Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Jeszcze przemykając się szerokim, głównym korytarzem, Maeve usłyszała w głowie znajome głosy. Więc „oni” jednak również tu byli. Teraz kłócili się o coś zażarcie. Dziewczyna przeszła z wysoko podniesioną głową, pomiędzy pilnującymi drzwi gwardzistami. Starała się nie wyglądać i nie zachowywać, jakby robiła coś nietypowego. Zbyt dobrze znała zwyczaje Gilberta Dujon, żeby nie wiedzieć, co teraz zrobi. Udała się ku ogrodzonym, równiutko przyciętym żywopłotem, różanym ogrodom. Tam schowała się między drzewami, obserwując. Gwardziści rzucili Andre na trawę. Jeden z nich kopnął chłopaka w brzuch. Ten skulił się z cichym jękiem. Jego eleganckie ubranie pobrudzone było teraz błotem i trawą. Żołnierz podniósł chłopaka za włosy.

    – Gdzie to schowałeś? – zapytał spokojnie stojący obok, przyglądający się wszystkiemu z umiarkowanym zainteresowaniem Gilbert.

    – Mówiłem, że to nie ja… – szepnął spanikowanym głosem Andre.

    Tym razem dostał pięścią w twarz. Kolejne kopnięcia i ciosy spadły na niego burzowym gradem. Chłopak skulił się na trawie, starając się chronić przynajmniej brzuch i głowę.

    „Co teraz?” w myślach Maeve zabrzmiało drwiące pytanie.

    „A co proponujesz?” odwarknął głos Ravena.

    „Dla mnie to wygląda na dobrą zabawę”  stwierdził jego rozmówca.

    „Jeżeli zabijesz mojego brata…” zagroził chłopak.

    W myślach dziewczyny rozległ się złowieszczy śmiech.

    „Gdzieżbym śmiał” wymruczał głos.

    „Rael, ja nie żartuję” syknął Raven.

    „Tylko go trochę nastraszę, nie martw się, nie skrzywdzę Andre, za bardzo…”

    Chłopak westchnął, wycofując się w głąb siebie. Potem głosy umilkły. Nagle Maeve poczuła za plecami czyjąś obecność. Nie musiała się nawet odwracać, żeby wiedzieć, kto za nią stoi. Jej usta zatkała twarda, męska dłoń. Nawet nie próbowała się szarpać.

    – Wnioskuję, że miałaś już okazję poznać Andre – wyszeptał chłopak tuż do jej ucha.

    Maeve skinęła głową, na tyle, na ile pozwalała jej szorstka ręka Ravena, a może raczej w tym momencie Raela. Chłopak odsłonił jej usta.

    – Co tutaj robisz? – zapytał równie cicho.

    Wzruszyła ramionami. Sama nie miała pojęcia. Gwardziści podnieśli z ziemi Andre. Chwilę później zniknęli im z oczu. Rael ruszył przed siebie. Maeve chwyciła go za rękę. Obrzucił ją wściekłym wzrokiem.

    – Czekaj – szepnęła – wiem dokąd go zabierają. Zostawią go tam na noc.

    Spojrzał na nią nieufnie, ale w końcu zdecydował się zaczekać. Po kwadransie cichego czekania, zauważyli wracających żołnierzy. Gilbert szedł razem z nimi. Minęli ich kryjówkę i zniknęli za bramą zamku. Maeve odczekała jeszcze chwilę, a potem wyszła z ukrycia. Zaprowadziła chłopaka na tyły ogrodu, do kamiennej, zamykanej ciężką, drewnianą klapą studni. Pilnował jej tylko jeden gwardzista. Rael podszedł do niego cicho, niczym polujący kot, jedną ręką chwycił jego głowę, a trzymanym w drugiej nożem, poderżnął mu gardło. Człowiek zdążył przed śmiercią wydać jedynie cichy charkot. Chłopak wypuścił go, pozwalając mu upaść na trawę. Potem odsunął pokrywę studni. W mroku Maeve dostrzegła, że woda sięgała Andre po samą szyję. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. Metody Gilberta były równie okrutne co skuteczne, a teraz wyraźnie czegoś chciał. Rael rzucił chłopakowi zakończoną wiadrem linę, a kiedy tamten się nią owinął w pasie, wciągnął go na górę. Stanęli obok siebie, skąpani w srebrnej poświacie księżyca. Maeve stwierdziła, że są niemal identyczni. Różniło ich jedynie spojrzenie. Zimne, beznamiętne oczy Raela i przerażony, szukający ucieczki wzrok Andre.

