Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Martin dotrzymał słowa i codziennie rano czekał pod moją kamienicą, za to w szkole ignorowaliśmy się nawzajem z uporem godnym lepszej sprawy. Natomiast Eric był przy mnie teraz na każdej przerwie, nawet wtedy, kiedy nie mieliśmy wspólnych zajęć. Staliśmy pod salą, w której za chwilę miałam wraz z Nataly mieć biologię. On miał teraz chemię na jednym z wyższych pięter. Wcale się jednak tym nie przejmował. Uśmiechnął się do mnie czarującym, chłopięcym uśmiechem. W jego zielonych oczach pojawiły się psotne iskierki.

    – Mimo wszystko, cieszę się, że jednak ze mną poszłaś na ten bal – powiedział zadowolonym głosem, obejmując ręką moje ramiona – nawet jeżeli sama w sobie zabawa była kompletną katastrofą.

    Poczułam się nieswojo. Minął już prawie tydzień, a ja do tej pory nie zapytałam go o szczegóły dotyczące tamtego zajścia, on natomiast udawał, że wszystko jest w porządku i nic takiego się nie stało, poza jednym, drobnym szczegółem – smsem o treści: „Dziękuję Ci, że nie próbowałaś wydać Martina.”. Później temat zginął śmiercią naturalną, a ja dalej żyłam z niezaspokojoną, chorą ciekawością i maleńkim, prawnie niezauważalnym, poczuciem winy. 

    – Ja mam mieszane uczucia – mruknęłam. – Chyba już nigdy więcej nie wybiorę się na żaden bal. Dostarczają zbyt wielu mocnych wrażeń.

    Stojąca przy nas Nataly parsknęła śmiechem. Twarz Erica oblała się delikatnym rumieńcem, ale nie skomentował mojej wypowiedzi, nie wybiła go jednak z rezonu.

    – Dobrze, więc wiemy już, że nie lubisz bali – powiedział z uśmiechem – ale chyba nie masz nic przeciwko ogniskom? Bo widzisz – ciągnął, kiedy przecząco pokręciłam głową – w piątek szykuje się takie jedno, imprezowe i oczywiście jesteś na nie zaproszona, obie jesteście – dodał z szelmowskim uśmiechem patrząc na lekko zaskoczoną Nataly. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Mimo, że moja nowa przyjaciółka jak zwykle odmówiła wzięcia udziału w zabawie, ja zdecydowałam się pójść. Eric był naprawdę uroczy, czarujący i lubiłam jego towarzystwo. Na ognisku było sporo osób z naszej klasy, ale ja i tak czułam się tam zupełnie sama. Nie do końca byłam pewna czy pasuję do tych ludzi. Kiedy jednak podszedł do mnie Eric, natychmiast rozwiały się wszystkie moje wątpliwości. Zaproponował mi piwo, mimo, że wszyscy pili, odmówiłam. Nie nalegał. Siedziałam przy nim cały wieczór, a on poświęcał mi większość swojej uwagi, naturalnym gestem obejmując mnie ramieniem. Śmiałam się z jego żartów, wpatrywałam się w niesamowite, zielone oczy. Marzyłam o tym, żeby mnie pocałował. Wreszcie nadeszła ta chwila. Eric pochylił się ku mnie. Łagodnie dotknął moich ramion. Poczułam przepływ energii, chciałam przymknąć oczy, nie zrobiłam tego jednak. Kątem oka dostrzegłam stojącą pod drzewem, tuż na granicy światła, płynącego od ogniska ciemną sylwetkę. Martin stał z założonymi na torsie rękami i wpatrywał się w nas z ponurą miną. Mimowolnie odsunęłam się od Erica. 

    – Ja, nie mogę… – szepnęłam cicho.

    Chłopak gwałtownie zerwał się z drewnianej ławki, na której siedzieliśmy. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem, a potem szybkim krokiem opuścił polanę. Zostałam sama, czując ssanie w żołądku i nieprzyjemną gulę w gardle. 

    W końcu zebrałam się w sobie na tyle, żeby wstać. Poszłam w stronę bawiących się ludzi. Kiedy mijałam linię drzew, zobaczyłam smukłą sylwetkę Erica. Chciałam do niego podejść, przeprosić, ale zatrzymałam się w pół kroku. Chłopak najwyraźniej zdążył pocieszyć się już sam, ponieważ stał tam trzymając w ramionach Angelicę, natarczywie wsuwając język do jej ust. Poczułam się bardzo nieswojo. Z trudem przełknęłam ślinę. Odwróciłam się. Szybkim krokiem przeszłam leśną ścieżką, z powrotem na skąpaną w świetle księżyca polanę. Ze zdumieniem zdałam sobie sprawę, że nie jestem zazdrosna. W innych okolicznościach nie miałabym nic przeciwko Ericowi i Angeli, ale teraz chłopak zachował się po prostu bardzo nie fair. Dotarło do mnie też coś innego. Naprawdę nie chciałam go pocałować. Odgoniłam od siebie nachodzące mnie, natrętne myśli o tym, czego naprawdę chcę.

    Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że polana wcale nie była pusta. Na ławce, z której wstałam kilka minut wcześniej, siedział Martin. Palił papierosa. Poczułam przemożną ochotę na to, by wyrwać mu go z ręki i cisnąć do ogniska. Nienawidziłam, kiedy to robił. Ogólnie całej jego mrocznej postaci, każdego ruchu, każdego gestu, przez większość czasu po prostu nienawidziłam. Podniósł na mnie wzrok. Przyjrzał mi się obojętnie.

    – Cześć – mruknął, mimo, że widzieliśmy się rano.

    Wbrew sobie podeszłam do ławki, na której siedział. Usiadłam obok niego. 

    – Mógłbyś przy mnie nie palić? – poprosiłam.

