Rozdział 2 – Muzyka Duszy
by VickySam nie był pewien, jak to sie stało, ale kiedy tylko ujrzał jej drobną postać, złość natychmiast odpłynęła, zastąpiona rozbawieniem i pożądaniem. To była młoda dziewczyna, niemalże jeszcze dziecko. Miała prawo marzyć, zdecydowanie miała też prawo się go bać. Złapał się na tym, że patrzy z zachwytem, na jej złociste, rozsypujące się po poduszce włosy. Z całych sił starał się nad sobą zapanować, co wcale nie było łatwe. Podniósł ją i delikatnie rozwiązał sznurowanie jej sukni. Zsunął z dziewczyny pięknie zdobioną szatę. Tym razem nie protestowała. Zdjął własną koszulę, zostając teraz w samych, czarnych spodniach. Położył się obok niej, podpierając głowę na łokciu. Patrzył na nią. Ona również nie odrywała od niego wzroku. Nieśmiało wyciągnęła dłoń, dotykając jego twardych, wyrobionych mięśni. Zupełnie wyleciało mu z głowy, to, że jeszcze tak niedawno w jakiś wyszukany sposób, chciał ukarać krnąbrną dziewczynę.
– Jesteś piękna – powiedział zupełnie szczerze.
Jej blade policzki cudownie się zaróżowiły. Przywodziła teraz na myśl, rozwijający się kwiat. Przysunęła się do niego bliżej, zawstydzona wtulając twarz w jego odsłonięty tors. Twardymi dłońmi zaczął delikatnie błądzić po jej plecach. Wdychał cudowny, upojny zapach jej włosów. Powoli zaczął zsuwać z dziewczyny bieliznę. Po chwili leżała przy nim, zupełnie naga, ukrywając zawstydzoną twarz w jego ramionach. Rozkoszował się widokiem jej smukłego ciała, jednocześnie leciutko przesuwając po nim palcami. Poczuł jak królewna wstrzymuje oddech, kiedy dotknął jej intymnego miejsca. Słyszał jak szybko bije jej serce. Teraz wcale nie był już pewien, czy nawet gdyby chciał, to potrafiłby ją skrzywdzić. Była taka krucha i delikatna… Przez kilkanaście kolejnych minut kontynuował swoją wędrówkę, starannie badając jej ciało. Potem łagodnie ujął dłoń dziewczyny, prowadząc ją na rysującą się w jego spodniach wypukłość. Zadrżał, kiedy ją tam położyła. Był pewien, że dużo dłużej tego nie wytrzyma. Zsunął swoje czarne spodnie, odrzucając je niedbale na podłogę.
– Nie bój się – uspokoił ją cicho.
Przesunął poddającą się posłusznie jego działaniom królewnę, odrobinę wyżej, łagodnie całując jej usta. Nieśmiało odwzajemniła jego pocałunek. Poczuł jak jego sztywny członek ociera się o jej gładkie udo. Własne pożądanie sprawiało mu niemal fizyczny ból. Nie przestając całować, wsunął palec między jej nogi. Zachłysnęła się powietrzem. Zmusił ją, żeby skupiła się na całowaniu. Zaskoczyło go, jak bardzo była wilgotna. Richard wiedział, że jest na granicy wytrzymałości. Przesunął się tak, że teraz znalazł się dokładnie nad dziewczyną. Patrzyła na niego przestraszonym, ale jednocześnie pełnym niepokojącego uwielbienia wzrokiem. Wszedł w nią łagodnie, powoli. W przeciwieństwie do królewny, teorię znał doskonale, widział setki pięknych, nagich kobiet, tylko żadna jeszcze nie działała na jego ciało. Żadna, oprócz Dannae. W oczach dziewczyny zobaczył łzy. Na chwilę przestał się poruszać. Wiele go to kosztowało.
– Obejmij mnie, mocno – rozkazał.
Królewna posłuchała, oplatając szczupłymi ramionami jego plecy. Spojrzał w jej chabrowe oczy, a ona patrzyła bezpośrednio na niego. Poruszał się wolno, delikatnie, aż w końcu z jej oblicza zniknął cały ból. Słyszał jak od czasu do czasu wstrzymuje powietrze, jak czasami, mimo usilnych starań, nie wychodzi jej powstrzymywanie cichutkich westchnień i jęków. Sprawiało mu to satysfakcję, dodatkowo podniecało. W pewnym momencie poczuł, jak jej mięśnie zaciskają się na jego sztywnej męskości. To było cudowne, błogie uczucie. Sam także uwolnił teraz, długo wstrzymywany wytrysk, zalewając jej wnętrze ciepłym płynem. Wysunął się z niej po kilku kolejnych ruchach. Z rozbawieniem stwierdził, że jego członek wcale nie chce opaść, widział jednak, że dziewczyna ma już dość. Chciał odesłać ją do własnych komnat, ale ona skuliła się, jak kociak, wtulając ufnie w jego ramiona. Decyzją chwili uznał, że może zostać. Okrył swoją królewnę atłasową kołdrą. Otoczył ramionami jej barki. Podniosła wzrok, uśmiechając się do niego błogo.