    – Znasz tu jakieś bezpieczne miejsce? – zwrócił się do niej cichym głosem ten pierwszy.

    Niepewnie skinęła głową. Przeszli przez ogród, a ona, bocznymi schodami sprowadziła ich do piwniczki na wino. Ze zdziwieniem spostrzegła, jak mokry ślad, który ciągnął się za Andre, prawie natychmiast znika i nic po nim nie zostaje. Chłopak z trudem utrzymywał się na nogach. Teraz oparł się o ustawione w równym rzędzie beczułki.

    – Raven… – zaczął niezbyt pewnym głosem, ale nie zdążył dokończyć.

    Rael precyzyjnie wymierzył silny cios, trafiając chłopaka w splot słoneczny. Andre osunął się na kolana, z trudem łapiąc powietrze. Maeve stała przy drzwiach, przyglądając im się zaskoczona, nie kryjąc jednak ciekawości. W każdej chwili gotowa była do ucieczki.

    „Nie przesadź!” usłyszała w myślach ostrzegawcze warknięcie Ravena.

    Odpowiedział mu drwiący śmiech.

    – Gdzie to ukryłeś, złodzieju? – zapytał spokojnie, stojący nad Andre, Rael.

    – Przyniosę – zaproponował cicho, chwiejnie wstając.

    Rael roześmiał się, tym razem na głos. Pchnął go z powrotem na kamienną podłogę.

    – Masz mnie za głupca? – warknął. – Ona po to pójdzie – wskazał z leniwym uśmiechem na Maeve.

    Dziewczyna była coraz bardziej zaciekawiona. Andre wyglądał na naprawdę przerażonego. Zdała sobie sprawę, że znacznie bardziej boi się własnego brata, a przynajmniej jego drugiej postaci, niż Gilberta.

    – Jest w komnacie Markizy De Blois, w zachodnim skrzydle zamku, dziesiąte drzwi na lewo od schodów, na drugim piętrze – powiedział patrząc w podłogę. – Po prawej stronie okna jest luźna cegła, za nią schowany jest woreczek.

    – Doskonae – mruknął Rael. – Przynieś go – zwrócił się szorstko do Maeve. – I na twoim miejscu bym nawet nie próbował go otwierać.

