Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kwadrans później znaleźli się w prywatnym gabinecie księcia. Nataniel przycupnął na jednym z obitych skórą, drewnianych krzeseł. Richard chodził po komnacie, w dalszym ciągu starając się panować nad swoją złością.

    – Ile razy wyznaczyli królewnie? – spytał cichym, groźnym głosem.

    – Dwadzieścia pięć, panie – odezwał się przepraszająco staruszek, wiedział jakiej reakcji może się spodziewać. 

    Richard z całej siły uderzył pięścią w dębowe biurko. Drewno pękło, roztrzaskując się na kawałki. Potem chłopak uśmiechnął się ponuro.

    – W takim razie kilku z nich prawdopodobnie nie przeżyje podwójnej kary – stwierdził obojętnie. – Natanielu – zwrócił się bezpośrednio do starca, wbijając w niego spojrzenie lodowato zimnych oczu – nie jesteś już dłużej członkiem rady. Spakuj się i wracaj do domu. Natychmiast – dodał widząc zaskoczoną minę starca.

    Mężczyzna wstał, skłonił się i wyszedł z gabinetu, zostawiając Richarda samego. Kiedy znalazł się na korytarzu, jego pomarszczone ręce drżały. Dzięki temu, co powiedział książę, właśnie ominęła go kara, która w jego podeszłym wieku, prawdopodobnie skończyłaby się śmiercią. Do tego, zwolnienie z rady, było prośbą, z którą zwracał się od wielu już lat. Nataniel zdawał sobie sprawę, że Richard, na swój własny sposób, powiedział mu właśnie „dziękuję”. Teraz spokojnie mógł wyjechać, by zamieszkać w posiadłości swojego syna i jego dzieci.

    Stolica Mayonaki, Tenebres, Rajskie Ogrody

    Kiedy Richard wrócił po Dannae, zaprowadził ją prosto do swoich komnat. Zdziwił się, jak bardzo zachwycona była dziewczyna, gdy oznajmił jej, że od tej pory będzie mieszkała tylko tutaj, a ze swoich prywatnych pokoi może korzystać w dzień, podczas gdy on będzie zajęty, dotyczącymi Mayonaki, obowiązkami. Siedział teraz w fotelu, trzymając ją na swoich kolanach, z myślą, że nie chce jej wypuszczać z objęć. Dziewczyna tuliła się do niego ufnie, chowając twarz w jego koszuli.

    – Jak dobrze, że jesteś – westchnęła stłumionym przez materiał głosem.

    – Już wszystko w porządku – mruknął, gładząc dłonią jej jedwabiste włosy.

    Wtuliła się w niego jeszcze bardziej, zupełnie jak mała dziewczynka.

    – Kocham cię, Richardzie – szepnęła jeszcze, zanim jej oddech zupełnie się uspokoił i zapadła, wygodnie usadowiona  na jego kolanach, w lekki, przyjemny sen.

    Chłopak wpatrywał się w śpiącą w jego ramionach królewnę. Jej słowa sprawiały, że w środku robiło mu się jakoś przyjemnie i ciepło, a jednocześnie, po prostu nie był w stanie w jej uczucie uwierzyć.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Karmelowe oczy Patricka lśniły rozbawieniem. W jego towarzystwie Dannae po prostu nie potrafiła się nudzić. Bardzo szybko zostali najlepszymi przyjaciółmi. Bawili się jak dwójka niesfornych dzieci. Królewna uciekała przed chłopakiem, chowając się między krzewami róż. Śmiała się wesoło, kiedy w końcu ją złapał. Po chwili jednak poczuła, że coś jest nie tak. Oczy Patricka stały się poważne, stanowczo zbyt poważne. Przysunął się do niej tak, że musiała się cofnąć pod ścianę, ładnie zdobionej altanki. Zdała sobie sprawę, że chłopak jest stanowczo zbyt blisko, a on przysunął się jeszcze bliżej. Ręce położył na ścianie altanki, otaczając jej drobną postać, tak, że nie mogła się wydostać. Jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. Powoli przysunął się i pocałował ją w usta. Dannae oprzytomniała. Odepchnęła go od siebie stanowczo.

    – Zwariowałeś? – spytała wściekłym głosem.

    Chłopak przecząco pokręcił głową. Chciała uciec, ale chwycił ją za rękę.

    – Kocham cię! – oznajmił pewnym głosem. – Prawie na samym początku się w tobie zakochałem, wtedy jeszcze nie wiedziałem kim jesteś… – zaczął.

    – Ale teraz już wiesz! – przerwała mu stanowczo. Jej spojrzenie stwardniało. – Jestem żoną Richarda – oznajmiła dziewczyna.  

    – Dannae, ucieknijmy razem! Nie wierzę, że nie czujesz do mnie tego samego! Kocham cię! – powtórzył Patrick.