– Dziękuję – wyszeptała.
– Śpij – mruknął, z dziwnym uczuciem, odwracając ją do siebie plecami.
Nie chciał, żeby widziała jego twarz. Wtuliła się w niego jeszcze bardziej, jakby od zawsze, idealnie tam pasowała. Było mu bardzo przyjemnie, kiedy tak tulił ją w swoich ramionach. Zamknęła oczy.
– Kocham cię Richardzie – wyszeptała sennie, a potem jej oddech się wyrównał i zapadła w miękki, przynoszący odpoczynek, sen.
Chłopak cały zesztywniał, nie wypuścił jednak dziewczyny z objęć. Jej słowa dźwięczały w jego umyśle, odbijając się coraz głośniejszym echem. Jak niewiele by w jej ustach znaczyły, nie pamiętał by je kiedykolwiek od kogoś usłyszał.
Zamek w Tenebres
Królewna Dannae obudziła się rano sama, w wielkim łożu. Przeciągnęła się rozkosznie. Ziewnęła. Wstała i przejrzała się w dużym, stojącym w rogu komnaty lustrze. Zarumieniła się na myśl, że Richard, kiedy wstawał, zobaczył ją taką potarganą. Jej suknia, równo złożona, wisiała na poręczy masywnego krzesła. Dannae przyjrzała się z niesmakiem, wiązaniom na jej plecach. Nie była do końca pewna, jak ma sobie poradzić, bez żadnej pokojówki. Włożyła zdobioną suknię, nie zawiązując jej do końca, mając szczerą nadzieję, że może jakimś cudem nikogo, po drodze do swoich komnat nie spotka. Rozpuściła potargane włosy i po cichu wymknęła się z pokoju.
Tego dnia szczęście najwyraźniej dopisywało królewnie, ponieważ nieniepokojona przez nikogo dotarła do swoich komnat. W drzwiach jednak stanęła zaskoczona. Po jej prywatnym salonie krzątała się jakaś odziana w prostą, szarą, wełnianą sukienkę, srogo wyglądająca, starsza kobieta. Były tam też dwie, wyraźnie zdenerwowane pokojówki. Niewiasta natychmiast ruszyła w jej stronę, rzucając jedynie okiem na jej rozwiązaną z tyłu suknię.
– Przygotujcie kąpiel, szybko – zwróciła się do pokojówek – a ja ją obejrzę.
Dannae spojrzała pytająco. O co im wszystkim chodziło? Kobieta bez zbędnych tłumaczeń pomogła jej ściągnąć wygniecioną suknię. Królewna stanęła przed nią, w samej, delikatnej bieliźnie, zasłaniając się kurtyną z jasnych włosów, a ona zaczęła ze wszystkich stron oglądać jej ciało, przez cały czas mrucząc pod nosem, jakie to z niej biedactwo. Chwilę później dołączyła do nich druga, odziana w jasnozieloną suknię. Była pulchna i miała szczerą, serdeczną twarz.
– Przybyłam najszybciej jak sie dało – oznajmiła jeszcze w progu. – Och, dziecino, nic ci nie jest? – zapytała zwracając się bezpośrednio do Dannae. – Nazywam się Maris i jestem uzdrowicielką.
Królewna dalej nie wiedziała o co chodzi, a obie kobiety, z coraz bardziej zdziwionymi obliczami, oglądały ją, jakby była cudem natury.
– Nie ma na niej ani kropli krwi, nawet tej, która tam powinna być – oznajmiła niedowierzającym głosem ta w szarej sukni.
Dannae spojrzała na nią zbita z tropu. Może one także myślały, że uchyla się od swoich małżeńskich obowiązków? Przypomniała sobie, że rzeczywiście, kiedy zasypiała, uda miała delikatnie ubrudzone krwią, pościel również. Rano jednak była zupełnie czysta i leżała na świeżym, białym prześcieradle. Pamiętała także delikatny dotyk, swojego nowego męża.
– Richard mnie rano umył – wyjaśniła zaskoczonym kobietom. – Potem gdzieś wyszedł, a ja jeszcze spałam.
– Spałaś u niego? – spytała niedowierzająco Maris. – Przez całą noc?
Królewna skinęła głową, ta rozmowa zaczynała ją coraz bardziej krępować. Przecież, skoro był jej mężem, to co w tym dziwnego, że u niego spała?
– Skrzywdził cię w jakiś sposób? – upewniła się szczupła kobieta w szarej sukni.
– Był dla mnie bardzo miły… – powiedziała niewiele rozumiejąca z ich zatroskanych głosów Dannae. – Dlaczego o to pytacie?
– Bogom niech będą dzięki – wyszeptała Maris, dla pewności jeszcze raz starannie oglądając dziewczynę. – Co prawda to było dziesięć lat temu, ale ostatnia z dziewczyn ledwo co przeżyła, kiedy nasz pan postanowił ją sobie wziąć do łóżka.
– Jak to? – spytała lekko zaniepokojona królewna.
O czym one mówią? Przecież dziesięć lat temu, Richard musiał być jeszcze dzieckiem.
