Rozdział 4 – Mroczna natura
by VickyXV
Effie leżała na szerokim łóżku, wtulona w ramiona Iana. Przed chwilą się kochali, a on nie robił tego, żeby zaspokoić swoje własne potrzeby, on zaspakajał ją. Byli w jego sypialni, która teraz stała się ich wspólną sypialnią. Dziewczyna zastanawiała się nad tym dlaczego tu jeszcze jest. Sama nie wiedziała co nią kierowało, ale po prostu musiała zostać, nie mogła pozwolić… no właśnie sama nie wiedziała na co tak naprawdę nie mogła pozwolić, do czego tak tragicznie nie chciała dopuścić. To było jak jakiś wewnętrzny przymus, a przecież tak naprawdę nic jej tutaj dłużej nie trzymało. Przypomniała sobie czarną mgłę, która zaczęła unosić się ze skomplikowanych linii wymalowanych na jej ramionach. Więc to naprawdę nie była kara, tylko dlaczego Ian chciał ją chronić? Czy on naprawdę mógł coś do niej czuć?
– O czym myślisz? – spytał mężczyzna, odwracając się na bok, żeby na nią popatrzeć.
Kiedy się poruszył, włosy zawadiacko opadły mu na czoło. Jego oczy były czarne, jak bezgwiezdna noc. Niemal fizycznie mogła wyczuć jego podniecenie. Obrzuciła wzrokiem jego smukłe, gibkie ciało. Był tak cholernie przystojny! Pragnęła go przynajmniej równie mocno, co on jej.
– Myślę, że zaczęło ci na mnie zależeć – wyszeptała cicho Effie.
Dziewczyna po niewczasie zdała sobie sprawę, że te szczere słowa były poważnym błędem.
– Naprawdę tak sądzisz? – syknął Ian. Jego oczy z czarnych stały się stalowoszare i niesamowicie zimne. – Więc chyba najwyższy czas, żebym ci udowodnił, że jesteś dla mnie tylko nic nie wartą dziwką!
Powoli, z pozbawioną emocji twarzą wstał z łóżka i włożył spodnie.
– Za pięć minut masz być na dole – rozkazał nazbyt cichym i przyjemnym głosem, a potem zniknął za drzwiami.
Effie z trudem przełknęła ślinę. Pospiesznie wciągnęła na siebie porozrzucane po podłodze części garderoby. Za bardzo się bała, żeby go nie posłuchać. Po chwili już była na dole. Ian wyprowadził ją z mieszkania i wsadził do samochodu. Pół godziny później wysiedli w wąskiej uliczce na obrzeżach miasta. Dziewczyna była zbyt przestraszona, żeby się odezwać. Ian także milczał. Wszedł do paskudnie wyglądającego, obdrapanego budynku. Poprowadził ją starymi, drewnianymi schodami na drugie piętro. Otworzył mocno podrapane, zielone drzwi. Weszli do środka. W mieszkaniu było dwóch mężczyzn. Spojrzeli pytająco na Iana. Czarnowłosy pchnął Effie na podłogę.
– Mam dla was zabaweczkę, chłopaki – uśmiechnął się ponuro.
Tamci wyszczerzyli zęby w szerokich uśmiechach. Przypadli do leżącej na poplamionym dywanie dziewczyny. Poczuła ich ręce na swoim delikatnym ciele. Brutalnie zaczęli zdzierać z niej ubranie. Czarnowłosy stał przy drzwiach przypatrując się temu beznamiętnym wzrokiem. Jego twarz była jak maska, nie wyrażała kompletnie niczego.
– Ian, proszę, przerwij to – jęknęła błagalnie dziewczyna.
Po jej alabastrowych policzkach ściekały strumienie słonych łez. Jeden z mężczyzn, z którymi się szamotała wymierzył jej mocny policzek.
– Zamknij się dziwko – warknął.
– Ian… – spróbowała po raz kolejny dziewczyna, ale poczuła na swoich ustach twardą, męską dłoń.
