Rozdział 3 – Mroczna natura
by VickyX
Przez całą, powrotną drogę do domu, Ian się więcej nie odezwał. Effie została sam na sam, z własnymi, ponurymi myślami. Dodatkowo nie mogła ścierpieć tego, że mężczyzna przez cały czas obejmował ją swoim ramieniem, jakby pokazując światu, że dziewczyna należy tylko do niego. Najgorsze było jednak to, jak cudownie się z tym faktem czuła.
Kiedy weszli do domu, Effie stanęła z szeroko otwartymi oczami, w drzwiach salonu. Drobne dłonie same zacisnęły jej się w pięści. W oczach pojawiły się łzy. Ian wszedł do pokoju tuż za dziewczyną. Na jego twarzy, na krótką chwilę, pojawiło się niekłamane zaskoczenie, później jednak stała się zwyczajową, nieprzeniknioną maską. Rjiav leżał na ciemnozielonej kanapie, a na nim siedziała zupełnie naga blondynka, z naprawdę dużymi, jędrnymi piersiami. Ręce chłopaka błądziły po jej bujnym biuście, a ona poruszała się na jego członku, głośno jęcząc.
Przerwali stosunek, zaskoczeni wtargnięciem do pokoju Effie i Iana. Rjiav zsunął z siebie blondynę, gwałtownie zrywając się z kanapy. Obrzucił stojących w drzwiach intruzów zaskoczonym spojrzeniem.
– Eff, to nie tak… – zaczął, ale dziewczyna nie słuchała.
Odwróciła się na pięcie i wbiegła po schodach na górę. Rjiav chciał pobiec za nią, ale Ian chwycił go za ramię, zatrzymując w pół kroku. Rozbawiony spojrzał w zielone oczy swojego podopiecznego. Chłopak szarpnął się wściekle, ale zyskał tym tylko to, że mężczyzna pchnął go z powrotem na kanapę, z której tak gwałtownie przed chwilą wstawał. Blondynka uśmiechnęła się uroczo, nawet nie próbując ukryć swojej nagości. Podeszła do czarnowłosego uwodzicielskim krokiem. Uśmiechnęła się lubieżnie.
– Witaj Ian, dawno się nie widzieliśmy – stanęła tuż przed mężczyzną, wyciągając ręce ku guzikom jego czarnej koszuli. – Może jednak zmieniłeś zdanie i masz na mnie ochotę? – zapytała rozpinając powoli najwyższy z nich.
Ian błyskawicznym ruchem chwycił jej rękę. Kobieta krzyknęła. Upadła na kolana. Mężczyzna odsunął się od niej z obrzydzeniem wyraźnie malującym się na przystojnej twarzy.
– To cię nauczy, żebyś nigdy więcej nie próbowała mnie dotykać dziwko – wycedził przez zęby.
Rjiav spojrzał na niego szeroko otwartymi ze zgrozy oczami.
– Złamałeś jej rękę – powiedział niedowierzająco.
Ian tylko skinął głową.
– Aha, dlatego na twoim miejscu zabrałbym ją teraz do szpitala – powiedział już zupełnie spokojnym, chłodnym tonem.
Uśmiechnął się drwiąco, a potem śladem Effie wspiął na prowadzące do sypialni schody. Zdziwił się, kiedy zastał dziewczynę siedzącą na podłodze w rogu jego własnego pokoju. Obejmowała ramionami nogi, chowając twarz w kolanach. Jej ramionami wstrząsało ciche łkanie. Ian minął ją obojętnie, kładąc się na plecach na grafitowej narzucie łóżka. Podparł się poduszkami, żeby móc przyglądać się płaczącej dziewczynie. Zdawał sobie sprawę, że powinien czuć satysfakcję, czemu więc tak nie było? W żaden sposób nie zareagowała na jego obecność. W końcu to on nie wytrzymał.
– Jeszcze się nie spakowałaś? – zadrwił.
Podniosła na niego zapłakane oczy.
– Czemu miałabym się pakować? – zapytała zaskoczona.
– Po tym co widziałaś, wnioskuję, że nasza umowa jest już nieaktualna – wzruszył ramionami.
Effie przecząco pokręciła głową.
– Nie, to nieprawda – powiedziała cicho, stłumionym przez łzy głosem. – W dalszym ciągu chcę, żebyś opiekował się Rjiavem.
Ian nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Ta dziewczyna była zupełnie nielogiczna.
– Dlaczego? – zadał pierwsze pytanie jakie przyszło mu do głowy.