– Pobił ją niemal na śmierć – przyznała kobieta w szarej sukni.
Dannae nie uwierzyła. Nie chciała im wierzyć. Większość legend o jej mężu okazało się do tej pory zwykłą bzdurą, bajką na dobranoc, żeby straszyć nieposłuszne dzieci. Richard był cudowny, był jej marzeniem i przez te kilka dni znajomości udowodnił, że jest wart tego, by całym swoim dziewczęcym sercem, go pokochała.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Już w pierwszym tygodniu swojego pobytu na zamku, królewna Dannae była dosłownie wszędzie. Na początku starała sie spędzać jak najwięcej czasu z Richardem, ale potem zrozumiała, że mu po prostu przeszkadza i z wdzięcznością brała wszystko to, co jej dawał, a pozostałe godziny dnia dzieliła między pałacową służbę, a damy dworu. Kiedy wraz z orszakiem przyjechała April, świat Dannae stał się tylko jeszcze weselszy. Ponieważ traktowała wszystkich uprzejmie, dla każdego znajdując równie pogodny uśmiech, mieszkańcy zamku, bardzo szybko ochrzcili dziewczynę swoim Słoneczkiem. Dla tego posępnego, ponurego zamku, była jak powiew świeżości, tęcza czy jasny promień słońca. Od czasu do czasu, za plecami słyszała szepty o tym jaka jest biedna, ponieważ musiała zostać żoną Richarda. Mimo, że tęskniła za domem, ona sama uważała, że nic lepszego w życiu nie mogło jej spotkać.
Bardzo szybko osiągnęła zamierzony cel. Służba przestała się jej bać, nie patrzyli na nią już tak surowo i ponuro. Zaprzyjaźniła się nawet z kobietą w szarej sukni, jak się później dowiedziała, panną Morn. Tego ranka postanowiła wybrać się na konną przejażdżkę. Tęskniła za wiatrem we włosach, a także za swoją prześliczną klaczą, Carminą. Ponieważ April nie jeździła zbyt dobrze, a ona nie chciała męczyć przyjaciółki, do stajni poszła sama. Mimo rodzącej się w niej niecierpliwości, pozwoliła by chłopcy stajenni osiodłali jej jabłkowitą piękność. Zaskoczona jednak zauważyła, że wyprowadzają ją na maneż.
– Chciałam jechać do lasu – odezwała się cicho, podchodząc do zarządcy stajni.
Mężczyzna odrobinę pobladł.
– Nie mogę na to pozwolić, lady – odezwał się ponuro. – Dama bez odpowiedniego towarzystwa nie powinna sama opuszczać murów zamku.
Dannae spojrzała na niego skonsternowana. Jej rodzinne królestwo, Hanaji, było na tyle małe, że całe mogła przejechać w ciągu dwóch dni i to wcale nie korzystając z magicznych portali. Właściwie to nawet często robiła sobie takie wycieczki, zatrzymując się na noc w zaprzyjaźnionych posiadłościach. Jak jednak ma wytrzymać, jeżeli tutaj ma jeździć jedynie po padoku? Nie chciała narobić mężczyźnie problemów.
– Jakie to musiałoby być towarzystwo? – zapytała uprzejmym głosem.
– Ja chętnie eskortuję, piękną panią – Dannae usłyszała dobiegający zza jej pleców przyjemny tenor.
Odwróciła się by spojrzeć na dosiadającego smukłej, kasztanowej klaczy młodzieńca. Nie mógł być wiele starszy od niej. Uśmiechał się pogodnie, a w jego karmelowych oczach widziała psotne iskierki radości.
– Czy to odpowiednie towarzystwo? – upewniła się na wszelki wypadek królewna.
Zarządca ochoczo skinął głową, cudownie wyswobodzony z problemu przed którym stanął.
– To najmłodszy syn markiza Roscoe, Patrick, jak najbardziej nadaje się na towarzysza lady.
Dannae odwzajemniła pogodny uśmiech chłopaka, marząc już tylko o tym, by wraz z wiatrem, popędzić przez jakąś łąkę.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Dzień był piękny i słoneczny, ale nie gorący, ponieważ wiał lekki wiatr. Oprócz błękitnego nieba, Dannae niczego do szczęścia nie potrzebowała. Kiedy tylko wyjechali za bramę miasta, królewna puściła się pełnym galopem. Wyraźnie skonsternowany Patrick przez chwilę stał zaskoczony, nie reagując, a potem pogalopował za nią. Kiedy dotarła na skraj sosnowego lasu, królewna poczuła drobne wyrzuty sumienia.
– Spokojnie Carmina, zwolnij – odezwała się do jabłkowitej klaczy, łagodnie ściągając wodze.
Odwróciła się w siodle, czekając na goniącego ją chłopaka.
– Nie dziwię się, że nie chciał cię wypuścić – mruknął bezceremonialnie lekko zdyszany Patrick, kiedy wreszcie do niej dotarł.
Dannae roześmiała się dźwięcznie.
– Przepraszam – oznajmiła bez cienia skruchy.
Dalej pojechali już spokojnie, zagłębiając się w cudownie pachnący, iglasty las.
