Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziewczyna leżała na łóżku. Podparta na łokciu czytała nudnawe kolorowe czasopismo. Podniosła wzrok, kiedy usłyszała, że otwierają się drzwi do łazienki. Zaparło jej dech na widok Chiredana. Wszedł do pokoju jedynie w samych spodniach. Po jego szczupłej budowie ciała, nigdy nie spodziewałaby się, że jest tak dobrze zbudowany. Jasne włosy opadały mu na ramiona, mokrymi kosmykami. Całości dopełniały niesamowite, zielone oczy. Po prostu nie potrafiła powstrzymać uśmiechu, który sam cisnął się jej na usta. 

    Chłopak odwzajemnił uśmiech. Usiadł koło niej na łóżku.

    – To jaki mamy plan? – spytała, żeby jakoś zacząć rozmowę.

    – Nie jestem pewien. Zbliża się dziesiąta. Chyba zostaniemy tu na noc… Pojedziemy dalej rano. W końcu i tak nigdzie nam się nie spieszy.

    – No tak, może oprócz tego, że pewnie nas już dawno szukają – odpowiedziała nie mogąc powstrzymać się od ironii w swoim głosie.

    Wzruszył ramionami.

    – Co za różnica gdzie będziemy? Równie dobrze mogą nas znaleźć tam jak i tutaj. Stokrotko… im nie da się uciec, wiesz o tym prawda? Prędzej czy później będę musiał po prostu zabić, tych którzy nas ścigają i wszystko zacznie się od nowa.

    Westchnęła. Postanowiła zmienić temat.

    – Więc co będziemy robić? Nie chce mi się jeszcze spać.

    – Prawdę mówiąc nie wiem – położył się przy niej na łóżku. Podparł się na łokciu i patrzył na nią. – Może rzeczywiście szkoda, że nie kupiłem tych kąpielówek. Moglibyśmy popływać.

    Dziewczyna położyła głowę na poduszce. Leżała na boku, ciągle odwrócona w stronę chłopaka. 

    – Boję się – przyznała cicho. – Uciekam prawie całe życie. Mam już dosyć.

    – Nie pozwolę im cię skrzywdzić – powiedział chłopak kładąc się tuż przy niej. Mówił z jakąś dziwną determinacją w głosie. – Nigdy na to nie pozwolę. 

    Wyciągnął rękę i delikatnie odgarnął kosmyk włosów z jej policzka. Zamknęła oczy. Zbliżyła twarz do jego twarzy, usta do jego ust. Pocałował ją. Zachwycona odwzajemniła pocałunek. Miał takie miękkie i ciepłe wargi. Wplótł palce w jej złote włosy. Położyła dłoń na jego nagim, wilgotnym torsie. Drugą ręką przesunęła po jego ramieniu. Przyciągnął ją do siebie mocnym, stanowczym gestem. Poczuła się cudownie w jego ramionach.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Elysoun obudziła się wtulona w ramiona Chiredana. Chłopak nie spał. Wpatrywał się w nią oczarowany.

    – Dzień dobry – uśmiechnęła się do niego. – Czemu tak na mnie patrzysz?

    – Jesteś piękna – powiedział cicho. – Znasz historię o kwiecie paproci? – spytał. Niepewnie skinęła głową. – Legenda głosi, że ten kwiat jest najpiękniejszy i że nikt go nie dotknie. Ja myślę, że tych kwiatów musiałoby być kilka milionów, żeby dorównać tobie.

    Dziewczyna poczuła motyle w brzuchu. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Pocałowała go delikatnie. Zamruczał cicho i odwzajemnił pocałunek. W tym momencie wszystkie problemy przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Mimo ambitnych planów wyjechać udało im się dopiero koło południa. Chiredan był w doskonałym humorze. Co chwila zerkał na siedzącą obok siebie dziewczynę. Nie mógł uwierzyć w to, że odwzajemniała jego uczucia. Właściwie to najchętniej nie wypuszczałby jej z objęć. Trudność sprawiało mu skupienie się na drodze, ponieważ wszystkie jego myśli wirowały tylko wokół niej.

    Przyjaciele Elizy przylecieli do Stanów Zjednoczonych pierwszym możliwym samolotem. Sylwia nalegała na to, żeby udali się na Florydę, zamiast do jakiegoś stanu położonego przy granicy z Kanadą, twierdząc, że Eliza zawsze chciała tam pojechać. Była pewna, że dziewczyna wybierze jakieś ciepłe miejsce, bo to właśnie najbardziej lubiła.

    Matthew spędził w powietrzu kolejny dzień. Co jakiś czas wyczuwał silniejsze emocje królewny, więc mniej więcej wiedział gdzie powinien się kierować. W jej uczuciach nie było strachu, mimo to czuł się coraz bardziej zaniepokojony.