Guziki z koszuli Effie rozsypały się po podłodze. Oczom mężczyzn ukazał się delikatny, koronkowy stanik. Spojrzała mokrymi od łez oczami w lodowato zimne, szare oczy Iana. Czarnowłosy przypatrywał się niewzruszenie całej dziejącej się w pokoju scenie. Dziewczyna czuła na swoim ciele brutalnie obmacujące ją ręce. Ich dotyk niemal parzył, kiedy darli na strzępy jej wygniecione ubranie. Gorzkie łzy ściekały po policzkach Effie. Co oni z nią zrobią? Oczami wyobraźni widziała dokładnie i ze szczegółami, co. Próbowała się wyrwać, walczyć z nimi. Drapała i gryzła, ale jedyne co osiągnęła w ten sposób to jeszcze większy ból spowodowany przed brutalne uderzenia mężczyzn. Jeden z nich siłą rozsunął jej nogi. Zaczął rozpinać rozporek dziewczyny.
Nie, nie, nie – błagała w myślach Effie. Wiedziała, że popełniła błąd, ale nie mogła uwierzyć, że Ian w ten sposób się za niego mści. A jednak, to co się działo było rzeczywistością.
Zaskoczona podniosła wzrok. Ian w jednej chwili znalazł się przy nich i odepchnął od dziewczyny macających ją mężczyzn. Gwałtownie zaprotestowali. Czarnowłosy zignorował ich i podniósł dziewczynę z podłogi, otulając jej podartą koszulę własną.
– Dlaczego ją zabierasz szefie? – zaprotestował jeden z lubieżnie gapiących się na Effie mężczyzn.
– Ona dostała już nauczkę, a ja nie widzę powodu, żeby sprawiać wam przyjemność – warknął Ian. – To moja własność i nigdy nie zamierzałem się nią dzielić. Macie jeszcze jakieś „ale”? – zapytał złowróżbnie.
Mężczyźni z nieszczęśliwymi minami przecząco pokręcili głowami. Ian chwycił mocno Effie za ramię i zapłakaną, ciągle drżącą, wyprowadził z mieszkania.
Kiedy znaleźli się w domu Ian natychmiast zaprowadził Effie do łazienki. Rozebrał ją do naga. Dziewczyna patrzyła w podłogę, nie reagując w żaden sposób na to co z nią robi. Mężczyzna nalał do wanny ciepłej wody. Delikatnie wziął nieprotestującą Effie na ręce i posadził w wannie. Skuliła się oplatając ramionami swoje kolana. Zmusił ją, żeby na niego spojrzała.
– Czy teraz sytuacja jest dla ciebie bardziej jasna? – spytał trzymając jej brodę tak, że musiała patrzeć mu prosto w oczy. W jego zimne, szare oczy.
– Tak – szepnęła, a on dopiero wtedy ją puścił.
Łzy nie chciały dłużej płynąć. Nie czuła już nawet bólu spowodowanego przez siniaki, które miała na całym ciele. Pozostały tylko otępienie, brak czucia oraz apatia i mimo, że Ian nie pozwolił mężczyznom nawet na to, żeby ściągnęli z niej spodnie, miała wrażenie, że wszędzie na sobie czuje brutalny dotyk ich rąk.
XVI
Ian chodził niespokojnie po wysoko sklepionej piwnicy w której urządzili z Rjiavem salę do ćwiczeń. Była tu różnego rodzaju broń biała, pod ścianami leżały materace i poustawiane były specjalnie wzmocnione kukły treningowe. Na suficie wisiały osłonięte kratami lampy, wystarczająco jasne by przy nich ćwiczyć, ale nie tak jasne żeby razić w oczy.
Co z tą cholerną dziewczyną było nie tak?