– Ponieważ go kocham – wyszeptała cicho – nawet jeżeli ty nigdy nie będziesz w stanie tego pojęcia zrozumieć.
– Pomimo tego co zrobił? – zapytał głupio mężczyzna.
– Mimo tego, co mógłby kiedykolwiek zrobić – westchnęła smętnie w odpowiedzi. – Poza tym uratował mi życie, jestem mu w dalszym ciągu coś winna.
– Więc nasza umowa jest dalej aktualna? – upewnił się Ian.
Effie pewnie skinęła głową.
– Dopóki się mną nie znudzisz – oznajmiła poprzez łzy – a ja postaram się, żeby nie prędko się to stało.
Ian odwrócił się na bok, podpierając głowę na łokciu.
– Świetnie – stwierdził – w takim razie chodź tutaj – rozkazał pokazując puste miejsce obok siebie na łóżku.
Dziewczyna podeszła posłusznie kładąc się koło mężczyzny na wygniecionej narzucie łóżka. Spojrzała w jego, w tym momencie, czarne jak noc oczy. Ian po raz niewiadomo który opanował chęć przytulenia do siebie zapłakanej dziewczyny. Czemu do licha w ten sposób na niego działała? To nie było właściwie. Już dawno powinien był ją zabić. Leżeli tak wpatrując się w siebie przez dłuższą chwilę. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Pomimo tego, że Ian nie był odpowiednią osobą, kimś, z kim mogłaby o tym porozmawiać, musiała się odezwać.
– Nawet nie poszedł za mną na górę – westchnęła Effie przewracając się na plecy, wzrok wbiła w pomalowany na biało sufit.
– Wiesz dlaczego? – zapytał Ian.
– Nie zależy mu na mnie – westchnęła smętnie dziewczyna.
– Barbie-girl próbowała mnie dotykać. Złamałem rękę tej lafiryndzie – oznajmił spokojnie Ian. – Musiał odwieść ją do szpitala. Pewnie jak wróci będzie próbował się tłumaczyć ze swojego „skoku w bok”.
Effie odwróciła się w jego stronę, podniosła się na łokciu. Spojrzała w lodowato zimne oczy Iana.
– Co zrobiłeś? – spytała niedowierzająco.
– To co słyszałaś – prychnął.
– Jesteś psychopatą! – westchnęła opadając z powrotem na łóżko.
– A to dla ciebie jakaś nowość? – spytał spokojnie mężczyzna.
– Nie – wyszeptała smętnie Effie, odwracając się do niego plecami, żeby w ten sposób wtulić się w jego ciepłe, opiekuńcze ramiona. To było w tym wszystkim najdziwniejsze, jedyne pocieszenie i ochronę mogła znaleźć u osoby, której właśnie najbardziej się obawiała i której szczerze nienawidziła.
XI
Rjiav nie patrzył na Effie, nie potrafił jej spojrzeć w oczy. Siedział na brzegu ciemnozielonej kanapy wpatrując się w swoje dłonie. Ogarniała go coraz większa złość. Podniósł wzrok na luzacko opartego o framugę drzwi Iana, który najwyraźniej świetnie się bawił zaistniałą sytuacją.
– Wyniesiesz się stąd wreszcie?! – warknął, na nim wyładowując swój gniew.
– Nie – odpowiedział czarnowłosy, coraz bardziej rozbawiony.
Rjiav chciał warknąć coś w odpowiedzi, ale zanim zdążył nabrać powietrza wtrąciła się Effie.
– Niech zostanie, jeżeli chce – powiedziała cicho.
– Eff, ja… – zaczął łamiącym się głosem.
– Kim była ta blondynka? – spytała beznamiętnym tonem dziewczyna, ponownie mu przerywając.
Policzki Rjiava zapłonęły żywym ogniem, ale postanowił nie pogarszać swojej sytuacji brakiem odpowiedzi na zadane pytanie.
– To Darla, jest naszą przyjaciółką i półkrwi…
Tym razem to Ian postanowił wejść w słowo speszonemu chłopakowi.
– Przyjaciółką? – prychnął. – Półkrwi? To tania dziwka, która uważa się za nietykalną, bo ma w sobie może kroplę naszej krwi. Nasze prawo zabrania nam zabijać się nawzajem – wyjaśnił widząc pytające spojrzenie Effie. – Udowodniłem jej dzisiaj, że jednak nie jest taka bezpieczna jak zawsze sądziła. W każdym razie mnie też naprawdę ciekawi co z nią właściwie robiłeś – zwrócił się do Rjiava z drwiącym uśmieszkiem zabłąkanym w kącikach ust.