    – Jesteś moim przyjacielem, kocham cię jak brata, ale nic więcej między nami nie ma i nie będzie – odpowiedziała mu odrobinę łagodniejszym tonem. – Kocham Richarda, nie ciebie.

    – On jest potworem! Jak można kochać potwora? – warknął na nią.

    – Nie masz racji! – odpowiedziała mu dziewczyna, z trudem powstrzymując łzy. – Richard nie jest taki, jak o nim mówią! W rzeczywistości jest zupełnie inny! Dobry, opiekuńczy, łagodny…

    Patrick prychnął pogardliwie.

    – Może przed tobą takiego udaje – syknął na nią. – Czy ty nie widzisz jak okrutne są jego rządy? Jak masowo giną ludzie? Dannae, proszę…

    Tym razem, kiedy próbowała wyszarpnąć się z jego uścisku, po prostu puścił jej rękę. Spojrzała na niego lśniącymi od łez, chabrowymi oczami.

    – Nawet jeżeli to co mówisz jest prawdą – odpowiedziała spokojnie – to ja i tak nie mam tu nic do powiedzenia. Jeżeli bym planowała uciec, uchylić się od obowiązków, ucierpi na tym cały mój rodzinny kraj.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Na drewnianym stole, w północnej wieży, stała kamienna, wypełniona ciemną wodą misa. Na powierzchni wody widać było zamazany obraz, a z wnętrza unosiły się głosy. Richard nie pierwszy raz w ten sposób kogoś śledził. Obracał teraz w palcach jasny kosmyk włosów. Coraz bardziej żałował złożonej królewnie, na samym początku, obietnicy. Urodzi mu pierworodnego syna, a potem będzie wolna. Teraz był pewien, że odejdzie, ponieważ nie będzie chciała zostać z nim. Ogarnął go chłód. Poczuł w sobie znajomą pustkę. Sam sobie dziwił się, że jest taki spokojny. Owszem, jego pierwszą myślą było zabicie całującego jego żonę chłopaka, potem jednak oprzytomniał. Niczego w ten sposób nie osiągnie, no może poza jej wieczną nienawiścią. Nie o to mu chodziło. Chciał, żeby dziewczyna była jego. Pragnął jej duszy, serca, nie tylko ślicznego ciała. Gwałtownym ruchem strącił kamienną misę ze stołu. Woda rozlała się po podłodze. Dannae go nie kochała. Teraz był tego pewien. Zdawał też sobie boleśnie sprawę, że nikt nie byłby w stanie go pokochać.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    W komnacie stał suto zastawiony stół. Były na nim różnego gatunku miody i drzemy, był również żółty i biały ser. W kryształowej misie leżały najrozmaitsze owoce. Zamyślona Dannae, powolutku skubała swój posiłek. Czuła na sobie badawczy wzrok Richarda. Chłopak odezwał się dopiero, kiedy odsunęła od siebie talerz.

    – Jak powinienem twoim zdaniem ukarać zdrajcę? – zapytał bez zbędnych wstępów.

    Królewna spojrzała na niego zaskoczona. Zdziwiło ją takie pytanie.

    – W jaki sposób zdradził? – spytała cichym głosem.

    – Podważył mój autorytet i skrytykował moje rządy, więc można zaliczyć to do obrazy majestatu,  za co zwyczajową karą jest śmierć przez powieszenie.

    Dziewczyna pokręciła głową.

    – Czy zdrajca zbuntował się w jakiś sposób czynnie, nawołując ludzi do powstania?

    – Nie, jedynie wyraził swoje zdanie. Jaką zarządziłabyś dla niego karę, jeżeli nie szubienicę? – spytał przyglądając jej się uważnie.

    Mimo poważnego wyrazu twarzy, w oczach dziewczyny pojawiły się roztańczone iskierki. Być może, właśnie dostała okazję, by uratować komuś życie.

    – Znalazłabym kilka rozwiązań – odpowiedziała pewnym głosem dziewczyna. – Od dawna chciałam mieć plac zabaw. Karuzelę, z konikami, huśtawki w różanym ogrodzie – rozmarzyła się odrobinę. – Jeżeli zdrajcą był mężczyzna, zleciłabym mu wykonanie tych prac. Musiałby odpracować swoje słowa, a jednocześnie wszyscy wiedzieliby, za co został ukarany. – Spojrzała na chłopaka odrobinę zaniepokojona. – Richardzie, dlaczego mnie o to pytasz?

    – Ponieważ zdrajcą i oszczercą jest twój przyjaciel, syn markiza Roscoe, Patrick – odpowiedział spokojnie, patrząc jej w oczy i z zainteresowaniem czekając na reakcję swojej królewny.