    Maeve obrzuciła go zirytowanym spojrzeniem, ale była zbyt zaciekawiona, żeby zaprotestować. Niemal wybiegła z piwnicy. Już chwilę później znalazła się z powrotem w zamku. Jej długa, ciemnozielona suknia, była lekko ubrudzona błotem, a włosy nieco rozwichrzone, ale poza tym wyglądała zupełnie normalnie. Jeżeli ktoś coś zauważy, zapewne pomyśli, że dziewczyna wyszła do ogrodów, z jakimś śmielszym adoratorem. Na to właśnie liczyła Maeve. Niespiesznie wspięła się po schodach i skręciła w zachodnie skrzydło. Bez trudu odnalazła wskazany pokój. Zamknięte drzwi nie stanowiły, dla wprawnej w złodziejskim fachu, dziewczyny najmniejszej przeszkody, a wręcz przeciwnie. Świadczyły o tym, że nikogo nie zastanie w środku. Chwilę później odnalazła też skrytkę i płócienny, starannie związany rzemieniem woreczek. Uciekła z pokoju, starannie zamykając go za sobą. Chwilę później zniknęła w osłoniętej wnęce. Usiadła na parapecie wykuszowego okna i wprawnie rozsupłała woreczek. Z trudem powstrzymała się przed piśnięciem z zachwytu. W środku znajdował się przepiękny, rozszczepiający światło na całą tęczę barw, diament, wielkości dziecięcej pięści. Nic dziwnego, że wszyscy zadają sobie tyle zachodu, żeby go zdobyć! Uśmiechnęła się do siebie zadowolona. W każdym razie teraz ma go ona i nie zamierza się prędko z nim rozstać. Z powrotem zawiązała woreczek, chowając go do przywieszonej pod suknią sakwy. Potem, w wyśmienitym humorze, wróciła na dół, do balowej sali, odszukać Davida, by jak najszybciej ją stąd zabrał.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Dziedziniec zamkowy oświetlony był setkami jasno płonących pochodni. Uwieszona ramienia Davida, Maeve starała się ze wszystkich sił nie rozglądać na boki. Młodzieniec poprowadził ją ku przygotowanej do drogi karecie. Pełnym kurtuazji gestem podał jej rękę, pomagając wsiąść do środka. Zaprzężony w cztery kasztanowe konie powóz, ruszył po równo ułożonym bruku. Trakt przed nimi oświetlali dwaj konni gwardziści z pochodniami. Maeve odetchnęła z ulgą, dopiero gdy po półgodzinie drogi zagłębili się w las. David wyglądał na odrobinę znudzonego. Niedobrze! Jeszcze nie teraz!

    – Jak cudownie, że pokażesz mi swój myśliwski pałac – zaszczebiotała udając entuzjazm.

    Syn diuka natychmiast się rozpromienił.

    – Jutro udamy się na polowanie, w najpiękniejszej części kniei – oznajmił podekscytowany.

    Dziewczyna błagała w duchu, żeby nie kazał jej jechać w damskim siodle. Jeżeli się uda, jutro będzie już naprawdę daleko od Carenvall. W pewnym momencie powóz się zatrzymał. Gwardziści krzyknęli ostrzegawczo. Maeve przeklęła w duchu. Czy nigdy nic nie może być proste i łatwe? Na zewnątrz panował harmider, który jednak ucichł zbyt szybko. David zerwał się z miejsca.

    – Zostań tu – rozkazał ostro, wychodząc z karety z szablą w dłoni.

    Dziewczyna wyjrzała przez okno. Na trakcie przed nimi leżały porzucone pochodnie, oświetlając martwe ciała żołnierzy. Koni nigdzie nie było. David stał naprzeciwko zbliżającego się wolnym krokiem mężczyzny. Maeve rozpoznała w nim ciemnowłosego Ravena lub co wydawało jej się bardziej prawdopodobne, Raela. Na chwilę przymknęła oczy, zastanawiając się co dalej. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. W pewnym momencie David zaatakował. W ręku czarnowłosego błysnęła szabla. Płomienie pochodni odbijały się w szybko poruszających się ostrzach. Pojedynek z każdą chwilą nabierał intensywności. Maeve nie miała pojęcia, że syn diuka jest tak wyśmienitym szermierzem. Z początku sporadyczny dźwięk uderzającej o siebie broni, zaczął zlewać się w jednostajny, nasilający się hałas. Powoli David zaczął się wycofywać w kierunku lasu. Maeve nie miała wątpliwości, kto wygra to starcie. W pewnym momencie syn diuka głośno przeklął, potykając się o wystający z ziemi korzeń i rozciągając na ziemi jak długi. Raven, a może Rael uśmiechnął się z satysfakcją. Maeve usłyszała tętent kopyt. Zbliżali się ku nim jeźdźcy. Już z daleka, mimo panującego na dworze mroku, rozpoznała olbrzymiego, siwego ogiera Gilberta Dujon.

    „Oddaj mi kontrolę!” warknął stanowczo Rael.

    „Pieprz się” nadeszła odpowiedź Ravena.