– Ja… – zaczął niepewnie chłopak, ale Effie już wiedziała. Nie zamierzała słuchać jego beznadziejnych usprawiedliwień.
– To nie pierwszy raz, prawda? – spytała gorzko.
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Skąd wiesz? – zapytał speszony.
– Czemu mnie po prostu nie zostawiłeś? – westchnęła.
– To nie tak – wyszeptał, ciągle nie potrafiąc spojrzeć jej w oczy.
– Więc jak? – warknęła, zdając sobie sprawę, że jej cierpliwość była już na granicy.
Tym razem spojrzał na nią.
– Zależy mi na tobie Eff, chcę z tobą być, pragnę twojej bliskości, ale potrzebuję kontaktu fizycznego z „naszymi” kobietami – powiedział, jakby tłumaczył dziecku zawarte w elementarzu podstawy. – Zrozum mnie Eff, proszę.
Dziewczynę zmroziło w środku. Dla niego to było NORMALNE. Boleśnie dotarło do niej jak bardzo go kochała. Teraz jedyne czego chciała to zadać mu ból.
– Czy ty też potrzebujesz kontaktu fizycznego z „waszymi” kobietami? – spytała Iana wstając z kanapy.
Czarnowłosy roześmiał się.
– To zimne, wyrachowane suki – odpowiedział drwiąco. – Każda, co do jednej. Nigdy nie wiesz czy nie obudzisz się rano z nożem wbitym w plecy.
Effie zauważyła, że zna jej zamiary, nie wiedziała tylko czy podejmie grę. Podeszła do Iana oplatając ramionami jego szyję. Pocałowała go w usta, kiedy objął ją w talii i przyciągnął do siebie zaborczo. Rjiav gwałtownie zerwał się z kanapy.
– Odsuń się od niej – warknął wściekle.
– O co ci chodzi? – zapytała zimno Effie, w jej błękitnych oczach był tylko lód. – Przecież jeszcze przed chwilą twierdziłeś, że popierasz poligamię.
– Eff, nie… nie z nim – wyszeptał błagalnie.
Roześmiała się, ale w jej śmiechu nie było ani cienia wesołości.
– A co jeżeli robiłam to z nim? – zapytała patrząc Rjiavowi w oczy. – Co jeżeli mi się podobało?
– Eff nie! Nie rozumiesz… – powiedział łamiącym się głosem, wyciągając do niej rękę, jakby chciał w ten sposób wszystko naprawić.
Dziewczyna prychnęła. Pokręciła głową, jakby z politowaniem, a potem dumnym krokiem wspięła się po spiralnych schodach na górę, do sypialni.
W zielonych oczach Rjiava zapłonął gniew.
– Jeżeli ją skrzywdzisz… – warknął.
– Jeżeli ją skrzywdzę, to co? – roześmiał się Ian. – Ona mówiła prawdę, miałem ją setki razy – oznajmił spokojnie patrząc, jak twarz chłopaka zmienia się z każdym jego kolejnym słowem w przepełnioną cierpieniem maskę – a wiesz co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Robiła to dla ciebie, w zamian za to, że będę cię chronił. Effie naprawdę cię kochała Rjiav. Głupia naiwna dziewczyna – rzucił jeszcze, żeby dobić chłopaka, po czym z satysfakcją malującą się na przystojnej twarzy i ironicznym uśmieszkiem na ustach, wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Rjiav opadł z powrotem na kanapę. Schował twarz w trzęsących się dłoniach. Słowa Iana paliły go żywym ogniem. To co mówił mężczyzna zwyczajnie nie mogło być prawdą, nie mieściło mu się w głowie. Jego Effie… nie, nie mógł jej w ten sposób stracić na zawsze! Po prostu nie mógł sobie na to pozwolić.
XII
Ian spojrzał na rozciągniętą na jego łóżku dziewczynę. Patrzyła w sufit, ale tym razem nie płakała. Uśmiechnął się do niej leniwym, aroganckim uśmiechem, kiedy zwróciła na niego spojrzenie swoich pięknych, błękitnych oczu. Na jej twarzy widać było jakieś zacięcie i determinację.
– I co teraz? – spytał rozbawionym głosem.
– Nic – odpowiedziała. – Będziemy grać dalej.
Iana zaskoczyła odpowiedź dziewczyny. W dalszym ciągu nie pojmował jej motywów, nie rozumiał jej zachowania, za to fascynowała go z każdą spędzoną wspólnie chwilą coraz bardziej.
