Rozdział 2 – Zrodzony z ognia
by Vicky
Niebo było ponure i ciemne, a powietrze duszne i upalne. Zanosiło się na burzę. Dziewczyna dosiadła swojej siwej klaczy. Wcale nie była zadowolona z rozwiązania, które wymyślił Deamon, ale nie skomentowała niczego, ponieważ to była tylko i wyłącznie jej wina, że wypuściła sobie beztrosko, czarnego jak noc ogiera. Blondyn zadowolony z siebie, z pełnym okrucieństwa uśmiechem, przywiązał ręce Aedana do łęku własnego siodła. Victorique mimowolnie skrzywiła się na widok śliskich od krwi nadgarstków chłopaka, a zdawała sobie sprawę, że będzie tylko jeszcze gorzej. Kiedy ruszyli, Deamon z lubością popędzał Aedana mocnymi kopniakami. Nie szczędził mu też wbijania w plecy ostróg, których zawsze używał podczas jazdy konnej. Tego również Victorique nienawidziła.
Zatrzymali się dopiero po kilku godzinach drogi. Wyczerpany forsownym, niewygodnym marszem, Aedan, upadł na ziemię, kiedy tylko Deamon odwiązał mu ręce. Jego podarta w wielu miejscach koszula była naznaczona krwią. Blondyn kopnął go po raz kolejny.
– Wstawaj – warknął.
Chłopak posłuchał, nogi jednak pod nim zadrżały i chwilę później ponownie upadł w przydrożne błoto. Zagrzmiało. Victorique westchnęła.
– Zostaw go – mruknęła do Deamona. – Lepiej byśmy się gdzieś schowali – zasugerowała.
Blondyn wzruszył ramionami. Ponownie dosiadł konia.
– Poszukam czegoś, pilnuj go – powiedział, poganiając wierzchowca do galopu, by po chwili zniknąć z oczu zniechęconej Victorique.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Dziewczyna stanęła nad ubrudzonym błotem Aedanem. Trzymała za wodze swoją klacz. Spojrzała chłodnym wzrokiem na chłopaka. W końcu to wszystko i tak było jego winą. Nie tylko Deamon nie potrafił mu wybaczyć, ona sama także. Nie chciała mu zapomnieć, że z nim spała, a jeszcze gorszy był fakt, że się jej podobało. Czuła się tak, jakby w ten sposób zdradzała ukochanego. Wiedziała, że nie mieli innego wyjścia, a Aedan był zbyt potężnym przeciwnikiem i w uczciwej walce, Deamon nie miałby z nim szans, mimo to, za każdym razem, gdy na niego spojrzała, ogarniała ją bezsilna złość.
– Rusz się – rozkazała leżącemu na ziemi chłopakowi.
Spojrzał na nią ponuro. Jego orzechowe oczy, były jeszcze większe niż to zapamiętała. Splątane, brązowe włosy, podarta i zakrwawiona koszula oraz brudne spodnie, sprawiały, że wyglądał naprawdę żałośnie. Z trudem podniósł się z ziemi. Zachwiał się, ale tym razem nie przewrócił. Victorique odwróciła się i zaprowadziła konia na bujną, zieloną trawę. Spojrzała w niebo. Ciągle nie padało, ale zanosiło się na to, że za chwilę będzie. Wolałaby, żeby Deamon się pospieszył. Aedan usiadł na trawie. Pozwoliła mu na to. Rzuciła mu bukłak z wodą. Chłopak wyglądał na zaskoczonego, nie skomentował jednak tego w żaden sposób, a po prostu zaczął chciwie pić. Wyciągnęła długi, myśliwski nóż. Podeszła do niego. Wzdrygnął się, ale nie odsunął. Przecięła nożem koszulę, która przykleiła się do otwartych ran na ciele chłopaka. Skrzywiła się. Deamon sobie nie żałował „rozrywki”. Oprócz morza siniaków i krwawych śladów po ostrogach, na ciele Aedana widniały podłużne blizny, ślady po zabawie z nożem. Nie było tam jednak nic, co mogłoby mu poważnie zaszkodzić. Deamon znał się na rzeczy.
Chłopak siedział w milczeniu, wpatrując się w nią intensywnie. Victorique poczuła zirytowanie. Nie chciała, żeby tak na nią patrzył. Mimo to zdjęła z niego strzępy koszuli i przemyła rany czystą wodą. Aedan syknął, kiedy chwyciła jego rękę. Złapał ją za nadgarstek i gwałtownie od siebie odsunął. Natychmiast upadł na trawę, wijąc się z zadawanego przez obrożę na szyi bólu. Dziewczyna pozwoliła mu przez chwilę pocierpieć, a potem podeszła znowu. Ból zelżał. Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej. Victorique ponownie sięgnęła po jego rękę.
– Nie! – zaprotestował stanowczo Aedan.
Roześmiała się, wyciągając dłoń. Chłopak cofnął się gwałtownie.
– Przestań! – zażądała – nie mam ochoty się z tobą bawić.
– Nie rozumiesz – powiedział gorączkowo Aedan, patrząc jej w oczy. Wyciągnął ku niej ramię. Zaskoczona zauważyła, że przedstawiający węża tatuaż wyglądał teraz, jakby zwierzę owijało się dookoła ręki chłopaka. Rany, które zadał mu Deamon zniknęły pod wijącym się ciałem, a jednak, wąż w dalszym ciągu wyglądał jak rysunek na skórze. Spojrzała na niego pytająco. – Zabije cię, jeżeli go dotkniesz – mruknął niechętnie chłopak. – Jestem zbyt osłabiony, nie panuję nad nim.
Dziewczyna wzdrygnęła się. Nie znała takiej magii, ale słyszała o niej. Cieszyła się, że na Aedana w dalszym ciągu działa jej czar, bo w innym wypadku zapewne byłaby już martwa. Będzie musiała uprzedzić o tym Deamona.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Zaczynało padać, kiedy Victorique ujrzała w oddali, zbliżającego się w ich stronę, jabłkowitego konia. Nareszcie! Nie chodziło nawet o to, że zmoknie. Po prostu nie mogła już dłużej znieść milczącej obecności Aedana. Deamon przyprowadził ze sobą także trzeciego konia, uznając zapewne, że w ten sposób będą poruszali się znacznie szybciej. Grzmiało coraz bardziej, a na niebie widać już było jasne, rozświetlające półmrok, w którym się znaleźli, błyskawice.
– Nieopodal jest leśniczówka – oznajmił spokojnie blondyn, podjeżdżając bliżej. – Schowamy się tam przed burzą, a rano ruszymy dalej.
Victorique skinęła głową i dosiadła siwej klaczy. Deamon kazał Aedanowi dosiąść deresza, którego przyprowadził i we trójkę ruszyli w stronę leśniczówki.