    Stolica Mayonaki, Tenebres – Egzekucja Buntowników

    Cały zamek, Tenebres, a potem i resztę krain Mayonaki, obiegła wesoła nowina. Ich księżna, Dannae Oriana Wairudo, spodziewała się dziecka. Sama dziewczyna nie czuła w sobie żadnych zmian, no może poza jedną. Jej organizm przestał trawić jakiekolwiek pokarmy, a na domiar złego, każdego ranka, przynajmniej godzinę, spędzała na wymiotowaniu. Maris, uzdrowicielka, orzekła, że dziewczyna jest w trzecim miesiącu ciąży i, że to zupełnie normalne, mimo, że sama Dannae wcale tak nie uważała, bo jak za normalne można uznać wieczne mdłości? Nie to ją jednak martwiło najbardziej. Richard, od kiedy dowiedział się, że dziewczyna jest w ciąży, w ogóle przestał się nią interesować. Nie sypiali już razem, a królewna potrafiła tylko błagać w duchu, żeby urodziła się dziewczynka. Tak bardzo tęskniła, za bliskością Richarda! Marzyła o tym, żeby choć jeszcze raz, tak po prostu ją przytulił. On jednak unikał jej, jakby była trędowata. Ich spotkania były rzadkie i czysto oficjalne. Na domiar złego Patrick również się do niej nie odzywał, usłyszawszy, że to ona wymyśliła dla niego, chłopaka zdaniem, hańbiącą karę. Dannae nie mogła się z tym pogodzić, ponieważ i tak uważała, że to co go spotkało, było znacznie lepsze niż śmierć. Tego samego zdania była zresztą matka Patricka, markiza Luisa Roscoe, która usłyszawszy o tym, co mogło spotkać jej syna, ze łzami w oczach przybiegła dziękować księżnej Dannae. Teraz zarówno w niej, jak i w najlepszej przyjaciółce April, miała naprawdę solidne oparcie.  

    Kiedy rano spacerowała w ich towarzystwie, ścieżkami różanego ogrodu, dyskutowały na wszystkie możliwe, nawet te związane z polityką tematy. Teraz, najgłośniejszą sprawą, byli pojmani, przez armię Mayonaki buntownicy.

    – Najgorsze jest to, że sporo z nich, to jeszcze właściwie dzieci – ciągnęła Luisa smutnym głosem. – Że też nie zdawali sobie sprawy, z tego co ich czeka. Musieli wiedzieć, że nie mają najmniejszych szans, a mimo to jednak walczyli…

    Dannae szerzej otworzyła swoje błękitne oczy.

    – Co się z nimi stanie? – zapytała niczego nieświadoma.

    Markiza obdarzyła ją smutnym uśmiechem,

    – Wczoraj żołnierze przyprowadzili ich do Tenebres, zostaną powieszeni, wszyscy, co do jednego, dzisiaj o zachodzie słońca.

    – Nie! – wyrwało się królewnie, szczerze i rozpaczliwie.

    – Tak postanowił książę Wairudo, a tutaj on stanowi prawo – odpowiedziała jej twardo matka Patricka, starsza, zbyt dobrze znająca życie kobieta.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Mógł jej nie chcieć, mógł jej nie kochać, ale na pewno nie był do czegoś takiego zdolny! Dannae popatrzyła po ponurych, brudnych od kurzu drogi, twarzach buntowników. To nie byli tylko mężczyźni. Wśród ponad setki ludzi, były zarówno kobiety jak i dzieci. Nie wiodło im się w życiu dobrze i postanowili walczyć o lepszy byt i własną wolność. Beznadziejna, z góry skazana na porażkę walka popychana jedynie rozpaczliwą nadzieją. Nie, Richard nie mógł tego zrobić! Dziewczyna minęła dwóch uzbrojonych strażników i wspięła się po krętych, kamiennych schodach na blanki zamku. Na murach stał książę Wairudo. Był sam. Z kamienną twarzą przyglądał się, jak jego żołnierze szykują liczne szubienice. Podeszła do niego. Nawet się nie odwrócił w jej stronę. Stanęła u jego boku.

    – Co takiego zrobili ci wszyscy ludzie, że zasłużyli sobie na śmierć? – zapytała cicho.

    – To buntownicy – odezwał się beznamiętnie, niczego jej nie wyjaśniając.

    – Nie możesz przecież ich wszystkich zabić – szepnęła niemal błagalnie.

    Spojrzał na nią. Roześmiał się gorzko.

    – Oczywiście, że mogę, a nawet więcej, zrobię to. Zginą dzisiaj, jako dobry przykład dla innych.

    W oczach Dannae stanęły łzy. Na jej i tak już bladej twarzy, malowało się prawdziwe przerażenie. Czy aż tak bardzo pomyliła się co do Richarda? Nie mogła uwierzyć, że jej mąż jest aż tak bardzo okrutnym człowiekiem. W przypływie rozpaczy padła przed nim na kolana.

