Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    bezduszni

    Wyjrzałam przez duże okno, które nie miało szyb. Coś działo się na palcu. Jakieś wielkie poruszenie. Drwiące, złorzeczące głosy ludzi. Zobaczyłam, jak przez bramę, wwożą drewnianą klatkę. To ona wywołała taką falę nienawiści i poruszenie. Zaciekawiona przyjrzałam się uważniej. W środku niej, skuty łańcuchem, z metalową obrożą na szyi, siedział wilk. Miał czarne, zmierzwione futro, w wielu miejscach brudne od zaschniętej krwi. Niemal podskoczyłam, gdy ktoś znienacka położył mi dłoń na ramieniu. Z ulgą przyjęłam, że to tylko Gabriel. 

    – Dziękuję – odezwał się cicho.

    – Za co? – spojrzałam na niego pytająco.

    Uśmiechnął się do mnie ciepło i nie odpowiedział. Postanowiłam nie drążyć dalej.

    – Co tam się dzieje?

    Również wyjrzał przez okno. Skrzywił się.

    – Złapali któregoś z bezdusznych – wyjaśnił ponuro. – Za chwilę odbędzie się egzekucja.

    – Bezdusznych?

    – Tak – mruknął – to przeklęci magowie, którzy uznali, że są na tyle silni, by panować nad czarną magią i grubo się przeliczyli. 

    – Przecież to wilk… – nie zrozumiałam.

    – Nie, to nie wilk – mruknął. – To czarodziej, który został pozbawiony mocy. Razem z magią, zabrano mu fragment duszy. Dodatkowo klątwa sprawia, że pod wpływem silnych emocji, zmieniają się w te istoty… ale to z pewnością nie są wilki. Patrz – rozkazał.

    Kiedy wypuszczono poranione zwierzę z klatki, wilk się przemienił. Stał teraz na dwóch łapach, które wyglądały jak zakończone pazurami stopy. Miał długie, owłosione ręce i wydłużony pysk. Był teraz istotą humanoidalną, ale jednak, w dalszym ciągu zwierzęciem. Strażnicy pociągnęli za łańcuch przyczepiony do metalowej obroży na jego szyi, odganiając napierający tłum. Przywiązali go do stojącego na środku placu słupa. Stworzenie znów przeistoczyło się w wyglądającego zwyczajnie, czarnego wilka. Wtedy zwierzę spojrzało w kierunku naszego okna, a Gabriel zamarł. Zwierzę wyszczerzyło zęby. Wyglądało to tak, jakby wilk się uśmiechał. Chłopak zaczął przeklinać. Spojrzałam na niego nieco przestraszona.

    – To Denis – wyjaśnił pobladły na twarzy. – To Denis… jeżeli mam rację, na tym placu zginie dzisiaj mnóstwo ludzi. Nie ruszaj się stąd! – rozkazał, a potem rzucił się pędem przez korytarz.

    W tym czasie strażnicy wypuścili psy, które zaczęły ze wszystkich stron atakować uwiązanego na łańcuchu wilka. Skrzywiłam się z niesmakiem. To tak miała wyglądać egzekucja? To było podłe. Denis? Nie, to przecież było niemożliwe… a jednak… czy to w ten właśnie sposób ukarał ich Daniel? Jakby znikąd w tłumie pojawiły się nagle dwa wilki. Jeden olbrzymi i srebrny, a drugi brązowy i nieco mniejszy. Torowali sobie krwawą drogę do towarzysza. Już po chwili czarny wilk był wolny, ale jego towarzysze nie przestawali atakować strażników. Psy, już wszystkie, leżały martwe u jego stóp. Nagle zauważyłam unoszącego ręce ojca. Czarny wilk również spojrzał w jego kierunku i zawył ostrzegawczo. Cała trójka zaczęła się wycofywać. Nagle rozbłysło jasne światło, a wilki, na łeb na szyję, rzuciły się do ucieczki.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Wilki uciekły, zostawiając za sobą całą masę rannych. Gabriel miał rację, to była rzeź. No cóż, teraz przynajmniej wiedziałam, czego ode mnie chcieli. Jeden ze służących powiedział mi, że znajdę mojego ojca przy stajniach. Pobiegłam tam najszybciej jak potrafiłam. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy ich znalazłam, Gabriel prowadził obok siebie osiodłanego konia.

    – Dokąd jedziesz? – zapytałam.

    Spojrzał na mnie przepraszająco.

    – Muszę dostarczyć wiadomość do Liquid. To dwa dni drogi stąd.