– Czy będzie mi dane poznać twoje imię, skoro ty moje już znasz? – spytał po dłuższej chwili milczenia, odrobinę naburmuszony chłopak.
– Jestem Dannae – odpowiedziała po prostu królewna.
– Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem – przyznał Patrick.
Dziewczyna skinęła głową.
– To dlatego, że kilka tygodni temu przyjechałam do Mayonaki z Królestwa Hanaji – odparła wesoło.
– Ja wczoraj wróciłem z akademii w Moringdale – oznajmił leniwym głosem chłopak. – I pierwsze co musiałem zrobić, to natknąć się na taką nieokrzesaną diablicę – westchnął teatralnie Patrick.
Królewna obdarzyła go radosnym uśmiechem. Nabrała już pewności, że go polubi. Rozmowa tak ich pochłonęła, że nawet nie zauważyli, kiedy zaczęło się ściemniać. Przy stajni Dannae pożegnała się z chłopakiem, umawiając się z nim, na następną przejażdżkę, a potem popędziła kamiennymi schodami w głąb zamku. Była już spóźniona. Mimo, że sama sobie wyznaczała pory, to bardzo chciała się ich trzymać. Przez całą drogę myślała o ironicznie uśmiechniętym, ciągle żartującym Patricku. Życie czasami potrafiło cudownie zaskakiwać!
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Richard rozparł się wygodnie w skórzanym fotelu. Próbował się skupić na trzymanej w rękach książce. Nie potrafił. Siedząca u jego stóp Dannae, wyglądała wręcz zjawiskowo. Aksamitna, ciemnozielona suknia, z szerokimi rękawami, rozpływała się po dywanie. W złotych włosach odbijały się promienie zachodzącego słońca. Spędzała w jego towarzystwie całe godziny. Przychodziła tak często, jak tylko się dało, siadając cichutko u jego stóp, a to haftując, jak przystało na damę z dobrego towarzystwa, a to czytając jakąś powieść lub wiersze. Richard nie miał pojęcia dlaczego królewna to robi. Nie wiedział też czy bardziej go irytują czy cieszą jej wieczorne wizyty. W końcu podniosła na niego wzrok, ale milczała. Bardzo szybko nauczyła się jak go swoją obecnością nie złościć.
– Słucham? – odezwał się pierwszy, wiedząc, że ona tego nie zrobi, dopóki wyraźnie się nie upewni, że nie jest już zajęty.
– Różany dom, przy wschodniej ścianie zamku stoi pusty, pomyślałam więc, że może po małym remoncie… – zaczęła, ale on nie pozwolił jej dokończyć.
Dannae miała setki niewielkich, nieszkodliwych próśb, a każda jego zgoda, sprawiała jej niewysłowioną radość. Dodatkowo dostarczała mu codziennej rozrywki, kiedy to jego oburzeni doradcy, przychodzili donieść mu co, tego dnia, zrobiła jego młodziutka żona.
– Rób sobie co chcesz – powiedział brutalnie jej przerywając.
Pożałował tych słów, zanim jeszcze do końca opuściły jego usta. W niebieskich oczach dziewczyny zatańczyły iskierki radości. Zerwała sie z dywanu, rzucając mu na szyję. Pocałowała go w szorstki policzek. Ślad po jej różowych ustach palił go żywym ogniem.
– Naprawdę? – upewniła się słodkim głosem.
– Naprawdę – westchnął zrezygnowany.
– Richardzie? – zapytała cicho.
– Mhm? – mruknął sadzając ją sobie na kolanach i przytulając do siebie stanowczo.
– Ile masz lat?
Roześmiał się. Ta dziewczyna uwielbiała go wyprowadzać z równowagi. To było dla niego nowe uczucie. Nikt inny by zwyczajnie nie śmiał, a nawet gdyby, nie pożyłby długo z tą świadomością. Granice jego wytrzymałości w stosunku do Dannae były znacznie szersze niż dla zwykłych ludzi.
– Trochę ponad dwieście – odpowiedział zgodnie z prawdą, zdając sobie z zaskoczeniem sprawę, że od ponad stu dwudziestu lat związany jest z Mayonaką.
Dziewczyna zamrugała, wcale się jednak od niego nie odsuwając. Nie tego się spodziewał.
– Jak to? – spytała.
Wzruszył ramionami.
– W moich żyłach płynie krew długowiecznych ras.
– Myślałam, że jesteś młodszy – przyznała zakręcając na palcu jasny kosmyk włosów. Przez chwilę myślała nad czymś skonsternowana, a Richard wpatrywał się w nią zaskoczony, jak szybko oswoiła się z tą informacją. – To jednak znaczy – odezwała się obdarzając go promiennym uśmiechem – że naprawdę chciałeś, żebym została twoją żoną. Nikt cię do tego nie zmusił.
Do tej pory to był drażliwy temat. Zdziwił się, zdając sobie sprawę, że teraz już nie jest.
– Można to tak ująć – stwierdził.
– Cudownie! – oznajmiła rozpromieniając się jeszcze bardziej. – Cały czas myślałam, że ktoś kazał ci się ze mną ożenić. – Po chwili znowu odrobinę posmutniała. – Ale to znaczy także, że były inne kobiety przede mną.