Setki, tysiące myśli na minutę przebiegały po głowie Iana, a każda z nich była bardziej niepewna i ponura. Zdawał sobie sprawę dlaczego tak się zdenerwował, kiedy powiedziała, że myśli, iż mu na niej zależy. Ogarnął go gniew, ponieważ dziewczyna mówiła prawdę. To nie było normalne. To nie było w porządku. To nigdy nie powinno się zdarzyć, nie jemu. Wcześniej na różne sposoby tłumaczył sobie dlaczego jej nie zabił, czemu na jej ramionach namalował ochronne runy, ale to co wydarzyło się poprzedniego dnia… nie, tego w żaden sposób nie potrafił przed sobą usprawiedliwić. W jednej chwili był gotowy pokazać jak niewiele dla niego znaczy, a już w następnej ogarnęła go dzika furia, że ktoś śmie dotykać JEGO Effie. Przymknął oczy. Nie mógł znieść jej łez, jej błagalnego spojrzenia, nie potrafił zignorować wołania o pomoc. Z całą wściekłością jaką w sobie dusił uderzył w worek treningowy, który rozkołysał się do granic możliwości. Cały jego świat zakołysał się w podstawach, zupełnie jak ten głupi worek.
Z ponurej zadumy wyrwał go hałas otwierających się drzwi. Do piwnicy wszedł Rjiav. Ręce trzymał w kieszeniach. Patrzył ponuro na swojego nauczyciela.
– Dokończyłem za ciebie „sprawę” – powiedział cierpko.
Ian spojrzał na niego pytająco.
– Jaką sprawę? – spytał ukrywając zaskoczenie.
– Tą, którą przekazałeś mi przez Effie – oznajmił spuszczając wzrok.
Twarz czarnowłosego stężała.
– Chcesz powiedzieć, że…
Rjiav podniósł na niego wzrok. Miał mocno umęczony wyraz twarzy. W jego zwykle bystrym spojrzeniu malowała się jakaś dziwna, głęboka pustka.
– Zabiłem kobietę i dziecko – oznajmił cicho.
Gniew w oczach Iana zmienił się w zimną, wyrachowaną, morderczą furię. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. Oczy zasnuła mu czerwona mgła. Jedyne na czym starał się teraz skupić to, to, żeby nie zamordować na miejscu jasnowłosego chłopaka.
XVII
Popołudnie było deszczowe i chłodne. Effie wracała z zajęć na uczelni, jedynej ostoi normalności w jej nowym życiu. Była cała przemoczona i przemarznięta, a mimo to nie znajdowała ukojenia w myśli, że już za chwilę znajdzie się w ciepłym, suchym mieszkaniu. Nie chciała spotkać ani Rjiava, ani tym bardziej Iana, a mimo to nie mogła od nich odejść. Nie potrafiła tego zrobić. Trzymała ją przy nich jakaś dziwna, tajemnicza siła. Mimo to dalej była zdolna do nienawiści i czuła ją, do nich obydwu. Odejdzie, ucieknie od tego życia, ale jeszcze nie teraz. Nie nadszedł na to właściwy czas.
Odetchnęła głęboko, kiedy znalazła się pod drzwiami mieszkania. Niechętnie nacisnęła klamkę i weszła do środka. Z trudem powstrzymała się od krzyku. Podłoga w korytarzu tonęła we krwi, zdobione drobnymi, zielonymi listkami ściany wcale nie wyglądały dużo lepiej. Opanowała się jednak natychmiast, kiedy zobaczyła leżącego pod ścianą chłopaka. Odrzuciła w kąt swoją sztruksową torbę i uklęknęła przy nim. Rjiav wyglądał tragicznie. Jego krzywo przycięte, przydługie włosy posklejane były zaschniętą krwią. Ubranie miał poprzedzierane w wielu miejscach, a twarz opuchniętą. Nie był jednak nieprzytomny, kiedy łagodnie wypowiedziała jego imię, spojrzał na nią mętnym wzrokiem.
– Uciekaj Eff- wychrypiał ledwo słyszalnym głosem – błagam cię, uciekaj.
Spojrzała na niego nie rozumiejąc.
– Co ci się stało? – spytała starając się, żeby nie dosłyszał drżenia w jej głosie. – Jak mogę ci pomóc?
Gdy zobaczyła śmiertelny strach w jego oczach, było już zdecydowanie za późno. Odwróciła się by zobaczyć stojącego nad sobą Iana. Mężczyzna podniósł ją brutalnie z podłogi i wepchnął do salonu, zostawiając cierpiącego Rjiava samego na korytarzu.