    Czarnowłosy przeklął, błyskawicznie zagłębiając się w las. David podniósł się z ziemi, otrzepując lekko pobrudzone ubranie. Gilbert wraz z gwardzistami byli już bardzo blisko. Zatrzymali się tuż przy powozie. Mężczyzna zeskoczył z konia. Skłonił głowę przed chowającym szablę Davidem.

    – Co tu się wydarzyło, Monsieur Menderson? – spytał Gilbert służbowym tonem.

    – Zostaliśmy napadnięci, kapitanie Dujon. Łotr zabił moich strażników – oznajmił lekko zdyszany David.

    – Ciemnowłosy z diabelsko fioletowymi oczami? – zapytał cichym głosem dowódca. Młodzieniec przytaknął. – Przeszukać las! – krzyknął w stronę gwardzistów Gilbert. – To poszukiwany przestępca – wyjaśnił spokojnie Davidowi – jest oskarżony o zabójstwo dwunastu ludzi.

    Maeve, nie mogąc się powstrzymać, z gracją wyszła z powozu. Natychmiast przypadła do swojego towarzysza, nie spuszczając jednak z Gilberta wzroku.

    – Nic ci nie jest Davidzie? – zapytała gorączkowo. – Tak się o ciebie bałam!

    – Nie przejmuj się, moja droga – odpowiedział jej spokojnie młodzieniec, oplatając ją w talii ramieniem. – Wybacz kapitanie, ale jak najprędzej chcielibyśmy dotrzeć do pałacu – oznajmił prowadząc Maeve z powrotem w kierunku karety.

    Dziewczyna mogłaby przysiąc, że Gilbert z trudem powstrzymał warknięcie. Patrzył na nią nieprzyjaznym, chłodnym wzrokiem. Uśmiechnęła się do niego przez ramię, a potem pozwoliła Davidowi pomóc sobie wsiąść do powozu.

    – Monsieur – zaczął spokojnie dowódca – czy mógłbym zaoferować panu czwórkę moich doborowych ludzi, dla ochrony ciebie i twojej towarzyszki?

    – Byłbym niezwykle wdzięczny, kapitanie – odpowiedział swobodnie David.

    Gilbert wydał odpowiednie rozkazy i ponownie ruszyli, tym razem przez nikogo nie niepokojeni, docierając spokojnie do celu.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Rankiem rozpoczęło się polowanie. Maeve, w bryczesach i lnianej koszuli, czyli w stroju, który zdecydowanie nie przystoił damie, dosiadała smukłej, gniadej klaczy. Dziewczyna cieszyła się w duchu, że David był na tyle głupi, żeby spełniać każdą jej zachciankę. Pozwalał jej na dosłownie wszystko. Galopem pędzili przez las, a przed nimi biegły ujadające, płoszące zwierzynę harty. Chłopak, mimo że zafascynowany polowaniem, nie spuszczał jej z oka. To stanowiło pewien problem.

    – Davidzie, mam ochotę na dziczyznę – powiedziała z uśmiechem, kiedy zwolnili do kłusa.

    Młodzieniec natychmiast uznał za swój obowiązek własnoręcznie upolować dla swojej damy dzika.

    – Jak sobie życzysz, moja pani – skłonił się z gracją w siodle i popędził na czoło grupy.

    Uśmiechnęła się do siebie. Zwolniła. Kiedy tylko zniknął jej z oczu, została na samych tyłach, a potem, niezauważenie, odłączyła się od polowania. Gdy znalazła się już dostatecznie daleko, żeby mogli ją usłyszeć, pędem puściła się przez las. W pewnym momencie koń zaczął szaleć. Stanął dęba. Dziewczyna spadła z siodła. Nie zdążyła podnieść się z leśnej ściółki, gdy stanął nad nią Raven. Obrzucił ją ponurym spojrzeniem.

    – Oddaj to co nam zabrałaś – zażądał.