    Poczułam nieprzyjemny uścisk w żołądku. Nie chciałam, żeby mnie zostawiał! A tak naprawdę, bałam się zostać sam na sam z ojcem… 

    – Mogę jechać z tobą? – wyrwało mi się natychmiast.

    Przecząco pokręcił głową.

    – To chyba nie najlepszy pomysł – stwierdził.

    – Dlaczego nie? – wtrącił się do tej pory jedynie obserwujący nas Daniel. – To bezpieczna podróż, a Andżelika powinna choć trochę poznać tą rzeczywistość.

    – Pomyślałem, że to będzie dla niej… zbyt kłopotliwe – westchnął chłopak. – Po drodze nie będzie raczej żadnych… wygód, a jedynie dwa noclegi pod gołym niebem i podróżne racje żywnościowe.

    Rozbroił mnie tym stwierdzeniem, z trudem powstrzymałam się przed prychnięciem.

    – Nie jestem jakimś delikatnym kwiatuszkiem, jak twoja dziewczyna! – oznajmiłam stanowczo. – Uważasz, że nigdy nie byłam na przykład pod namiotem?

    – Ona nie jest moją… – zaczął Gabriel, ale nie dokończył, bo ojciec spiorunował go wzrokiem. Wzruszył tylko ramionami. – Jasne, chcesz to jedź, ale potem nie mów, że cię nie uprzedzałem.

    – Chcę! – oznajmiłam. – I pojadę, ale pod warunkiem, że nie masz nic przeciwko mojemu towarzystwu.

    Roześmiał się.

    – Wiesz przecież, że nie mam – odpowiedział już zupełnie pogodnie.

    Kwadrans później mijaliśmy już pałacowe mury. Zdążyłam polubić moją śnieżnobiałą klacz. Jazda wierzchem była nieznośnie męcząca, ale jednocześnie bardzo przyjemna. 

    – Czemu tak nagle musisz dostarczyć jakąś wiadomość? – spytałam gdy wyjechaliśmy za bramy miasta. – Czy to ma coś wspólnego z wilkami?

    – Tak – odpowiedział bez wahania. – Muszę ostrzec tamtejszego czarodzieja.

    – Czy nie ma na to innych, szybszych sposobów niż podróż? – spytałam.

    Gabriel skrzywił się nieznacznie.

    – Są – przyznał niezbyt przekonany – ale wymagają bardzo dużo energii, poza tym odniosłem wrażenie, że ojciec chciał się mnie stąd pozbyć. 

    – Dlaczego? – zapytałam, mając nadzieję, że nie uzna tego za wścibstwo.

    – Ponieważ nie podoba mu się to, że spędzam czas z Annaelą – odpowiedział niechętnie po dłuższej chwili milczenia.

    – Nie rozumiem… – przyznałam. – Czemu miałoby mu to przeszkadzać?

    Chłopak wpatrywał się w końską grzywę.

    – Ponieważ ona nie jest wysoko urodzona – mruknął cicho. – Jest sierotą. Królowa przygarnęła ją i od dziecka jest pokojówką oraz towarzyszką królewny Marqarett – wyjaśnił. Ponownie się skrzywił. – Ojciec najchętniej by widział mnie właśnie u boku królewny.

    Popatrzyłam na niego niedowierzająco.

    – Przecież to absurd! – stwierdziłam. – On również żyje w moim świecie i wie, że takie coś jest… że każdy powinien mieć w tej kwestii wolny wybór!

    Gabriel uśmiechnął się dość ponuro.

    – Myślę, że gdybym wybrał kogoś, z twojego świata, nie miałby nic przeciwko – westchnął. 

    – Ale oczywiście nie zamierzasz go w tej kwestii słuchać? – spytałam nieco ostrzej niż zamierzałam.

    Roześmiał się, tym razem ciepło i wesoło.

    – Nie – przyznał – oczywiście nie zamierzam.

    Przez chwilę znowu milczeliśmy, po prostu jadąc przed siebie, aż w końcu nie wytrzymałam.

    – Dlaczego Daniel nic z nimi nie zrobi? To znaczy, skoro oni robią takie rzeczy… – wzdrygnęłam się nieco.

    – Masz na myśli Denisa i jego bandę? – spytał przypatrując mi się uważnie. 

    – Tak – skinęłam głową.