– Nasz układ jest już nie aktualny – warknął, gdy pchnął ją, zdecydowanie zbyt mocno, na ciemnozieloną kanapę. Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. – Masz ostatnią szansę, żeby stąd odejść żywa – oznajmił chłodno. – Teraz.
– Spakuję się – powiedziała cicho, coraz bardziej przerażona Effie.
– Nie – oznajmił spokojnie Ian uśmiechając się zimno. – Wyniesiesz się w tej chwili albo wcale.
– Ale… – dziewczyna podniosła na niego wzrok i natychmiast zaprzestała wszelkich protestów.
Mężczyzna nie blefował. Effie zerwała się z kanapy i szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi. Chwyciła swoją sztruksową torbę, obrzuciła Rjiava ostatnim, pełnym bólu spojrzeniem i wybiegła z mieszkania.
XVIII
Paskudne popołudnie zmieniło się w równie nieprzyjemny, ponury i wilgotny wieczór. Przemarznięta Effie nie wiedziała co ze sobą zrobić. Nie miała dokąd pójść. Miała niewiele pieniędzy, nie stać jej było na hotelowy pokój, a nie chciała się całą noc błąkać po tonących w deszczu ulicach Londynu. W końcu, z braku lepszych pomysłów wsiadła do metra i już kilkanaście minut później pytała recepcjonistę o wolny pokój w akademiku.
Pokój był malutki, ale jasny i przytulny. Pod ścianami stały dwa wąskie drewniane lóżka, przy nich dwa biurka i niewielka, prosta szafa. Łazienka i kuchnia do przyrządzania własnych posiłków mieściły się w korytarzu. Gdy tylko recepcjonista, starszy, poczciwy mężczyzna oprowadził ją po akademiku i w końcu zostawił, Effie padła na łóżko, wtulając twarz w poduszkę. Zbyt zrozpaczona i wyczerpana na cokolwiek innego.
Wreszcie, kiedy nie była w stanie już dłużej płakać, zaczęła przeglądać zawartość swojej torby. Miała ze sobą tylko to, co zabrała rano na uczelnie. Całe jej życie było w tej głupiej, małej torbie. Zaskoczona wyciągnęła z niej zapakowanego w czarne etui, płaskiego netbooka.
Co on tu do cholery robi? Czyje to?
Otworzyła komputer kładąc go sobie na kolanach. Już po chwili pokazała się czarna tapeta z czerwonym jabłkiem i napisem Death Note. Pulpit był starannie wyczyszczony, poza kilkoma plikami w formacie PDF. Otworzyła jeden z nich. W dokumencie były nazwy banków, numery skrytek i hasła do nich. W kolejnym były mapy państw w całej Europie, a na nich pozaznaczane punkty i adresy domów. Effie nie rozumiała, ale kładła się do łóżka z myślą o tym, żeby zaryzykować. Nie miała już nic do stracenia.
XIX
Do mieszkania przy Finchley Road wpadło kilka ciemno odzianych postaci. Ktoś doniósł im, że była tu ludzka kobieta, znająca tajemnicę ich rasy. Potrzebowali na to dowodów. Jedna z osób zatrzymała się w korytarzu. Przykucnęła przy leżącym pod ścianą chłopaku.
– Żyje – oznajmiła kobieta, patrzącemu na nią pytająco mężczyźnie – to jeden z naszych.
Mężczyzna skinął głową. Przywołał gestem dwóch swoich towarzyszy.
– Opatrzcie go – powiedział głosem świadczącym o tym, że to właśnie on tu rządzi.
Zostawił rannego ze swoimi ludźmi, a potem powoli, ostrożnie, przygotowany na każdy niespodziewany atak, wszedł do pokoju. Przystanął zaskoczony jeszcze w progu. Na ciemnozielonej kanapie siedział wygodnie rozparty mężczyzna. Wyglądał na zupełnie rozluźnionego. Miał znudzony, obojętny wyraz twarzy. Ciemne włosy zawadiacko opadały mu na oczy, czarna koszula była niechlujnie rozpięta.