    Maeve zerwała się z ziemi i uskoczyła w bok. Zamierzała uciec, ale pochwycił ją w pasie, przyciągając do siebie. W ręku miał nóż.

    – Nie będę cię więcej prosił – warknął na nią, a ona mimo wszystko była pewna, że to nie Rael przy niej stoi.

    Sięgnęła do przywieszonej u pasa sakiewki. Rozsupłała rzemienie i wyjęła ze środka kamień. Raven odskoczył od niej jak oparzony.

    – Dotykałaś go?! – spytał niedowierzająco.

    – Przecież go chcesz? – spojrzała na niego zaskoczona.

    Chłopak wyciągnął rękę. Położył ją na trzymanym przez nią, rozszczepiającym słoneczny blask kamieniu. Wszystko wokół nagle pojaśniało. Zaczęło wirować. Drzewa już nie były tymi samymi drzewami. Krzewy wyciągnęły ku nim długie, widmowe ramiona. Maeve krzyknęła. Poczuła silne szarpnięcie. Zawiał lodowato zimny wiatr. I nagle, tak samo szybko jak się zaczęło, wszystko się skończyło. Teraz otaczały ich ciemne, pozbawione liści drzewa, a ich gałęzie były tak gęste, że nie było przez nie widać ani skrawka nieba. W lesie nie śpiewały ptaki, nie brzęczały pszczoły. Otaczała ich martwa cisza. Dziewczyna przez chwilę poczuła się jak w grobowcu. Raven odsunął się od niej zdezorientowany. Maeve w umyśle usłyszała głuchy, upiorny śmiech.

    „Idiota” syknął naprawdę rozbawiony Rael.

    Gdzie my jesteśmy?” zadał pytanie Raven.

    „Nie mam zielonego pojęcia” odpowiedział mu głos.

    Chłopak wycofał się, a jego miejsce zajął Rael. Czarnowłosy opadł na porośniętą szarym mchem, poczerniałą ziemię, krztusząc się ze śmiechu. Maeve stanęła nad nim, przyglądając mu się skonsternowana. W zaciśniętej dłoni, cały czas trzymała kamień. Zmienił swoją barwę. Teraz nie wyglądał już jak diament, a raczej jak olbrzymich rozmiarów szafir. Podała go Raelowi, kiedy tamten odrobinę się uspokoił. Przecząco pokręcił głową.

    – Schowaj go – powiedział spokojnie.

    Maeve wzruszyła ramionami, chowając kamień do sakiewki.

    – Co teraz? – zapytała uznając za bezsensowne powtarzanie pytań Ravena.

    W lesie panowała nieprzyjemna duchota. Otaczał ich półmrok. Rael wstał. Rozejrzał się dookoła.

    – Pójdziemy przed siebie – zadecydował, zdejmując z ramion skórzaną kurtkę i obwiązując się nią w pasie.

    – Co to za kamień? Czemu się tu znaleźliśmy?

    Spojrzał na nią, a na jego twarz wróciło rozbawienie.

    – To artefakt, kryształ wchłaniający magię. Powinien cię zabić, kiedy go dotknęłaś. Uprzedzałem, żebyś tego nie robiła. Ponieważ jednak tego nie zrobił, znaczy to, że masz moc, którą udało ci się przede mną ukryć.

    – Nie mam żadnej mocy – burknęła rozeźlona dziewczyna, wściekła, że tak naprawdę jej nie uprzedził. Wysłał ją po kamień, sprawdzając czy go posłucha czy zginie.

    „Widziała twoją aurę, kiedy się odsłoniłem” wtrącił wyraźnie zaciekawiony Raven.

    „To o niczym nie świadczy” burknął Rael „wielu ludzi potrafi się tego nauczyć, taką siłę dają im ich bogowie, w tym wypadku zapewne Raniel, bogini złodziei” prychnął.

    – Dafne – wtrąciła automatycznie Maeve.

    – Co? – zapytał ostro chłopak.

