, chyba też bym się w niej zakochała.
Cassian opiera się o krzesło i przez moment wygląda tak, jakby brakowało mu słów. To chyba pierwszy raz, kiedy naprawdę widzę go bez tej jego niezachwianej pewności siebie. Nadal jest przystojny, nadal skupia uwagę całego stolika, ale pod tym wszystkim tli się coś znacznie mniej efektownego. Frustracja. Bezsilność. Zazdrość tak wyraźna, że niemal namacalna.
Nie jestem głupia. Widzę rywalizację, nawet jeśli żaden z nich nie nazwie jej po imieniu. Cassian nie potrafi przestać patrzeć na Lilien. Asher z kolei prawie się nie odzywa, lecz ani na chwilę nie traci czujności. Kiedy Lilien odkłada widelec, obaj niemal równocześnie pytają, czy nie chce czegoś jeszcze. Gdy kelner przynosi wodę, Cassian sięga po butelkę, ale Asher nalewa jej pierwszy. To wszystko są drobiazgi, prawie nic nie znaczące, a jednak, jestem pewna, że znaczą naprawdę dużo.
Przez dłuższą chwilę próbuję sobie wmówić, że może źle to odczytuję. Później jednak Lilien wychodzi na moment do łazienki, Sara i Nathan natychmiast zaczynają się o coś cicho sprzeczać, a przy stole zapada krótka, dziwna cisza. Wykorzystuję ją, zanim zdążę się rozmyślić.
— Mogę cię o coś zapytać? — zwracam się do Cassiana.
Patrzy na mnie bez większego zainteresowania.
— Już pytasz.
Nie zrażam się jego tonem.
— Czemu ona tak bardzo próbuje cię odepchnąć? — Na moment nieruchomieje. Nawet Asher podnosi wzrok znad szklanki. — Skoro jeszcze niedawno byłeś dla niej całym światem… — dodaję ostrożniej.
Cassian przez chwilę nic nie mówi. Patrzy w blat stołu, obracając w palcach widelec, jakby to pytanie go zirytowało, ale nie w sposób, którego się spodziewałam. Nie wygląda na wściekłego. Raczej na zmęczonego.
— Nawaliłem — odpowiada w końcu.
Jego głos jest cichszy niż zwykle. Patrzę na niego pytająco.
— Co to znaczy?
Uśmiecha się bez cienia wesołości.
— Dokładnie to, co słyszysz. — Unosi wzrok i po raz pierwszy od początku wieczoru widzę w nim coś całkowicie szczerego. — Byłem idiotą. Przyzwyczaiłem się, że zawsze będzie obok. Nie doceniałem jej, kiedy powinienem.
Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
— I co teraz? — pytam ciszej.
Cassian odchyla się lekko na krześle, ale jego spojrzenie mimowolnie znów wędruje ku pustemu miejscu Lilien.
— Teraz zrobię wszystko, żeby to naprawić.
To nie brzmi jak przechwałka. Nie ma w tym ani odrobiny jego zwykłej lekkości. Mówi to tak, jakby składał przysięgę.
Przez moment nie wiem, co odpowiedzieć. Spodziewałam się może żartu, może wzruszenia ramionami, może czegoś aroganckiego. Zamiast tego dostałam wyznanie, którego chyba nie chciał wypowiadać na głos.
Asher tego nie komentuje. Wcale nie musi. Kiedy zerkam w jego stronę, od razu rozumiem, że słyszał każde słowo. Jego twarz pozostaje spokojna, lecz w oczach ma ten sam chłód, który pojawia się u niego wówczas, gdy coś uzna za zagrożenie.
Właśnie wtedy Lilien wraca do stolika. Prostuje ramiona, jakby wyczuła napięcie, choć nikt się nie odezwał. Siada obok Ashera, a on niemal niezauważalnie przysuwa ku niej szklankę z wodą. Cassian obserwuje ten gest z taką miną, że nagle zaczynam rozumieć znacznie więcej, niż powinnam.
To nie jest zwykły konflikt. Sytuacja wcale nie wygląda tak, jakby Lilien po prostu znudziła się dawną sympatią. Cassian patrzy na nią jak ktoś, kto zorientował się za późno, że właśnie stracił coś naprawdę ważnego. Asher z kolei zachowuje się jak człowiek, który doskonale wie, czego chce.
Przesuwam wzrok z jednego na drugiego, a potem na Lilien, która niczego nieświadoma poprawia rękaw bluzy Ashera i pyta Sarę, czy spróbuje jej deseru.
Dociera do mnie, że obaj kompletnie stracili dla niej głowę.