– Ian – warknął, a słowo to w jego ustach brzmiało jak najgorsze możliwe przekleństwo. – Co ty tu robisz?
Czarnowłosy uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem.
– To samo pytanie mógłbym zadać tobie, Gregory – powiedział niebezpiecznie cichym i spokojnym głosem.
– Dostaliśmy informację, że nasi żyją tu z ludzką kobietą – niemal syknął tamten, a w jego oczach pojawił się błysk nadziei.
– Masz dobre informacje – uśmiechnął się pogardliwie Ian. – Zabawiałem się tu z dziewczyną.
– Gdzie jest teraz? – zapytał Gregory, ledwo trzymając na wodzy swoją niechęć od której aż kipiał. – Chcę ją zobaczyć – to nie była prośba, tylko oficjalny rozkaz.
– Jak sobie życzysz – odpowiedział czarnowłosy z gracją drapieżnika wstając z kanapy. – Możesz zobaczyć… – przerwał na moment jakby się zastanawiając nad odpowiednimi słowami – to co z niej zostało.
Wskazał mężczyźnie spiralne schody, a sam stanął przy poręczy zupełnie rozluźniony, jakby podejmował gości, którzy są w stanie wybaczyć mu każdy faux pas. Gregory zawahał się przez chwilę, a potem rozkazał wejść po spiralnych schodach jednej z towarzyszących mu niewiast. Po krótkiej chwili martwej ciszy rozległ się przeszywający powietrze krzyk, a potem kobieta wybiegła z sypialni, prawie spadając z drewnianych schodów.
– Ty sadysto! – warknęła w stronę Iana, który obdarzył ją czarującym, pełnym satysfakcji uśmiechem.
Minęła go i zniknęła w drzwiach kuchni. Gregory nie poszedł za nią. Spojrzał pytająco na czarnowłosego mężczyznę. Ian wzruszył ramionami.
– Miło, że się tu pofatygowaliście – odpowiedział zimno – ale jak widzisz potrafię sam załatwiać swoje sprawy.
Gregory z trudem przełknął ślinę. Mimo doświadczenia i swojej rangi kapitana, nigdy otwarcie nie zdecydowałby się stanąć do walki z Ianem, zwłaszcza, jeżeli nie miałby dostatecznego, popartego prawem powodu. Wiedział, że słowa mężczyzny w żadnym wypadku nie były jednoznaczne.
Kobieta, która wyszła z sypialni z pobladłą twarzą wymiotowała teraz nad kuchennym zlewem.
– To sadysta i psychopata – syknęła wściekle druga, chodząca niespokojnie po kuchni, ze zdenerwowania zawijając na palcu rude loki.
– I tak byśmy ją zabili – odpowiedziała z trudem ta stojąca nad zlewem.
Ruda zatrzymała się w pół kroku.
– Z pewnością – odpowiedziała cicho – ale miałaby szybką śmierć, nie musiałaby cierpieć w taki sposób.
Obie natychmiast zamilkły, kiedy w kuchni pojawili się mężczyźni.
– Co z chłopakiem? – w końcu odważyła się zadać pytanie jedna z nich.
– Kwestionujesz moje metody nauczania? – zawarczał natychmiast w odpowiedzi Ian.
– Nie, ja tylko… – zaczęła przestraszona, ale Gregory nie pozwolił jej dokończyć.
– Chodźmy stąd – powiedział cichym, rozkazującym tonem. – Nie mamy tu już czego szukać.
Jeszcze raz, z nienawiścią spojrzał na Iana, a potem wyprowadził obie kobiety z kuchni. W korytarzu czekali już pozostali mężczyźni. Z żalem spojrzał na chłopaka, którego umyli, opatrzyli, a potem ułożyli na ciemnozielonej kanapie. Miał pecha trafić na takiego właśnie nauczyciela, ale to już nie leżało w jego gestii. W ponurym milczeniu, niczym cienie, wyszli z tonącego w krwi mieszkania przy Finchley Road, a Gregory miał szczerą nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał tam wrócić.