    – Richardzie, błagam cię, daruj im życie! Zrobię wszystko co zechcesz, spełnię każde twoje życzenie, tyko ich nie zabijaj! – zaczęła błagać poprzez łzy.

    Przez chwilę patrzył na nią zaskoczony. Potem na jego twarzy odmalował się wyraz wściekłości. Podniósł dziewczynę z ziemi, wyglądał tak, jakby miał zamiar ją uderzyć. W tym momencie Dannae, po raz pierwszy, naprawdę się go bała. W dalszym ciągu jednak nie potrafiła przestać w niego wierzyć. Chłopak syknął wściekle, zaglądając niechętnie w jej ufne, błagalnie patrzące oczy. Puścił dziewczynę, odpychając ją od siebie stanowczo. Podszedł do muru, by stanąć na blankach. Odezwał się dopiero, kiedy miał pewność, że wszyscy, zgromadzeni na placu ludzie, patrzą w jego kierunku.

    – Nie będzie dzisiaj egzekucji – odezwał się, głośno, co wywołało w tłumie ogromne poruszenie. – Na prośbę księżnej Dannae Oriany Wairudo, wszyscy buntownicy zostaną ułaskawieni. Mają rok na to, by pod strażą, odpracować na otaczających Tenebres polach to, co zrabowali Mayonace.

    W całym mieście zawrzało jak w ulu, kiedy wieści obiegały ulice. Nikt nie wierzył w to co się stało. Królewna stała, osłupiała wbijając spojrzenie szeroko otwartych oczu w swojego męża. Nawet ona, w najśmielszych myślach, się czegoś takiego nie spodziewała.

    – Richardzie… – zaczęła cicho podchodząc do niego.

    Gwałtownie odsunął się od dziewczyny.

    – Zejdź mi z oczu, natychmiast! – warknął na nią.

    Dannae, nie nadużywając swojego szczęścia, odwróciła się na pięcie i z szybko bijącym sercem, puściła się pędem, prowadzącymi w dół schodami.

    Zamek w Tenebres, Rebelia

    Rano królewna Dannae obudziła się we własnej sypialni, z uczuciem, że coś jest nie tak. Natychmiast też zerwała się z łóżka, gnana do łazienki porannymi mdłościami. W jej pokoju byli jacyś ludzie. Rozejrzała się dookoła zdezorientowana. Wysoki mężczyzna położył jej rękę na ramieniu, nie pozwalając się dalej ruszyć.

    – Ale ja muszę! – zaprotestowała królewna.

    – Zostaniesz tutaj – warknął na nią. Pochyliła się i mimowolnie zwymiotowała mu na buty. – Ty mała… – syknął zamierzając się na nią ręką.

    Dannae skuliła się, spodziewając się uderzenia, które jednak nie nadeszło. Patrick, z gniewem w karmelowych oczach, stał między nią, a wkurzonym mężczyzną.

    – Wynoście się stąd! Wszyscy! – rozkazał. – Żaden z was jej nie dotknie!

    Mężczyźni zaczęli protestować. Chwilę później do pokoju wparowały także kobiety. Dziewczyna rozpoznawała w nich służące, kucharki i praczki. Stanowczo wyrzuciły z jej komnaty skonsternowanych mężczyzn. W środku został jedynie Patrick, podczas gdy one zaczęły sprzątać jej wymioty i naniesione przez mężczyzn błoto.

    – O co tu chodzi? Co się dzieje? – zapytała cicho Dannae.

    – Nic czym powinnaś się przejmować, dziecino – odpowiedziała jedna z kobiet. – Nic ci nie grozi, wśród nas. Poza tym pod sercem nosisz naszą nadzieję, następcę tronu Mayonaki.

    Królewna coraz bardziej zaniepokojona usiadła na brzegu łoża. Patrick był tuż obok niej. Widząc jej bladą twarz, objął dziewczynę ramieniem. Spojrzała na niego z wdzięcznością. W jej oczach jednak wciąż było nieme pytanie. Chłopak odczekał, aż kobiety opuszczą komnatę, zostawiając ich samych.

    – Zamek ogarnęła rebelia – poinformował cicho królewnę. – Ludzie zebrali się do powstania, mają dość krwawych rządów Richarda. 

    Danne gwałtownie zerwała się z łóżka.

    – Co z nim? Nic mu nie jest? – zapytała zrozpaczonym głosem.

    Patrick przytrzymał ją, zmuszając by ponownie usiadła.