    – To nie takie proste – westchnął. – Denis jest odporny na magię, przynajmniej na bezpośrednie magiczne ataki. Z Michałem i Lilianną nie byłoby takiego problemu, zresztą sądzę, że oni sami z siebie nie sprawialiby kłopotów. To Denis ich w to wszystko wciągnął. Nie są złymi ludźmi… Poza tym żyją przede wszystkim w twoim świecie. Tutaj w królestwie wszyscy bezduszni są tropieni i skazywani na śmierć. Właściwie, to nie powiedziałaś mi jeszcze, w jaki sposób cię schwytali? – zadał pytanie.

    Zaczerwieniłam się i spuściłam wzrok. To było krępujące.

    – Rozmawiałam z Denisem na Facebooku i się zaprzyjaźniliśmy – mruknęłam. – Właściwie, to się w nim zadurzyłam – przyznałam niechętnie. – Potem , kiedy go spotkałam na żywo, to było jak spełnienie marzeń… – Gabriel jedynie skinął głową i nie drążył dalej, za co byłam mu naprawdę wdzięczna. – Co takiego zrobili, by zasłużyć na taką karę? – spytałam zaciekawiona.

    – Nie wiem – przyznał. – Ojciec mi nigdy tego nie wyjaśnił. Podobno coś mu ukradli. Sądzę jednak, że musieli sami z siebie posłużyć się czarną magią. Nie jestem pewien czy by ich w ten sposób przeklął, nawet gdyby potrafił. Istnieją rzeczy gorsze od śmierci. Nie rozmawiajmy o tym, dobrze? – poprosił.

    Uśmiechnęłam się do niego przebiegle.

    – Zgoda, nie będziemy, pod warunkiem, że opowiesz mi coś więcej o Annaeli.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Nie mam pojęcia, skąd to wiedziałam, ale instynktownie wyczułam, że coś jest nie tak, a mój niepokój wpłynął na klacz, na której siedziałam. Kiedy odwróciłam głowę na bok, zobaczyłam, że Gabriel zakołysał się w siodle, a potem z niego bezwładnie zsunął. Nie zdążyłam się nawet rozejrzeć dookoła, bo mój koń, spłoszony i gnany jeszcze bardziej moim własnych strachem, puścił się dzikim galopem przed siebie. Zobaczyłam, że z krzaków, wychodzą jakieś ubłocone stworzenia, o humanoidalnym kształcie, ale nie byłam w stanie się na nich skupić, ponieważ całą uwagę poświęcałam na to, by nie spaść z siodła. Kurczowo trzymałam się końskiej grzywy. Nogi już dawno wypadły mi ze strzemion i teraz te obijały się o końskie boki, co jeszcze dodawało spłoszonej klaczy werwy. Nie wiedziałam czy bardziej boję się dziwacznych, karłowatych ludzi, czy upadku. Jedno i drugie mogło okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Poza tym, jeszcze bardziej bałam się o to, co mogło stać się Gabrielowi. Przed nami rozpostarło się szerokie koryto rzeki. Stanowiąca brzeg skarpa była dość wysoka. Teraz nabrałam pewności, że się zabijemy. 

    – Nie, nie, zatrzymaj się! – błagałam przyciągając do siebie wodze, ale klacz pędziła przed siebie jak oszalała.

    Nawet nie zeskoczyła, a po prostu spadła ze skarpy, przewracając się niezgrabnie i zrzucając mnie z siodła. Potoczyłam się kawałek dalej, po kamienistym dnie. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Wyraźnie słyszałam odgłosy pościgu. Z trudem udało mi się wstać. Coś było ze mną nie tak. Obraz rozmazywał mi się przed oczami. Wiedziałam, że nie dam rady opuścić koryta rzeki. Przeszłam kilkadziesiąt kroków i osunęłam się na kamienistą plażę, ukrytą za gęstymi krzakami. To było lepsze niż siedzieć tam gdzie upadłam, ale zdawałam sobie sprawę, że nie wystarczy, by się na dłuższą metę ukryć. Ujrzałam wysuwający się spomiędzy drzew, ciemny kształt. Wilk… nie, musiałam mieć przywidzenia. Drapieżnik przysunął się bliżej. Stał przy samej krawędzi. Wtedy zobaczyłam jego szare, ludzkie oczy. Sparaliżował mnie strach. Zwierzę warknęło nieprzyjaźnie. Nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Na drugim brzegu rzeki pojawiły się ścigające mnie stworzenia. Teraz wyraźnie widziałam ich owłosione, krępe ciała. Wilk ponownie zawarczał, a kiedy w żaden sposób nie zareagowałam, zwinnie zeskoczył ze skarpy. Podszedł do mnie, a po drodze, w obłoku srebrnej mgły, przeistoczył się w człowieka. 