Richard z trudem powstrzymał się, żeby nie parsknąć śmiechem. Czyżby w jej śpiewnym głosie naprawdę wyczuł zazdrość? To nie pasowało do jego królewny. Rozparł się wygodnie w fotelu, a ona położyła mu głowę na ramieniu. Był ciekaw, co mu odpowie, jeśli wyzna jej prawdę.
– To nie było w moim wypadku możliwe – powiedział poważniejąc. – Moja krew jest w takim samym stopniu darem co i przekleństwem. Nie działają na mnie ludzkie kobiety, jak piękne by nie były. Ty jesteś jedyna. Mój doradca, Nataniel, uważa, że to dlatego, że wywodzisz się w prostej linii od Dalnejskiej księżniczki driad.
– Słyszałam tą legendę – przyznała cichutko Dannae. – Jak to dobrze, że tak jest! – oznajmiła entuzjastycznie. – Bo gdybym nie miała w sobie jej krwi, nie mogłabym zostać twoją żoną.
Tym razem nie wytrzymał. Roześmiał się. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio tyle się śmiał i czy w ogóle mu się to zdarzyło. Dopiero teraz, przy swojej młodziutkiej królewnie, naprawdę czuł, że żyje.
Różany Dom
Pogłoski o tym, co robi królewna Dannae, z każdym dniem stawały się coraz ciekawsze. Wszyscy mieszkańcy zamku ją kochali, natomiast rada i będący u władzy ludzie wręcz nienawidzili słodkiej dziewczyny. Angażowała się w każdą możliwą działalność społeczną, bawiła się z dziećmi, wstawiała za służbą, pomagała ludziom z miasta. W stolicy Mayonaki, Tenebres, takie zachowanie było nie do pomyślenia. Na początku Richarda bawiły skargi i protesty jego doradców, wkrótce jednak zaczęły go także irytować. Zastanawiało go, czemu tyle szumu robią, wobec tej niepozornej dziewczyny. W końcu ile ona może zrobić? Tego ranka wyszedł na pałacowy dziedziniec, żeby sam, na własne oczy, przekonać się o co im właściwie chodzi.
W ogrodzie, przy wschodniej ścianie zamkowego muru, działo się jakieś zamieszanie. Baron de Blois, niski człowiek o czerwonym obliczu, wrzeszczał na kogoś, jednocześnie próbując rozkazywać skonsternowanym strażnikom. Odziani w kolczugi mężczyźni, wyraźnie wahali się co powinni zrobić. Richard podszedł bliżej, mając nadzieję, że zrozumie cokolwiek z tego dziwnego zamieszania. Ręce same zacisnęły mu się w pięści, kiedy zobaczył na kogo krzyczy rozwścieczony baron. Królewna odwróciła ku niemu wzrok. W jej chabrowych oczach lśniły łzy. Zgrabnie wyminęła strażników i biegiem, który zupełnie nie przystoi damie, rzuciła się w jego objęcia.
– Och Richardzie! Jak dobrze, że jesteś – wyszeptała, wtulona w jego tors, mocząc mu łzami ozdobną tunikę.
– O co chodzi? – zapytał odsuwając ją od siebie stanowczo.
Wszystko sie w nim aż gotowało na widok jej zapłakanej twarzy i walczył sam ze sobą, żeby na miejscu nie udusić człowieka odpowiedzialnego za ten stan.
– W Różanym Domu zebrali się jacyś włóczędzy. Przecież to nie do pomyślenia! – niemal wypluł z siebie baron. – Księżna zatrzymała mnie, kiedy wezwałem straż, żeby ich wyprowadzić.
Richard spojrzał pytająco na swoją królewnę.
– W sierocińcu spłonął dach, więc przeprowadziliśmy dzieci do Różanego Domu – powiedziała rozgorączkowanym głosem Dannae. – Jest wystarczająco duży, żeby wszystkie pomieścić, a do tego po remoncie nadaje się…
– Co ty sobie myślisz głupia smarkulo?! – huknął na nią baron, wyraźnie nie potrafiąc trzymać nerwów na wodzy.
Richard przesunął się, opiekuńczym gestem zasłaniając sobą królewnę.
– Jeszcze raz zwrócisz się tak do mojej żony, a każę ci obciąć język – warknął.
Baron poczerwieniał jeszcze bardziej, tym razem jednak w jego oczach zagościł również strach.
– Chodziło mi tylko o to, panie – zaczął przymilnym głosem – że księżna zrobiła to wszystko za naszymi plecami, bez żadnej zgody i pozwolenia.
Chłopak spiorunował go wzrokiem. Ręka Dannae, jakby nieświadomie, sama wsunęła się w jego dłoń.
– Miała moje pozwolenie – powiedział chłodnym głosem.
Właśnie teraz okazało się, że jego obawy, w stosunku do zdania „rób co chcesz” były jak najbardziej uzasadnione. Wcale nie chciał mieć za murami zamku bandy latających dzieciaków, ale jeszcze bardziej nie chciał widzieć łez na twarzy swojej królewny.