Rozdział VIII – Pikowa Dama
Domek był ciepły i przytulny. Nie było w nim żadnych wygód, tylko palenisko i dwa, proste sienniki. Deamonowi to odpowiadało. Miał tylko nadzieje, że ciało leśniczego, zostawił dość daleko, by Victorique go nie odkryła. Był przekonany, że dziewczyna będzie się złościć. No cóż… miała dopiero siedemnaście lat, jeszcze przez jakiś czas będzie można jej wybaczyć niektóre rzeczy, takie jak na przykład skrupuły. W każdym razie wieczór zamierzał spędzić bardzo przyjemnie. Zadowolony zerknął na klęczącego w kącie Aedana. Chłopak był w samych spodniach, więc teraz wyraźnie było widać na jego ciele podłużne blizny. Niewiele jadł, więc regenerował się znacznie wolniej niż powinien. Cóż, Deamonowi to jak najbardziej odpowiadało. Jego, związane w nadgarstkach ręce, przywiązane były, do przywieszonej przez, znajdującą się pod sufitem belkę, liny. Blondyn specjalnie zrobił to tak, żeby chłopak nie mógł nawet porządnie usiąść, nie mówiąc już w ogóle o jakimkolwiek położeniu się. Uśmiechnął się do siebie. Wiedział, że tego wieczora, Victorique nie będzie protestowała.
Dziewczyna weszła do drewnianego domku. Z pogardą spojrzała na Aedana. Deamon, z zadowoleniem przyjął, że w żaden sposób nie skomentowała tego, co mu zrobił. Usiadła na sienniku tuż przy blondynie. Tak blisko, że stykały się ich kolana. Spojrzał w jej błękitne, jak bławatki oczy. Wplótł palce w hebanowo czarne włosy. Tak, taka zdecydowanie mu się bardziej podobała. Dziewczyna zamruczała cicho, kiedy pocałował jej szyję, potem płatek ucha, a w końcu usta. Zaczął zsuwać z niej tunikę. Spojrzała na niego lekko speszona. Zobaczył jak jej wzrok wędruje, ku klęczącemu w kącie Aedanowi.
– Nie przejmuj się nim – wyszeptał tuż do jej ucha. – Zbyt długo na ciebie czekałem.
Rozpiął białą koszulę, zdjął ją z ramion i przyciągnął do siebie Victorique. Nigdy nie potrafiła mu się oprzeć. Nie protestowała więc i tym razem. Poczuł jej drobne dłonie, a potem paznokcie na swoich plecach. Przeszył go przyjemny dreszcz. Była jak niesforny kociak. Pocałował ją. Odwzajemniła jego pocałunek. Gorąco, namiętnie, łapczywie. Całym sobą czuł, jak bardzo dziewczyna go pragnie. To sprawiało mu satysfakcję. Wdychał cudowny zapach jej włosów. Zdjął najpierw swoje, a potem jej spodnie. Odrzucił na bok. Zaczął delikatnie dotykać jej kształtnych, schowanych pod cienkim materiałem, piersi. W końcu pozwoliła mu odrzucić na bok swoją ciemnozieloną tunikę. Teraz została w samych, delikatnych, mocno wyciętych majteczkach. Deamon błądził dłońmi po jej gładkiej, bardzo jasnej skórze. Ukradkiem spojrzał na Aedana. Chłopak pobladł, miał zacięty wyraz twarzy i ze wszystkich sił starał się odwrócić wzrok. Nie potrafił. Blondyn zauważył jego cierpienie. Z rozbawieniem zanotował też wypukłość malującą się w jego spodniach. Uśmiechnął się leniwie. Więc będzie czerpał z dzisiejszego wieczoru podwójną przyjemność.
Delikatnie ułożył Victorique, na przygotowanym wcześniej posłaniu. Zaczął całować jej ciało, począwszy od szyi i schodząc z każdą sekundą coraz bardziej w dół. Dziewczyna wiła się pod jego dotykiem. Przesunął językiem po jej piersiach, wziął do ust sterczące sutki. Zamruczała, wplatając palce w jego jasne włosy. Zszedł jeszcze niżej. Zaczął całować jej płaski brzuch, co jakiś czas przesuwając po nim językiem. Delikatnie zsunął z niej bieliznę, sam zagłębiając się pomiędzy nogi dziewczyny. Jego dłonie znalazły się na jej jędrnych pośladkach. Językiem zaczął przesuwać po jej intymnym miejscu. Victorique jęknęła. Zacisnęła dłonie, na brązowym kocu. Niespiesznie wsunął w nią palec. Była już tak cudownie wilgotna! Z zewnątrz dochodził odgłos uderzających o dach kropli deszczu. Musiała być niezła ulewa. Co jakiś czas grzmiało, a w niewielkich, pokrytych błoną oknach, widać było światło coraz częstszych błyskawic. Deamon uwielbiał taką pogodę. Była idealna. Tak samo jak jego księżniczka.
Wolnym, pełnym gracji ruchem, podniósł się tak, że teraz był nad nią. Szerzej rozsunął jej nogi. Wpatrywała się w niego pełnym uwielbienia wzrokiem. To także Deamonowi odpowiadało. Wsunął się w nią niespiesznie, ale od razu do samego końca. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Uśmiechnął się, poruszył. Jeszcze raz, ukradkiem, spojrzał na Aedana. Dodatkowo podniecał go wyraz cierpienia, na twarzy klęczącego w kącie chłopaka. W jego wielkich, orzechowych oczach, był tylko ból. Deamon zaczął poruszać się szybciej. Victorique co jakiś czas cicho pojękiwała. Oplotła go ramionami, wbijając paznokcie w jego plecy. Zamruczał. Pochylił się i nie zaprzestając rytmicznych ruchów, zaczął całować jej szyję.
– Jesteś piękna – wyszeptał uwodzicielskim, aksamitnym głosem – uwielbiam twoje ciało.
– Kocham cię – odpowiedziała mu dziewczyna, wpatrując się w jego jasne, wiosennie zielone oczy.
O tak, był o tym przekonany.
– Ja ciebie też, księżniczko – odpowiedział mrucząc.