    Vivien była wniebowzięta. Jej cudowny plan działał lepiej niż przypuszczała. Martwiło ją tylko to, że Kendon, starzec z którym współpracowała, służy bogini chaosu, Morrigu. Wiedziała, jaką trzeba płacić cenę za boską pomoc.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Szczelnie otulony płaszczem starzec wszedł do sporego, wysokiego pomieszczenia z ozdobionymi kolorowymi witrażami, dużymi oknami. Wszystkie przedstawiały sceny walk. Ruszył szerokim przejściem między kolumnami. Padł na kolana przed wysokim, czarnym tronem, czołem dotykając marmurowej posadzki. 

    – Pani, wzywałaś mnie – powiedział z pokorą w głosie.

    Z tronu wstała niesamowitej urody kobieta. Miała czarne, sięgające pasa, proste włosy i mlecznobiałą skórę. Ubrana była w przepiękną, jedwabną, czerwoną suknię. Jej szyję i nadgarstki zdobiła delikatna, złota biżuteria.

    – Coś ty zrobił kretynie?! – wrzasnęła, a jej głos był jak huragan. Wstrząsnął całym pomieszczeniem.

    – Pani… – pisnął – ja…

    – Doprowadziłeś nic nie warty idioto do spełnienia się proroctwa! – warknęła. – Popchnąłeś ją prosto w ramiona najmłodszego syna z Silva Magna. Teraz nie jest mi już do niczego potrzebna żywa. Musisz ją zabić. Wynoś się! – wrzasnęła, a fala mocy podniosła mężczyznę z ziemi i cisnęła nim o najbliższą kolumnę jak szmacianą lalką.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Podróż na Florydę zajęła im ponad trzy tygodnie. Postanowili sobie zwiedzić Stany Zjednoczone. Mimo grożącego im niebezpieczeństwa po drodze świetnie się bawili. Zatrzymywali się tam, gdzie mieli ochotę, spali w wygodnych zajazdach i po prostu czuli, że żyją. Z każdą chwilą coraz bardziej pragnęli swojego towarzystwa. 

    Mimo panującej zimy, na Florydzie było ponad piętnaście stopni. Nie była to pogoda na paradowanie po plaży w kostiumie kąpielowym, ale też nareszcie Elysoun przestała marznąć. Nienawidziła zimy. Po drodze zmienili zdanie co do miejsca docelowego swojej podróży. Uznali, że skoro i tak nie mają gdzie się wybrać, równie dobrze mogą zrobić sobie wakacje. Skręcili na wschodnie wybrzeże i zatrzymali się w małej, urokliwej miejscowości Lauderdale. Było to typowo turystyczne miasteczko. Taka miejscowość wypoczynkowa dla spragnionych słońca, plaży i widoków tropikalnej roślinności wczasowiczów. Było tam bezpiecznie i spokojnie, a wszystko czego potrzebowali znajdowało się w niewielkim dystansie pieszych spacerów. 

    Zatrzymali się w przyjemnym, ładnie urządzonym pensjonacie. Znajdował się tam niewielki, wyrafinowany, tropikalny ogród, będący namiastką ogrodu botanicznego. Hotel miał też swój własny zewnętrzny basen, który zdobiły artystyczne aranżacje muszli i korali. Piękna piaszczysta plaża znajdowała się dosłownie kilka kroków od pensjonatu.

    Kiedy weszli do przytulnie urządzonego, pomalowanego na biało pokoju, Chiredan rzucił na ziemię torbę i usiadł na szerokim, nakrytym jasną kapą łóżku. Przyciągnął do siebie dziewczynę. Roześmiała się siadając mu na kolanach. Objął jej plecy ramionami, a potem namiętnie pocałował. Przewróciła go na miękką pościel, a sama usiadła na nim okrakiem. Jej długie włosy musnęły twarz chłopaka, kiedy się nad nim pochyliła. Zaśmiał się. Zrzucił ją z siebie, przewracając na plecy i zaczął łaskotać. Zwinęła się w kłębek śmiejąc niepohamowanie.

    – Przestań – wydusiła z siebie walcząc z nadpływającymi salwami śmiechu.

    – Taak? – zapytał – a co będę z tego miał?

    – Zrobię co zechcesz, tylko już przestań – udało jej się z trudem powiedzieć.

    Chiredan przestał ją łaskotać i pochylił się nad nią, całując delikatnie jej usta.

    – Dobrze – wyszeptał jej do ucha – w takim razie kupimy ci spódniczkę z trawy. Widziałem takie w sklepie z pamiątkami.

    – Jesteś niemożliwy – roześmiała się dziewczyna.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Devor siedział w miękkim fotelu trzymając na kolanach Wikę. Sylwia przycupnęła obok na rzeźbionym, drewnianym krześle. Na monitorze komputera oglądali film z zainstalowanej w hotelowym pokoju mini kamery.

    – No to mamy problem – powiedziała zmartwionym głosem ruda czarownica.

    – Aha i to poważniejszy niż nam się wydawało – przyznała siedząca na kolanach Łowcy długonoga blondynka.

    – Tylko przypadkiem mu o tym nie mówcie. Już i tak ma dosyć zmartwień – westchnął smętnie mężczyzna.

    – Gdzie by nie była, zawsze przygrucha sobie jakieś ciacho – powiedziała cicho Wika, jednocześnie z podziwem i przyganą w głosie.