    Nie mogłam wyjść ze zdumienia, kiedy po prostu zgasił papierosa, odrzucając go na bok. Nie tego się po nim spodziewałam. Małe ognisko dogorywało. Wszyscy uczestnicy imprezy grzali się i bawili przy większym i o to niewielkie, rozpalone w leśnym zaciszu, nikt już nie dbał. Zadrżałam z zimna. Martin znów mnie zaskoczył. Zdjął z siebie skórzaną, motocyklową kurtkę, narzucając mi ją na ramiona. 

    – Udało ci się zdenerwować mojego brata? – zapytał z cieniem drwiącego uśmiechu na ustach.

    – Już się zdążył pocieszyć – mruknęłam. – Angela mu pomogła.

    – Angela? – zdziwił się chłopak. – Wydawało mi się, że widzę go z Paulą. 

    Wzruszyłam ramionami.

    – Co za różnica.

    – Nie martwi cię to za bardzo – skomentował.

    – Nie specjalnie – odpowiedziałam szczerze, zapinając zamek w jego kurtce.

    Kwietniowy wieczór był urokliwy, baśniowy, ale wcale nie specjalnie ciepły. Martin spojrzał mi w oczy. Po całym moim ciele przeszły dziwne dreszcze. Jeżeli myślałam, że pomiędzy mną, a Ericem była jakaś energia, to tutaj po prostu nastąpił wybuch słońca. Cały świat w jednym momencie przestał istnieć. Mój oddech gwałtownie przyspieszył, z całej siły próbowałam opanować drżenie. Wyciągnęłam rękę, delikatnie odgarnęłam opadający mu na policzek, kosmyk ciemnych włosów, odsłaniając podłużną bliznę. Chwycił moją dłoń, nie odsuwając jej jednak. Przytrzymał ją przy swoim policzku. Delikatnie pochylił się w moją stronę, a ja byłam pewna, że zaraz mnie pocałuje. On jednak puścił moją rękę i wstał.

    – Chodź, odwiozę cię do domu – powiedział tylko.

    Wstałam i jak we śnie powlekłam się za nim. Wszystko we mnie chciało krzyczeć z rozczarowania i rozpaczy. Dupek! Cham! Czy to miała być zemsta za Erica? Dlaczego on mi to zrobił? Posłusznie usiadłam za nim na wiśniowym motorze i pozwoliłam się odwieść pod zbudowaną z czerwonej cegły kamienicę.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy zsiadałam z motocykla, chłopak również zdjął kask. Patrzył na mnie w milczeniu. Ruszyłam w kierunku drzwi, a potem zatrzymałam się i wróciłam. Było mi już wszystko jedno czy będę czuła się głupio, czy zbędzie mnie jakimś wrednym komentarzem. Po prostu musiałam wiedzieć! Martin odłożył obydwa kaski i stanął przede mną. Od Erica, któremu sięgałam idealnie do ramienia, był wyższy niemal o głowę, mimo to spojrzałam mu w oczy. 

    – Martin… – zaczęłam cicho.

    – Mhm? – zapytał dając do zrozumienia, że mnie słucha.

    – Czy ty mnie chciałeś dzisiaj pocałować? – zapytałam jeszcze ciszej, wiedząc, że jeżeli nie chciał, to robię z siebie kompletną kretynkę.

    – Tak – odpowiedział po prostu.

    Na moment przestałam oddychać, zaskoczona tą prostą i szczerą odpowiedzią.

    – Więc dlaczego nie pocałowałeś? – zmusiłam się by ciągnąć to dalej.

    Uśmiechnął się ponuro.

    – Jedno zadrapanie na policzku mi wystarczy, nie potrzebuję kolejnych – oznajmił. – Co prawda Erica potraktowałaś stosunkowo łagodnie, ale jestem dziwnie przekonany, że ze mną nie postąpiłabyś tak samo…

    Zamrugałam. Czy on mówił poważnie?

    – Ty nie jesteś Ericem – powiedziałam ostro.

    – Nie jestem – przyznał lekko rozbawiony.

    – Ciebie chciałam pocałować – dodałam spuszczając wzrok.

    W chłopaku zaszła jakaś dziwna zmiana. Jednym krokiem pokonał dzielącą nas odległość. Delikatnie uniósł mój podbródek. Czułym gestem odgarnął z twarzy moje długie, jasne włosy. Przyciągnął mnie do siebie, a potem pocałował. Gorąco, namiętnie, z pasją. Poczułam jak uginają się pode mną nogi. Ramionami oplotłam jego szyję. Odwzajemniłam pocałunek. Przygarnął mnie do siebie zaborczym gestem. Przytulił. Czas się zatrzymał. Fajerwerki to zdecydowanie za mało, żeby opisać to co czułam. Było jak w bajce, nie jak w barwnej powieści Science Fiction! Nasz pocałunek powodował wybuchy gwiazd, powstawanie nowych galaktyk i konstelacji. Oderwaliśmy się od siebie na chwilę, by złapać oddech. Zbyt długą chwilę. To Martin nie wytrzymał. Porwał mnie w powietrze i posadził na kamiennym murku, otaczającym moja kamienicę. Teraz moja twarz była idealnie naprzeciwko jego twarzy. Stanął blisko. Oplotłam go nogami. Wróciliśmy do całowania. Wplotłam palce w jego rozwichrzone, ciemne włosy. Zatraciłam poczucie czasu. Nie mam pojęcia ile to trwało, ale zaczęłam drżeć z zimna. Martin to zauważył. Odsunął się niechętnie.

    – Przejdziemy się? – zaproponował, a ja skinęłam głową.

    Kiedy szliśmy wąskim, brukowanym chodniczkiem, w kierunku parku, wziął mnie za rękę. Nie było jeszcze widać wschodu słońca, ale niebo z ciemnogranatowego, zrobiło się teraz raczej szare. Zbliżał się świt. W parku było zupełnie pusto. Martin usiadł na ławce, sadzając mnie na swoich kolanach. Wtuliłam się w niego. Objął mnie czule, delikatnie rozcierając moje zziębnięte ramiona. Dotknęłam jego twarzy. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Przymknęłam oczy, kiedy znów mnie pocałował. 