Powoli wysunął się z dziewczyny. Sprawnie odwrócił ją na brzuch. Klęczała teraz, podpierając się rękami i wypinając w jego kierunku zgrabne pośladki. Niemal mógł usłyszeć, pełne rozpaczy, bolesne myśli Aedana. Wszedł w nią ponownie, tym razem mocniej, gwałtowniej. Victorique zachłysnęła się powietrzem, jęknęła. Położył ręce na jej biodrach. Przyciągnął ją do siebie. Posadził dziewczynę tak, że teraz opierała się o niego niemal wyprostowana. W dalszym ciągu poruszał się w niej, ale teraz miał lepszy dostęp do jej ślicznego ciała. Jedną dłonią pieścił jej pierś, a drugą przesuwał po łechtaczce. Zaczęła szybciej oddychać. Jej mięśnie gwałtownie zacisnęły się na jego członku. Nie panując nad sobą, z całej siły wbiła paznokcie w jego twarde, wytrenowane ramiona. Znów poczuł satysfakcję. Na jego twarz powrócił leniwy uśmiech. Z powrotem położył dziewczynę na kocu. Nie wysunął się z niej ani na milimetr. Poruszał się w niej rytmicznie jeszcze przez kilkanaście minut, potem gwałtownie przyspieszył. Jej mięśnie ponownie zaczęły zaciskać się na jego członku. Victorique zamknęła oczy. Jej serce biło bardzo szybko. Z trudem łapała oddech. Tym razem Deamon też wreszcie doszedł, zostawiając ciepły płyn, we wnętrzu lekko drżącej dziewczyny.
Chętnie by to powtórzył, ale zdał sobie sprawę, jak jego księżniczka jest bardzo zmęczona. Położył się przy niej, oplatając dziewczynę ramionami. Wtuliła się w niego, ciągle odrobinę drżąca. Zamknęła oczy.
– Jesteś cudowny – szepnęła.
– Wiem – nie zaprzeczył przekornie Deamon. – Śpij maleńka – powiedział kołysząc usypiającą dziewczynę w swoich ramionach.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Przestało padać. Deamon cicho, pełnym gracji ruchem, podniósł się z posłania. Nie chciał obudzić śpiącej przy jego boku dziewczyny. Aedan uniósł głowę. W dalszym ciągu targało nim w środku uczucie beznadziei i rozpaczy. Całym sobą nienawidził tego mężczyzny, człowieka, który przez prawie rok, udawał jego przyjaciela. Deamon podszedł do niego. Myśliwskim nożem przeciął krępującą jego nadgarstki linę. Gestem nakazał mu milczenie, a potem wyprowadził go na dwór.
– Jeżeli chociaż piśniesz – wyszeptał głosem, w tonie przyjacielskiej pogawędki – odetnę ci język. Nie chcę, żebyś obudził mi Victorique.
Aedan postanowił się nie odzywać. Zdawał sobie sprawę, że Deamon nie żartuje. Przypomniał sobie z goryczą, jak bardzo kiedyś go lubił. Blondyn był dla niego jak starszy brat. Był otwarty, przyjaźnie podchodził do ludzi, wszyscy go zawsze uwielbiali, zupełne przeciwieństwo cichego, skrytego w sobie Aedana. Kiedy go poznał, był przekonany, że tamten jest jednym z popleczników jego ojca. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że jakikolwiek Illi’andin, nie podzielający tych poglądów, mógłby w tak przyjazny sposób odnosić się do zwykłych ludzi. Zwłaszcza, że Deamon był pół krwi. To także tylko upewniło chłopaka, w przekonaniu, że jego przyjaciel całym sercem jest za pokojem i sojuszem wszystkich, żyjących w Starym Świecie ras.
Kiedy znaleźli się na zewnątrz, Deamon poprowadził chłopaka za, niewielkich rozmiarów, myśliwski dom. Z tej strony nie było okien, także nie musiał obawiać się, że zobaczy ich Victorique. Aedan poczuł ukucie ciekawości czy dziewczyna zaprotestowałaby przeciwko zabawom swojego towarzysza, czy raczej czekałaby, przyglądając się lodowato zimnym wzrokiem. Doskonale wiedział, że potrafiłaby zrobić i to i to. Z przykrością zdał sobie sprawę, że był dla niej po prostu nikim. To Deamona, a nie jego kochała.
Blondyn popchnął go na mokrą po deszczu trawę. Aedan upadł, ale po chwili zerwał się z ziemi i rzucił na swojego, niedawnego jeszcze, przyjaciela. Natychmiast tego pożałował. Ból wybuchnął w jego umyśle, niczym wulkan, zalewając całe jego ciało. Więc jednak obroża działała, nawet kiedy dziewczyna spała… no tak, tego właśnie mógł się spodziewać, ale i tak warto było spróbować… Osunął się na kolana, zakrywając głowę dłońmi. Błagał w myślach o to, żeby jego ciało, pozwoliło mu stracić przytomność. Nic z tego. Deamon stanął nad nim, uśmiechając się drwiąco.
– Postanowiłeś uatrakcyjnić mi rozrywkę? – zapytał swobodnie, wcale nie oczekując odpowiedzi. – Mam dla ciebie zadanie – mruknął kusząco. – Położysz się na trawie, na plecach, a za każdym razem, kiedy się poruszysz, ból będzie wracał w większym natężeniu. Co ty na to? – uśmiechnął się przyjaźnie, jakby proponował przyjacielowi dobrą zabawę.
Aedan z pobladłą twarzą, wykonał jego polecenie. Nie wiedział, co zaplanował Deamon, ale chyba nic nie mogło być gorsze od bólu, który zadawała ta przeklęta obroża! Blondyn ukucnął nad nim, w ręku ciągle trzymając nóż. Powoli, starannie, zaczął nacinać skórę na torsie chłopaka, tworząc w ten sposób zawiły, czerwony wzór. Aedan z całej siły starał się nie ruszać, ale momentami po prostu nie dawał rady i wtedy dopadał go rozchodzący się promieniście po całym ciele, ból, pochłaniającej magię Illi’andin, obroży. Kiedy Deamon wreszcie skończył, Aedan z trudem łapał oddech. Nie, nie krzyczał, wielkim wysiłkiem woli powstrzymywał się od płaczu, żeby nie dać mężczyźnie tej satysfakcji. Otworzył, kurczowo zaciśnięte do tej pory, powieki. Dookoła leżało kilka kępek wyrwanej przez niego trawy. Zobaczył złowieszczy uśmiech, goszczący na przystojnej twarzy Deamona. Poczuł, jak jakiś czarny, piekący proszek, zagłębia się w świeże, podłużne rany.
– Płoń – wymruczał blondyn, miękkim, aksamitnym głosem, takim samym, jakim zwracał się do Victorique.