Przez kilka kolejnych dni obserwował jak z premedytacją mści się na Rjiavie. Nigdy nie spodziewałby się po niej takiego typu zachowania. Ona po prostu się nim bawiła, jakby była łowcą, a on stanowił jej, nazbyt łatwą ofiarę. Umyślnie ignorowała chłopaka, paradując mu przed samym nosem, a to w delikatnej koszulce nocnej, której niechcący zsunęło się ramiączko, a to w topie, odsłaniającym połowę brzucha, raz nawet wesoło weszła do kuchni owinięta ręcznikiem kąpielowym, uznając, że koniecznie musi się napić mleka, kiedy Rjiav siedział tam jedząc śniadanie. Wyszła stamtąd z pełnym samozadowolenia uśmiechem, zostawiając chłopaka wgapiającego się w drzwi z otwartą buzią. Gorsze jednak było to jak odnosiła się przy Rjiavie w stosunku do Iana. Z premedytacją i pełnym okrucieństwem łasiła się do niego jak kotka w rui, ale tylko wówczas, kiedy mogła zrobić z tego przedstawienie na użytek chłopaka. Iana na początku to bawiło, ale później zaczęło go równie mocno irytować. Czuł irracjonalną zazdrość o zachowanie Effie, o to, że dziewczynie tak bardzo zależy, żeby ukarać Rjiava, a jednocześnie dalej twierdziła, że go kocha i w żadnym razie nie chciała rezygnować z ochrony dla chłopaka. Po prostu musiał to jakoś zakończyć.
Jeszcze tego samego dnia, po nieprzyjemnym incydencie z Darlą, Effie przeniosła wszystkie swoje rzeczy do sypialni Iana, nawet nie pytając go o zdanie. Zdał sobie sprawę, że jego groźby przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. O tak, bała się go nadal, po prostu ignorowała ten strach, ponieważ zupełnie przestało jej zależeć. To zastanawiało Iana tylko jeszcze bardziej. Musiał zrobić z tym porządek. Jak zwykle postanowił zabawić się na swój własny sposób. Poza tym szykowała się bitwa i, i tak, potrzebowali dodatkowej ochrony.
– Effie, jesteś wredną suką – powiedział, kiedy przekroczyła próg, jego, a właściwie teraz ich wspólnej sypialni.
– Uczę się od mistrza – zamruczała podchodząc do niego bliżej.
Co się stało z tą cichą, uroczą blondyneczką? – przeszło przez myśl Ianowi, kiedy całkiem zadowolony z siebie, zdał sobie sprawę, że to on stworzył tego małego, sadystycznego potwora.
Dziewczyna była tuż przy nim. Oplotła ramionami jego szyję. Pocałowała go w usta. Spojrzała w jego czarne, pełne żaru oczy. Uśmiechnął się do niej drwiącym, leniwym uśmiechem.
– Świetnie, a więc będziemy grać po twojemu, kociaku – oznajmił niebezpiecznie cichym głosem.
Rzucił dziewczynę na łóżko. Zdarł z niej ubranie, co przy jego niesamowitej sile wcale nie było trudne. Effie nie wyczuła ostrzeżenia w jego głosie, nie znała go aż tak dobrze. Mruknęła tylko, odwzajemniając namiętne pocałunki i pieszczoty podnieconego mężczyzny. Odwrócił ją na brzuch, przodem do drzwi. Podniósł jej pupę do góry. Wsunął dłoń pomiędzy nogi dziewczyny. Tak szybko robiła się przy nim mokra… O tak, to nawet bardziej niż odpowiadało Ianowi. Nieśpiesznie zdjął z siebie spodnie. Spojrzała na niego wyczekująco. Uśmiechnął się ironicznie na myśl ile się przez ten czas między nimi zmieniło. Wiedział, że Effie go pragnie przynajmniej tak samo mocno, jak on jej. Był też przekonany, że jest to czysto fizyczne pragnienie i nie wiążą się z nim żadne cieplejsze uczucia. Wszedł w wilgotne, ciepłe wnętrze. Zaczął się w niej poruszać, niespiesznie i delikatnie. Ręce położył na jej zgrabnych pośladkach, przyciągając dziewczynę jak najbliżej siebie.
Potem w życie wprowadził dalszą część swojego planu. Za pomocą więzi, która łączyła go z uczniem, wysłał krótki, ostry rozkaz w kierunku Rjiava. Chwilę później chłopak stał w drzwiach sypialni z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Jego twarz wykrzywił grymas bólu i niedowierzenia. Ian uśmiechnął się ironicznie. Wiedzieć o czymś, a zobaczyć na własne oczy, to dwie zupełnie różne rzeczy.