    – Cała ona – uśmiechnęła się Sylwia, jak zwykle próbując rozładować atmosferę. – Mogłaby kiedyś zostawić jakiegoś dla mnie. 

    – Ten tu jest całkiem, całkiem – przyznała blondynka. – Niezły przystojniak z niego. I jaki ma kształtny tyłeczek.

    – Ej! – jęknął ostentacyjnie Devor – mówisz to siedząc swojemu mężczyźnie na kolanach!

    Wika roześmiała się wesoło i bez najmniejszego śladu zawstydzenia pocałowała Łowcę w usta.

    Od kilku dni zajmowali Penthouse w pięciogwiazdkowym hotelu na wschodnim wybrzeżu Florydy. Sylwia miała rację co do miejsca pobytu przyjaciółki. Zarówno Devor jak i ona odnowili swoje policyjne kontakty i szybko wyśledzili różnego rodzaju dziwne wydarzenia po drodze z Kanady na Florydę. Mocno zaskoczył ich napad na stację benzynową w Północnej Dakocie, ale wszystko zgadzało się z opisem. Wcześniej wyśledzili też ukradzionego Maevisowi i jego Łowcą dżipa. Poznali również dokładny rysopis Chiredana Blair. 

    Osobiście znaleźli ich dopiero kiedy mijali jezioro Okeechobee. Potem śledzenie uciekającej pary nie stanowiło już żadnego problemu. Dziewczyny były jednak bardzo zaskoczone, że Eliza zatrzymała się w tak małym miasteczku jak Lauderdale By The Sea, zamiast na przykład w Miami.

    Przyjaciele doskonale wiedzieli jak niebezpieczny może okazać się Chiredan, dlatego ograniczyli się na razie do śledzenia ich oraz zainstalowania w wynajętym pokoju kamer. Kiedy Łowca pokazał odznakę FBI, właściciele niewielkiego pensjonatu okazali się bardzo chętnymi do współpracy, chcącymi przeżyć niezapomnianą przygodę, ludźmi. Wika i Sylwia bez problemu mogły śledzić Elizę, w końcu dziewczyna nie zdawała sobie sprawy, że kiedykolwiek je poznała.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Dla Matthew był to bardzo smutny dzień. Minęło dokładnie pół roku od kiedy Eliza zaczęła przed nim uciekać. Spędzili wspólnie prawie rok. Przez większość czasu mieszkali w nadmorskiej willi Devora w Gdańsku. Królewna kończyła studia dziennikarskie, a on sam podjął pracę ochroniarza. Malutką wróżkę, którą od normalnej pięciolatki wyróżniał jedynie cięty humor, traktowali jakby była ich własną córką. Posłana do przedszkola Myo idealnie odnalazła się w towarzystwie innych dzieci. Od czasu do czasu odwiedzali także Zaginione Królestwo, gdzie prędzej czy później planowali zamieszkać na stałe.

    Pewnego ponurego poranka obudził się z paskudnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Spanikowany rzucił się na poszukiwanie królewny, kiedy zdał sobie sprawę, że zniknęła łącząca ich więź. Potem poczuł jej strach. Zorientował się, że jego ukochana jest w jakimś bardzo odległym miejscu. Po długim poszukiwaniu odnalazł ją na wybrzeżu Irlandii. Nie poznała go, uciekała przed nim. Kiedy na niego patrzyła, w jej oczach widział tylko strach.

    Szarooki był załamany, pierwszy raz w życiu nie miał pojęcia co robić. Zwrócił się o pomoc do Devora i przyjaciółek Elizy, a oni w całą sprawę wciągnęli Łowców, ze względów politycznych, nie zdradzając im jednak tożsamości dziewczyny. O całej dziwnej sprawie dowiedział się także Leldorin, elf z Wielkiego Lasu i jeden z najwybitniejszych żyjących czarodziei. Razem z Sylwią odkryli rzucone na królewnę zaklęcie. Nie potrafili jednak zdjąć z niej uroku. Była to misternie tkana sieć o niesamowitej mocy, nad którą pracować musiało wiele obdarzonych potężną magią istot. Urok nie pozbawił dziewczyny pamięci, a jedynie wymazał z niej wszystkie wspomnienia dotyczące zewnętrznego świata ludzi. Nie zdawała sobie sprawy z istnienia swojego domu, szkoły, przyjaciółek i brata. Nie pamiętała żadnych związanych z zewnętrznym światem wydarzeń.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Matthew siedział na schodach Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Pokrążony był w ponurych myślach. Zgubił ślad królewny mniej więcej w Missouri. Zastanawiał się, czemu zniknęła łącząca ich magiczna więź. Sylwia próbowała mu wytłumaczyć, że rytuał, który przeprowadził dla nich czarodziej Leldorin, był świadomym wyborem, przysięgą podlegającą prawom magii, a nie niezależnym zaklęciem. Kiedy więc Eliza straciła wszystkie wspomnienia dotyczące zewnętrznego świata, stało się tak, jakby nigdy świadomie przysięgi nie składała. Nie mogła przecież brać udziału w czymś, z czego istnienia nie zdawała sobie nawet sprawy. Tak więc rytuał po prostu przestał obowiązywać. Szarooki tego nie rozumiał. Właściwie to już niczego nie rozumiał. Chciał tylko odzyskać Elizę. 