    Zabłądziliśmy w jakimś własnym, cudownym świecie. Kompletnie straciłam poczucie czasu. Przeklęłam w duchu, kiedy zobaczyłam blady wschód słońca. Miałyśmy rano z Martą sprzedawać kwiaty. Niechętnie oderwałam swoje usta od ust chłopaka. Zsunęłam się z jego kolan. Spojrzał na mnie zaskoczony. 

    – Wracajmy – poprosiłam.

    Wstał. Wtuliłam się w jego ramię. Bez słowa objął mnie ręką. Chwilę później staliśmy przy wiśniowym motorze, pod drzwiami mojej kamienicy. Wspięłam się na palce, pocałowałam Martina w policzek i zniknęłam za drzwiami. Wiedziałam, że jeżeli zrobię cokolwiek innego, to nie będę potrafiła od niego odejść. Wbiegłam na pierwsze piętro. Wyjrzałam przez okno. Chłopak stał przy motorze. Nawet z tej odległości zobaczyłam wyraz wściekłości malujący się na jego przystojnej twarzy. Z całej siły uderzył pięścią w kamienny mur. Kopnął coś co leżało na ziemi. Potem nałożył kask, drugi przymocował do bagażnika i odjechał. Patrzyłam w ślad za znikającym motorem, a w oczach stały mi łzy. Czy aż tak bardzo tego żałował? Wbiegłam do niewielkiego pokoju. Zdjęłam buty i rzuciłam się na łóżko. Marta spała jak zabita. Wtuliłam twarz w poduszkę, by stłumiła mój cichy szloch. W końcu, po wielu ciągnących się w nieskończoność minutach, zmęczona własnym łkaniem, usnęłam.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kilka godzin później obudziła mnie Marta. Musiała się mocno wysilić, żebym wstała z łóżka. Byłam kompletnie nie wyspana. Moja przyjaciółka, mimo, że niewiele starsza ode mnie, nie uczyła się nigdzie, pracowała w firmie odzieżowej i łapała wszelkie możliwe dorywcze prace, w które zazwyczaj dla towarzystwa wciągała też mnie. Mimo, że starczało mi na skromne utrzymanie, lubiłam na siebie zarabiać, a ona tego naprawdę potrzebowała. Ubrałam się szybko i po prostym śniadaniu wyszłyśmy z domu. Odebrałyśmy tulipany oraz żonkile i Marta żartując, a ja ziewając ruszyłyśmy ulicami miasta. 

    – Patrz jakie ciacho – mruknęła moja przyjaciółka, kiedy na chwilę usiadłyśmy odpocząć, na schodach fontanny, na jednym z placów starego miasta.

    Było południe. Cały rynek oświetlało jasne słońce. Pod jedną ze sklepowych witryn stał chłopak, którego wskazała Marta. Wszędzie rozpoznałabym te krótkie, zwijające się w drobne loki włosy. To był Eric. Miał na sobie błękitną koszulę, grafitową marynarkę i niebieskie, proste jeansy. Rozmawiał z jakimś ubranym w ciemny garnitur mężczyzną. Odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się do mnie, pomachał. Marta wlepiła we mnie pytające spojrzenie.

    – To mój kolega z klasy – mruknęłam cicho, ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo chłopak zaczął iść w naszą stronę. 

    Stanął tuż przed fontanną. Elegancko odziany mężczyzna szedł kilka kroków za nim. 

    – Cześć dziewczyny – odezwał się do nas. – Jestem Eric Devree – przedstawił się Marcie, z eleganckim ukłonem.

    – Marta Wiśniewska – bąknęła rumieniąc się na twarzy.

    Chłopak uśmiechnął się do niej, a ja przez chwilę zastanawiałam się czy przypadkiem nie będę musiała jej wepchnąć do wody, żeby otrzeźwiała.

    – Mariko, chciałem cię przeprosić za wczoraj… – powiedział pełnym pokory głosem – zachowałem się jak idiota. Czy mógłbym was zaprosić do kawiarni?

    Mimo nadziei w oczach Marty, przecząco pokręciłam głową.

    – Pracujemy dzisiaj – odpowiedziałam z uśmiechem, żeby załagodzić odmowę. – Sprzedajemy kwiaty.

    Na jego twarzy zagościł czarujący uśmiech.

    – A jak to wszystko sprzedacie, będziecie wolne? – zapytał. Niepewnie skinęłam głową. – Doskonale – mruknął. – Victor – zwrócił się do mężczyzny. – Zapłać paniom, a potem zawieź kwiaty mojej matce, wróć za powiedzmy dwie godziny – uśmiechnął się szelmowsko. 

    Mężczyzna skinął głową, a ja rozpoznałam w nim kierowcę limuzyny, z którym jechaliśmy na bal. Rozliczył się z Martą, a potem Eric pomógł nam wstać i z moją przyjaciółką po jednej stronie, a ze mną po drugiej, ruszył w kierunku kawiarni. 

     ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Eric jak zwykle był uroczy i czarujący. Przeprosił mnie za swoje zachowanie chyba z milion razy. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym się na niego gniewać. Marta była nim zauroczona. Sama nie należała do brzydkich dziewczyn i jeszcze nigdy nie widziałam, żeby jakiś chłopak wywarł na niej tak piorunujące wrażenie.

    – Marika, masz na początku maja siedemnaste urodziny – zaczął wesoło – mam rację? – Zaskoczona skinęłam głową. Skąd on o tym, do cholery, wiedział? Odniosłam wrażenie, że wszyscy wszystko dookoła wiedzą, tylko nie ja. – Masz już jakieś plany? – zapytał.