Aedan myślał, że nie może już być gorzej. Mylił się. Poczuł jak czarny proszek ogarnia ogień. Niebieskie płomienie. Nie rozchodziły się nigdzie dalej, trawiły jedynie dziwne symbole, wyrysowane wcześniej przez Deamona, na jego ciele. Aedan z całej siły zagryzł zęby, żeby nie krzyczeć. Nie potrafił się jednak nie rzucać, a wtedy dodatkowo dopadł go psychiczny ból, zadawany przez założoną na jego szyję obrożę. Tym razem los był litościwy, bo pozwolił mu, po kilku ciągnących się w nieskończoność minutach, stracić przytomność.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Przez kolejny tydzień podróżowali po niemal bezludnej części kraju. Mijali lasy i zarośnięte chwastami pola. Victorique wiedziała, że mimo żyzności tych ziem, ludzi wygnała stąd wojna i teraz wracali garstkami, by mieszkać samotnie, w niewielkich, ustawionych na skraju lasu domkach. Dziewczyna przez cały ten czas próbowała ignorować zarówno Aedana, jak i to, co Deamon mu robił. Wiedziała, że czar, którym go omotała już dawno stracił swoją moc, a mimo to, chłopak i tak bezustannie wodził za nią smutnym, pełnym żalu wzrokiem. Wolałaby nigdy już nie musieć oglądać tych orzechowych oczu.
Szerokim łukiem omijali miasteczka, przydrożne zajazdy i gospody. Jeszcze nie byli u siebie, na ziemiach Illi’andin. Ludzkie, nawet te przygraniczne tereny, były im wrogie. W dalszym ciągu trwała wojna. Wojna, którą wygraliby bez problemu, gdyby nie ojciec Aedana. To właśnie on zbuntował niektórych Illi’andin przeciwko Lordowi Richardowi Avrieel. To on zawarł sojusz z czarownicami, u boku których stanęli w obronie ludzi. Był poszukiwanym przestępcą i utrapieniem całej ich rasy.
Pod wieczór zatrzymali się po prostu w lesie. Victorique jak zwykle podeszła do Aedana. Bez słowa opatrzyła jego rany. Ciała Illi’andin regenerowały się znacznie szybciej niż u ludzi. Rysujące dziwaczny wzór blizny na torsie chłopaka, były już tylko cienkimi, białymi liniami, mimo to dziewczyna czuła lodowate zimno, gdy na nie patrzyła. Deamon podszedł do niej. Podniósł ją z miękkiej murawy, na której przykucnęła.
– Zostaw go – zamruczał.
Wyraźnie drażniło go to, że zajmuje się Aedanem. Nie zamierzała jednak odpuścić. Potrzebowali chłopaka żywego, a jej ukochany, niepilnowany przez nikogo, zapewne niechcący by go zwyczajnie zabił. Victorique przytuliła się do niego. Pocałowała go w usta.
– Ledwo doszedł do siebie, po tym co mu zrobiłeś wczoraj – powiedziała z pretensją, mimowolnie zerkając na pręgi i sine ślady, na ciele chłopaka.
– Nie przejmuj się tym – powiedział ni to poirytowany, ni to rozbawiony Deamon, przyciągając dziewczynę bliżej siebie. – Jest silniejszy niż ci się wydaje.
Aedan nagle się ożywił. Victorique mignął błysk niepokoju, w jego pięknych, brązowych oczach. Deamon też to zauważył. Rozejrzał się dookoła, a potem błyskawicznym ruchem pchnął dziewczynę na ziemię, zasłaniając ją swoim ciałem. Syknął wściekle. Spod ramienia wystawał mu opierzony promień strzały. Zza drzew wysunęli się ludzie. Nie był to plebs, a zawodowi żołnierze. Było ich około dwudziestki. Victorique wiedziała, że Deamon poradzi sobie z nimi, o ile oczywiście ona nie będzie mu przeszkadzała. Schowała się za grubym pniem, jednego z pobliskich drzew. Spojrzał na nią z aprobatą, a potem ruszył w ich stronę. Mimo, że jego matka była ludzką kobietą, blondyn poruszał się nadspodziewanie szybko. Jego ruchy były płynne i pełne gracji. Dwa, zakrzywione ostrza, jakby znikąd, same pojawiły się w jego rękach.
– Rozwiąż mi ręce – usłyszała cichą prośbę Aedana.
– Zwariowałeś – mruknęła, nie odrywając wzroku od rozmazanej sylwetki Deamona.
– Zrób to, zanim będzie za późno – poprosił ponownie chłopak.
Zbyła go prychnięciem. Wszędzie tam, gdzie pojawił się Deamon, leśną ściółkę znaczyły ślady krwi i martwe ciała żołnierzy. On nie zadawał śmierci. On sam był śmiercią, a walka w jego wykonaniu była jak taniec. Victorique obserwowała go zafascynowana. W pewnym momencie poczuła, że nie jest w stanie się poruszyć. Deamon osunął się na kolana. Natychmiast otoczyli go pozostali przy życiu żołnierze. Stali nad nim z wyciągniętą bronią, nie dotykając go jednak.
Na polanę weszła, a raczej wpłynęła, ponieważ jej ruchy były tak pełne gracji, odziana w czerwoną, aksamitną suknię, przepięknej urody, kobieta. Nie była ani młoda, ani stara, zwyczajnie nie dało się określić jej wieku. Długie pukle, kasztanowych włosów, upięte miała w lekko niesforny kok. Jej usta były jak płatki róż, a oczy jak leśne fiołki. Unosiła się wokół niej lekka mgiełka o zapachu kwiatów bzu.
– Aedan Voilà – odezwała się srebrzystym głosem, podchodząc bliżej, do siedzącego na ziemi chłopaka. Jej usta ozdobił delikatny, błąkający się w kącikach ust, uśmieszek. – Cóż za interesujące spotkanie.
Aedan podniósł na nią spojrzenie orzechowych oczu. On także się uśmiechnął.
– Witaj, Violette – powiedział spokojnym głosem. – Jeszcze bardziej niż zwykle, cieszę się, że cię widzę.
Kobieta spojrzała na zapiętą, na szyi chłopaka obrożę. Przeniosła swój wzrok na stojącą przy drzewie Victorique. Uśmiechnęła się odrobinę szerzej. Dziewczyna poczuła narastający w dole brzucha ból. Oparła się dłonią o pień drzewa, z trudem utrzymując się na nogach.
– Co będę musiała zrobić tobie i twojemu towarzyszowi, żebyś zdjęła tą obrożę? – zapytała słodkim głosem brunetka.
Victorique spojrzała na nią chłodno. Milczała. Violette nawet nie odwróciła wzroku. Deamon krzyknął. Skulił się na ziemi. Dziewczyna zadrżała.
– Zostaw go – szepnęła.
– Obroża… – ponagliła ją kobieta.
Niechętnie, powoli, Victorique podeszła do Aedana. Nie mogła patrzeć jak Deamon cierpi. Dotknęła dłonią metalowej obręczy, a ta otworzyła się z głuchym trzaskiem. Chłopak zdjął ją szybkim ruchem, odrzucając od siebie z obrzydzeniem. Więzy z jego nadgarstków opadły. Wstał zwinnie z ziemi. Chwycił za rękę, odsuwającą się od niego dziewczynę. Victorique spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem. Potem odwróciła się w stronę, podnoszonego z murawy przez strażników, Deamona. Nie taki był plan. Kim była ta przeklęta kobieta?