    W pewnym momencie usłyszał muzykę, którą ustawił jako dźwięk dzwonka w telefonie. Wyciągnął z kieszeni komórkę i ze smętnym westchnieniem odebrał połączenie od Sylwii.

    – Znaleźliśmy ją – powiedziała czarownica, starając się wykrzesać z siebie chociaż odrobinę zwykłego u niej entuzjazmu. 

    Po tym co widziała nie potrafiła się jednak na to zdobyć, rozmawiając z Matthew. 

    – Gdzie jesteście? – spytał chłopak, który był zbyt zaaferowany tym co usłyszał, żeby zwrócić uwagę na ton dziewczyny.

    Zalała go nowa fala nadziei na odzyskanie ukochanej.

    – Na Florydzie, w niewielkim miasteczku Lauderdale By The Sea, tuż przy Fort Lauderdale. Ile czasu zajmie ci dotarcie do nas?

    – Będę tam jeszcze dzisiaj – powiedział rozłączając się.

    Schował telefon do kieszeni i nie zwracając uwagi na to, że ulicą chodzą ludzie rozpoczął przemianę. Chwilę później leciał wysoko pod chmurami kierując się w stronę wschodniego wybrzeża Florydy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Elysoun siedziała roześmiana na ławce przy drewnianym stoliku. Chiredan delikatnie dotknął jej dłoni. Włożyła mu do buzi kolejną frytkę. Znajdowali się w położonym przy plaży, niewielkim barze. Czekali na zamówione long drinki. Po pewnym czasie podeszła do nich kelnerka niosąc na tacy kolorowe napoje z parasolkami. Dziewczyna była uroczą drobną istotą o jasnych, zielonych oczach i burzy rudych loków. Chłopak obejrzał się za nią kiedy odchodziła.

    – Ej! – Elysoun kopnęła go pod stołem.

    – No co ? – uśmiechnął się do niej. – Ładna była.

    – I co z tego? Czy to powód, żeby się na nią gapić?

    – Jesteś zazdrosna? – wyszczerzył do niej białe zęby.

    – A jeżeli tak, to co?

    Roześmiał się obejmując towarzyszkę ramieniem.

    – Nie masz o co – powiedział cicho, całując ją tuż przy uchu. – Nie istnieje piękniejsza dziewczyna od ciebie Stokrotko. 

    Mruknęła usatysfakcjonowana kładąc mu głowę na ramieniu. Zjedli do końca frytki, wypili otrzymane drinki i trzymając się za ręce wybrali na romantyczny spacer po plaży. 

    W pewnym momencie Elysoun poczuła, że kręci jej się w głowie. Potem przed oczami zobaczyła jasne światło. Osunęła się bezwładnie w ramiona Chiredana. 

    – Stokroto, co ci jest? – spytał spanikowany, delikatnie potrząsając ją za ramiona.

    Po chwili jednak chłopak także przewrócił się na piasek, nie wypuszczając jednak dziewczyny z objęć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan ocknął się z mocnym bólem głowy. Zdał sobie sprawę, że jest związany. Leżał na dywanie w jakimś pokoju. Otworzył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Wyglądało na drogi, hotelowy apartament. Nagle zaczęły do niego docierać także dźwięki.

    – Co z nim zrobimy? – usłyszał kobiecy głos.

    – Cholera wie, ale zabrałabym go sprzed oczu Matthew, zanim tu dotrze, bo może się zrobić nieprzyjemnie – odpowiedziała druga dziewczyna.

    Spojrzał w stronę skąd docierały głosy. Przy dużym, balkonowym oknie stały dwie dziewczyny. Jedna była smukłą, przypominającą modelkę blondynką, w drugiej rozpoznał uroczą, rudą kelnerkę z baru. Musiała im coś dosypać do napojów. Przeklął się w duchu za nieostrożność. Rozejrzał się po pokoju szukając Elysoun, nigdzie jej jednak nie było. 

    – O, obudził się wreszcie – powiedziała blondynka przyglądając mu się uważnie. – Słuchaj przystojniaku – zwróciła się bezpośrednio do niego. – Jeżeli nie będziesz sprawiał problemów, to nic ci nie zrobimy. Zależy nam tylko na naszej przyjaciółce.

    Chiredan zmierzył ją groźnym wzrokiem. Opanował się jednak. Musiał dowiedzieć się, co stało się Stokrotce.

    – Gdzie jest moja towarzyszka? – spytał. – Nic jej nie jest?

    Ruda pokręciła głową.

    – Jeszcze śpi. Jest w sypialni, razem ze swoim bratem. Chcemy jej pomóc, nie zamierzamy jej skrzywdzić.

    – Więc nas wypuście, skoro nie chcecie jej zaszkodzić – syknął. – Nie zdajecie sobie nawet sprawy, jakie grozi nam niebezpieczeństwo.