    – Ona? Plany? – wyrwało się Marcie. – Pewnie gdybyś jej nie przypomniał, zapomniałaby, że kończy siedemnaście lat.

    Spiorunowałam ją wzrokiem, ale milczałam. Eric uśmiechnął się zadowolony.

    – Doskonale, w takim razie jedziemy nad morze – oznajmił. – Oczywiście zaproś kogo chcesz, ja się wszystkim zajmę – uśmiechnął się wesoło.

    Nie byłam do końca przekonana czy to dobry pomysł. Właściwie uznałam, że jest bardzo zły, ale patrząc na pełne nadziei, zielone oczy Erica i zachwycony wyraz twarzy Marty po prostu nie mogłam odmówić. Później chłopak zaproponował, żebyśmy resztę dnia spędziły u niego na basenie, a ja, widząc szczenięce spojrzenie i nieme błaganie przyjaciółki, ponownie nie byłam w stanie zaprotestować.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy spytałyśmy czy powinnyśmy podjechać do domu po stroje, Eric tylko się roześmiał. Victor zawiózł nas do rozległej willi, a ja pierwszy raz weszłam na jej teren od frontu. Tym razem dom nie był pusty. W przepięknym, bogato udekorowanym salonie, siedziała młoda kobieta. Skąpana w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca wyglądała jak bogini. 

    – Marika – potrąciła mnie w ramię Marta – to ta aktorka, Helena Devree – szepnęła mi do ucha podekscytowana. – O Boże! – wymknęło jej się, gdy skojarzyła wszystkie fakty.

    Kobieta wyglądała moim zdaniem zdecydowanie zbyt młodo jak na matkę siedemnastolatka. Nieprzyjemnie nasunął mi się na myśl chłód w głosie Martina, kiedy o niej wspominał. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Eric zaprowadził nas prosto do salonu.

    – Mamo, to przyjaciółka, o której ci opowiadałem, Marika Merowing i jej koleżanka z Polski Marta Wiśniewska. Dziewczyny, poznajcie moją mamę – uśmiechnął się ciepło.

    – Dzień dobry pani – przywitałam się uprzejmie, kiedy wstała z kanapy.

    – Och, proszę, mów mi Heleno – powiedziała uśmiechając się łagodnie. 

    Jej uśmiech był równie czarujący, co Erica, a może nawet jeszcze bardziej. Złote włosy splecione miała w nienaganny kok. Sukienka w biało-czarne pasy układała się idealnie opinając jej szczupłą sylwetkę.

    – Chcieliśmy popływać. Pomyślałem, że to idealna okazja, żebyś sprawdziła swoje stroje, na żywych modelkach – odezwał się wesoło Eric – widzicie, moja mama projektuje w wolnych chwilach ubrania, to taka jej pasja – wyjaśnił.

     – Wspaniały pomysł – zaśpiewała kobieta i wyglądało na to, że mówi zupełnie szczerze – chodźcie, chodźcie! Janna – zawołała służącą – zaprowadź dziewczynki do garderoby. Ty nie będziesz podglądał – zwróciła się żartobliwie do syna – poczekaj na koleżanki na basenie.

    Poszłyśmy za ubraną w dopasowany strój pokojówką. Znalazłyśmy się w czymś w rodzaju pracowni krawieckiej i studia. Helena pokazywała nam swoje kreacje, przy których pracowało na bieżąco kilka osób i mimo, że zachowywała się dystyngowanie i z gracją, wszędzie było jej pełno. Doszłam do wniosku, że matka Erica, wbrew moim obawom, sprawia wrażenie naprawdę sympatycznej, pogodnej osoby. 

    Wreszcie pokazała nam stroje kąpielowe, przepraszając, że są jeszcze niedopracowane. Były przepiękne! Marcie dostał się odsłaniający plecy, wiązany po bokach, jednoczęściowy strój w kolorze dojrzałych wiśni, co idealnie pasowało do jej opalonej cery i ciemnobrązowych włosów, a mnie błękitne bikini z mini spódniczką a’la pareo, w którym od pierwszego wejrzenia się zakochałam. Cały mój sceptycyzm prysł jak bańka mydlana. Helena nalegała, żebyśmy pozwoliły się uczesać i zrobić sobie delikatny makijaż, co kompletnie nie miało dla mnie sensu, skoro za chwilę planowałyśmy pływać. Jakiś fotograf zrobił nam serię zdjęć. 

    Wreszcie, po ponad godzinie, Janna zaprowadziła nas, odziane w jedwabne szlafroczki, na kryty basen. Eric już tam czekał. Zagwizdał przeciągle na nasz widok. Skłonił się żartobliwie, pełnym gracji ruchem. Przejrzałam się w lustrze. Właściwie nie wyglądałam najgorzej. Wysoko upięte, jasne włosy nadawały mi powagi. Niebieskie oczy lśniły rozbawieniem, a w tym kostiumie, moja szczupła sylwetka, wyglądała po prostu rewelacyjnie, jakby był skrojony specjalnie dla mnie. Może nie byłam taką pięknością, jak Marta, ale niczego mi nie brakowało.

    Basenowa hala wyglądała raczej jak tropikalna dżungla. Wszędzie rosły palmy, pod którymi stały wygodne, ratanowe meble. Pomieszczenie było naprawdę ogromne. Dodatkowo oprócz samego basenu, było tu też jacuzzi i sauny. Czułam się jak w Aquaparku, tylko takim prywatnym. Brakowało jedynie zjeżdżalni. Pływaliśmy, graliśmy w piłkę, jedliśmy owoce i popijaliśmy jakiś dziwny napój. Bawiłam się naprawdę nieźle. 

    – Zaraz przyjdę – oznajmiłam roześmianym przyjaciołom i ociekająca wodą poszłam poszukać toalety. 