– Ale… – zaczął niezbyt pewnie protestować baron.
– Dość! – warknął na niego Richard. – Bądźcie łaskawi odeskortować barona de Blois do jego posiadłości – zwrócił się do, przyglądających się całej scenie, strażników.
Mężczyźni skłonili się nisko i odeszli, zabierając ze sobą, teraz już trupio białego barona. Kiedy tylko zniknęli, Richard zwrócił spojrzenie chłodnych, szarych oczu na Dannae. Jej także chciał parę rzeczy wygarnąć. Dziewczyna nie dała mu jednak dojść do słowa. Uśmiechnęła się do niego poprzez łzy.
– Dziękuję – powiedziała cicho. – Chodź, musisz wszystko zobaczyć – oznajmiła entuzjastycznie, prowadząc go za rękę w kierunku Różanego Domu.
Wokół okazałej, przylegającej do zamkowych murów budowli, krzątała się masa ludzi. Dzieci w czystych, starannie wyprasowanych ubraniach, naprawdę trudno było określić włóczęgami. Co prawda panował tam rozgardiasz i harmider, ale kojarzył się bardziej z ciepłym i rozbawionym niż z przestępczym i buntowniczym. Richard, zaskoczony, zobaczył także bawiące się z dziećmi damy dworu i uczące niewielkie grupki, najlepsze guwernantki.
– Czy państwo za to wszystko płaci? – zapytał z trudem przełykając ślinę.
– Och nie! – niemal wykrzyknęła Dannae. – Te wszystkie rzeczy są z darów, a nauczycielki pracują tu w wolnym od obowiązków czasie, zupełnie za darmo. To dlatego, żeby dzieci miały w życiu lepszy początek – wyjaśniła ochoczo.
Richardowi zakręciło się w głowie. Jak ona ich wszystkich do tego namówiła?
– Pójdę już – oznajmił spokojnym głosem, do którego zmusił się sporym wysiłkiem woli.
Dannae spojrzała na niego smutnym wzrokiem, ale skinęła głową. Wspięła się na palce, pocałowała go w szorstki policzek i tanecznym krokiem wróciła do swoich osieroconych dzieci.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Patrick stał oparty o otaczający dom niski murek. Przyglądał się biegającej z dziećmi królewnie. Czuł się jak idiota. Przebywali ze sobą każdego dnia od ponad dwóch tygodni, a on nie zorientował się, że Dannae jest żoną Richarda Wairudo i przez to również księżną Mayonaki. Był wściekły zarówno na siebie, jak i na otaczający go świat. Dziewczyna go zaintrygowała. Była jak promień słońca, a jednocześnie potrafiła być absolutnie, rozkosznie nieznośna. Nie zasługiwała sobie na los, który ją spotkał. Książę, jej mąż, był od zawsze zimnokrwistym potworem. Nie miał w sobie ani krztyny człowieczeństwa.
– Patrick! – zawołała wesoło królewna, machając mu ręką. – Pomożesz nam?
Chłopak z cichym westchnieniem odsunął się od murku i przywlekając na twarz maskę uśmiechu ruszył w stronę dziewczyny i bawiących się dzieci. Po chwili jednak zupełnie zapomniał o swoich ponurych myślach, kiedy dziewczyna wciągnęła go w wir swojego beztroskiego świata.
Mayonaka, Północne Lasy
Richard był wściekły. W środku aż go roznosiło. Darmenia i Evania, dwie z krain Mayonaki znalazły się o włos od wojny domowej. Musiał wyjechać, bo jeżeli nie pojawi się tam osobiście, w żaden sposób nie da sie zapobiec konfliktowi. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby nie… no właśnie… sam nie zdawał sobie do tej pory sprawy, jak bardzo bolesna jest dla niego wizja rozłąki z Dannae. Bolała go też obietnica tak lekkomyślnie złożona dziewczynie pierwszej nocy. Powiedział jej wtedy, że kiedy urodzi mu syna, będzie mogła zrobić co zechce i podczas gdy wszyscy mieszkańcy Krain Mayonaki błagali bogów o następcę tronu, on sam prosił, by nigdy to nie nastąpiło.
Kamiennymi schodami zszedł na dziedziniec zamku. Tam czekała na niego gwardia i osiodłany wierzchowiec. Starannie sprawdził przypięty do pasa miecz. Odwrócił się zaskoczony na odgłos lekkich kroków. Dannae biegła w jego stronę. Tuż przy samym końcu schodów, potknęła się o rąbek długiej, błękitnej sukni. Richard natychmiast przyskoczył, by ją przytrzymać. Uśmiechnęła się do niego smutno.
– Co tu robisz? – zapytał zdecydowanie ostrzej niż zamierzał.
Spuściła wzrok.
– Chciałam się z tobą pożegnać – odpowiedziała cichutko.
