Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Ishanvi

    Las zamiera, ciemnieje, coś złowrogiego unosi się w powietrzu. Mimo że w Krainie, której nie odwiedza słońce zawsze panuje półmrok, tym razem jest w nim coś innego, nienaturalnego. Koń Philipa staje dęba, a ja ze wszystkich sił walczę o to, by utrzymać się w siodle. Nagle na drodze przede mną pojawia się odziana w czerń postać. Zdenerwowany wierzchowiec tańczy w miejscu. Kobieta jest piękna. Wytworna suknia ciemną mgłą otacza jej postać, sprawiając wrażenie, że ona cała utkana jest ze złowrogiego mroku. 

    – Po co tu wróciłaś? – chłodnym głosem pyta Zła Królowa, po raz pierwszy od ponad dekady zwracając się bezpośrednio do mnie. 

    Tym razem nie muszę nawet toczyć walki o to, by nie spuszczać wzroku. 

    – Zejdź mi z drogi! – rozkazuję, patrząc matce prosto w oczy. 

    – Dobrze – odsuwa się ze ścieżki, ale w kącikach jej ust błąka się pełen wyższości, arogancki uśmieszek – ale jeżeli szukasz Czarnego Rycerza, nie znajdziesz go w zamku. 

    Biorę głęboki oddech. Nie mam pojęcia, co zaplanowała, ani dlaczego tak bardzo mnie nienawidzi. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie mam wyboru i muszę zagrać w jej grę. 

    – Więc gdzie jest? – z trudem powstrzymuję się od warknięcia. 

    Zła Królowa uśmiecha się nieszczerze. 

    – Odmówił wykonania mojego rozkazu, a teraz ponosi tego konsekwencje. 

    Koń po raz kolejny staje dęba, a ja niemalże wypadam z siodła. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało, ale moja matka zniknęła, a wraz z nią przepadła również prowadząca do zamku ścieżka. Mam ochotę przeklinać. Obracam się z wierzchowcem dookoła własnej osi i wtedy to widzę. W gęstym lesie otworzyło się wąskie przejście przez cierniste krzewy. Mgliście przypominam sobie, że prowadzi do popadającej w ruinę, zachodniej wieży. Czuję nieprzyjemne ukłucie strachu. Chciałabym mieć przy sobie miecz, albo przynajmniej pochodnię, ale niczego takiego nie mam. Jestem też pewna, że ogier Philipa nigdy nie pozwoli mi poprowadzić się przez wąskie, mroczne przejście. Zeskakuję z siodła i związuję wodze, żeby koń się o nie nie zaplątał, jeżeli spanikuje. Zostawiam go tam gdzie stoi, a sama zaczynam przedzierać się przez zarośla.  

    Gdy po forsownej przeprawie docieram na drugą stronę, witają mnie czerwone ślepia czarnego jak noc ogiera hrulgae. Podchodzi do mnie szczerząc ostre zęby. 

    – Yyy… dobry konik? – próbuję z braku lepszych pomysłów. 

    Ogier prycha, jakbym go czymś uraziła. Jakby rozumiał co do niego mówię. Trąca mnie pyskiem, ale nie zatapia we mnie zębów, co uznaję za dobry znak. Gdy nie reaguję, robi to ponownie. 

    – Wiesz gdzie jest Czarny Rycerz? – pytam z nadzieją, a hrulgae ustawia się do mnie bokiem, jakby chciał, żebym go dosiadła. 

    Ledwo podciągam się na siodło, a ogier rusza z kopyta, by po chwili już pędzić w dzikim cwale. Z całej siły chwytam się jego grzywy, próbując nie myśleć o tym, co stanie się, kiedy spadnę. Gdy wreszcie się zatrzymuje, z trudem chwytam oddech. Stoimy pod złowrogo wyglądającą zachodnią wieżą i coś mi podpowiada, że wcale nie chcę wchodzić do środka. 

      Zsuwam się z siodła i zbieram się na odwagę. Powietrze buzuje od czarnej magii. W końcu robię krok do przodu, ale nad moją głową przelatuje stado nietoperzy. Lądują przed wejściem, zmieniając postać i zagradzając mi drogę. Elitarne jednostki z armii nieumarłych mojej matki — wampiry. Dołączyły do niej kilka tem temu, wtedy, gdy już mieszkałam w zamku Dobrego Króla, więc wiem o nich bardzo niewiele. Jest ich siódemka, ale jestem przekonana, że żeby mnie zabić, wystarczyłby tylko jeden. Przed szereg występuje rudowłosa kobieta, patrząc na mnie z pogardą. 

    – Wróć skąd przyszłaś, mała dziewczynko – drwi ze mnie. 

    – Zamierzam wejść do środka, więc zejdźcie mi z drogi – zbieram w sobie całą odwagę, na jaką mnie jeszcze stać. 