Rozdział IX – Łowy
Violette i jej żołnierze zaprowadzili ich do przydrożnej, bogato urządzonej gospody. W środku było elegancko i schludnie. Ciemne drewno mieszało się z zielenią puszystego dywanu. Kobieta szła przez salę, ciągnąc za sobą delikatny tren ciemnoczerwonej sukni, a wszyscy w pomieszczeniu, oczarowani, odwracali ku niej wzrok. Aedan mocno zaciskał dłoń na przedramieniu Victorique, idąc tuż za brunetką. Po schodach weszli do jej prywatnych apartamentów – gabinetu z dębowym stołem, wygodnymi fotelami i regałami pełnymi oprawionych w skórę książek. Kiedy tylko doszli na miejsce, Violette niedbałym gestem odprawiła swoich żołnierzy.
– Nie! – krzyknęła Victorique, kiedy zauważyła, że zabierają dokądś Deamona.
Spróbowała się wyrwać. Aedan jeszcze mocniej, boleśnie, ścisnął jej ramię. Z korytarza dobiegły ich odgłosy walki i szamotaniny.
– Victorique! – dziewczyna usłyszała swoje imię.
Violette, ze znudzonym wyrazem twarzy, wyszła na korytarz. Aedan, prowadząc ze sobą dziewczynę, wyszedł za nią. Deamon leżał na drewnianych deskach podłogi, z trudem łapiąc oddech, prowadzący go wcześniej żołnierze już jednak nie żyli. Brunetka spojrzała obojętnie na ich ciała.
– Myślałam, że to nie będzie konieczne – mruknęła rozbawiona. – Przecież on jest tylko pół krwi…
Podeszła do Deamona. Ukucnęła przy nim i zapięła mu na szyi obrożę, tą samą, którą wcześniej miał na sobie Aedan.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Victorique siedziała skulona, pod ścianą, na podłodze eleganckiego gabinetu. Aedan, wykąpany i w czystym ubraniu, rozparł się wygodnie na jednym z miękkich, skórzanych foteli. Violette stała, opierając się o blat biurka.
– Księżniczka? Córka Lorda Avrieel? – spytała niedowierzająco kobieta. – No, no, w jakim interesującym towarzystwie cię zastałam, Aedanie.
– Trafiło się przypadkiem – mruknął niechętnie chłopak.
– W każdym razie dziewczyna się przyda, ale rozumiem, że chcesz się na niej zemścić – dodała z okrutnym uśmiechem. – Moi żołnierze zapewne też będą chcieli zemsty, za śmierć swoich towarzyszy – dodała pogodnie. – Czeka cię trochę niezapomnianych przeżyć, ptaszyno – zwróciła się kobieta, do obserwującej uważnie ich ruchy, Victorique. – Zacznijmy od czegoś prostego – stwierdziła stając przed dziewczyną. – Najpierw sie rozbierzesz.
Victorique spojrzała na nią zaskoczona, a już w następnej chwili na twarzy pojawiły się jej łzy bólu. Kobieta nie zamierzała sobie brudzić rąk. Do wszystkiego używała magii. Dziewczyna wstała, kryjąc się za zasłoną z długich, prostych, hebanowych włosów. Jej niebieskie oczy lśniły od łez. Powoli, niechętnie, zaczęła zsuwać z siebie ubranie, aż w końcu została w samej bieliźnie. Violette podeszła do niej z zadowolonym uśmiechem. Była od dziewczyny niemal o głowę wyższa. Obejrzała ją ze wszystkich stron.
– Jesteś całkiem ładniutka – wymruczała unosząc dłonią jej podbródek.
Victorique wyszarpnęła się, cofając pod samą ścianę. Kobieta uderzyła ją w twarz. Aedan wstał z fotela, na którym wcześniej siedział.
– Mogę? – zapytał podchodząc powoli do Violette.
Skinęła głową. Odsunęła się. Chłopak przyciągnął Victorique do siebie. Wsunął dłoń pod przezroczystą, delikatną koszulkę dziewczyny. Zadrżała. Spróbowała sie wyrwać, on jednak unieruchomił ją stanowczo, przytrzymując jedną ręką jej nadgarstki, drugą natomiast błądząc po odsłoniętym ciele dziewczyny. Spojrzała w brązowe oczy Aedana i znów zadrżała. Nigdy nie spodziewałaby się, że te wielkie, orzechowe oczy, potrafią być aż tak lodowato zimne! Nie puszczając jej nadgarstków wykręcił ręce dziewczyny do tyłu.
– Role się odwróciły – powiedział beznamiętnym głosem.
Pchnął ją na stojący w pokoju, dębowy stół o zdobionych pazurami łapach, zamiast nóg. Przytrzymał ją przy nim tak, że leżała na nim na brzuchu. Siłą rozsunął jej nogi. Nie fatygował się nawet tym, żeby zdjąć z niej matki. Jego dłoń znalazła się na jej łonie. Palce na siłę zagłębiły się do środka.
– Nie – szepnęła odwracając ku niemy głowę. Po policzkach dziewczyny spływały słone łzy. – Proszę…
Zamiast odpowiedzi poczuła siarczystego klapsa na swoich pośladkach.
– Zamknij się – odezwał się chłodno.
Ściągnął Victorique ze stołu i zmusił, żeby uklęknęła przed nim na podłodze. Kobieta w czerwonej sukni, jak prawdziwa dama, usiadła na drewnianym, prostym krześle, lekko tylko krzyżując nogi. Z zainteresowaniem przyglądała się poczynaniom Aedana. Chłopak niespiesznie rozpiął spodnie, uwalniając swój, na wpół stojący członek. Przysunął go do twarzy dziewczyny.
– Aedan… – szepnęła błagalnie.
Chłopak prychnął.
– Jestem pewien, że wiesz, co z nim zrobić – oznajmił bezwzględnym, zimnym głosem.
Przytrzymał dziewczynę za włosy i wsunął go do jej ust. Zakrztusiła się. Zignorował to, poruszając na nim, trzymaną za czarne, splątane włosy, głową dziewczyny. Jego członek stał się twardy i sztywny. Po chwili Aedan znów podniósł dziewczynę, popychając ją na dębowy stół. Przesunął dłonią pomiędzy jej nogami. Victorique poczuła niechcianą wilgoć. Chłopak nie czekał dłużej. Rozsunął jej nogi jeszcze szerzej i wszedł w nią brutalnym, mocnym pchnięciem. Zachłysnęła się powietrzem. Teraz jej twarz była już cała mokra od łez, a ona sama, nie potrafiła powstrzymać łkania. Chłopak poruszał się w niej ostro, szybkimi, płytkimi pchnięciami. Potem uniósł ją odrobinę i wszedł do samego końca. Jęknęła.