    – Nikt przy zdrowych zmysłach nie atakowałby go bezpośrednio – oznajmił chłodno. – Kucharki zatruły jego jedzenie. Zamknięto go w lochu. Za trzy dni, o świcie, zostanie stracony.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Królewna Dannae, w prostej, błękitnej sukience, opinającej jej z dnia na dzień, coraz bardziej powiększający się brzuch, przeszła nieniepokojona, obok pilnujących więzienia wartowników. Zamkowa służba oraz inni jej przyjaciele, zadbali o to, żeby nikt nie śmiał jej więcej grozić. Po całym Tenebres chodziły szepty, że to jej dziecko było ich nadzieją. Nadzieją, na lepszą przyszłość Mayonaki. Dziewczyna weszła do niezbyt przyjemnie pachnącego pomieszczenia. Strażnik niechętnie otworzył przed nią kolejne drzwi. Stała tuż za nimi, wpatrując się w słabo oświetlony kilkoma pochodniami korytarz. Zrobiła niepewny krok do przodu, dopiero kiedy zamknęły się za nią drzwi. Potem w jej oczach stanęły łzy. Podbiegła przed siebie, padając na podłogę, przed oddzieloną kratami, częścią pomieszczenia.

    – Richardzie – szepnęła cicho, do zakutego w grube łańcuchy mężczyzny.

    Podniósł głowę. Spojrzał na nią zaskoczony. Pierwszy raz, od ponad miesiąca, patrzył prosto na nią.

    – Po co tu przyszłaś? – zapytał lekko zachrypniętym głosem.

    – Czuję się taka bezradna – powiedziała cicho dziewczyna, wsuwając ręce, między kraty, tak, żeby móc go w jakikolwiek sposób dotknąć. – Kompletnie nie wiem co robić! Nie mogę pozwolić, żeby cię zabili!

    Richarda przeszył dziwny dreszcz. Niedowierzająco spojrzał na dziewczynę. Do tej pory był przekonany, że przyszła mu wygarnąć, co o nim myśli. Niepewnie przysunął się bliżej krat. Usiadł opierając się o ścianę. Dotknął jej dłoni. Wyciągnął rękę, by delikatnie pogładzić złociste włosy. Teraz już wcale nie był taki pewien, czy jest przygotowany na śmierć.

    – Musisz stąd iść – odezwał się spokojnie do dziewczyny.

    – Nie! – zaprotestowała stanowczo Dannae. – Zostanę z tobą – oznajmiła. – Kocham cię Richardzie – wyszeptała przytrzymując przy swojej twarzy jego dłoń, a on, dopiero teraz, po raz pierwszy w to uwierzył.

    Ucieczka z Mayonaki

    Nad ranem, do lochu, wśliznął się Patrick Roscoe. Richard obrzucił go niechętnym spojrzeniem, ale nie protestował, gdy tamten nakazał mu gestem milczenie i schylił się, by podnieść śpiącą na kamiennej posadzce królewnę. Wziął dziewczynę w ramiona i wyniósł z ciemnej celi. Richard był przekonany, że to ostatni raz, kiedy ją w życiu widzi. Jego serce rozrywała nieznana mu dotąd tęsknota, ale nie żałował. Dopiero teraz, po raz pierwszy, przed samym sobą, potrafił przyznać, że on także ją kocha. W pewnym momencie rozmyślania przerwał mu dochodzący spod drzwi hałas. Spojrzał w tamtą stronę, by zaskoczony, zorientować się, że w drzwiach, znowu widzi szczupłą sylwetkę Patricka. Chłopak miał w ręku klucze. Otworzył drzwi, a potem uwolnił Richarda z łańcuchów.

    – Szybko! – ponaglił go, gdy tamten wpatrywał się w niego, zbyt zaskoczony, żeby się ruszać.

    We dwójkę wyszli z budynku na plac, gdzie czekały już osiodłane, gotowe do drogi konie. Ruszyli stępa, by za miastem puścić się swobodnym galopem. Zwolnili dopiero w otaczającym Tenebres lesie.

    – W jukach są dokumenty – oznajmił Patrick – król Andreas udzieli nam azylu politycznego. W Królestwie Hanaji będziemy bezpieczni.

    – Dlaczego mi pomagasz? – spytał niedowierzająco Richard. 

    Chłopak roześmiał się gorzko.

    – Kocham Dannae, ale ona kocha ciebie – odpowiedział szczerze – nie życzę ci niczego innego niż śmierci, ale nie potrafiłem patrzeć na jej rozpacz.

    – Więc dlaczego jedziesz ze mną, zamiast zostać u jej boku?

    Patrick westchnął skonsternowany.

    – Nie chciałem zabijać strażników. Widzieli, kto ci pomógł. Ale to nawet lepiej, ponieważ w ten sposób nikt nie będzie podejrzewał o zdradę Dannae. Jest dzięki temu bezpieczna.

    – Mam nadzieję, że się co do tego nie mylisz – mruknął zaniepokojony Richard.