    – Wyznaję Dafne – powtórzyła nieświadomie dziewczyna. – Bogini lasu, pełni księżyca i pomyślnych łowów.

    Rael w jednej chwili znalazł się przy niej. Chwycił jej nadgarstki. Przycisnął ją do pnia najbliższego, poczerniałego drzewa.

    – Słyszałaś jak rozmawiamy?! – warknął na nią.

    W jego głosie słychać było złość i zaskoczenie. Maeve dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie wypowiedział tego na głos, że się zdradziła. Chłopak wykręcił jej rękę do tyłu. Pisnęła z bólu. W oczach stanęły jej łzy. Skinęła głową. Ujrzała wyraźnie malujący się w jego umyśle zamiar.

    – Rael, proszę nie – wyszeptała rozpaczliwie.

    „Raven, nie pozwól mu mnie zabić” dodała błagalnie w myślach.

    Wyczuła ich zaskoczenie, niedowierzanie. Chłopak ją puścił. Odsunął się od niej. Przez chwilę obserwował ją uważnie. Przeklął szpetnie, a potem znów wybuchnął śmiechem.

    – To będzie ciekawa wycieczka – mruknął rozbawiony, a ona z ulgą zdała sobie sprawę, że nie zabije jej tak długo, jak długo będzie wzbudzała jego ciekawość.

    Kraina Umarłych, Tanah Orang Mati

    Od kilku godzin szli już przez mroczny las. Mimo, że się nie zatrzymywali, Rael nie wyglądał na ani odrobinę zmęczonego. Maeve jednak padała z nóg. Do tego drażniła ja panująca wokół cisza. W tym miejscu nie było żadnego życia. Nie śpiewał ani jeden ptak, nie brzęczał nawet najmniejszy owad. Pod drzewami nie rosła trawa, a jedynie poczerniały, wydzielający nieprzyjemny zapach, mech. Do tego ta okropna, wszechogarniająca duchota. Dziewczyna czuła, jak wełniana koszula przykleja się do jej wilgotnego ciała.

    – Czy możemy się chociaż na chwilę zatrzymać? – poprosiła, wygrywając walkę z własnym uporem i dumą.

    – Nie! – odwarknął jej chłopak, jedynie przyspieszając kroku.

    „Rael” odezwał się głos Ravena „ona nie wyrabia twojego tempa, zrób przerwę.”

    „Nie” powtórzył stanowczo tamten.

    „Dlaczego nie?” spróbowała wtrącić się do ich rozmowy.

    Usłyszeli ją. Znów wyczuła ich zaskoczenie i ponury nastrój.

    – Skręcę ci kark i zostawię tutaj, jeżeli nie przestaniesz tego robić – syknął na nią Rael.

    Potem poczuła jak się wycofuje, a jego miejsce zastępuje Raven. Chłopak uśmiechnął się do niej z przekąsem. Usiedli na pociemniałym, ale ciągle miękkim mchu. 

    – Wprawnie się pojedynkujesz – powiedziała Maeve, przyglądając się leżącej obok jej towarzysza szabli.

    – Skąd wiesz, że to byłem ja? – zapytał zaciekawiony.

    Wzruszyła ramionami.

    – Po prostu wiem. Po co wam ten kamień? – zapytała sennie, ponieważ wcześniej, Rael nie chciał zamienić z nią ani słowa. – Nie wydaje mi się, żeby zależało wam na pieniądzach.

    Raven westchnął.

    – To artefakt. Dzięki niemu będziemy mogli się rozdzielić. Gdyby mój głupi braciszek nie postanowił nam go ukraść, już dawno Rael miałby swoje własne ciało. 

    „A ty wisiałbyś na szubienicy” zanucił wesoło tamten.

    – Dlaczego chcecie się rozdzielić? – spytała zastanawiając się czemu Raven, z własnej woli, chce pozbyć się takiej drzemiącej w nim potęgi. – Kim on w ogóle jest?

     „Nie musi tego wiedzieć” syknął wściekle Rael.