    – Jedynym niebezpieczeństwem jesteś w tym wszystkim ty – oznajmiła spokojnym głosem blondynka.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Devor siedział wygodnie rozparty w wysokim fotelu. Przyglądał się śpiącej dziewczynie. Nie mógł zrozumieć czemu to właśnie w ich życiu co chwila coś się plącze. Obudziła się i rozejrzała po pokoju zaspanym wzrokiem. Jej spojrzenie zatrzymało się na nim. Zobaczył, że zesztywniała. Nie wydała z siebie nawet najcichszego dźwięku. W jej oczach widział strach. Nie poznawał królewny. Była zupełnie inna od tej odważnej, wygadanej dziewczyny, którą spotkał półtora roku wcześniej. Najwyraźniej wspomnienia ze świata ludzi miały duży wpływ na jej psychikę i charakter. Teraz wyglądała na zdeterminowane, ale jednocześnie ciche i spłoszone stworzenie.

    – Cześć – odezwał się do niej najspokojniej jak potrafił. – Nic ci nie jest?

    Niepewnie pokręciła głową. Milczała. Łowca stwierdził, że to po prostu coś niesamowitego. Kiedy schwytał ją po raz pierwszy od razu się z nim pokłóciła, potem go okradła i uciekła. Teraz bała się wydusić z siebie choćby jedno słowo.

    – Gdzie jest Chiredan? – odważyła się w końcu zapytać. – Co mu zrobiliście?

    Devor wstał z fotela. Podszedł do niej. Natychmiast zerwała się z pościeli i odsunęła w róg łóżka. Westchnął.

    – Nic mu nie jest. Dziewczyny pilnują go w drugim pokoju.

    Nie wierzyła mu. Widział to w jej oczach.

    – Jeżeli chcesz, sama możesz sprawdzić – powiedział cicho. – Tylko musisz mi pozwolić do siebie podejść, bo nie sądzę, żebyś dała radę wstać o własnych siłach. Po ziołach, które podała ci Sylwia, będzie ci się jeszcze przez jakiś czas kręciło w głowie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Szarooki wylądował na balkonie. Na powrót przyjął swoją ludzką postać. Wpadł do pokoju hotelowego jak burza. Rozejrzał się po apartamencie. Obrzucił Sylwię i Wikę groźnym spojrzeniem, nie chciał, żeby się wtrącały. Podszedł bezpośrednio do osłabionego trucizną czarownicy, związanego Chiredana. Podniósł go do góry i rzucił nim o ścianę. Roznosiła go wściekłość. Podszedł do niego. Zamierzał go uderzyć. Dopiero wtedy zauważył stojącą w drzwiach pokoju złotowłosą dziewczynę. Patrzyła na niego szeroko otwartymi chabrowymi oczami. W jej spojrzeniu czaił się strach. Rzuciła się przez pokój. Uklęknęła na dywanie zasłaniając sobą leżącego na podłodze chłopaka. Spojrzała Matthew prosto w oczy.

    – Nie, błagam – wyszeptała rozpaczliwie.

    Szarooki oprzytomniał. Jego złość odpłynęła. Zastąpiły ją silniejsze niż kiedykolwiek dotąd żal i gorycz. Devor podszedł do niego. Położył mu rękę na ramieniu.

    – Zostaw go – powiedział cicho.

    – Niby dlaczego? – syknął. – To przecież wyklęty.

    – Chciałabym ci przypomnieć, że ty jesteś demonem – powiedziała Sylwia podchodząc do niego.

    – To co innego – warknął do niej.

    – Tak, a niby jaka to różnica? – spytała z nutka drwiny w głosie. – Skąd wiesz, że o nich nie krążą takie same brednie jak o tobie?    

    Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem, ale potem jego uwagę przyciągnęła Eliza. Kiedy się odezwała wszyscy spojrzeli bezpośrednio na nią.

    – Wyklęty? – zapytała cicho dziewczyna. – Więc to dlatego go ścigacie?

    – To nie my go ścigamy – burknęła Wika. – Nam chodzi tylko o ciebie. 

    – Ale masz rację – dodał Devor. – To dlatego Łowcy go ścigają. Prawdopodobnie chcą go zabić z tego powodu.

    – Świetnie – mruknął słabym głosem leżący na podłodze, poobijany Chiredan. – To może do cholery ktoś mi wreszcie wytłumaczy co to słowo właściwie oznacza.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Elysoun odwróciła się słysząc głos leżącego na podłodze chłopaka. Delikatnie dotknęła jego policzka. Odgarnęła mu włosy z twarzy.

    – Nic ci nie jest? – spytała ignorując pytanie, które zadał.

    – Na razie jakoś jeszcze żyję – uśmiechnął się do niej blado. 

    Czyjaś silna ręka odciągnęło ją do tyłu. Próbowała się wyrwać, bezskutecznie.

    – Trzymajcie ją od niego z daleka – warknął Szarooki popychając ją niezbyt mocno w stronę stojących obok dziewczyn. – Uciekli Łowcom. Nie chcę, żeby znowu nam zwiali.