    Kiedy wracałam, szerokim, wyłożonym ciemnozielonymi kafelkami korytarzem, ktoś gwałtownie chwycił mnie za rękę. Odwróciłam się zaskoczona. Martin przez chwilę gapił się na mnie oniemiały, a potem jego twarz oszpecił grymas gniewu. Jego niebieskie oczy stały się lodowato zimne.

    – Co tu robisz? Bawi cię to?! – warknął na mnie. – Dlaczego ze mną igrasz?!

    Spojrzałam na niego pytająco, wyrywając nadgarstek z jego uścisku. Czułam, jak pieką mnie policzki. Podły drań bawił się moim kosztem!

    – O co ci chodzi? – zapytałam wprost. – Czego ode mnie chcesz?

    Nie potrafiłam zapomnieć wczorajszej nocy. On… To zdecydowanie nie był ten sam chłopak. Nie mogłam znieść jego chłodnego spojrzenia. 

    – Czego chcę? – z niedowierzaniem pokręcił głową. – Chcę, żebyś się stąd wyniosła i nigdy więcej nie przychodziła do mojego domu! – syknął. 

    Przez chwilę cofałam się tyłem, a potem odwróciłam się i uciekłam. Do oczy napłynęły mi łzy. Strumieniami spływały po moich policzkach. Wpadłam na basen, chwyciłam swoje rzeczy. Pospiesznie zaczęłam wkładać ubranie, na ciągle wilgotny strój. Ktoś chwycił mnie za rękę. Wyjął z niej bluzkę. Podniosłam wzrok tylko po to, by napotkać pytające spojrzenie Erica. 

    – Co się stało? – zapytał cicho.

    Pokręciłam głową, zabierając mu swoje ubranie.

    – Nie chcę o tym mówić – szepnęłam poprzez łzy. 

    Eric przyciągnął mnie do siebie, przytulił. Delikatnie gładził moje plecy.

    – Pieprzony dupek – syknął. – Co takiego powiedział ci mój uroczy braciszek? – zapytał.

    – Kazał mi się wynosić – odpowiedziałam cichutko, wtulając się w ramię Erica.

    Chłopak zazgrzytał zębami. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. 

    – To też mój dom i ja cię do niego zaprosiłem – oznajmił siląc się na spokój. – On nie ma nic do gadania.

    – Eric, proszę – podniosłam na niego błagalne spojrzenie. – Chcę stąd wyjść.

    Chłopak westchnął. Niechętnie skinął głową. 

    – Ubierz się, królewno – powiedział, delikatnie odgarniając mi z twarzy wysuwające się ze spinki, wilgotne włosy – ale powoli i używając ręcznika. Nie chcę, żebyś się przeziębiła. Zabiorę was gdzie indziej. Daleko od mojego kochanego braciszka – dodał ponuro.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy w poniedziałek pod moim domem zobaczyłam wiśniowy motocykl, po prostu stanęłam oniemiała. Ten to miał tupet! Coś się jednak nie zgadzało. Kiedy kierowca zdjął kask, zobaczyłam, że zamiast Martina, siedzi na nim Eric. Uczucia, to rzecz dziwna, bo kiedy go zobaczyłam, poczułam nieprzyjemne ukłucie zawodu. Kryjąc je pod maską wesołego uśmiechu, podeszłam do chłopaka.

    – Co tu robisz? – zapytałam.

    – Podwożę cię do szkoły – oznajmił z szelmowskim uśmiechem.

    Usiadłam za nim. Objęłam go w pasie rękami. Uwielbiałam jeździć na motorze, ale z Ericem to nie było to samo co z Martinem. Chłopak nie wysadził mnie nigdzie wcześniej. Wjechał, jak gdyby nigdy nic, na szkolny parking. Widziałam omiatające mnie zazdrosne spojrzenia, zaskoczenie w oczach dziewczyn, kiedy Eric zdjął kask. Natychmiast podbiegła do nas Paula.

    – Super! Brat pożyczył ci motor? Przewieziesz mnie? – zaszczebiotała. 

    Chłopak wyglądał na nieco zmieszanego. Patrzył na mnie z poczuciem winy w zielonych oczach. Uznałam, że będę musiała pomyśleć nad tym, jak wystarczająco jasno dać mu do zrozumienia, że możemy być tylko przyjaciółmi. W końcu niechętnie skinął głową.

    – Po lekcjach, jeżeli będziesz chciała – oznajmił.

    Paula aż podskoczyła z radości. We trójkę weszliśmy do budynku szkoły. Eric podał mi wypchaną kopertę. 

    – Co to? – zapytałam zaciekawiona.

    – Twoje zaproszenia – oznajmił rozbawiony. – Zgodziłaś się, pamiętasz? W piątek jedziemy nad morze. 

    Zamrugałam. 

    – To ile osób mam zaprosić? 

    – Ile tylko chcesz, zaproszeń jest setka, ale zawsze możemy dorobić… – mruknął zmieszany.

    – Nie, nie! – zaprotestowałam szybko. Gdzie ja znajdę sto osób? Czy ja w ogóle chociażby z widzenia znałam aż tyle? – Eric… nie będziesz zawiedziony, jeżeli tych osób będzie znacznie mniej?

    Roześmiał się. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie.

    – Oczywiście, że nie. To twoje urodziny.

    Odetchnęłam z ulga wywijając się spod jego ręki.

    – Idę poszukać Nataly – oznajmiłam tylko, znikając w drzwiach naszej klasy. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Klasy w liceum imienia świętego Franciszka różniły się od tych w zwykłych szkołach przede wszystkim komfortem. Ławki były wygodne, a krzesełka miękkie. Nauczyciele używali laptopów i rzutników, na tablicach zamiast kredą pisaliśmy mazakami. Wychyliłam się z ławki, rzucając Nataly na blat czarno-białą, elegancką karteczkę z klasyczną różą na wierzchu.