XX
Kiedy Ian upewnił się, że wyszli z budynku, wyczerpany osunął się na kolana. Podtrzymywanie tak mocnej iluzji, żeby oszukała kapitana kosztowało go naprawdę wiele wysiłku. Musiał coś zjeść i odpocząć, to były teraz jego priorytety, potem pomyśli co dalej, ale najpierw… tak na to znajdzie w sobie jeszcze dość siły. Wstał starając się nie chwiać na nogach, ściągnął z wieszaka swoją skórzaną kurtkę i wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami.
W przeciągu kilku minut znalazł się na obrzeżach miasta. Wszedł do jednego ze zniszczonych, starych domów. Otworzył zielone, obdrapane drzwi i wśliznął się cicho, niczym cień do zaniedbanego mieszkania. Co prawda nie mógł zabijać, ale były inne, równie skuteczne sposoby…
Zaskoczeni mężczyźni zauważyli jego obecność dopiero, gdy było już za późno. Był teraz katem, mrocznym i niewzruszonym. To oni go zdradzili i musieli za to zapłacić, a on tylko ustalał cenę.
Wrócił do domu jeszcze bardziej zmęczony niż przedtem. Był teraz łatwym celem, ale postanowił o tym nie myśleć. Sam nie mógł uwierzyć jak wiele rzeczy przestało mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Wszedł do salonu. Rjiav spał na kanapie. „Policja” zakpił w myślach Ian dobrze się nim zajęła. Chłopak zaczął nadawać się do życia mimo niedawnego zetknięcia z jego morderczą furią. Dobrze. Wszystko układało się po jego myśli.
– Obudź się – warknął stając nad nim.
Rjiav jęknął. Obrzucił Iana na wpół przytomnym spojrzeniem. Potem zagryzł zęby.
– Co jej zrobiłeś? – syknął.
– Wiesz, że są inne sposoby na rozładowanie energii niż seks? – spytał przywdziewając na twarz maskę drwiącego, ironicznego uśmiechu.
Chłopak spojrzał na niego z prawdziwą nienawiścią.
– Gdzie ona jest?! – zerwał się z kanapy przypominając sobie urywki zdarzeń z tego jak był na wpół przytomny. – Ty sukinsynu! Zabiłeś ją!
Chciał rzucić się na Iana, ale nie zdołał nawet do niego podejść. Ból niezaleczonych obrażeń powalił go na podłogę. Był zbyt słaby, żeby samodzielnie się znowu podnieść. Czarnowłosy wyglądał na usatysfakcjonowanego. Rzucił na podłogę obok Rjiava dysk USB i niespiesznym krokiem wyszedł z pokoju.
XXI
Rok później, Francja, Lazurowe Wybrzeże
W klubie było tłoczno i nieprzyjemnie. Nawet przy barze gęstym rzędem siedzieli ludzie. Był to podrzędny lokal, ale właściciel sporo dorabiał sprzedając alkohol nieletnim. Ian nienawidził takich miejsc, jednak wszedł do środka, ponieważ zobaczył coś co go bardzo zainteresowało. Miał szczerą nadzieję, że się myli.
Przedarł się przez tańczące na parkiecie pary. W środku dla wrażliwego słuchu mężczyzny było zdecydowanie nazbyt głośno. Wszędzie migały kolorowe światła. Raz w życiu chciał nie mieć racji i się stamtąd czym prędzej wynieść. Z każdą chwilą ogarniał go coraz większy, coraz bardziej lodowaty gniew. Przyjrzał się tańczącemu z jakąś małolatą blondynowi. Dziewczyna robiła wszystko, poza rozebraniem się na parkiecie, żeby zaciągnąć mężczyznę do łóżka. Ian niepostrzeżenie stanął za blondynem. Z przyjemnością zauważył jak tamtemu zjeżyły się włoski na odsłoniętych ramionach, kiedy usłyszał jego głos.
– Musimy porozmawiać – powiedział cichym, ale stanowczym tonem.