    – Wstawaj! Szybko! – warknął na mnie.

    Patrzyłam na niego przerażona. Przed oczami stanął mi obraz krwawej masakry, na placu. Denis chwycił mnie za rękę. Poczułam, jak coraz szybciej bije moje serce. Chłopak chyba musiał zdać sobie sprawę, że boję się go bardziej niż zbliżających się coraz bardziej do nas stworzeń, ponieważ pociągnął mnie mocniej ku sobie. Spojrzał błagalnie w moje oczy.

    – Andżelika, rusz się, proszę. Zabiją nas jeśli tu zostaniemy.

    W jego głosie, w spojrzeniu, było coś tak desperackiego, że nie mogłam nie posłuchać. Zachwiałam się na nogach. Denis przytrzymał mnie w pasie. Zaczął przeklinać. 

    – Au! – wyrwało mi się nieproszone, kiedy poczułam jakieś ukłucie na ramieniu.

    Pokazał mi zakończoną czerwonym opierzeniem, niewielkich rozmiarów strzałkę. 

    – Są zatrute – wyjaśnił niespokojnie. 

    Pociągnął mnie w stronę lasu, a potem podsadził do góry. Z trudem podciągnęłam się, opadając na pokrytą mchem, leśną ściółkę. Znów był przy mnie. Siłą postawił mnie na nogi. Zobaczyłam moją klacz. Stała tam, przywiązana do drzewa i niecierpliwie strzygła uszami. Wierzgnęła, kiedy Denis do niej podszedł. Ignorując to, odwiązał ją od pnia i posadził mnie w siodle. Nie byłam w stanie protestować. Przed oczami robiło mi się coraz ciemniej, a świat stawał się coraz bardziej rozmazany. Chłopak wskoczył za mną na siodło, chwycił wodze, otaczając mnie ramionami i popędził konia.

    – Nie! – zaprotestowałam, bezskutecznie starając się wyrwać z jego objęć. Odwróciłam się, by spojrzeć na niego błagalnie. – Tam został Gabriel…

    Denis wydał z siebie zwierzęcy warkot, a potem jakby się opanował. Poczułam jego ciepły oddech na swoim karku. Cała zesztywniałam, pragnąc uwolnić się od jego bliskości. 

    – Nie ośmielą się zrobić mu krzywdy. Jest uczniem czarodzieja – syknął ze złością. – Natomiast jeżeli złapią ciebie lub mnie, po prostu nas zabiją.

    Zamknęłam oczy. Musiałam mu uwierzyć. Zresztą, jaki miałam wybór? Czułam, jak powoli, nieubłaganie, osuwam się w ciemność.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Co jakiś czas budziłam się, a potem znów odpływałam. Widziałam jedynie mijane pnie drzew i całą sobą czułam siedzącego za mną Denisa. Mówił coś do mnie, ale nie rozumiałam słów. Gdyby nie otaczające mnie ramiona, zapewne zsunęłabym się z siodła. Nie wiem ile czasu minęło, gdy poczułam, jak moje nogi dotykają ziemi. Zadrżałam.

    – Posłuchaj, musisz przez chwilę być przytomna – powiedział, zmuszając mnie, żebym na niego patrzyła.

    Powieki znów mi opadły, nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. Potrząsnął mną lekko.

    – Nie, nie odpływaj znowu – zabronił stanowczo. – Motor to nie koń, nie damy rady na nim jechać, jeżeli będziesz nieprzytomna – wyjaśnił.

    – Postaram się – szepnęłam, nie do końca wiedząc, czego on ode mnie chce.

    Nie miałam pojęcia, że mówienie może stanowić taki problem. Podeszliśmy do maszyny, moja klacz gdzieś zniknęła. W dalszym ciągu byliśmy w lesie, ale drewniana wiata i porozwalane śmietniki, dobitnie świadczyły o tym, że to był mój normalny świat. Denis usiadł na motorze, sadzając mnie za sobą. Pomógł mi założyć kask. Otoczył się w pasie moimi ramionami.

    – Masz skupić się na tym, żeby mnie mocno trzymać – rozkazał – jeżeli poczuję, że mnie puszczasz, to się zatrzymamy, zgoda?