Jednym, szybkim ruchem przyciągnął ja do siebie, przytulił. Wczepiła się palcami w jego tunikę, jak mała dziewczynka. Potem stanowczo ją od siebie odsunął. Spojrzał jej w oczy, wierzchem dłoni dotknął jej policzka. To było wszystko, co teraz mógł jej dać. Niechętnie odwrócił się i dosiadł karego konia. Wraz z żołnierzami, nie oglądając się za siebie, wyjechał przez bramę zamku.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Starsza służąca klęczała u jej stóp, płakała. Palce wplotła w rąbek jej długiej spódnicy. Dannae nie wiedziała jak się zachować. W końcu przykucnęła przy kobiecie, kładąc dłonie na jej ramionach.
– Błagam pani, mój syn jest niewinny! – zawodziła szlochając. – On niczego nie ukradł… Jeżeli odetną mu dłoń, nie będzie miał jak wyżywić rodziny.
Gdyby tylko Richard tu był, pomyślała królewna. Nie było go jednak i musiała radzić sobie sama.
– Porozmawiam z nimi – obiecała kobiecie, uwalniając się od jej rąk.
Tyle, że właściwie nie wiedziała z kim powinna rozmawiać. W Hanaji udałaby sie ze sprawą do ojca, tutaj mógł pomóc jej tylko Richard. Ponieważ żywo stały jej przed oczami nieprzyjemne przejścia z członkami rady, postanowiła, że od razu uda się do kapitana gwardzistów. Współczująco patrząc na zapłakaną, starszą kobietę, ruszyła przed siebie, zmierzając prosto, do wybranego celu.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Nataniel patrzył niedowierzająco, po kolei, na każdego z radnych. Czy oni powariowali? Był przekonany, że kiedy tylko Richard wróci, to wszystkich ich na miejscu pozabija. Królewna Dannae stała na środku sali posiedzeń, słuchając jak oskarżają ją o sprzeciwienie się radzie i niemalże zdradę stanu, a przecież ona tylko rozkazała żołnierzom uwolnić jednego, prawdopodobnie i tak niewinnego, człowieka.
– Karą, którą wyznaczyliśmy dla księżnej Dannae Oriany Wairudo, jest chłosta – czytał beznamiętnym głosem sekretarz. Nataniel zachłysnął się własną śliną. Teraz był pewien, że każdy kto miał pecha znaleźć się w tym pokoju, był już martwy. – Oczywiście, ponieważ należy do szlacheckiego rodu – zbagatelizował jej tytuły – chłosta nie może zostać wykonana publicznie, z tej przyczyny tylko my będziemy jej świadkami.
Chabrowe oczy królewny rozszerzyły się nieznacznie. Wyglądała nie tyle na przestraszoną, co raczej na zagubioną. Nataniel wiedział, że jego protesty nic nie dadzą, mimo to, musiał spróbować.
– To nie jest odpowiednia kara dla żony księcia – odezwał się pewnym głosem.
Radni podnieśli taką wrzawę, że Nataniel przestał słyszeć własne myśli. No cóż, czas nowych radnych, wyraźnie już nadszedł.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Królewna stała w oknie i ze łzami w oczach patrzyła jak schwytanemu ponownie mężczyźnie, publicznie, na palcu odcinają dłoń. Nie rozumiała dlaczego tak sie stało. Czemu ci ludzie byli tacy okrutni? Właściwie niewiele z ich przemówień i zachowań Dannae rozumiała. Ciągle wpatrywała się w okno, kiedy przyszli po nią strażnicy. Ich twarze były blade, przepraszające. Dziewczyna nie zamierzała im stwarzać problemów. Dzielnie zdusiła w sobie strach. Przywitała ich swoim zwyczajowym, pogodnym uśmiechem, a potem ruszyła wraz z nimi długim korytarzem, by ponownie stanąć twarzą w twarz z członkami rady.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Kiedy dotarła do niego wiadomość Nataniela, przebywał akurat w Północnych Lasach. Wściekłość ogarnęła go zimną furią. Dosiadł ledwo co osiodłanego, karego konia. Jeżeli się pospieszy, w Tenebres będzie już za kilka godzin. W tym wypadku piekielnie długich godzin!
– Panie, co zrobimy z jeńcami? – zapytał kapitan gwardii, próbując załatwić ze swoim władcą przynajmniej najważniejsze sprawy, wiedząc, że w tym momencie niewiele więcej od niego uzyska.
– Buntownikami, chciałeś powiedzieć – poprawił go chłodno Richard. Obrzucił prowadzonych przez jego żołnierzy, skutych łańcuchami ludzi zimnym wzrokiem. – Przyprowadźcie ich do Tenebres, tam odbędzie sie publiczna egzekucja.
Potem, nie marnując już dłużej cennego czasu, popędził karego ogiera do galopu.