Tamten tylko skinął głową. Wyszeptał coś do ucha swojej partnerki, a potem przepchnęli się do wyjścia z lokalu.
– Ian, co tu robisz? – zapytał lekko drżącym głosem, kiedy stanęli pod ceglaną ścianą budynku w którym mieścił się klub.
– O to samo właśnie chciałem zapytać ciebie, Rjiav – uśmiechnął się mężczyzna, nie było jednak w tym uśmiechu nic wesołego. – Jak się ma nasza mała Effie? – zadał kolejne pytanie, starając się by jego głos ociekał obojętnością.
Blondyn odwrócił wzrok. Bał się spojrzeć mężczyźnie w oczy.
– Kiedy ją ostatnio widziałem była w Bułgarii – powiedział niepewnym tonem.
– Kiedy to było? – warknął Ian, który przestał panować nad tonem swojego głosu.
– Rok temu – wyszeptał Rjiav jeszcze bardziej spuszczając wzrok.
Mężczyzna tylko skinął głową. Na jego przystojną twarz wróciła nieprzenikniona maska.
– Dlaczego? – zapytał spokojnie, jakby stracił zainteresowanie całą sprawą. Blondyn milczał. Ian nie wytrzymał. Chwycił go i przycisnął do ściany. Budziły się w nim te wszystkie uczucia, które próbował stłumić przez cały, długi rok. – Dlaczego? – powtórzył ostrzej pytanie.
– Nosiła w sobie dziecko – jęknął Rjiav. – Nie chciała usunąć ciąży…
– I to był powód dla którego ją… – zaczął Ian, a potem dopiero do niego dotarło.
– To było twoje dziecko – szepnął Rjiav zbolałym głosem, jakby na potwierdzenie jego własnych domysłów.
Puścił go. Blondyn spojrzał na pociemniałą twarz mężczyzny, na jego czarne oczy, a potem po prostu usunął mu się z drogi, znikając za rogiem budynku. Ian usiadł na ulicy, opierając się plecami o zimną ścianę. Schował twarz w dłoniach. Cały jego starannie budowany od nowa świat znów się zawalił.
XXII
Następnej nocy, Bułgaria, góry Strandża
Effie tuliła w ramionach niemowlę. To był jej syn. Miał czarne włosy ojca i jej jasne, niebieskie oczy. Przyglądała się dziecku z miłością. Wiedziała, że Rjiav nie miał racji, że chłopiec nie będzie zły. Kiedy zasnął, ostrożnie włożyła go do małego, drewnianego łóżeczka. Otworzyła okno, żeby odetchnąć świeżym, górskim powietrzem. Specjalnie wybrała to miejsce, ten właśnie dom. Na wsi, na skraju lasu. Tu mały Martin będzie mógł spokojnie dorastać i nikt nie zauważy, że dzieje się coś dziwnego, jeżeli przypadkiem odziedziczył po ojcu jakieś nadprzyrodzone zdolności. Tak, to było dla nich dobre miejsce.
Firanki w oknie poruszyły się, zawiał silniejszy wiatr. Effie poczuła na sobie czyjś wzrok. Rzuciła się w stronę dziecięcego łóżeczka. Wyjęła chłopca i przytuliła do siebie w obronnym geście. Nic więcej nie zdążyła zrobić. W pokoju stał czarnowłosy mężczyzna. Obserwował ją. Skuliła się w roku. Nie poruszył się ani o milimetr, tylko patrzył. Effie przymknęła oczy tuląc do siebie dziecko. Czy właśnie spełniał się jej największy, prześladujący ją od prawie roku koszmar?
Ian walczył ze sobą. Chciał tylko popatrzeć. Nie zamierzał wchodzić do środka, ale kiedy ich zobaczył… To było silniejsze od niego. Czuł strach dziewczyny. Zdziwił się jak bardzo go to tym razem zabolało. Zdawał sobie jednak sprawę, że niczego innego nie mógł się przecież po niej spodziewać.
– Po co przyszedłeś? – spytała w końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać pełnej napięcia i strachu ciszy.
Uśmiechnął się gorzko.