    Chyba musiałam coś mruknąć w odpowiedzi, ponieważ ruszył. Z leśnej drogi, wyjechaliśmy na normalną, mało uczęszczaną szosę, a już po chwili znaleźliśmy się w mieście. Ze wszystkich sił walczyłam z ogarniającą mnie ciemnością. W końcu gdzieś się zatrzymaliśmy. Nie byłam w stanie stać. Denis wziął mnie na ręce i wniósł do dużego, nowoczesnego budynku. Posadził na plastikowym krześle. Nareszcie mogłam zamknąć oczy. 

    – Nie, musi pan to najpierw wypełnić – mówiła nieprzyjaznym głosem jakaś kobieta. – Potrzebny jest również dowód osobisty i ubezpieczenie.

    – Mam w dupie, co jest potrzebne – warknął Denis – niech ją najpierw obejrzy jakiś lekarz!

    – Najpierw trzeba się zarejestrować – oznajmiła stanowczo, zimnym głosem kobieta.

    Chyba znów musiałam stracić przytomność, ponieważ leżałam wzdłuż rzędu krzesełek, a Denis kucał przy mnie. Jego szare oczy płonęły. Z trudem usiadłam.

    – Lepiej się nie podnoś – poprosił.

    – Co tu się dzieje? – usłyszałam chłodny, męski głos.

    W korytarzu pojawił się człowiek w białym kitlu, prawdopodobnie lekarz. Podszedł do mnie i przyjrzał mi się uważnie, podczas gdy siedząca w recepcji pielęgniarka zaczęła tłumaczyć mu, że prosiła nas o okazanie dokumentów i zarejestrowanie się.

    – Ja się tym zajmę, pani Moniko – oznajmił w końcu. – Dasz radę iść? – zwrócił się do mnie.

    Chciałam zaprzeczyć, ale Denis wziął mnie na ręce. Lekarz wzruszył ramionami i poprowadził nas korytarzem do gabinetu. Chłopak położył mnie na obitej brązową skórą leżance.

    – Musisz powiedzieć mi czy coś brała – oznajmił mu stanowczo lekarz – a najlepiej jeszcze co i ile oraz jak dawno temu.

    Moje powieki znów się zamknęły, a ja zapadłam się w ciemność.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Obudziłam się w białej pościeli szpitalnego łóżka. W mojej ręce tkwił wbity wenflon, do którego podłączona była kroplówka. Pamiętałam jak przez mgłę, w jaki sposób się tu znalazłam. Ktoś był w pomieszczeniu. Młody lekarz, który mnie tu przyjmował…

    – Dasz radę rozmawiać? – zapytał podchodząc do mojego łóżka.

    – Chyba tak – odpowiedziałam znacznie ciszej niż zamierzałam.

    – Jak ci na imię? – zadał kolejne pytanie.

    – Andżelika.

     – Świetnie, Andżeliko, posłuchaj, mamy mało czasu – przysunął się tak, że był bardzo blisko mnie i teraz on również mówił szeptem. – Chłopak, który ci towarzyszył, czy zdajesz sobie sprawę kim on jest? 

    Spojrzałam na niego zaskoczona. 

    – Boisz się go – westchnął – czuję to, więc nie musisz odpowiadać. Nie powinnaś się zadawać z wilkami, to bardzo niebezpieczne. Czy to on coś ci zrobił?

    – Nie – zaprzeczyłam, w dalszym ciągu nie potrafiąc skupić myśli.

    – Więc co to było?

    Zamknęłam oczy, zastanawiając się czy mi uwierzy. Jednak skoro mówił o wilkach, miałam nadzieję, że tak.

    – Strzałka, z trucizną – wyjaśniłam niezbyt przekonana.

    – Jaki miała kolor upierzenia? – zapytał, zamiast zacząć tłumaczyć, że coś takiego mogło istnieć jedynie w mojej wyobraźni.

    – Czerwony – odpowiedziałam cicho.

    – Trafiła cię tylko jedna? – jego głos był rzeczowy i poważny.

    – Chyba tak – odpowiedziałam.

    – Dobrze. Gdyby było ich więcej, prawdopodobnie byś nie przeżyła. Teraz przynajmniej wiem co ci podać.

    Kiedy znów otworzyłam oczy, wstrzykiwał cos do wiszącej nade mną kroplówki.

    – Posłuchaj. Jest jeszcze jedna sprawa. Ten chłopak. Jeżeli nie chcesz, mogę go tutaj nie wpuszczać. Wolałbym jednak, żebyś to ty podjęła decyzję.