– O co chodzi? – zapytał drwiąco. – Myślałem, że tak właśnie lubisz… W końcu twój kochanek, Deamon, to sadysta, prawda?
– Nic o nim nie wiesz! – warknęła w odpowiedzi.
Chłopak pchnął jeszcze mocniej, brutalniej wykręcił jej ręce.
– Wiem aż za dużo – odwarknął.
Puścił jej nadgarstki, a ona natychmiast, podparła się rękami o drewniany blat. Chłopak zwolnił, zaczął poruszać się płynniej. Poczuła jak jego członek pulsuje, a potem wysunął go z dziewczyny, zalewając ciepłą spermą jej pośladki i plecy. Brutalnie szarpnął jej ramię i pchnął Victorique na podłogę. Dziewczyna usiadła, kuląc się i zasłaniając długimi włosami. Violette wstała z fotela.
– Jeżeli jesteś już usatysfakcjonowany – powiedziała słodkim głosem – to zawołam moich ludzi, żeby zajęli się dziewczyną.
– Nie – oznajmił Aedan, zatrzymując ją, zanim dotarła do drzwi. Kobieta spojrzała na niego chłodnym, nieprzyjaznym wzrokiem. Chłopak natychmiast się zreflektował. To ona tu rządziła, a on nie miał prawa do żadnych roszczeń. – Violette, oddaj mi ją na całą noc – poprosił cicho, przysuwając się bliżej do kobiety. Jego głos był miękki i aksamitny, uwodzicielski. Była w nim także niewypowiedziana obietnica. Victorique mogłaby przysiąc, że w tym momencie Aedan idealnie naśladuje zachowanie i sposób mówienia Deamona. – Twoi żołnierze poczekają do świtu – zamruczał niemal do ucha kobiety.
Stał na tyle blisko, by czuła jego oddech, a jednocześnie na tyle daleko, by jej nie dotykać. Jego orzechowe oczy zalśniły. Usta wydęły sie w kuszącym grymasie, rozkapryszonego chłopca. Violette spojrzała na niego odrobinę zaskoczona. Dotknęła jego policzka, wierzchem zgrabnej dłoni. Chłopak złapał ją za rękę, przyciągnął do siebie. Aksamitna, wiśniowa suknia, zatańczyła wokół jej nóg.
– Głuptasie – powiedziała łagodnie, wyswabadzając się z objęć Aedana i odsuwając od niego delikatnie.
Patrzyła jednak na niego zaintrygowanym wzrokiem. Spod czarnych rzęs rzuciła mu uwodzicielskie spojrzenie. Wyglądało na to, że w tym momencie jest gotowa oddać mu znacznie więcej, niż tylko siedzącą u nóg stołu Victorique.
– Za to co mi zrobiła, chcę, żeby cierpiała – odezwał się cicho chłopak. – To będzie dla niej bardzo długa i niezbyt przyjemna noc – podkreślił.
Violette skinęła głową.
– Zrób z nią co chcesz, tylko jej nie skrzywdź za bardzo – mruknęła. – Może się nam przydać. Oddam ją moim ludziom, kiedy z nią skończysz.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Sypialnia, którą otrzymał Aedan, nie była tak luksusowo urządzona, jak pokoje Violette, ale niczego jej nie brakowało. Victorique, w dalszym ciągu jedynie w bieliźnie, siedziała skulona w rogu wielkiego, drewnianego łoża. Skrępowane w nadgarstkach ręce, miała sztywno przywiązane do wezgłowia. Wszystkie cieplejsze uczucia, jakie do tej pory żywiła do Aedana, cały żal i wyrzuty sumienia, związane z tym, co mu zrobili, prysły jak bańka mydlana. Chłopak wyraźnie wcale nie był lepszy od nich i na wszystko to sobie zasłużył.
Dziewczyna zdawała sobie sprawę, z tego, że jej sytuacja jest beznadziejna. Zarówno wiedźma, jak i chłopak zbuntowanych Illi’andin, zrobią z jej ciałem, co tylko będą chcieli, a była przekonana, że nie będzie to nic przyjemnego. Najgorsze było jednak to, że nie miała pojęcia, co dzieje się z Deamonem, a to właśnie dla niego, gotowa była poświęcić całe swoje życie. Po raz pierwszy, od kiedy się urodziła, Victorique tak naprawdę się bała.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Stłumione światło podkreślało bladość jej skóry. Niekłamane przerażenie, na jej ślicznej twarzy, kiedy na niego patrzyła, sprawiało mu niemal fizyczny ból. Podszedł do niej. W dłoni ściskał myśliwski nóż. To samo narzędzie, którym ból, z taką satysfakcją i niekłamaną przyjemnością, zadawał mu Deamon. Odsunęła się najdalej jak mogła. Jej oddech przyspieszył. Aedan zbliżył się bez wahania. Przytrzymał ją, żeby przypadkiem się nie szarpnęła. Nie chciał zrobić jej krzywdy. Wprawnym ruchem rozciął, krępujący jej nadgarstki, sznur. Potem się odsunął. Z płóciennej, podróżnej torby wyjął ubranie dziewczyny. Rzucił jej na łóżko.
– Ubieraj się – rozkazał chłodno. Spojrzała na niego pytająco, ale wykonała polecenie. Podał jej także wysokie buty. – Idziemy – warknął, kiedy je również włożyła.
Z gospody wyszli tylnym wyjściem. Chłopak szedł szybkim krokiem, ciągnąc za sobą Victorique. Zatrzymał się dopiero na skraju lasu. To była niepisana granica, między dwoma, wrogimi terytoriami. Z cienia, między drzewami, pełnym galopem, wybiegł, czarny jak bezgwiezdna noc, koń. Dziewczyna rozpoznała ogiera, ducha zaklętego w zwierzęciu, którego wcześniej tak bezmyślnie wypuściła. Zarżał cicho i stanął przy boku swojego pana.
– Zabierzesz ją, dokąd będzie chciała, a potem do mnie wrócisz – rozkazał mu poważnym głosem Aedan.
Koń trącił go pyskiem, dając mu do zrozumienia, że pojął polecenie. Victorique stanęła zaskoczona. Spojrzała pytająco na Aedana.
– Tak po prostu mnie wypuścisz? – zapytała nie rozumiejąc. – Przecież mój urok już dawno na ciebie nie działa, więc dlaczego?
Chłopak uśmiechnął się kwaśno.
– Nie działa i nigdy nie działał. Dzięki runom zaklętym w tatuażach, jestem odporny na magię. Zupełnie.
– Więc jesteś głupcem – zezłościła się Victorique, patrząc w jego orzechowe oczy.