Zamek w Tenebres, Siedziba Śmierci
Miejsce do którego gwardziści zaprowadzili królewnę, wyglądało na salę tortur. Dannae z trudem opanowała drżenie własnego ciała. W myślach wielokrotnie powtarzała sobie, że musi być dzielna. Nie wiedziała tylko, jak długo będzie potrafiła. Stała na środku pomieszczenia, w białej, bieliźnianej sukience, bo przecież nie wypadało im jej rozebrać. Pomyślała, że przynajmniej tego jej oszczędzono. Była zdezorientowana, nie wiedziała co dookoła niej się dzieje, a jednocześnie czuła paniczny wręcz strach. Podszedł do niej jakiś mężczyzna, w czarnej masce zasłaniającej twarz. Jej ręce znalazły się w metalowych kajdanach. Serce Dannae biło jak oszalałe, za wszelką cenę starała się jednak nie odezwać. Zamknęła oczy, żeby nie widzieć obserwujących ją, stojących pod ścianami mężczyzn. Kat zaprowadził królewnę, do zwisającego z sufitu haka. Przełożył przez niego łańcuch od kajdan. Dannae poczuła jak jej ciało się wypręża, by palcami, z trudem mogła dotknąć kamiennej podłogi. Potem usłyszała świst bata. Na plecach poczuła mocne uderzenie, spod zaciśniętych powiek popłynęły łzy. Drugie, trzecie, ból promieniował przez całe, wrażliwe plecy dziewczyny. Czwarte uderzenie nie nadeszło. Usłyszała huk otwierających się na całą szerokość drzwi. Otworzyła oczy, tylko po to, by zobaczyć pobladłą z wściekłości twarz Richarda. Chłopak uwolnił ją z kajdan, delikatnie wziął dziewczynę na ręce, starając się nie podrażnić i tak już bolących pleców. Dannae zobaczyła, że nie przyszedł sam. Cały korytarz przy wejściu do komnaty, obstawiony był przez gwardzistów. Richard wyniósł ją na zewnątrz.
– Jeżeli ktoś spróbuje stąd wyjść podczas mojej nieobecności – wydał rozkaz chłodnym tonem – nie wahajcie się go zabić.
Potem przeszedł pomiędzy rozstępującymi się na boki żołnierzami, ani na chwilę nie wypuszczając jej z objęć. Po kilku minutach znaleźli się na zewnątrz, w porośniętym zieloną trawą i pięknymi kwiatami ogrodzie. Richard bez pukania wszedł do chaty uzdrowicielki. Pulchna kobieta, która mieszała nad paleniskiem jakieś zioła, zaskoczona podniosła na nich głowę.
– Panie? – skłoniła się niezdarnie, oceniając wzrokiem zaistniałą sytuację.
– Zajmij się księżną, kobieto – rozkazał, z coraz większym trudem panując nad własną złością. – Niedługo tu wrócę – oznajmił, układając delikatnie Dannae na białej pościeli, świeżo zasłanego łóżka.
– Maris? – odezwała się cicho, ciągle oszołomiona królewna.
– Cii, jestem dziecko – przyskoczyła do niej kobieta, rozpinając jej białą, spodnią suknię, teraz poprzedzieraną na poznaczonych czerwonymi smugami plecach. – Już wszystko dobrze. Dlaczego ci to zrobił? – zapytała zajmując się opatrywaniem pleców dziewczyny.
Lśniące od łez oczy Dannae rozszerzyły się ze zdumienia.
– Ty myślisz, że to Richard? – zapytała oszołomiona. – On nigdy! – zaczęła nie potrafiąc skończyć zdania, które nie mieściło jej się w głowie.
Maris spojrzała na nią ciepłym wzrokiem.
– Po prostu opowiedz mi co się stało – poprosiła łagodnym głosem, zaparzając w glinianym kubku mieszankę ziół dla królewny.
~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~
Drzwi do pomieszczenia otworzyły się z wielkim hukiem. Niektórzy mężczyźni zorientowali się w sytuacji i z pobladłymi twarzami stali pod ścianą, inni, ci zbyt zadufani w sobie, z czerwonymi z gniewu policzkami, wrzeszczeli na pilnujących ich gwardzistów. Teraz, ze swoimi żalami, zwrócili się do rozwścieczonego Richarda. Chłopak skinął na jednego z żołnierzy. Po podłodze potoczyła się głowa, najbliżej stojącego barona. Reszta zamarła, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Wreszcie, po latach spokoju, przypomnieli sobie kim jest. Rozejrzał się po przerażonych twarzach, wpatrujących się w niego mężczyzn.
– Oficjalnie ogłaszam, że księżna Dannae, stanowi w Tenebres, najwyższą, zaraz po mojej władzę – odezwał się chłodnym, beznamiętnym głosem. – Sprzeciwianie się jej rozkazom jest równoznaczne ze zdradą stanu – oznajmił już zupełnie spokojnie, mimo, że w środku aż go roznosiło. – W ramach zadośćuczynienia, wypłacicie temu człowiekowi, którego uwolniła księżna odszkodowanie równe waszym miesięcznym pensjom, każdy, a w ramach kary, zostanie wam wymierzone dwa razy tyle batów, ile wyznaczyliście mojej żonie. Publicznie, na placu. Dopilnujcie tego – zwrócił się do czekających na jego rozkazy gwardzistów.
Mężczyźni wyglądali, jakby mieli za chwilę pomdleć. Na żadnej z twarzy nie było już widać złości, teraz w oczach szlachciców był tylko strach. Na końcu z pomieszczenia wychodził dumnie wyprostowany starzec.
– Ty nie – warknął na niego Richard. – Z tobą planuję jeszcze porozmawiać.