    – On jest…

    – Tak, wiem, niebezpieczny – skończył za mnie moją myśl. Uśmiechnął się dość ponuro. Miał smukłą sylwetkę i bladą, zmęczoną twarz, ale jasne oczy patrzyły na mnie bystro. – Nie martw się, poradzę sobie z nim.

    Nie miałam pojęcia czego Denis ode mnie chce, ale jeżeli mnie uratował, to z pewnością właśnie dlatego, że czegoś ode mnie chciał. Zdałam sobie sprawę, że lekarz czeka na moją odpowiedź.

    – Dziękuję – odezwałam się bardzo cicho. – Nie chcę go widzieć.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Spędziłam w szpitalu już ponad dobę, którą niemal całą przespałam. Teraz był późny wieczór, a ja siedziałam w ciemności, podparta poduszkami i nie potrafiłam kolejny raz zasnąć. W pewnym momencie szerokie okno otworzyło się na oścież. Poczułam na skórze silny podmuch wiatru. Zobaczyłam ciemną sylwetkę i zerwałam się z łóżka, odsuwając pod ścianę. 

    – Nie chcieli mnie do ciebie wpuścić, chodź – usłyszałam ponaglający głos Denisa. – Zmywamy się stąd.

    Nie odpowiedziałam. Byłam zbyt przestraszona. Odsunęłam się jeszcze kilka kroków wzdłuż ściany. W jednej chwili znalazł się przy mnie. Chciałam krzyknąć, ale zasłonił mi dłonią usta.

    – Uspokój się – powiedział poirytowany – aż tak bardzo się mnie boisz? – zapytał zabierając rękę, ale ciągle nie odsuwając się nawet na krok. 

    Był zbyt blisko mnie. Czułam jego dotyk.

    – Sam stwierdziłeś, że tego właśnie chcesz – odpowiedziałam mu wojowniczo. – Chcesz, żebym się ciebie bała.

    Westchnął. Odsunął się odrobinę.

    – Masz rację – oznajmił, patrząc na mnie. – Tego właśnie chciałem. Ale teraz sytuacja się zmieniła. Grozi ci niebezpieczeństwo. Zbyt wiele osób chce cię zabić i będzie na ciebie polowało, aż nie zobaczą twojego martwego ciała. A ty jesteś jedyną istotą, która może nam pomóc. Teraz stoimy po tej samej stronie.

    Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Najchętniej wypchnęłabym go przez to samo okno, przez które wszedł. Kiedy znów do mnie podszedł, zareagowałam instynktownie, kopiąc go z całej siły kolanem i rzucając się w kierunku drzwi. Syknął wściekle. W jednej chwili stał się wilkiem, ale jednocześnie nie wilkiem, przerażającym stworzeniem na dwóch nogach. Podniósł mnie z podłogi, przyciągnął do siebie i wyskoczył przez otwarte okno. Chciałam krzyczeć, ale strach odebrał mi możliwość wydobycia z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Drugie piętro! Taki upadek z pewnością nie mógł skończyć się dobrze. Jednak Denis zeskoczył lekko i zwinnie, jakby skakał nie z okna na drugim piętrze, a z niskiego murku. Postawił mnie na trawie i znów się przemienił. Pociągnął mnie za rękę.

    – Idziemy – mruknął – zaparkowałem motocykl w alejce, po drugiej stronie.

    – Zostaw mnie! – próbowałam się wyrwać, jednak trzymał zbyt mocno.

    Zatrzymał się. Przyciągnął mnie do siebie, tak że znowu boleśnie poczułam jego bliskość.

    – Andżelika, to nie jest zabawa. Wiem, że mnie nie lubisz i niewiele mnie to obchodzi, ale umrzesz, jeżeli choć odrobinę mi nie zaufasz.

    Wyrwałam mu się, a on mnie puścił. Mówił w taki sposób, że nie potrafiłam zignorować jego ostrzeżenia. Nigdy nie byłam przesądna, ale już dawno nauczyłam się ufać własnym przeczuciom. Niezbyt zadowolona z tego co robię, niechętnie ruszyłam w kierunku zaparkowanego motocykla.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Zagrzmiało. Lunęły strugi deszczu. Rozpętała się burza. Ciepły, przyjemny wieczór zamienił się w chłodną ulewę. Z mojego podróżnego stroju miałam na sobie tylko buty. Resztę zastępowała szpitalna piżama – teraz doszczętnie przemoczona i popielaty sweter. Kiedy Denis wreszcie się zatrzymał, zsiadając z motocykla, drżałam z zimna. Wjechaliśmy na podwórko stojącej w śródmieściu kamienicy. Posłusznie weszłam za chłopakiem do pomalowanego na pistacjowo budynku. Zaprowadził mnie na samą górę, do mieszkania na poddaszu. Miało ukośne ściany i niewiele mebli. Właściwie poza kanapą, szafą, biurkiem i podstawową zabudową kuchenną, było zupełnie puste. Wnętrze posiadało jednak dość jasne i zachęcające. Denis w progu ściągnął buty i przemoczoną bluzę. Podszedł do szafy i wyjął z niej jakieś rzeczy.