    Wika chwyciła królewnę za ramię i posadziła na szerokiej kanapie. Devor podszedł do Chiredana i uwolnił mu nogi. Potem pomógł chłopakowi usiąść, jednak ręce zostawił mu skrępowane za plecami. Matthew stanął oparty o ścianę przy drzwiach na korytarz. Sylwia przycupnęła na niskiej, miękkiej pufie.

    – Dobrze – powiedziała blondynka – zaczniemy od początku. 

    – Po pierwsze Chiredanie Blair – odezwał się do chłopaka Devor – jesteś wyklętym i nic na to nie poradzisz. To oznacza wyrok śmierci. Wyklęty to dziecko spłodzone podstępem, przy użyciu magii. Twoja matka była wiedźmą, prawdopodobnie wysnutą z wszelkiej moralności, skoro użyła tego typu podstępu… – chłopak szarpnął się wściekle na te słowa obrzucając Łowcę nienawistnym spojrzeniem, tamten jednak kontynuował bezlitośnie. – Uwiodła przy pomocy zaklęć twojego ojca i spłodzili ciebie. Z pewnością musiała mieć w tym jakiś cel, którego niestety nie znamy. Skoro jednak tak zawzięcie szukają cię Łowcy, oznacza to, że twój ojciec jest kimś wysoko postawionym i stanowisz dla niego poważny problem. – Spojrzał chłopakowi w oczy. – Takie dzieci rodzą się złe. To socjopaci. Nie mają sumienia. Kiedy dorastają, ich jedynymi celami są własne dobro i chaos.

    – Wyście wszyscy powariowali – syknął Chiredan. – Jaka do cholery wiedźma? Czy wy jesteście jakąś sektą? Wypuśćcie nas!

    – Matthew, szybciej będzie jak mu pokażesz – stwierdziła Sylwia, patrząc na Szarookiego. – On chyba nie zdaje sobie sprawy z istnienia magii…

    Mężczyzna westchnął, ale spokojnym krokiem wyszedł na środek pokoju. Dookoła niego zawirowała srebrna mgła. Na miejscu Szarookiego pojawiła się wspaniała, czarna pantera. Chiredan rozszerzył ze zdumienia szmaragdowe oczy. 

    – Co to za sztuczka? –  spytał drżącym głosem.

    Pantera przykucnęła i skoczyła. Przewróciła chłopaka na ziemię. Warknęła na niego. 

     – Teraz już wierzysz? – spytał cicho Devor.

    Drapieżny kot odsunął się od niego. Srebrna mgła zawirowała w pokoju, a na miejscu zwierzęcia znowu stał Szarooki. Chiredan z trudem przełknął ślinę. Spojrzał pytająco na Elysoun.

    – Oni mówią prawdę – przyznała cicho – to znaczy magia istnieje, a ty jesteś wyklętym. Cały czas widziałam w tobie coś innego… nie wiedziałam tylko co to… Nie mają jednak racji co do wszystkiego. Ty nie jesteś zły.

    Chłopak spuścił wzrok. Patrzył teraz w podłogę.

    – Świetnie – ucieszyła się Wika – skoro już to załatwiliśmy, to przejdźmy do ciebie – uśmiechnęła się poufale do królewny. – Masz na imię Eliza. Jesteś córką driady, wnuczką króla Ardaniena…

    – Wiem kim jestem – weszła jej w słowo dziewczyna. – I mam na imię Elysoun, nie Eliza. Czego ode mnie chcecie?

    – Mi pozwól – wtrąciła się Sylwia przesiadając się z pufy na kanapę. Uśmiechnęła się do królewny przyjaźnie. – Masz na imię Elysoun, ale byłyśmy przyjaciółkami, w tym świecie używałaś imienia Eliza, a my mówiłyśmy do ciebie Liska.

    – Liska? – dziewczyna obrzuciła ją nieufnym spojrzeniem.

    – Aha – przytaknęła – wymyślił to mój młodszy brat Kamil, jest zmiennokształtnym. – Ja mam na imię Sylwia i jestem czarownicą, ta blondynka to Wika, lubi się bić. Ćwiczyła karate i aikido. Ten postawny blondyn – kontynuowała – to twój starszy brat, chłopak Wiki. Ma na imię Devor. – Eliza spojrzała niedowierzająco przyglądając się przystojnemu mężczyźnie. – A tamten przystojniak, to Matthew, jest demonem i twoim…

    – Przyjacielem – wszedł jej w słowo Szarooki, patrząc groźnie na rudą czarownicę. – Byłem też twoim strażnikiem, ale zaklęcie które rzucono na ciebie, żebyś straciła pamięć przerwało łączącą nas więź.

    – Nie przerwało – wtrąciła Sylwia – tylko unieważniło.

    – Co za różnica – westchnął. – Ważne, że zniknęła. Mimo to dalej mam zamiar cię pilnować.

    Królewna rozejrzała się po zebranych w pokoju osobach. Jej wzrok spoczął na Chiredanie. Chłopak wyraźnie miał kłopoty ze strawieniem zasłyszanych informacji.