    – Co to? – zapytała szeptem.

    – Zaproszenie – mruknęłam niechętnie. – Na moje urodziny, podobno.

    Dziewczyna rozłożyła kartkę i przeczytała zawartość. Skrzywiła się.

    – Bardzo ci zależy, żebym tam była? – spytała niechętnie.

    – Jeżeli byś mogła – spojrzałam na nią błagalnie.

    Roześmiała się.

    – Widzę, że jesteś tak samo zachwycona swoimi urodzinami, jak ja. – Pochyliła się ku mnie odrobinę bliżej. – Nie będziesz miała nic przeciwko temu, że zabiorę swojego chłopaka? Nie chodzi do naszej szkoły – dodała ciszej.

    Kolejna nowa rzecz, której dowiedziałam się o Nataly! Więc miała chłopaka. Uznałam, że poznanie go będzie interesujące.

    – Jasne, że nie – uśmiechnęłam się do przyjaciółki, podając jej niewypełnioną biało-czarną kartkę.

    Sama wyciągnęłam jeszcze jedną i położyłam przed sobą na ławce. Wpatrywałam się w nią przez dłuższy czas, a potem, mimowolnie, zaczęłam wypisywać litery.

     ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Na przerwie rozpętała się istna nawałnica. Podchodziły do mnie tłumy ludzi, zagadując niewinnie lub otwarcie pytając czy dam im zaproszenie. Nie miałam pojęcia skąd oni w ogóle o nich wiedzą. Angela szybko rozwiązała mój problem.

    – Pomóc ci? – zapytała rozbawiona moją paniką.

    – Błagam – jęknęłam teatralnie. 

    Szybko, na parapecie wypisałam jedno dla niej i drugie dla Pauli. Miałam co do tych dziewczyn naprawdę mieszane uczucia, ale uznałam, że nie chcę znowu mieć w nich zaciętych wrogów. Po chwili namysłu, na kolejnym napisałam nazwisko, od początku uprzejmej dla mnie, Kate. W rezultacie wyszło na to, że w ciągu pierwszej przerwy zaprosiłam całą, kilkunastoosobową klasę. To jednak nie był koniec. Najgorzej zrobiło się na stołówce. Oddałam resztę zaproszeń Angeli, mówiąc, żeby zrobiła z nimi co chce i uciekłam, na szczęście, prawie pustym korytarzem. Wspięłam się na samą górę, na strych, błagając w duchu, żeby nikogo tam nie spotkać, zwłaszcza Martina. W pomieszczeniu było pusto. Odetchnęłam z ulga, siadając na stojącej pod oknem skrzyni. Długa przerwa na lunch trwała trzy kwadranse, czyli zostało mi jeszcze jakieś pół godziny. Wyciągnęłam książkę i mp3 playera, zatapiając się w lekturze i muzyce. 

    Z zadumy wyrwał mnie głośny hałas. Ktoś wbiegł po schodach, trzasnęły drzwi. Rozpoznałam smukłą sylwetkę Martina. Chłopak podbiegł do okna, otworzył je. Zauważył mnie dopiero w momencie, kiedy podciągał się na rękach na parapet. Zsunął się zaskoczony.

    – Co ty tu do jasnej cholery robisz?! – warknął na mnie.

    Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo na strych wparowało trzech kolejnych chłopaków. Rozpoznałam w nich Antona i Michaela, kolegów Erica. Trzeciego znałam jedynie z widzenia. Stanęli zmieszani przy drzwiach. Byli wyraźnie zaskoczeni moją obecnością. 

    – Co to za laska? – spytał niezbyt uprzejmie, ten, którego nie znałam.

    – Yyy, to dziewczyna Erica Devree – odpowiedział mu nieco zmieszany Anton.

    Odruchowo chciałam zaprotestować, że wcale nie jestem jego dziewczyną, ale powstrzymał mnie chłodny wzrok Martina. 

    – Super – ucieszył się chłopak podchodząc do mnie bliżej – może z nami też będzie miała ochotę się zabawić? 

    Martin w jednej chwili znalazł się pomiędzy mną, a nieznajomym chłopakiem. 

    – Spływaj stąd, w tej chwili – syknął bardzo cicho, a sam rzucił się z pięściami, na szerszego w barach chłopaka.

    Zsunęłam się ze skrzynki, chwyciłam swoją torbę i mijając otępiałych kolegów, wybiegłam na schody. Zatrzymałam się dopiero na samym dole. Serce biło mi jak oszalałe. Przeklinałam się w duchu za to, że w ogóle tu przyszłam. Co za durny pomysł! Zbiegłam jeszcze niżej, z postanowieniem, że znajdę Erica. Dopadłam go jeszcze w stołówce. Nachalnie odciągnęłam na bok.

    – O co chodzi? – spytał zaskoczony.

    – Martin ma kłopoty – powiedziałam cicho. – Anton i Michael chcą go pobić.

    – Nie przejmuj się tym, to nie twoja sprawa – mruknął cicho Eric. – Mój brat sobie poradzi.

    Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a potem przypomniałam sobie jego rozbawioną minę, w lesie, przy quadach. Czy był aż takim dobrym aktorem? 

    – Eric… – zaczęłam cicho – trzeba komuś powiedzieć, oni zrobią mu krzywdę.

    – Ani się waż! – powiedział ostro, chwytając mnie za rękę. – Krzywdę, to oni zrobią tobie, jeżeli na nich naskarżysz. 

    Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami. Wyrwałam się z jego uścisku i roztrzęsiona, ze łzami w oczach, wybiegłam ze stołówki.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Dłuższą chwilę czekałam na korytarzu ostatniego piętra, ukrywając się w jednej z zacisznych wnęk. Wreszcie usłyszałam odgłos ciężkich kroków, świadczący o tym, że chłopacy zeszli na dół. Wyjrzałam zza rogu. Ten, którego nie znałam miał podbite oko, a Anton kulał na lewą nogę. Najwyraźniej Martin postanowił się z nimi bić. Kiedy tylko zniknęli z mojego pola widzenia, najciszej jak umiałam, wbiegłam na prowadzące ku strychowi schody. Chłopak siedział na podłodze, oparty plecami o drewnianą skrzynię. Miał potargane, rozdarte w niektórych miejscach ubranie. Spojrzał na mnie wrogo. 

    – Czego chcesz? – zapytał ostro.

    Zignorowałam jego pytanie. Przyklęknęłam przy nim.

    – Nic ci nie jest? – spytałam cicho.

    Pokręcił głową.

    – Idź już sobie – poprosił zrezygnowany.

    Niechętnie wstałam. Sięgnęłam jednak do torby i położyłam na podłodze, obok chłopaka czarno-białe zaproszenie, które wypisałam na pierwszej lekcji.

    – Zrobisz z tym co będziesz chciał – mruknęłam, a potem przeszłam przez skrzypiące, drewniane drzwi strychu.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Piątek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko, a z nim, długo wyczekiwany przez wszystkich, oprócz mnie, wyjazd nad morze. Ja się tego zwyczajnie bałam. Poza tym lubiłam naszą zatokę i nie widziałam powodów, dla których mamy wybierać się gdzieś dalej. Pojechaliśmy do Aberystwyth, turystycznej miejscowości na wybrzeżu Walii. Był ciepły, słoneczny dzień, ale odrobinę wiało, więc wzburzone fale co chwilę uderzały o poszarpane klify. 

    Zaraz po przyjeździe, poznałam chłopaka Nataly, Thijsa. Był wysokim, dobrze zbudowanym blondynem w koszulce Slayera i czarnej bluzie z kapturem. Niewiele mówił, ale chyba przez to bardziej do siebie pasowali, bo moja szkolna przyjaciółka potrafiła być naprawdę rozgadaną osobą. Chwilę później zgarnął mnie Eric. Objął ręką moje ramiona i poprowadził wzdłuż brzegu, pokazując mi urokliwą, prywatną plażę. Kiedy wreszcie udało mi się od niego uwolnić, natychmiast dopadła mnie Angelica. 

    – Marika… chciałam zapytać, to znaczy – wahała się dziewczyna – czy ty chodzisz z Ericem? Wszyscy mówią, że jesteś jego dziewczyną…

    – Nie jestem – odpowiedziałam prosto, żeby przynajmniej jej wbić to do głowy – naprawdę go lubię, ale nie w ten sposób – dodałam na wszelki wypadek.

    Twarz Angelicy ozdobił wesoły uśmiech. 

    – Więc, nie będziesz miała nic przeciwko temu, że go poderwę? – zapytała pogodnie.

    Ona mnie o to pyta? Od kiedy stałyśmy się takimi przyjaciółkami? Mimowolnie sięgnęłam ręką do policzka, na którym dalej gościł, prawie już zupełnie wyblakły siniak po uderzeniu piłką do koszykówki.

    – Nie, jasne, że nie – odpowiedziałam uprzejmie, mając cichą nadzieję, że może to załatwi problem podrywającego mnie Erica.

    Potem zaczepiały mnie kolejne osoby, a każdy czegoś ode mnie chciał. Nie wszystkich nawet znałam. Wytrzymałam może półgodziny, a później stwierdziłam, że mam dość. Nie lubiłam być w centrum uwagi. Za to spostrzegłam, że moja przyjaciółka, Marta, naprawdę to uwielbia. Stała na plaży otoczona wianuszkiem chłopaków. Uśmiechnęłam się na ten widok. Przynajmniej ona dobrze się bawiła. Wykorzystałam chwilę, w której zostałam sama i przeskakując biały płotek, wymknęłam się na dziką, przyozdobioną stromymi klifami część plaży. Tutaj nareszcie nie było nikogo. Wsłuchałam się w krzyki mew i szum, rozbijających się o skały, morskich fal. W tym miejscu było tak pięknie! Moja dusza wzlatywała w przestworza. Idąc brzegiem, odeszłam spory kawałek od prywatnej plaży. Miałam na sobie sandały, zwiewną, białą sukienkę oraz niebieski sweterek. Stałam i pozwalałam by wiatr rozwiewał moje ubranie i rozpuszczone, jasne włosy. Obejrzałam się za siebie. Byłam tu tylko ja i ta dzikość. Cudowne uczucie! Szłam dalej przed siebie, na samej granicy klifów. Wiał coraz silniejszy wiatr. Pode mną rozbryzgiwała się morska piana. W pewnym momencie przyszła wyższa fala. Nie spodziewałam się tu takiej. Podmyła mi nogi. Pośliznęłam się, zsuwając z klifu do wody. Nie było zbyt wysoko, ale upadek i tak mnie zamroczył. Zanurzyłam się w wodę. Dookoła kłębiła się piana. Wszędzie było tak samo ciemno. Nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół. Zaczynało mi brakować powietrza. Nadludzkim wysiłkiem walczyłam z morskim prądem. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Poczułam na sobie czyjeś ręce. Ktoś ciągnął mnie w górę. Oślepiło mnie jasne słońce, gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, a potem znów nakryła mnie morska fala. Otoczyły mnie silne ramiona. Chwilę, później plując i kaszląc wodą, znalazłam się na brzegu. 

    – Wszystko w porządku? – zapytał Martin, nie wypuszczając mnie z objęć. 

    Skinęłam głową, pozbywając się z ust kolejnej porcji słonej wody. Zadrżałam z zimna. Chłopak przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej. Miał na sobie tylko przemoczone spodnie, był na bosaka. Wstał, podniósł mnie ze żwirowatego piasku. Na plaży walały się porozrzucane części jego ubrania. Schylił się i podniósł koszulę. Postawił mnie na ziemi. Ugięły się pode mną nogi. Przytrzymał mnie obejmując w pasie. 