– Być może – odpowiedział spokojnie. Sprawnie pomógł jej dosiąść, nieosiodłanego ogiera. – Odejdziesz i nigdy więcej tu nie wrócisz – powiedział cicho.
Dziewczyna przecząco pokręciła głową.
– Nie zostawię go tutaj – odezwała się ostro.
– Więc umrzesz razem z nim – odpowiedział jej chłodnym tonem Aedan. Potem zaklął szpetnie. Jego czuły słuch, wyłapał z lasu, niepokojące go odgłosy. Gwałtownie, bez zapowiedzi wskoczył na konia, siadając za plecami dziewczyny. Objął ją w pasie, popędzając Shiredana do galopu. – Łowcy – wypowiedział, to jedno, jedyne słowo, które napawało Illi’andin prawdziwym przerażeniem. – Co oni tu do cholery robią?! Dlaczego są tak blisko granicy?!
Victoriqua nie odpowiedziała. Nigdy nie miała z nimi styczności. Ci ludzie byli dla niej postaciami z legend. Gdyby nie to coś w głosie Aedana, co kazało jej się dwa razy zastanowić, nigdy nie uwierzyłaby w ich istnienie. W tym momencie, czarny ogier pędził już cwałem, lawirując między gęsto rosnącymi drzewami. Dziewczyna przytuliła się do jego szyi, czując obejmujące ją, silne ramiona Aedana. W pewnym momencie poczuła nieznaczne ukłucie, przywodzące jej na myśl, dużego komara, a potem natychmiast zapadła w sen, czule wtulona, w końską grzywę.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Victorique obudziła się, ale nie otwierała oczu. Ból głowy był nie do zniesienia. Leżała na czymś wyjątkowo twardym. Czuła kołysanie. W końcu odetchnęła głębiej i postanowiła się podnieść, jednocześnie rozglądając po pomieszczeniu. Wokół siebie zobaczyła deski. Zakręciło jej się w głowie.
– Spokojnie – usłyszała łagodny głos Aedana.
Spojrzała na niego czując ulgę, że wzrok wreszcie przestał jej się rozmazywać. Chłopak siedział obok niej na drewnianej podłodze. Był w samej koszuli, a ona zdała sobie sprawę, że pod głową zwiniętą miała jego tunikę.
– Gdzie jesteśmy? – zapytała.
– Chyba na statku – wzruszył ramionami. – Obudziłem się może pół godziny przed tobą – wyjaśnił.
Odetchnęła głębiej, ponownie zamykając oczy. Musiała się stąd wydostać i… uratować Deamona.
– Jak stąd uciekniemy? – zapytała rzeczowo.
– Uciekniemy? – sprawiał wrażenie rozbawionego. – Cokolwiek wymyślimy, nie sądzę, żeby nam się udało, przynajmniej nie na pełnym morzu – dodał nieco ciszej.
Warknęła na niego. Nie zamierzała siedzieć bezczynnie. To wszystko jego wina! To przez niego się tu znaleźli! Gdyby nie próbował… jej pomóc, uświadomiła sobie niechętnie dziewczyna. W dalszym ciągu nie mogła pojąć dlaczego to zrobił. Gwałtownie wstała, ale natychmiast poczuła jak miękną jej nogi. Chłopak chwycił ją, nie pozwalając upaść na podłogę. Zadrżała z zimna, bezsilności i wyczerpania. Przez chwilę poczuła się jak mała dziewczynka.
– Będzie dobrze – westchnął, przyciągając ją do siebie, a ona wtuliła się w niego zbyt słaba, żeby protestować. – Wydostaniemy się stąd, obiecuję.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
To nie miało sensu. Nic go teraz nie miało. Łowcy, postacie z legend, istnieli naprawdę. I, co najgorsze, nie byli ludźmi. Dobrze zbudowane, krępe i mocno umięśnione ciała mieli w zielonkawym odcieniu leśnego mchu. Bujne, przypominające strzechę włosy, nosili w różnych kolorach i dziwacznych fryzurach. Większość z nich miała przy sobie bojowe młoty lub topory. Nieliczni, z kosturami, musieli władać magią. Victorique widziała, że byli tylko nieco od niej wyżsi. Natomiast mówili innym językiem i traktowali więźniów jak zwierzęta. Każdy niepożądany ruch spotykał się z natychmiastową karą. Dziewczyna nie śmiała się poruszyć w ich obecności, po tym, jak już kilkakrotnie Aedan osłonił ją przed uderzeniem bata. Chłopak próbował udawać spokój, ale Victorique wyraźnie widziała, jak bardzo się boi. Najwyraźniej wiedział na ich temat znacznie więcej niż ona sama, a wiedza ta nie wiązała się z niczym dobrym. Kiedy przycumowali do nadbrzeża, do pomieszczenia, w którym Aedan i Victoriqua spędzili kilka dni, weszło kilka humanoidalnych istot. W przypadku tej rasy, niewiele różniło kobiety od mężczyzn. Rozkazali cos gardłowymi głosami i czekali na wykonanie polecenia. W końcu, zniecierpliwiona postać o zielonej skórze, chwyciła wielką rękę dziewczynę. Aedan zareagował błyskawicznie, ale coś, jakby niewidzialna bariera, natychmiast go odrzuciło. Na drewnianej podłodze ustawiono balię oraz wiadra. Brudne ubranie przerażonej Victorique opadło na podłogę. Silne ręce posadziły ją na dnie sporej, drewnianej misy. Skuliła się naga i drżąca. Została starannie umyta, a potem przyszła kolej na Aedana. Chłopak z kamiennym wyrazem twarzy spełniał wszystkie żądania. W pewnym momencie zmuszono nagą dziewczynę, żeby uklęknęła, a jego posadzono naprzeciwko niej. Przyciągnął ją do siebie, widząc jej pobladłą z przerażenia twarz. Wtuliła się w niego, a on objął ją ramionami. Łowcy nie protestowali, przynajmniej tak długo, dopóki nie chcieli zmienić pozycji. Najwyraźniej odpowiadało im to, że klęczą naprzeciwko siebie. Aedan poczuł się podle, kiedy mimo sytuacji jego członek stwardniał, opierając się na brzuchu wtulonej w niego Victorique. Dziewczyna jednak nie zwróciła na to uwagi, nie odsuwając się od niego ani na milimetr. Nagle chłopak zachłysnął się powietrzem, czując, jak ktoś wsuwa w niego długą rurkę. Ze wszystkich sił zwalczył potrzebę szarpnięcia się, wiedział, że walka im na razie nie pomoże, a może jedynie zaszkodzić. Zauważył, że Victorique robią to samo. Rozsunęli jej pośladki i włożyli między nie wężyk, którym polała się ciepła woda. Płakała. Przytulił ją do siebie mocniej, starając się być silnym, za nich obydwoje. Teraz, kiedy była taka bezbronna, tym bardziej nie potrafił jej nienawidzić. Kiedy Łowcy skończyli, pokazali im miski. Aedan zacisnął usta. To było upokarzające, jeszcze bardziej niż rzeczy, które robił mu Daemon. Kiedy było po wszystkim, Victorique ubrano w luźną, białą sukienkę, a chłopak dostał lniane spodnie i koszulę. Szli boso. Ich własne ubrania zniknęły. Związano im ręce, a na szyje założono pętle z surowego sznura. Gdy tylko sprowadzono ich po trapie, Aedan spróbował się przemienić. Nie mógł. Wyczuł to niemal natychmiast. To była wyspa, a otaczało ją jakieś dziwne pole, które musiało działać jak obroża, tylko na większą skalę, tłumiąc całą, możliwą magię. Byli uwięzieni pod niewidzialną kopułą i nic nie mogli z tym zrobić.