– Chciałem zobaczyć swojego syna – powiedział spokojnie. – Dziecko, o którego istnieniu dowiedziałem się wczoraj.
Effie z trudem przełknęła ślinę. Podniosła na Iana swoje duże, chabrowe oczy. Było w nich błaganie.
– Proszę, nie zabieraj mi go – szepnęła niemal niedosłyszalnym głosem.
Nie zabieraj? – pomyślał Ian, nie potrafił powstrzymać cisnącego się na usta, ironicznego uśmiechu. Spodziewał się bardziej czegoś w stylu „nie zabijaj”, a ona martwiła się tylko o to, że rozdzieli ją z synem.
– Czemu zabrałaś pieniądze tylko z jednej skrytki? – spytał jednocześnie z nurtującej go od roku ciekawości jak i po to, żeby zmienić temat.
Dziewczyna spojrzała na niego jakby nie rozumiejąc pytania.
– Przecież nie potrzebowałam więcej…
Ian roześmiał się. Spodziewał się czegokolwiek, ale na pewno nie takiej odpowiedzi. Dziecko obudziło się, zaczęło płakać. Effie minęła Iana i usiadła na stojącej pod ścianą, kremowej kanapie. Zaczęła karmić niemowlę, które na powrót zasnęło, ssąc jej pierś. Mężczyzna usiadł przy niej. Przez chwilę wpatrywał się w swojego syna.
– Wie co dobre – mruknął. Effie uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Po raz pierwszy od kiedy się pojawił z jej oczu zniknął lęk. – Dasz mi go potrzymać? – spytał.
Zdziwił się, kiedy dziewczyna bez protestów skinęła głową. Wziął od niej delikatnie dziecko. Ułożył je w zgięciu swojej ręki. Patrzył z zainteresowaniem na śpiącego malucha.
– Nazwałam go Martin – odezwała się cicho Effie, żeby nie zbudzić niemowlęcia. – Martin Ian Murray.
– Martin Ian Davies – poprawił ją bez zastanowienia.
Dziewczyna podniosła na niego wzrok. Spojrzała mu w oczy. Zabrała od niego chłopca i na powrót włożyła go do łóżeczka. Usiadła na kanapie. Ian słyszał jej przyspieszone tętno, wyczuwał wahanie.
– Co zamierzasz zrobić? – odważyła się w końcu zadać pytanie.
Wzruszył ramionami. Sam tego nie wiedział. W końcu przyszedł tu tylko po to, żeby popatrzeć… Uświadomił sobie, że nie może ich zostawić samych. Effie nie poradzi sobie z małym Martinem, chłopiec nie był przecież człowiekiem… Będzie znacznie szybszy, znacznie silniejszy, znacznie… Do tego jeżeli ktoś ich odkryje, zabiją dziewczynę, a dziecko zabiorą na szkolenie. Ogarnęła go zimna furia na samą myśl o tym, co może się z nimi stać. Nie, nie mógł, nie chciał – poprawił się w myślach – na to pozwolić.
– Zostanę z wami – powiedział po prostu, przygotowany na gorące protesty dziewczyny.
Ona jednak zaskoczyła go i tym razem. Przysunęła się do niego bliżej. Wtuliła mu się pod ramię, opierając głowę na jego torsie. Przymknęła oczy.
– Na jak długo? – zapytała cichym, stłumionym przez jego koszulę głosikiem.
Objął ją ramionami, czule przytulając do siebie. Wdychał cudowny zapach jej włosów. Boleśnie zdał sobie sprawę jak bardzo za nią tęsknił. Uświadomił sobie, że cholernie potrzebował w swoim życiu tej właśnie dziewczyny. Przy niej potrafił być zwyczajnie szczęśliwy.
– Myślę, że na zawsze – odpowiedział cicho, tuląc ją do siebie mocniej. Nigdy już nie chciał wypuszczać jej z objęć.
Oddech Effie zwolnił, uspokoił się. Tu właśnie było jej miejsce. Nareszcie nie musiała się o nic martwić. W ramionach Iana czuła się kochana i bezpieczna.
The End