Effie spojrzała przerażona na Rjiava. Chciała się wyszarpnąć Ianowi i nakryć kołdrą swoje nagie, kształtne ciało. Mężczyzna trzymał ją jednak zbyt mocno. Nie przestawał poruszać się w jej wnętrzu. Pociągnął ją za włosy, zmuszając w ten sposób, żeby spojrzała na stojącego w drzwiach chłopaka. Rjiav oprzytomniał. Chciał wyjść.
– Nigdzie nie idziesz – powiedział ociekającym słodyczą tonem Ian. – Zostaniesz tutaj do końca „przedstawienia” – zakpił cicho.
Rjiav natychmiast zobaczył „to coś” w czarnych jak noc oczach mężczyzny. Niepewnie, z pobladłą twarzą wszedł do środka i stanął pod ścianą. W oczach Effie pojawiły się łzy. Schowała twarz w pościeli. Tym razem Ian pozwolił jej na to. Przyspieszył swoje ruchy. Po kilku, wlokących się niemal w nieskończoność minutach, wysunął z dziewczyny swojego członka, i skończył brudząc ciepłym płynem jej pośladki i plecy.
– Masz swoją zemstę, czy nie tego właśnie chciałaś? – mruknął cicho do dziewczyny.
Wstał, podciągnął spodnie i zapiął rozporek, po czym wyszedł z sypialni zostawiając Effie sam na sam z Rjiavem. Na jego twarzy gościł okrutny, pełen satysfakcji uśmiech drapieżnika.
XIII
Na szklanym blacie stołu stała porcelanowa miseczka z czarnym proszkiem, obok niej kolejna, odrobinę większa z wodą, a na słomianej macie leżał delikatny, cienki pędzelek. Rjiav pobladł na twarzy zobaczywszy te, na pozór niewinnie wyglądające rzeczy. Stanął w drzwiach salonu nie wiedząc czy wejść do środka czy raczej się wycofać. Najwyraźniej jednak rozmyślał zbyt długo, ponieważ za jego plecami pojawił się Ian. Wepchnął chłopaka do pokoju. Rjiav z trudem przełknął ślinę. Przeczesał palcami swoje jasne włosy, w kolorze złocistego piasku plaży. Nie potrafił ukryć zdenerwowania. Ian uśmiechnął się drwiąco na widok przerażenia chłopaka.
– To nie dla ciebie – powiedział, a Rjiava ogarnęła wyraźna ulga. – To dla Effie.
Twarz chłopaka natychmiast stężała. Cofnął się o krok.
– Nie – warknął – nie możesz jej tego zrobić.
Ian uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem.
– Oczywiście, że mogę i zrobię – odpowiedział powoli. – Przyprowadź ją tutaj – rozkazał.
– Nie – zaprotestował ponownie Rjiav.
Cios padł tak szybko, że nawet nie zauważył kiedy nadszedł. Ian uderzył go. Chłopak upadł na podłogę. Z trudem podniósł się z ziemi. Po schodach zbiegła Effie, zaalarmowana hałasem. Stanęła w drzwiach salonu patrząc na nich pytająco.
– Nie ważne, już nie musisz – uśmiechnął się drwiąco Ian. – Chodź do mnie kociaku – powiedział stanowczo.
Effie zrobiła niepewny krok w stronę mężczyzny. Rjiav stanął między nimi, blokując jej drogę.
– Zrób to mi, jeżeli musisz, ale nie jej – syknął.
– O co chodzi? – spytała zaniepokojona dziewczyna.
Ian spojrzał jej w oczy.
– To co ci zrobię będzie bolesne, bardzo bolesne – oznajmił kładąc nacisk na ostatnie słowa. – Nie skrzywdzi cię jednak w żaden fizyczny sposób.
Effie nie spuściła wzroku. Skinęła głową. Wyminęła trzęsącego się ze złości Rjiava i podeszła do kanapy.
– Czego ode mnie oczekujesz? – spytała cicho.
W jej głosie słychać było drżenie, widać było, że dziewczyna się boi, całą sobą jednak przeciwstawiała się temu uczuciu.
– Zdejmij bluzę – rozkazał spokojnie, ale stanowczo Ian. – Już cię nie potrzebuję – zwrócił się z drwiącym uśmiechem do Rjiava.
– Zostanę – powiedział chłopak zagryzając zęby.
– Świetnie – oznajmił mężczyzna, patrząc jak Effie spokojnie wykonuje jego polecenie i zdejmuje z siebie granatową, dresową bluzę, odsłaniając czarny, koronkowy stanik. – W takim razie przydasz się na coś i będziesz ją trzymał. Jeżeli się poruszy, jest szansa, że zrobię jej krzywdę.