    Chłopak skrzywił się. Złośliwie zignorował brzmiący w ich myślach głos. 

    – Jest demonem, towarzyszy mi od urodzenia. Od dawna już szukamy sposobu, żeby nie musieć żyć razem. – Zrobiło się chłodno. Maeve ziewnęła. Raven bez wahania podał jej swoją skórzaną kurtkę. – Prześpij się trochę – zasugerował – potem pójdziemy dalej.

    Otuliła się nią, kładąc na mchu. Chłopak położył się obok, splatając pod głową ręce, a ona przysunęła się do niego bliżej, wtulając głowę w jego ramię. Gwałtownie usiadł. Odsunął się od niej. 

    – O co chodzi? – spojrzała na niego pytająco.

    – Mówiłem ci, żebyś mnie nie dotykała! – warknął na nią.

    – Dlaczego? – nie zrozumiała.

    W jej głowie rozległ się śmiech Raela. Był wyraźnie czymś rozbawiony.

    „To moja wina” odpowiedział wesoło. „Obiecałem mu kiedyś, że zabiję każdą kobietę, która go dotknie. I dotrzymam słowa” zwrócił się do obydwojga.

    – Jesteś nienormalny! Nic dziwnego, że on chce się ciebie pozbyć! – skuliła się na boku, kładąc głowę na własnej ręce. – Poza tym nie rozumiem, czemu tobie wolno, a jemu nie.

    Odpowiedział jej głuchy śmiech.

    – Dobranoc – mruknął zmieszany Raven, ponownie kładąc się, tym razem jednak odwrócony do dziewczyny plecami.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy Maeve się obudziła, i tak już ponury las, okryty był gęstą mgłą. Coś wołało do niej w myślach, jakby jej szukało. Wołanie zagłuszała dziwna, wabiąca pieśń. Gwałtownie usiadła. Chłopaka nigdzie w pobliżu nie było.

    – Raven? – odezwała się cicho. – Raven?! – zawołała głośniej, nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi.

    Zostawili ją! To było pierwsze, co dziewczynie przyszło do głowy. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że panika, która ją ogarnia, nie jest jej własną.

    „Rael?” spróbowała.

    „Pomóż mi!” rozkazał głos. „Nie mogę go zatrzymać!”

    „Gdzie jesteście? Co się stało?”

    „Cholera wie! Raven usłyszał jakąś pieśń i za nią poszedł. Nie jestem w stanie go powstrzymać. Nic nie mogę zrobić, zachowuje się, jakby mnie w ogóle nie słyszał.”

    Całą sobą, każdym napiętym do granic możliwości mięśniem, czuła zawziętą walkę, którą Rael toczył z Ravenem, żeby uzyskać kontrolę nad ciałem. Spróbowała się rozluźnić. Zdała sobie sprawę, że wie gdzie są. Zaczęła biec przez las. Niewiele widziała poprzez gęstą, szarą mgłę. Starała się nie potykać o leżące, jakby specjalnie na jej drodze gałęzie. W końcu dogoniła idącego spokojnie przez las chłopaka. Słyszała tajemniczą, kuszącą pieśń. Nawet jej nie zauważył. Po prostu szedł, jakby ciągnięty na cieniutkiej nitce melodii. 

    – Raven! Zatrzymaj się! – krzyknęła na niego.

    Chłopak nie zareagował.

    „To nic nie da” usłyszała w głowie mruczący głos Raela.

    „Więc co mam zrobić?” spytała lekko spanikowana. „Co się z nim dzieje?”

    „To mgłowce, jest oczarowany ich pieśnią. Prowadzą go prawdopodobnie na bagno, albo ruchome piaski. Nie jestem w stanie tego powstrzymać” wyjaśnił jej ponuro.

    Maeve podbiegła do chłopaka. Chwyciła go za rękę. Odepchnął ją stanowczo, jakby była przeszkodą na jego drodze, w dalszym ciągu jednak ignorując.