    Strach przed tym, że moja matka skrzywdziła Alexa, jest znacznie silniejszy niż instynkt, który każe mi uciekać przed wampirami. Wkładam rękę do przewieszonej przez ramię torby i kurczowo zaciskam ją na szmacianym kotku. Kobieta śmieje się, a pozostałe wampiry jej wtórują. Potem bez ostrzeżenia rzuca się na mnie, ale byłam na to przygotowana i drogę zagradza jej wielka, czarna pantera. Rozpoczyna się walka, do której przyłączają się pozostałe wampiry, a ja zdaję sobie sprawę, że jest ich zbyt wielu i Kotek nie ma z nimi zbyt dużych szans. Cofam się kilka kroków, nie spuszczając wzroku z pola walki i zastanawiając się, co mogę zrobić. Plecami wpadam na coś, czego nie powinno tam być. Odwracam się i widzę, że to wielkie włochate odnóże. 

    – Pommmóccc? – słyszę znajomy syk. 

    Kiwam głową, bo nie jestem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Pajęczyca włącza się do walki, a za nią pędzi kilka strzyg. Nad nami przelatuje przynajmniej setka ogromnych kruków, które wzbijają się wysoko w powietrze. Patrzę na nie zdezorientowana, obserwując, jak silnymi ruchami wspaniałych skrzydeł odganiają chmury. Na krótką chwilę wieża zostaje skąpana w promieniach słońca, ale to wystarczy, by wampiry zaczęły płonąć. Wycofują się z sykiem, chowając się w lesie. Kotek podchodzi do mnie i kładzie się u moich stóp, liżąc rany. 

    – Nic ci nie jest? – pytam kucając i drapiąc go za uszami, a on odwraca głowę, by polizać moją rękę. 

    Wiem, że obrażenia Kotka błyskawicznie się zagoją, ale i tak nie podoba mi się, że musiał walczyć w mojej obronie. 

    Stworzenie z nieproporcjonalnie dużą głową, czerwonymi ślepiami i ptasimi szponami zbliża się do mnie, szczerząc kły w karykaturze ludzkiego uśmiechu.

    – Popilnujemy wejścia – obiecuje strzyga, a ja podnoszę się do pionu i dziękuję jej skinieniem głowy. 

    Od zawsze byli moimi przyjaciółmi, ale nie mogę uwierzyć, że mimo upływu lat wciąż nimi pozostali. Jednak gdy wchodzę do ruin wieży, nie mam odwagi, by obejrzeć się za siebie. 

    Posadzka dolnego piętra jest pokryta malunkami z krwi. Powietrze jest tak gęste i parne, że ciężko się tu poruszać. Po schodach, z których odpadają kawałki kamienia, wspinam się na wyższe piętro i zamieram w wejściu do kolejnej komnaty. Na środku pomieszczenia leży wykuty z hebanowego marmuru posąg Czarnego Rycerza. 

    Gdy wreszcie udaje mi się zmusić, by wejść do środka, dopadają mnie wątpliwości. Z całego serca pragnę go obudzić, ale tym razem nie jest tak prosto, jak z Philipem, którego uczuć byłam pewna. Pocałunku prawdziwej miłości nie da się oszukać, więc co stanie się, jeżeli Alexei mnie nie kocha? 

    Łzy spływają po moich policzkach słonymi strumieniami. Klękam przy marmurowym posągu, dłonią przesuwając po jego policzku. Wciąż nie mogę się zdobyć na odwagę. W końcu pochylam się i delikatnie całuję jego usta. Zamykam oczy, drżąc ze strachu, że to się nie uda. Przez chwilę nic się nie dzieje, ale potem słyszę powolne bicie jego serca. Alexei gwałtownie zaczerpuje powietrze i siada. Otwieram oczy. Oplatam ramionami jego szyję. Nigdy w życiu nie czułam jeszcze tak wielkiej ulgi. 

    – Nie rozumiem – odzywa się cicho. 

    – Kocham cię – wyznaję, uśmiechając się poprzez łzy. 

    – Ale przecież królewicz… – Alexei wpatruje się we mnie, a ja po raz pierwszy w jego wzroku widzę niepewność. 

    – Jest dla mnie, jak brat, ale nie dałeś mi tego wytłumaczyć – strofuję go lekko. 

    Czarny Rycerz oplata mnie ramionami, przyciągając do siebie. Całuje mnie w usta, a od ulgi zawartej w tym pocałunku niemalże iskrzy powietrze. Nie wiem czy to ironia, czy odpowiednia kolej rzeczy, ale miejsce Córki Złej Królowej z całą pewnością jest właśnie w ramionach Czarnego Rycerza. 

    – Kocham cię – po raz pierwszy słyszę, jak wypowiada te słowa. – Już na samym początku się w tobie zakochałem – przyznaje cicho. 

    Gdybym nie siedziała, na pewno zmiękłyby pode mną nogi. Czuję, jak rozpiera mnie szczęście. Mając u boku Alexei’a jestem w stanie stawić czoła wszystkiemu, nawet własnemu ojcu i matce. 

    Note