    – Zdejmuj ten mokry sweter – rozkazał. – Co ci przyszło do głowy, żeby łazić po klifach? – zapytał zagniewanym, ale i pełnym ulgi głosem.

    Posłusznie zdjęłam sweter. Nie protestowałam, kiedy rozpiął moją doszczętnie przemoczoną sukienkę. W międzyczasie musiałam gdzieś zgubić buty. Kiedy zostałam w samej bieliźnie, chłopak okrył mnie swoją koszulą. Sięgała mi do połowy ud. Zaczął zapinać guziki.

    – Chciałam trochę pobyć sama – mruknęłam cicho. – Śledziłeś mnie? – przyszła mi nagle do głowy irracjonalna myśl, którą wypowiedziałam na głos.

    Martin odwrócił wzrok.

    – Poszedłem za tobą – przyznał.

    – Ale dlaczego? – zapytałam nie rozumiejąc.

    – Martwiłem się – uśmiechnął się leciutko. – Jesteś wmieszana w zbyt wiele naszych spraw. Ktoś mógł cię skrzywdzić.

    – To dlatego odwoziłeś mnie do szkoły? – zgadłam. – I dlatego przez ostatni tydzień pożyczałeś Ericowi motor?

    – Zasugerowałem mu, że może cię podwozić do szkoły – przyznał. – Tak na wszelki wypadek.

    Westchnęłam. Martin, który do tej pory nie przestał mnie obejmować w pasie, wziął mnie na ręce. Odruchowo oplotłam ramionami jego szyję. Spojrzałam na chłopaka pytająco.

    – Schowamy się przed wiatrem – mruknął. Zaniósł mnie za linię drzew. Posadził na trawie. Znaleźliśmy się na niewielkiej, skąpanej w majowym słońcu polanie. – Poczekaj – poprosił.

    Pobiegł na plażę, by po chwili wrócić z naszymi ubraniami. Otulił mnie swoją kurtką, a potem usiadł przy mnie. Przez chwilę siedzieliśmy wpatrując się w siebie w milczeniu. Wreszcie nie wytrzymałam.

    – Martin, jesteś jedną wielką zagadką! – wybuchłam. – Raz mnie nienawidzisz, trzymasz się ode mnie z daleka, a potem mnie całujesz, kiedy myślę, że wszystko jest ok. wywalasz mnie ze swojego domu, a teraz martwisz się o mnie i właściwie ratujesz mi życie. O co w tym chodzi? Czego ty do diabła chcesz?

    Uśmiechnął się ponuro. Jego chabrowe oczy zalśniły.

    – Chciałbym, żebyś nie była dziewczyną mojego brata – oznajmił patrząc mi w oczy.

    – Przecież do cholery nie jestem i nigdy nie byłam! – warknęłam.

    – Więc pogrywasz z nami obydwoma – prychnął. – Brawo! A sądziłem, ze jesteś kiepską aktorką – dodał pogardliwie.

    Zamrugałam.

    – O czym ty mówisz? Nic mnie nie łączy z Ericem i nic nigdy nie będzie łączyło.

    – On twierdzi co innego – powiedział odrobinę mniej pewnie.

    – Niech sobie mówi co chce! – warknęłam wkurzona. – To i tak nie zmienia faktów.

    – Więc dlaczego wtedy ode mnie uciekłaś? – zapytał wpatrując się we mnie intensywnie. – I co następnego dnia robiłaś u nas w domu? 

    – Uciekłam? – nie mogłam uwierzyć, że on naprawdę coś takiego wymyślił. – To dlatego byłeś wtedy taki wściekły? Myślałeś, że się tobą bawię? 

    – Nie – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. – Sądziłem, że mścisz się na Ericu, za to co robił na ognisku. Dlatego byłem wkurzony. 

    – Poszłam wtedy od ciebie, bo już wschodziło słońce i miałam może trzy godziny, żeby się wyspać. W sobotę od rana sprzedawałyśmy z Martą kwiaty. Gdybym pożegnała się w jakikolwiek inny sposób, nie potrafiłabym odejść – wyznałam szczerze, a w moich oczach z jakiegoś powodu zalśniły łzy. – Na Starym Mieście zgarnął nas Eric, chciał przeprosić. Kupił od nas wszystko co sprzedawałyśmy, zaprosił nas do kawiarni, a potem na basen. Koniec historii.

    Martin siedział wpatrując się we mnie. Potem zbliżył się jeszcze bardziej. Przyciągnął do siebie. Wplótł palce w moje mokre włosy. Pocałował. Potem kolejny raz i znowu. To było inne od poprzedniego razu. Jeszcze bardziej intensywne. Czułam w nim taką niesamowitą ulgę, że aż przechodziły mnie dreszcze.

    – Jestem idiotą, kretynem – szepnął tuż przy moim uchu. – Przepraszam. Powinienem był zapytać ciebie co jest grane, nie jego.

    Oplotłam mu szyję ramionami. Usiadłam na jego kolanach, nie zwracając uwagi na to, że nie mam na sobie spodni. Pisnęłam, kiedy moja skóra dotknęła zimnego, mokrego materiału. Roześmiał się. Położył mnie na trawie, a sam pochylił się nade mną. Znów poczułam jego usta na swoich. Czy tak wygląda niebo? Odgarnęłam mu z twarzy opadające na oczy kosmyki ciemnych włosów. Jeszcze niedawno żywe, czerwone zadrapanie na policzku, było już teraz tylko cienką, białą kreską. Uśmiechnęłam się do niego łagodnie. Przyszło mi do głowy, że jednak, mimo wszystko, spędzenie urodzin nad morzem, mogło być całkiem niezłym pomysłem.

    Note