~ ♪ ~ ♪ ~ ♪ ~
Deamon zwinął się z bólu. Stojąca nad nim Violette patrzyła wściekłym wzrokiem. Kiedy ból minął, mężczyzna gwałtownie zaczął chwytać powietrze. Otworzył oczy, odważnie wpatrując się w czarownicę.
– Gdzie oni są? – ponownie zadała wściekłym głosem pytanie.
Deamon roześmiał się. Po prostu nie mógł się powstrzymać. Nie mógł uwierzyć, że mająca zapewne kilkaset lat wiedźma była aż tak ślepa i naiwna. Nie widziała tego, co on zauważył na samym początku i wykorzystywał by brutalnie torturować Aeadana. Syknął, kiedy go znowu znienacka uderzyła, tłumiąc jego śmiech.
– Jeżeli chcesz ode mnie odpowiedzi, to może pozwól mi ich udzielić – odezwał się uprzejmie.
Natychmiast zmienił się jej wyraz twarzy.
– O tak – zamruczała – chcę od ciebie wielu odpowiedzi. Na przykład jak to się stało, że demon pół krwi jest aż tak silny, żeby związany powalić dziesięciu moich doborowych strażników?
– Z twoją magią nie mam najmniejszych szans – odpowiedział wymijająco – więc może mnie uwolnisz? – zaproponował. – Zgubiłaś moją księżniczkę, więc teraz mamy wspólny cel. Ja chcę odnaleźć Victorique, a ty zapewne syna generała Voilà.
Violette przykucnęła przy nim.
– Jak to się stało? Jakim cudem udało jej się go porwać i dlaczego nie wróciła po ciebie?
Leżący na ziemi mężczyzna znowu nie potrafił pohamować szyderczego śmiechu.
– Porwać? – zakpił. – Czy ty nie widziałaś jak ten dzieciak na nią patrzył? Uciekli razem i to Aedan zorganizował ucieczkę, tego jestem pewien. Natomiast po mnie nie wróciła, bo zapewne jej nie pozwolił.
Kobieta patrzyła niedowierzająco. Jej oczy płonęły. Czyżby pojawił się w nich cień zazdrości? Deamon doskonale znał kobiety i nigdy nie miał problemu z tym, żeby nimi manipulować.
– Co takiego jest w tej smarkuli? – zapytała zirytowana. – Co w niej widzicie?!
Blondyn uśmiechnął się, a jego uśmiech był zupełnie szczery.
– Czy to nie oczywiste? Jest jedyną córką władcy Illi’andin. To chyba jasne, że ten kto zdobędzie jej rękę, stanie się również następcą tronu.
Rozdział X –Targ Niewolników
Znaleźli się na pustym, rozległym, otoczonym przez domy placu. Na środku, niczym scena, górowało zbite z desek podwyższenie. Miejsce wyglądało jak targ. Jeden z Łowców poprowadził Victorique na drewnianą konstrukcję.
– Aedan! – krzyknęła rozpaczliwie, nie chcąc się z nim rozdzielać.
Chłopak szarpnął się, ale to nic nie dało. Byli od niego silniejsi i było ich zbyt wielu. Przerażenie dławiło go w gardle. Bał się tego, co mogą jej zrobić. I rzeczywiście, na placu zaczął zbierać się tłum. Rozpoczęła się licytacja. Dopiero teraz Aedan uzmysłowił sobie, że Łowcy byli handlarzami niewolników. Bezsilnie obserwował transakcję. Ktoś ją kupił, została zabrana z placu, a potem przyszła jego kolej. Przestał zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół. Zaczął intensywnie myśleć. Nawet, jeżeli uda mu się stąd wydostać, to przecież nie zostawi Victorique. Nie mógł jej zostawić. Nie potrafił. Ktoś go kupił. Gdzieś go zabierali. Posłusznie szedł, od czasu do czasu popychany przez swoich strażników. Wprowadzili go do jakiegoś budynku. Zostawili w zakratowanej celi. W pomieszczeniu panował półmrok. Było tu sucho i ciepło, jak na całej tej wyspie. Rosła na niej nieznana mu, tropikalna roślinność. Zdał sobie sprawę z kolejnego problemu. Nawet jeżeli się wydostaną, nie miał pojęcia jak dotrą na stały ląd. Rozejrzał się po sąsiednich celach. W niektórych również tkwili więźniowie. Wszyscy byli Illi’andin. Powierzchownością nie różnili się od ludzi, ale łatwo można było rozpoznać ich aurę, zwłaszcza, gdy było się jednym z nich. Aurę, której nie posiadała Victoriqua. Aedan na chwilę przymknął oczy. Dziewczyna nie miała również innych cech swojej rasy. Fizycznie była tak samo słaba, jak ludzie. Nie wiedział co każą im robić, ale był pewien, że ona tego nie wytrzyma. Z zamyślenia wyrwał go rozdzierający krzyk. Po nim nastąpiły kolejne. Rozejrzał się wokół.
– Pora karmienia – wyjaśnił mu usłużnie wpatrujący się w niego obojętnie, leżący na podłodze sąsiedniej celi, starszy mężczyzna. – Ciebie też to czeka. Walczymy na arenie, a kiedy się im znudzimy lub zrobimy coś nie tak, zostajemy karmą dla zwierząt.
– Jakich zwierząt? – zainteresował się chłopak.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Jest ich cała gama, od krokodyli, po lwy. Obecnie w modzie są wilki.
– Wilki? – Aedan zaczął się śmiać.
Wilki… Mimo makabrycznej sytuacji, nie potrafił pohamować własnej wesołości. Śmiał się jak szaleniec. Nieznajomy patrzył na niego jak na wariata. Wszyscy wokół patrzyli. Chłopak nie mógł przestać myśleć o tym, co zrobią Łowcy, kiedy zaatakują ich własne zwierzęta.