    Tolmarmud, Zachodnie Imperium

    Siły zbrojne cesarza Wilhelma rozlewały się niczym bezkresne morze, po zielonych dolinach Tolmarmud. Był to człowiek okrutny, znany ze swojego sadyzmu i pastwienia się nad poddanymi, z podbitych krain. Cele w życiu miał jasne. Chciał zdobyć władzę nad jak największą częścią świata. Teraz nadarzyła się idealna okazja, by poszerzyć swoje terytorium. Krainy Mayonaki zostały bezbronne, to znaczny oczywiście miał armię, ale ona niewiele znaczyła w obliczu tak licznych sił Wilhelma. Bez magicznej ochrony, jaką zapewniał im obalony władca, podbicie Krain będzie dziecinnie proste. Cesarz dał znak i armia Zachodniego Imperium ruszyła ku zwycięstwu.

    Mayonaka, Zamek w Tenebres

    Synek królewny Dannae był zdrowym i wesołym dzieckiem. Dziewczyna z miłością wpatrywała się w jego szare, odziedziczone po ojcu oczy. Minęło już ponad pół roku, od kiedy go ostatni raz widziała, a ona w dalszym ciągu tęskniła. Z niecierpliwością czekała na każdy list od ojca, w którym była zawarta choćby najmniejsza wzmianka na temat Richarda czy Patricka. Teraz, po ich odejściu, Krainy Mayonaki praktycznie rządziły się same. Zabrakło im silnego władcy i trwała nieustająca walka o to, kto powinien zająć jego miejsce. 

    Był środek nocy, królewna karmiła usypiającego malucha. Ktoś wszedł do jej komnaty. Spojrzała zaskoczona, uspokoiła się jednak na widok Nataniela, byłego członka książęcej rady. Obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Wiedziała, że nie przyszedł by tutaj bez powodu.

    – Dobry Wieczór, Natanielu – przywitała uprzejmie staruszka.

    – Pani, nad Krainami Mayonaki wisi widmo wojny, musisz uciekać – oznajmił przyciszonym głosem, pomijając zbędne wstępy.

    Dannae przecząco pokręciła głową.

    – Nie mogę stąd odejść – odpowiedziała mu spokojnie. – Nie w taki sposób. Nie zostawię przyjaciół i tych wszystkich, niewinnych ludzi.

    – Jeżeli nie o sobie, to pomyśl o małym Christopherze – oznajmił stanowczo Nataniel. – Poza tym, pani, jesteś naszą jedyną nadzieją, na to, że uda się przekonać księcia Richarda do powrotu. Ludzie dopiero teraz przypomnieli sobie, dlaczego, ponad sto lat temu, ich przodkowie błagali go, by zaopiekował się krainami Mayonaki.

    Królestwo Hanaji

    Dni mijały spokojnie, leniwie. Każdy przemijał swoim własnym tempem. Już na samym początku Richard podziękował za gościnę i, mimo ciepłego przyjęcia, stanowczo odmówił przebywania na zamku. Od zawsze nienawidził dworskiej etykiety i tych wszystkich nadętych, przekonanych o własnej ważności osób. Teraz nareszcie wolny, mógł robić w życiu dokładnie to co chciał, a sprowadzało się to do mieszkania w zbudowanej z drewnianych bali leśniczówce, polowań i długich, samotnych wędrówek. Zdawał sobie jednak boleśnie sprawę, że do szczęścia brakuje mu jeszcze jednego – Dannae. Każdą cząstką swojego ciała, duszy i umysłu, tęsknił za zawsze uśmiechniętą, kochającą go dziewczyną.

    Kiedy wrócił do domu, od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Do tej pory nie miewał gości, nie licząc od czasu do czasu, odwiedzającego go Patricka. Teraz był pewien, że wyczuwa w środku czyjąś obecność. Ostrożnie, po cichu, jak przystało wprawnemu myśliwemu, zajrzał do środka. Na prostym łóżku siedziała dziewczyna, tuląc w objęciach niemowlę. Była sama. Richardowi na jej widok zadrżały ręce. Nie widział jej przez dziewięć długich miesięcy, a teraz tu była. Zjawiła się niczym sen. Powoli, żeby jej nie przestraszyć, wszedł do środka. 

    – Richardzie! – powiedziała zachwyconym głosem, podnosząc na niego wzrok. Odłożyła delikatnie śpiące dziecko, na łóżko i rzuciła się mężczyźnie w ramiona. – Tak bardzo za tobą tęskniłam!

    Chłopak nie wiedział co powiedzieć. Po prostu trzymał ją w swoich ramionach, tuląc do siebie, jakby od tego zależało jego życie. 

    – To nasz syn? – zapytał w końcu lekko zachrypniętym, z dziwnego wzruszenia głosem.

    Dannae uśmiechnęła się promiennie, pokazując mu śpiące dziecko.