    – Trzymaj – podał mi złożone ubrania i leżący na wierzchu sterty ręcznik. – Przykro mi, ale niestety nie mam nic damskiego. Juro coś wymyślimy. 

    Sama się domyśliłam gdzie jest łazienka. Nie była zbyt duża, ale wygodna i dobrze urządzona. Skoro i tak byłam mokra, postanowiłam, że równie dobrze mogę wziąć prysznic. Dopiero zdejmując bluzę, przypomniałam sobie o tkwiącym w mojej ręce wenflonie. Skrzywiłam się mimowolnie na myśl, że będę musiała go sama wyjąć. Miałam nadzieję, że Denis mi pomoże, to w końcu mogło chwilę zaczekać. Ciepła woda była błogosławieństwem. Umyłam się i włożyłam na siebie czarne, zbyt długie i nieco za szerokie bojówki, które mi dał. Bluza również była za duża. Mogłaby mi służyć niemal za sukienkę. Podwinęłam nogawki, byle jak związałam mokre włosy i wyszłam z łazienki. Chłopak również już był w suchych spodniach, nie zatroszczył się jednak nawet o to, by włożyć na siebie koszulkę.

    – Pomożesz mi? – poprosiłam, siadając na kanapie.

    Wziął z kuchni papierowy ręcznik i przyszedł do mnie. Zdarłam przytrzymujące urządzenie od kroplówki plastry i zamknęłam oczy, nie chcąc patrzeć, jak wyciąga igłę. Poczułam cokolwiek dopiero, kiedy przyłożył w miejscu ukłucia ręcznik. Potem jednak zdałam sobie sprawę, że Denis jest zbyt blisko. Objął mnie, przyciągnął do siebie i pocałował. Ciepło jego ciała, dotyk nagiej skóry i ta bliskość przyprawiały mnie o drżenie. To było cudowne uczucie, w którym najchętniej bym się zatopiła, przed oczami jednak natychmiast stanęły mi jego zdradzieckie pocałunki, kiedy staliśmy razem na moście. Ogarnęła mnie złość. Odepchnęłam go od siebie z całej siły.

    – Nie wolno ci mnie dotykać!

    – Dlaczego? – spytał przysuwając się znowu. – Już ci się nie podobam?

    Z całej siły starałam się ujrzeć w nim wilka, dzikie zwierzę, mordujące bezbronnych ludzi. Kogoś, kto zasłużył na to, by mój ojciec go przeklął. Z jakiegoś powodu, kiedy był tak blisko, przestawałam logicznie myśleć. Pragnęłam pozwolić mu na wszystko. Zatopić się w jego pocałunkach. Posadził mnie sobie na kolanach. Wplótł palce w moje włosy, a ja z nim nie walczyłam. Wsunął dłoń pod czarną bluzę, poczułam jak łagodnie jego palce przesuwają się po moich plecach. Zadrżałam z rozkoszy. Moje ciało było spragnione jego dotyku. Znów mnie pocałował, a ja tym razem poczułam w sobie dość siły, by gwałtownie zerwać się z jego kolan. Spojrzał na mnie pytająco, z lekkim wyrzutem. Moje serce biło jak oszalałe. Coś boleśnie ściskało żołądek.

    – Nie powinniśmy – powiedziałam cicho. – Ja… nie mogę… – nie z tobą, dodałam w myślach.

    Gwałtownie zerwał się z kanapy i znów znalazł się przy mnie, tym razem jednak w jego oczach widziałam wściekłość.

    – To on, to jego wina, prawda? 

    – O co ci chodzi? – spytałam, ponownie czując w jego obecności strach.

    Cofnęłam się o kilka kroków, ale on poszedł za mną.