    „Jakieś sugestie?” spytała zrezygnowana, po kolejnej nieudanej próbie.

    Rael namyślał się przez chwilę. 

    „Pocałuj go.”

    – Co?! – zdziwiła się dziewczyna.

    „Pocałuj go. Podobasz mu się, a w baśniach to zawsze działa.”

    – Zwariowałeś – mruknęła, ale posłusznie podeszła do chłopaka.

    Oplotła ramionami jego szyję, wspinając się na palce i składając na ustach Ravena wilgotny pocałunek. Poczuła jak jego ciało reaguje na jej dotyk. Tylko ta krótka chwila wystarczyła, by Rael przemocą wepchnął się do środka, wypychając zmieszanego, zawstydzonego Ravena gdzieś na skraj umysłu.

    „Idiota” zawarczał.

    Namiętnie odwzajemnił pocałunek dziewczyny, przyciągając ją stanowczo do siebie. Odepchnęła go. Roześmiał się.

    – Dzięki – powiedział. – Jestem pewien, że ten kretyn, jak już się otrząśnie, będzie ci również bardzo wdzięczny – zadrwił.

    – Nie potrzebuję twoich podziękowań – syknęła. 

    Zaburczało jej w brzuchu. Kończyła się im również woda, którą miał przy sobie Raven. Nie wyglądało to dobrze. Chwyciła chłopaka za rękaw, żeby nie zgubić się w gęstej mgle. Szli przed siebie ostrożnie, wolnym krokiem.

    – Słyszysz? – zapytał w pewnym momencie Rael.

    Spojrzała na niego pytająco, ale potem sama usłyszała. Las zaczął żyć! Pojawiły się liście, ptaki i owady. Powiał nawet lekki wiatr. Po chwili mgła się rozrzedziła, a miejsce w którym się znaleźli, mimo, że dalej odcięte od błękitu nieba i promieni słońca, nie sprawiało już sobą tak upiornego wrażenia. Uśmiechnęła się do niego z ulgą. Kiedy mgła zupełnie opadła, zobaczyła, że otaczają ich czarne jagody. Całe morze maleńkich krzaczków, pełnych dojrzałych, granatowych, niemal czarnych owoców. Ukucnęła przy jednym z nich, gotowa chociaż odrobinę zaspokoić swój głód. Rael chwycił ją stanowczo, stawiając na nogi.

    – Nawet nie próbuj! – zawarczał.

    – Dlaczego?! Jestem głodna! – zaprotestowała dziewczyna.

    – Patrz – wskazał na leżące pod drzewem, pobielałe kości zwierząt. – Coś jest nie tak.

    Maeve wzdrygnęła się mimowolnie.

    – Gdzie my do cholery jesteśmy? – nie wytrzymała.

    Chłopak wzruszył ramionami.

    – To nie ma znaczenia. Ja wolałbym wiedzieć jak się stąd wydostać. 

    W pewnym momencie usłyszeli szelest liści. Rael gwałtownie się odwrócił, a potem upadł na leśną ściółkę. Dziewczyna stała bez ruchu, obserwując jak spomiędzy drzew i gęstych krzaków wychodzą jakieś dziwne, owłosione istoty. Pokryte były błotem. Sięgały jej ledwie do pasa, a każda z nich trzymała w rękach niewielką rurkę. Przez plecy miały przewieszone drewniane łuki. Jedna z nich wyszła na czoło i zamruczała coś w dziwnym, gardłowym języku. Maeve pokręciła głową, starając się dać znać, że nie rozumie. Pokazała puste dłonie. Postać warknęła na nią ponaglająco, wskazując kierunek. Nie wypuszczali z rąk wydrążonych w środku, drewnianych rurek. Kilku z nich otoczyło leżącego na ziemi Raela, starannie związując mu ręce i nogi. Potem podnieśli chłopaka z ziemi, z powrotem wchodząc między drzewa. Maeve, chcąc nie chcąc, udała się za nimi.

    Note