Rjiav skinął głową w milczącym potwierdzeniu. Znał rytuał. Wzdrygnął się na myśl o czarnych malunkach zdobiących jego własne ciało. Aż nazbyt dobrze go znał. Usiadł na kanapie sadzając przed sobą Effie, objął ją ramionami i przycisnął do siebie, tak żeby nie mogła się poruszyć. Odwróciła głowę i spojrzała na niego pytająco. Nie potrafił się zdobyć na to, żeby odpowiedzieć na nieme pytanie. Odwrócił wzrok.
Ian spokojnie rozmieszał czarny proszek z odrobiną wody, tak, że powstała maź konsystencji gęstej śmietany. Podszedł do kanapy. Stanął przy nich wyczekująco. Rjiav odwrócił dziewczynę tak, że siedziała teraz bokiem. Objął ją ramieniem, przytulając do siebie, jednocześnie zasłaniając jej usta dłonią. Był przekonany, że będzie próbowała krzyczeć. Nogami przygniótł jej nogi, drugą ręką przytrzymał jej ręce. Była teraz zupełnie unieruchomiona.
Kiedy Ian zanurzył pędzelek w roztworze, w szarych oczach mężczyzny był tylko lód. Dziewczyna szarpnęła się z całej siły, gdy tylko pierwsza kreska dotknęła jej odsłoniętej skóry. Rjiav przytrzymał ją mocno, skupiając się tylko na tym, żeby niechcący nie złamać jej ręki. Znał ten okropny ból, kiedy czarna farba wżerała się w ciało. Runy paliły żywym ogniem, człowiek czuł jakby spalał się żywcem, a jednocześnie, jakby coś wżerało się w jego ciało. Najgorsze było to, że magia nie pozwalała na utratę przytomności. Kiedy Ian skończył malować skomplikowany wzór na jej lewym ramieniu, całe ciało dziewczyny drżało, a ona płakała, nie potrafiąc powstrzymać łez.
– Odwróć ją – rozkazał mężczyzna chłodnym tonem.
W oczach Rjiava pojawiło się przerażenie. Jak to, to jeszcze nie koniec?
– Ian, wystarczy jej – szepnął błagalnie.
– Odwróć ją, żebym miał dostęp do drugiego ramienia – powiedział zbyt spokojnym głosem mężczyzna.
Kiedy tylko Rjiav zwolnił uścisk dziewczyna wysunęła się z jego objęć odskakując jak najdalej od nich. Ian złapał ją zanim dobiegła do drzwi. Pchnął w stronę chłopaka. Rjiav ponownie posadził ją sobie na kolanach, tym razem drugim bokiem na zewnątrz. Mężczyzna namalował na jej ramieniu skomplikowany rysunek, bliźniaczo podobny do drugiego.
– Zajmij się nią – powiedział spokojnie, zabierając ze sobą naczynia i wychodząc z pokoju, zostawiając łkającą dziewczynę sam na sam z Rjiavem.
Ian starannie oczyścił naczynia w kuchennym zlewie, zamykając resztę rozrobionego barwnika w małym szklanym pojemniczku. Bardzo starał się, żeby nie miał kontaktu ze skórą. Nie mógł go zostawić. Był zbyt rzadki i cenny, żeby go marnować. Zdziwił się, kiedy przez kuchenne drzwi weszła Effie. Z trudem stała o własnych siłach. Spojrzał na jej zapłakaną twarz i lśniące od łez, chabrowe oczy. Kiedy jednak odezwała się jej głos był drżący, ale nadzwyczaj spokojny, jakby dziewczyna zupełnie pogodziła się ze swoim losem.
– Za co tym razem mnie ukarałeś? – spytała cicho.
– Ukarałem? – warknął nie potrafiąc zapanować nad gniewem, który go ogarnął gdy wypowiedziała te słowa. W jednej chwili znalazł się przy dziewczynie. Brutalnie przycisnął ją do ściany. Spojrzał jej w oczy. – Ty mała idiotko – warknął – gdybym chciał cię ukarać, nie marnowałbym na to sproszkowanych nasion chantrieri i tak wystarczająco trudno je zdobyć.
Spojrzał w jej przestraszone oczy. Nie rozumiała. Dobrze. Nie chciał, żeby zrozumiała. Puścił ją. Wybiegła z kuchni. Ian przymknął oczy. Niedługo okaże się czy dobrze zrobił.