    – Christopher, po twoim ojcu – oznajmiła radośnie.

    – Skąd wiedziałaś? – zdziwił się Richard.

    – Przejrzałam stare pamiętniki – odparła z tajemniczym uśmiechem.

    – Jak to się stało, że tutaj jesteś? – zapytał, siadając przy niej na łóżku.

    Nawet gdyby chciał, zwyczajnie nie potrafił przestać obejmować jej ramieniem.

    – Nataniel zorganizował moją ucieczkę. – Dziewczyna posmutniała – Talmarmud, Zachodnie Imperium, wypowiedziało Krainom Mayonaki wojnę.

    Ciekawość na twarzy Richarda rozmyła się w obojętną maskę.

    – W takim razie możemy uznać, że Mayonaka przestała istnieć – stwierdził sucho.

    To wystarczyło Dannae za odpowiedź, zanim w ogóle zadała wiszące w powietrzu pytanie. Rozumiała, czemu chłopak nie zamierza pomóc ludziom, którzy skazali go na śmierć. Niespiesznie wstała, wkładając mu syna w ramiona. Spojrzał na nią pytająco. 

    – Żegnaj Richardzie – powiedziała cicho. – Opiekuj się nim dobrze.

    Chłopak zamrugał.

    – Dokąd idziesz? – zapytał. – Myślałem, że tu ze mną zostaniesz… to znaczy, rozumiem, że nie chcesz mieszkać w lesie, ale jeżeli tylko będę mógł być przy tobie, nie obchodzi mnie czy życie spędzimy w wiosce, zamku, czy gdziekolwiek indziej sobie zamarzysz.

    Oczy królewny zalśniły od łez. Obdarzyła męża smutnym uśmiechem.

    – Zostałabym z tobą, zawsze i wszędzie – oznajmiła cicho – ale nie mogę. Poprzez ślub z tobą, związałam swoje życie z Krainami Mayonaki i jeżeli będzie trzeba, umrę wraz z nimi. 

    – Nie pozwolę ci na to! – warknął Richard, gwałtownie wstając.

    Dziecko w jego ramionach obudziło się, zaczęło zanosić się płaczem. Łagodnie przytulił je do siebie, kołysząc uspakajająco, a mały Christopher, ponownie zapadł w spokojny sen. Chłopak odłożył go na łóżko. Zbliżył się do dziewczyny. Spojrzał jej w oczy.

    – Jeżeli będę musiał, zatrzymam cię tu siłą – oznajmił już cichszym głosem, żeby ponownie nie obudzić syna.

    – To moja decyzja, Richardzie – dziewczyna spojrzała mu odważnie w oczy. – Ja uszanowałam twoją, rozumiem dlaczego nie chcesz tych ludzi bronić. Więc teraz ty uszanuj moją.

    Potem Dannae odwróciła się od niego i zwyczajnie wyszła, a on stał, jak głupi, wpatrując się w drewniane drzwi.

    Mayonaka, Zjednoczone Krainy

    Piątego dnia, dwunastego księżyca, stanęły naprzeciwko siebie dwie wielkie armie. Jednak podczas gdy pierwsza z nich, niosąca błękitne sztandary, ozdobione złotymi lwami, sprawiała sobą wrażenie sporego jeziora, nieskończone hordy drugiej, rozlewały się niczym bezbrzeżne morze. Jak drapieżnik, otworzyła swoją paszczę, by pożreć mniejszego liczebnie, słabszego przeciwnika. Zwycięstwo było przesądzone.

    Na pokrytym zieloną twarzą wzgórzu, stał mężczyzna. Przyglądał się z daleka poruszającej się, ludzkiej masie. Z tej odległości żołnierze wyglądali jak mrówki. Powoli uniósł rękę. Nad niosącą czerwone proporce z godłem śnieżnego orła armią, zaczęła unosić się siwa mgła. Już po chwili ludzie rozbiegali się w panice, przeniesieni do koszmarnego świata złych snów. Wyciągali przeciwko sobie broń. Zapanował chaos. Mężczyzna z niedowierzaniem pokręcił głową. To było zbyt proste. Podniósł z trawy, leżący na niej drewniany łuk. Naciągnął cięciwę. Założył straszę i wycelował. Lotki zawirowały obracając się w powietrzu. Strzała pomknęła przed siebie, zdecydowanie dalej niż powinna.

    – Żegnaj cesarzu Wilhelmie – powiedział ponurym głosem mężczyzna, odwracając się od płynącej przez dolinę, ludzkiej masy.