    – Jeżeli, tak jak twierdzicie, jesteście moimi przyjaciółmi – odezwała się cicho – to nas wypuśćcie… albo przynajmniej pozwólcie odejść jemu…

    – Pewnie – roześmiał się Szarooki. – Wypuścimy go, a potem wróci do nas z kałasznikowem? Jeszcze jakieś życzenia?

    – Nie martw się – odezwała się Sylwia – nikt go nie skrzywdzi.

    – Mów za siebie – sprostował Devor. – Mam obowiązek oddać go Łowcom. Ciebie też nie możemy wypuścić. – Zwrócił się do Elysoun. – Grozi ci niebezpieczeństwo, zwłaszcza w jego towarzystwie.

    – Nikomu go nie oddasz – powiedział cicho Szarooki. Jego ton był chłodny i stanowczy. – Nie jesteś już Łowcom. Zostałeś królem, pamiętasz? Ten chłopak to nie twoja sprawa. Zresztą najwyraźniej Eliza mu ufa, a ja ufam jej. Zapomniałeś już, że widzi aury? Gdyby miał złe zamiary już dawno by to wyczuła. – Spojrzał uważnie na dziewczynę. – Tak długo, jak długo nie będziecie próbowali się z nami bawić, twój przyjaciel może zostać tutaj. Nic mu z naszej strony nie grozi. Tobie też nie, ale gwarantuje ci, ze zostaniesz z nami, nawet jeżeli będziemy musieli cię trzymać związaną w piwnicy. Czy będzie przyjemnie czy nie, zależy tylko i wyłącznie od ciebie. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan siedział na dywanie opierając się plecami o ścianę. Krępujące go więzy boleśnie wpijały mu się w nadgarstki, nie były jednak tak mocno zaciśnięte jak przez Łowców. Kiedy tylko zostawili Elysoun w spokoju, ta natychmiast podeszła do niego. Uklęknęła przy nim. 

    – Wszystko w porządku? – spytała cicho.

    Wika, Sylwia i Devor przenieśli się dyskutować do drugiego pokoju, Szarooki jednak nadal znajdował się przy drzwiach. Dziewczyna nie wiedziała co o nim myśleć, ale to właśnie on powiedział, że nie skrzywdzą Chiredana. Po za tym to, że był demonem najwyraźniej dla całej reszty nie miało najmniejszego znaczenia.

    – Trochę za dużo rewelacji jak na jeden dzień – uśmiechnął się smutno. – Sam już nie wiem co mam myśleć i w co wierzyć. Ty też jesteś czarodziejką? – spytał.

    Uśmiechnęła się do niego ciepło.

    – Nie, ja po prostu jestem córką leśnej nimfy. To nie naturalne w ich świecie, tak samo jak twoje pochodzenie. Wydaje mi się, że ich nienawiść wiąże się z czymś takim, jak tutaj rasizm – wyznała szczerze. – Czasami potrafię coś zrobić, jak ta sztuczka z celnikiem, ale nie zawsze świadome działania mi się udają.

    – Ufasz im Stokrotko? – spytał cicho, mając na myśli osoby podające się za jej przyjaciół.

    – Nie wiem – powiedziała szczerze. – W każdym razie jeszcze nas nie zabili, a to już coś.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Szarooki siedział pod drzwiami. Jego twarz była nic nie wyrażającą maską, w środku jednak targała nim burza uczuć. Cholernie nie podobał mu się sposób w jaki Eliza patrzyła na Chiredana, ale wiedział, że w tym momencie nic nie może zrobić. Jedynym sposobem na zdobycie zaufania dziewczyny, było chronienie chłopaka.

    Wstał z podłogi i podszedł do nich niechętnie. Dziewczyna spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Chiredan miał zrezygnowaną minę.

    – Rozwiążę cię – powiedział do niego Matthew – ale jeżeli czegoś spróbujesz, będziesz tego później gorzko żałował.

    Wyciągnął zza pasa nóż i przeciął więzy na nadgarstkach chłopaka. Tamten natychmiast się na niego rzucił. Było widać, że potrafi walczyć. Szarooki prychnął. Udało mu się znaleźć łatwy sposób, żeby chociaż częściowo móc rozładować swój gniew, jednocześnie nie zrażając do siebie bardziej Elizy.

    Chwycił chłopaka za ramię, wykręcając mu rękę do tyłu. Unieruchomił go bez problemu. Potem uderzył go w brzuch. Miał ochotę mu porządnie przyłożyć. Spojrzał w przerażone oczy królewny. Zobaczył jak się skuliła. Puścił Chiredana.

    – Nie wiem czy słyszałeś – powiedział cicho, ponurym głosem. – Jestem demonem, a to znaczy, że jestem od ciebie znacznie silniejszy. W uczciwej walce nie masz ze mną najmniejszych szans.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chiredan czuł się zagubiony. Nigdy jeszcze nie był w tak dziwacznej i zagmatwanej sytuacji. Przywykł do tego, że jego wrogowie są śmiertelnie niebezpieczni, ale zazwyczaj przynajmniej byli ludźmi. Pewien był tylko jednej rzeczy. Nie ważne, kim ona była… wiedźmą, wilkołakiem, wampirem, driadą czy czymkolwiek innym. Nikomu nie pozwoli jej skrzywdzić.