XIV
Effie siedziała pod ścianą, tuliła trochę ponad roczną dziewczynkę w swoich ramionach. To było jak jakiś koszmarny sen. Przerażone dziecko wpadło w histerię i zanosiło się spazmatycznym płaczem. W żaden sposób nie potrafiła jej uspokoić. Dziewczynka płakała od prawie godziny, gdy Ian przyniósł ją do domu i bezceremonialnie wręczył dziewczynie. Kiedy zapytała co to za dziecko, odpowiedział tajemniczo, że to nie dziecko, a przedmiot szantażu. Na te słowa Effie zmroziło w środku. Nie miała pojęcia jak daleko jest w stanie posunąć się ten mężczyzna. W jaką grę tym razem postanowił grać?
– Uspokój wreszcie tego bachora – warknął Ian – nie słyszę własnych myśli jak tak wrzeszczy.
– Nie potrafię – szepnęła przerażona Effie, bała się, że czarnowłosy swoją złość postanowi wyładować na dziecku. Wiedziała, że ten mężczyzna nie miał żadnych ludzkich uczuć. Nikomu nie współczuł, z nikim nigdy się nie liczył. – Nie! – wyrwało jej się, kiedy podszedł i wyszarpnął płaczące dziecko z jej ramion.
– Zamknij się – warknął do niej. – Lepiej przydaj się na coś i przynieś jakieś jedzenie. Umieram z głodu.
Effie nie chciała go jeszcze bardziej denerwować, wiedziała z czym to się wiąże, a i tak nie był już w najlepszym humorze. Wstała ze swojego miejsca i zniknęła w niewielkiej, jasnej kuchni. W pośpiechu zaczęła odgrzewać jedzenie, ciągle bojąc się, że wkurzony Ian zrobi dziecku jakąś krzywdę. Najbardziej martwiło ją to, że nie słyszała już, dobiegającego z pokoju, histerycznego płaczu małej. Po wlekących się nieubłaganie, w nieskończoność chwilach stanęła z tacą w progu pokoju. Jej chabrowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Czarnowłosy młodzieniec podnosił dziewczynkę wysoko, podrzucając ją niemal pod sam sufit, potem łapał, sadzał na podłodze i znikał, żeby za chwilę pojawić się w jakimś zupełnie innym, nieoczekiwanym miejscu. Dziecko obracało się szukając go wzrokiem, a kiedy go znalazło, za każdym razem wybuchało radosnym śmiechem, wtedy podchodził do niej i znowu brał na ręce. Przerwał zabawę, dopiero kiedy zauważył stojącą w drzwiach Effie. Wziął od niej tacę i wręczył jej roześmianą dziewczynkę. Usiadł na ciemnozielonej kanapie i jak gdyby nigdy nic zaczął pochłaniać gorący obiad.
Effie przez dwie godziny opiekowała się dziewczynką. Bawiła się z nią na podłodze, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Wstała, biorąc małą na ręce i chciała otworzyć drzwi, ale siedzący do tej pory spokojnie Ian zatrzymał ją w drzwiach salonu.
– Ja otworzę, a ty się stąd nie ruszysz i będziesz siedziała cicho – oznajmił lodowato zimnym głosem.
Posłusznie wróciła do pokoju, siadając z dzieckiem na kanapie. Nie mogła się jednak powstrzymać od zaciekawionego spojrzenia, które utkwiła w prowadzących na korytarz, uchylonych drzwiach salonu.
Ian wpuścił do mieszkania mężczyznę. Był szczupły, jakby zagłodzony, a jego twarz była niezdrowo blada. Zaciśnięte w pięści dłonie drżały.
– Oddaj mi moje dziecko – powiedział drżącym od hamowanych emocji głosem, w jego brązowych, łagodnych oczach była taka nienawiść, jakiej Effie sama nigdy nie potrafiłaby wyrazić.
Ian uśmiechnął się aroganckim, drapieżnym uśmiechem. Bawiło go to, co działo się z tym mężczyzną! Jego to naprawdę bawiło! – uświadomiła sobie z przerażeniem dziewczyna.
– Oczywiście – powiedział spokojnym, cichym głosem – jak tylko dobrowolnie zgłosisz się, żeby stanąć przed sądem.
Mężczyzna pobladł jeszcze bardziej.
– Oni je zabiją – powiedział przerażony – zabiją je obie!
– Możliwe – z twarzy Iana nie schodził drwiący, arogancki uśmiech. – Tyle, że trzeba było o tym myśleć, zanim postanowiłeś zdradzić swoją rasę.