    Powoli zszedł ze wzgórza, nie odwracając się za siebie ani na moment. Nie interesowało go, co się tam dalej stanie. Jego obchodził teraz los jednej, a raczej już dwóch, niewinnych osób.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    Cesarz Wilhelm nie żyje, żołnierze z armii Tolmarmud powariowali, obiegła całą Mayonakę zaskakująca nowina. Wszyscy wiedzieli, kto za tym stoi, nikt jednak nie chciał przyznać tego głośno. To właśnie Dannae, pierwsza, otwarcie wypowiedziała imię Richarda. Nie kto inny jak Nataniel Danston i Patrick Roscoe byli jej najsilniejszym poparciem. W końcu, w obliczu wielkiego zagrożenia, do ludzi dotarło. Nareszcie zrozumieli. Mimo, że ich władca był człowiekiem surowym, a Krainami rządził żelazną ręką, to właśnie za czasów jego panowania, ludy Mayonaki wiodły bezpieczne, dostatnie życie. To dzięki niemu w krainach zawsze panował pokój. Przez kolejny, księżycowy miesiąc, ludzie dzień w dzień, wysyłali posłańców, by błagać Richarda o przebaczenie i powrót do swojego przybranego kraju, on jednak za każdym razem odmawiał, odsyłając ich z niczym.

    ~ ♦ ~ ♦ ~ ♦ ~

    „Marzenia same się nie spełniają. Trzeba o nie walczyć.” – głosił nagłówek listu, który w rękach trzymała królewna Dannae. – „Nie wrócę do Mayonaki, ale nic nie uczyni mnie szczęśliwszym, niż to, jeżeli Ty zechcesz odejść wraz ze mną, ukochana.”

    Królewna otarła z oczu łzy. Wiedziała, że to, czy list będzie pożegnaniem czy początkiem nowego życia, zależy tylko i wyłącznie od niej. Richard zostawił jej wybór. Marzenia same się nie spełniają. Trzeba o nie walczyć. Zarówno on jak i ona wiedzieli, że teraz, gdy groźba wojny została w tak spektakularny sposób zażegnana, Krainy Mayonaki będą bezpieczne przynajmniej przez sto kolejnych lat.

    Na Krańcu Świata

    7 lat później

    Młoda kobieta siedziała na pomalowanej białą farbą ławce, przyglądając się zabawie swoich rozbrykanych dzieci. Mała, pięcioletnia dziewczynka, o złotych włosach i błękitnych oczach, z piskiem uciekała przed ciemnowłosym, starszym bratem. Nagle wpadła pod nogi wysokiego mężczyzny. Zaskoczona podniosła złocistą główkę. Roześmiała się srebrzyście, kiedy wziął ją na ręce, podnosząc wysoko do góry. Posadził sobie małą królewnę na ramieniu. Gdy tylko podbiegł do niego chłopiec, wziął go za rękę. We trójkę podeszli do obserwującej całą scenę kobiety. Zerwała się z ławki, by obdarzyć mężczyznę czułym pocałunkiem. Postawił na trawie córeczkę, która znów zaczęła z piskiem uciekać, ponieważ brat, pokazał jej trzymaną w kieszeni żabę.

    – Spełniłeś moje marzenia – odezwała się cicho kobieta, spojrzawszy w pełne czułości, szare oczy męża.

    – Już zawsze planuję je spełniać – mruknął, biorąc ją na ręce i śmiejącą się podnosząc do góry.

    W oddali zobaczyli jeźdźców. Richard postawił na ziemi, ciągle rozbawioną Dannae. Jej niczym nie ujarzmione włosy, niesfornie wysuwały się spod kwiecistego wianka. Już z daleka rozpoznała zmężniałą przez lata sylwetkę Patricka, który trzymał przed sobą w siodle, swojego czteroletniego synka. Wiedziała, że niedługo później dołączy do nich, jego żona, a jej serdeczna przyjaciółka April, podróżująca powozem, wraz z najmłodszą córką. Uśmiechnęła się na myśl, jak bardzo tamta nie lubiła jeździć wierzchem. Richard ramieniem objął swoją żonę, obserwując jak ich dwoje dzieci, biegnie przywitać wujka Patricka. Serce Danne przepełniało szczęście. Miała cudowną rodzinę i przyjaciół na których zawsze mogła liczyć. Żyli jak w bajce. Zarówno ona jak i jej ukochany, nade wszystko cenili wolność, której obydwoje, przez lata byli pozbawieni.

    – Kocham cię – westchnęła cichutko Dannae, oplatając szyję Richarda ramionami.

    Uśmiechnął się do niej.

    – Ja też cię kocham – stwierdził stanowczo przyciągając ją do siebie, jeszcze bliżej.

    Na granicy świadomości, zdawał sobie sprawę, że to właśnie ona i tylko ona, stała się dla niego znaczeniem i definicją pojęcia miłości. Dopiero przy niej, po raz pierwszy, cieszył się, że obydwoje mają przed sobą, tak cudownie długie życie. Marzenia same się nie spełniają. Trzeba o nie walczyć.

    The End

    Note