    – Nie udawaj idiotki – warknął. – Co łączy cię z Gabrielem? – w jego pytaniu było tyle jadu, że brzmiało jak zarzut albo przekleństwo. – Spałaś z nim? A może tylko się całowaliście? Może zapomniał ci powiedzieć, że ma w pałacu kochankę? Ten przeklęty pies czarodzieja…

    Miałam dość. Uderzyłam Denisa z całej siły w twarz. Kiedy chciałam uderzyć ponownie, przytrzymał moją rękę i spojrzał mi w oczy. Przez chwilę myślałam, że znowu będzie próbował mnie do czegoś zmusić. Jego wzrok stał się jednak lodowato zimny, a twarz przybrała zawzięty wyraz. Puścił mnie, a potem chwycił kurtkę i bez słowa wyszedł z mieszkania.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

      Otuliłam się ciaśniej jego bluzą z zespołem Metallica. Zamknęłam oczy, ale było mi zbyt zimno, żebym mogła zasnąć. Poza tym nieprzyjemne uczucie dławiło mnie w gardle. Co on sobie myślał?! Jak on śmiał?! Nieproszone łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Nie miałam pojęcia dlaczego w ogóle myślałam, że mogę mu zaufać. W końcu powzięłam jedyną możliwą i słuszną decyzję – wracam do domu. Nie zamierzałam tkwić tutaj jak idiotka. Wciągnęłam na nogi ciągle jeszcze mokre buty i wyszłam z domu. Nie do końca wiedziałam gdzie jestem, więc zaczęłam po prostu iść przed siebie i chwilę później znalazłam się w centrum miasta, a stąd już bez trudu mogłam trafić na nocny autobus. Kątem oka zauważyłam przelatujące nade mną cienie. Napawały mnie irracjonalnym lękiem, jakbym instynktownie wiedziała, że zwiastują coś bardzo złego. Przyspieszyłam kroku, mając nadzieję, że to jedynie moja wyobraźnia. W pewnym momencie ktoś chwycił mnie za ramię i wciągnął w ciemny zaułek. Zatkał mi usta dłonią, żebym nie mogła krzyczeć. Moje plecy dotknęły kamiennej ściany. Dopiero wtedy zobaczyłam, że tajemniczym napastnikiem jest Denis. Odsunął rękę, gestem nakazując milczenie. Cieni po niebie przelatywało coraz więcej. Schroniliśmy się pod ceglanym daszkiem. Staliśmy tak przez około kwadrans, aż chłopak nie nabrał pewności, że odleciały.

    – Tak trudno jest po prostu zostać w jednym miejscu? – warknął na mnie. – Jak bardzo chcesz mnie jeszcze zmartwić zanim będziesz usatysfakcjonowana?

    – Co tu robisz? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. – Jak mnie znalazłeś?

    – Szedłem za tobą – odpowiedział chłodno. – Przecież nie mogłem cię zostawić samej. Jakkolwiek nie byłbym na ciebie wściekły. Mówiłem ci już, że polują na ciebie. To nie zabawa. Chcą cię zabić.

    Zadrżałam. Przyciągnął mnie do siebie i na krótką chwilę przytulił, a potem odsunął się niechętnie.

    – Chodź, wracajmy – poprosił.

    Potulnie poszłam za nim. Nie ważne, jak bardzo go w tym momencie nie lubiłam. Nie chciałam zostać sama. W mieszkaniu zrzucił z siebie kurtkę i usiadł na kanapie. Ku mojemu zdumieniu na brzegu, zostawiając mi sporo miejsca z daleka od niego. 

    – Co to było? – spytałam siadając. 

    – Masz na myśli cienie? To szpiedzy. Same w sobie nie są groźne, ten kto je wysłał z pewnością jest.

    Skinęłam głową, nie odpowiadając. Martwiłam się o Gabriela. Powinnam wrócić do ojca, a co jeżeli to właśnie on mnie szukał? Zwinęłam się w kłębek i nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam. Obudziłam się z krzykiem. Nie mogłam sobie przypomnieć co mi się śniło, nie mogłam również przestać drżeć. Po policzkach spływały mi łzy. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Denis znów tuli mnie w ramionach i mówi coś uspakajająco. Sama nie wiedziałam co mną kieruje, kiedy odwróciłam się ku niemu. Dłonią łagodnie dotknęłam jego twarzy. Pocałowałam go. Przez chwilę sprawiał wrażenie zaskoczonego, ale już za moment odwzajemniał gorące pocałunki. To był dobry sposób, żeby nie myśleć, żeby o wszystkim zapomnieć. Najlepszy, jaki przyszedł mi do głowy i bardziej niż skutecznie odgonił ode mnie strach. 

    Note