– Nie zdradziłem swojej rasy – odwarknął tamten, a jego wzrok w tym momencie spoczął na Effie i dziecku siedzącym na jej kolanach.
Mężczyzna zawył wściekle i rzucił się w kierunku dziewczyny. Ian był od niego szybszy, wyrwał jej dziecko, i odsunął się z nim pod ścianę, zostawiając tamtemu wolny dostęp do patrzącej szeroko otwartymi oczami Effie. Mężczyzna podniósł ją z kanapy, chwycił za gardło.
– Zabiję ją, jeżeli nie oddasz mi mojego dziecka – warknął wściekle, mocniej zaciskając rękę na szyi dziewczyny.
W oczach Iana był tylko lód.
– Nie żałuj sobie – odpowiedział lodowato zimnym tonem – a potem porozmawiamy o twoim stawieniu się na procesie.
Mężczyzna wiedział już, że to nic nie da, mimo to zacisnął rękę z zamiarem uduszenia dziewczyny. Nagle Effie poczuła jak otacza ją ciemność. Czarna jak noc mgła zaczęła unosić się z jej ciała. Mężczyzna krzyknął. Coś go od niej odepchnęło. Upadł na podłogę, konwulsyjnie starając się zaczerpnąć powietrza. Zaczął rzęzić i charczeć. Przerażona dziewczyna spojrzała na Iana. Czarnowłosy nie ruszył się z miejsca. Jego szare oczy obojętnie patrzyły na wijącego się w agonii mężczyznę. Wreszcie, po kilku długich, wlokących się w nieskończoność minutach tamten znieruchomiał.
– Co mu zrobiłeś? – szepnęła przerażona Effie.
Ian uśmiechnął się do niej drwiąco.
– Ja nic mu nie zrobiłem, to twoje runy tak działają. Jak odbicie lustrzane. Planował zrobić z tobą dokładnie to samo – odpowiedział wyraźnie zadowolony ze swojego dzieła.
Effie spojrzała na martwego mężczyznę. Zadrżała. Nie chciała wiedzieć, musiała jednak zapytać.
– Co zrobisz z dzieckiem? – zadała pytanie nie patrząc na niego.
Wzruszył ramionami.
– Ty zdecyduj – oznajmił.
Popatrzyła na Iana, żeby upewnić się czy mówił poważnie. Wykorzystał tego mężczyznę, żeby wypróbować swoje dzieło! Oh, nie wątpiła w to, że dostał zadanie, żeby go schwytać, postanowił jednak wykorzystać to do swoich własnych celów, tak jak wszystko inne. Dla niego całe życie było grą.
– Czy jej matka żyje? – zapytała cicho.
– Tak – odpowiedział obserwując ją z zainteresowaniem.
– Więc oddaj jej dziecko – powiedziała cichym głosem, w którym było więcej prośby niż czegokolwiek innego.
– Świetnie, mieszka przy Baker street 14/9, samo centrum. – Podszedł do niej i włożył małą w jej drżące ręce. – Sama ją oddasz. Ja zajmę się ciałem.
– Nie skrzywdzisz ich? – upewniła się dziewczyna.
– Nie, ja ich nie skrzywdzę – powiedział tak, że ciarki przeszły jej po plecach na samą myśl o wieloznaczności tej odpowiedzi.
Włożyła buty i pospiesznie wyszła z domu. Błagała w duchu, żeby Ian przypadkiem nie zmienił zdania. Jak na Londyn, był to wyjątkowo pogodny i słoneczny dzień. W pośpiechu, nie patrząc dokąd idzie, wpadła na kogoś, kiedy wychodziła przed budynek w którym znajdowało się ich mieszkanie. Podniosła wzrok i odetchnęła z ulgą.
– Co tu robisz? – warknął gniewny głos Rjiava, potem jego spojrzenie przeniosło się z twarzy dziewczyny na tuloną przez nią w ramionach dziewczynkę. – Co to za dzieciak?
Effie przełknęła ślinę. Postanowiła zaryzykować.
– Podwieziesz mnie do centrum? – poprosiła cicho.
Rjiav spojrzał w jej poważne, błagalnie patrzące na niego oczy. To mu wystarczyło. Skinął głową. Chwilę później siedzieli już w samochodzie chłopaka. Wspólnie odwieźli dziewczynkę przerażonej matce, którą zastali w takcie pakowania swoich rzeczy. Effie uznała, że to najlepsze co może zrobić ta kobieta. Tylko dlaczego Ian ją tutaj wysłał? No cóż, nie będzie zadawała pytań. Wystarczy jej to, że przynajmniej matka i jej córeczka, ciągle były żywe.