    Kiedy tylko demon wrócił na miejsce przy drzwiach, przysunął się do dziewczyny. Objął ją ramieniem. Wtuliła się w niego ufnie. Drżała.

    – Nie bój się – wyszeptał. – Wszystko będzie dobrze. Jakoś sobie poradzimy.

    Do pokoju wrócili pozostali. Devor wyglądał na zrezygnowanego. Usiadł na kanapie. Idąca za nim Wika wtuliła się w ramię Łowcy. Mężczyzna popatrzył na Elizę i Chiredana.

    – Czemu go rozwiązałeś? – syknął do Szarookiego.

    – Bo to i tak nie ma znaczenia – wzruszył ramionami chłopak. – Nie ma z nami szans i musi to zrozumieć. Chcę, żeby wiedział, że lepiej od niego ochronimy Elizę.

    Sylwia podeszła do siedzącej na podłodze królewny. Ukucnęła przy niej. Elysoun popatrzyła na nią nieufnie i tylko bardziej wtuliła się w Chiredana.

    – Chodź ze mną – powiedziała łagodnie ruda czarownica. – Umyjesz się i przebierzesz. Potem będziesz mogła coś zjeść i się przespać.

    – Idź z nią – szepnął do dziewczyny Chiredan. 

    Niechętnie wstała i poszła za Sylwią. Wika zadzwoniła do recepcji zamawiając dla nich kolację. Chiredan poczuł się okropnie głodny. Był ciekaw czy jego też nakarmią. Zdziwił się, kiedy dziewczyna postawiła przed nim wypełniony po brzegi talerz. Uważali go za śmiertelnie niebezpieczną osobę, był ich więźniem, a jednocześnie nie traktowali go jak jeńca. Nawet jeżeli mówili prawdę i rzeczywiście byli przyjaciółmi jego Stokrotki, to i tak nie miał pojęcia, gdzie w tym wszystkim jest jego miejsce. 

    Dziewczyny wróciły po kilkunastu minutach. Elysoun miała na sobie bawełnianą koszulkę nocną, a na niej narzuconą za dużą męską koszulę. Chiredan uznał, że wygląda cholerniie seksownie. 

    – Dobra, nakarmcie ją. Teraz my z nim pójdziemy – stwierdził Devor uśmiechając się nieznacznie do Szarookiego.

    Chłopaka naszły bardzo złe przeczucia. Okazało się, że nie był w błędzie. Gdy tylko znaleźli się w łazience, Łowca włączył wodę. Chciał w ten sposób zagłuszyć to co będą robili. Potem pchnął Chiredana na wyłożoną kafelkami podłogę. 

    – Jeżeli skrzywdzisz moją siostrę – warknął – to przyrzekam ci, że twoja śmierć nie będzie należała do szybkich.

    Szarooki stał przy drzwiach. Przyglądał się całej scenie. Chiredan nie wytrzymał. Zerwał się z podłogi i rzucił na Łowcę. Wtedy dopiero Matthew interweniował. Odciągnął szamoczącego się chłopaka. Podciął mu nogi i popchnął, tak, że tamten wylądował w kabinie prysznicowej. Wstał chwiejnie. Nie zdążył się do końca wyprostować, kiedy nadszedł cios od Devora. Mężczyzna z całej siły uderzył go pięścią w brzuch. Chłopak zwinął się na podłodze brodzika. Jego ubranie moczyła lecąca z prysznica woda. Zamknął oczy. Na jego ciało spadały mocne kopniaki. To nie miało znaczenia. Miał tylko nadzieję, że chociaż częściowo mówili prawdę i Stokrotka jest z nimi bezpieczna.

    – Devor, wystarczy mu już – usłyszał uspakajający głos Szarookiego.

    Łowca rzucił demonowi wściekłe spojrzenie, ale posłuchał. 

    – Przyniosę mu jakieś ubranie – syknął i wyszedł z pomieszczenia.

    Chiredan jęknął z bólu próbując się podnieść. Zdziwił się, kiedy Matthew przyszedł mu z pomocą.

    – Weź prysznic – rozkazał mu spokojnie. – Tylko tym razem bez ubrania.

    Chłopak posłuchał. Nie miał ochoty bardziej oberwać. Musiał być sprawny, inaczej na nic nie przyda się dziewczynie. Po kilku minutach wrócił Devor. Rzucił na szafkę czyste ubranie i znowu wyszedł. Chiredan wytarł się i niechętnie włożył przyniesione rzeczy. Były na niego za luźne. W między czasie zdarzył obejrzeć się w lustrze. Całe jego ciało pokrywały różnobarwne siniaki. Zagryzł zęby. 

    Wrócili do pokoju. Chiredan podszedł od razu do siedzącej na kanapie Elysoun. Bał się, że ich rozdzielą. Dziewczyna kończyła pić herbatę. Podała mu ze stolika pełen kubek. Wypił go duszkiem. Uśmiechnęła się do niego blado.

    Note