Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    bohaterowie noszą maski

    Lilien

    Oszołomiona przyglądam się rezydencji Everhartów. Kiedy o niej czytałam, moja wyobraźnia najwyraźniej nie potrafiła sobie poradzić z jej ogromem. Jest niczym pałac. Dodatkowo, wydarzenie, które ojciec lakonicznie nazwał rodzinną kolacją, okazuje się bankietem przekraczającym każdą możliwą skalę. Przez bramę co chwila przejeżdżają nowe, luksusowe samochody, z których pod głównym wejściem wysiadają elegancko odziani ludzie.    

    Kiedy jednak mój wzrok kieruje się na Ashera, natychmiast przestaję przejmować się tym całym zamieszaniem. W idealnie skrojonym garniturze i błękitnej, niedopiętej pod szyją koszuli wygląda po prostu obłędnie. W tym momencie zupełnie nie ma dla mnie znaczenia czy coś się wydarzy, o ile będę mogła spędzić wieczór u jego boku.

    Chłopak bierze mnie pod rękę i razem wchodzimy do środka. Wygląda na to, że moja rodzina zaprosiła kilkaset osób. 

    Odwracam się w stronę Cassiana, który dotyka dłonią mojego ramienia. On również w garniturze i w koszuli koloru czerwonego wina wygląda oszałamiająco. 

    — Lepiej pójdę przywitać się z rodziną — oznajmia cicho.

    Kiedy odchodzi jeszcze mocniej przytulam się do boku Ashera, który ani odrobinę nie sprawia wrażenia, jakby czuł się niepewnie. 

    — Wygląda na to, że twoja rodzina postanowiła się tobą pochwalić — odzywa się cicho.

    Dopiero jego słowa uświadamiają mi, jak często z ust gości słyszę swoje imię i jak intensywne są ich spojrzenia. Całkiem prawdopodobne, że Asher ma rację. 

    Rozglądam się po ogromnej, bankietowej sali. Kiedy widzę siedmioletniego chłopca, który chowa się za stołem z przekąskami, natychmiast czuję ekscytację. W swoim poprzednim życiu byłam jedynaczką i zawsze marzyłam o tym, żeby mieć rodzeństwo. Młodszy brat Lilien był przeuroczy, ale ona zwracała uwagę jedynie na rodzeństwo Cassiana, oczywiście, żeby przypodobać się chłopakowi. Własnego brata zupełnie ignorowała, a on za wszelką cenę chciał zwrócić na siebie jej uwagę. 

    Podchodzę do niego pewnym krokiem, a Asher towarzyszy mi niczym cień. 

    — Hej, Ettie, dawno się nie widzieliśmy — rzucam wesoło. — Tęskniłeś za mną? — pytam.

    Chłopiec przygląda mi się niedowierzająco, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby Lilien podeszła do niego z własnej woli.  

    — Jesteś głupia i brzydka, dlaczego miałbym tęsknić? — burczy do mnie, a ja zachwycam się, że Ethan jest małym tsundere. 

    — Masz na imię Ethan? — Asher bez wahania wtrąca się do naszej rozmowy. Chłopiec niepewnie przytakuje. — Jestem Asher — przedstawia się bez nadęcia. — Przynieśliśmy dla ciebie prezent — oznajmia mu swobodnie. — Z magicznego świata — dodaje, a oczy Ethana robią się wielkie jak spodki. 

    Ku mojemu zdumieniu Asher kiwa dłonią na jednego z wyczekujących pod ścianą służących, a on natychmiast podchodzi do nas z niewielkich rozmiarów, ładnie zdobioną szkatułką. Kłania się nisko i podaje ją Asherowi, który natychmiast przekazuje ją chłopcu. Ethan z zaciekawieniem podnosi jej wieczko, a ja zamieram zaskoczona.

    Ze szkatułki wylatuje mały, zielony smok, okrąża chłopca, a potem do niej spokojnie wraca. Gdy otwiera paszczę, unoszą się z niej kłęby czerwonej pary. Bardzo precyzyjnie wykonana, magiczna zabawka. Nie ona sama jednak mnie tak bardzo zszokowała. Chodzi o to, że smok siedzi na stercie duchowych kamieni, które napędzają wszystkie magiczne urządzenia, ale… trudno je zdobyć, przez co są koszmarnie drogie. Ilość, która została użyta do zabawki dla Ethana wystarczyłaby, żeby kupić luksusową willę. 

    Moja rodzina, mimo że w zwyczajnym świecie jest niezwykle bogata i potężna, w świecie magicznym mogła pozwolić sobie najwyżej na wynajęcie dla mnie pokoju w akademiku. To samo zresztą dotyczyło rodziny Cassiana. Problemem było to, że w naszym świecie, podstawową walutą jest złoto, które w magicznej rzeczywistości nie ma żadnej wartości. Tam podstawową walutę stanowią właśnie duchowe kamienie.

    — To jest niesamowite! — zachwyca się Ethan czystą, dziecięcą radością. 

    Jego oczy aż błyszczą z ekscytacji, a ja jestem przeszczęśliwa, że Asher o nim pomyślał.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ethan

    Nie mogę przestać się uśmiechać. Otwieram szkatułkę jeszcze kilka razy, a smok za każdym razem wylatuje, robi kółko nad moją głową i wraca na swoją stertę kamieni, jakby pilnował skarbu. Trochę boję się, że ktoś mi go zabierze, więc trzymam pudełko bardzo mocno.

    — Mogę go nazwać? — pytam.

    — Oczywiście — odpowiada Asher, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

    Już mam coś powiedzieć, kiedy obok mnie zatrzymuje się Aaron. Tężeję, bo jestem pewien, że teraz Lili do niego zacznie się uśmiechać. Zawsze tak robiła, tylko dlatego, że Aaron jest bratem Cassiana. 

    Patrzy najpierw na mnie, potem na szkatułkę, a potem znowu na mnie.

    — Co to jest?

    — Smok — mówię dumnie. — Prawdziwy. Magiczny.

    — Pokaż.

    Otwieram szkatułkę. Smok wylatuje, okrąża nas i wraca do środka. Aaron patrzy na niego chwilę w milczeniu.

    — Chcę go — mówi natarczywie.

    Zamykam szkatułkę i przytulam ją do siebie.

    — Jest mój.

    — Ale ja go chcę — powtarza, jakby to wszystko wyjaśniało. — Oddaj mi go.

    Waham się i automatycznie patrzę na Lilien. Jestem prawie pewien, że zaraz powie, żebym nie robił problemu i oddał smoka Aaronowi. Zawsze tak jest. Aaron zawsze dostaje wszystko pierwszy, a ja mam się dzielić, bo jestem młodszy albo bo „tak będzie lepiej”.

    Z całej siły zaciskam dłonie na szkatułce, próbując powstrzymać się od płaczu. Już otwieram usta, żeby powiedzieć, że dobrze, kiedy Asher odzywa się pierwszy.

    — To prezent dla Ethana — mówi spokojnie. — Należy do niego.

    Aaron marszczy brwi.

    — Ale mnie się podoba. Chcę go mieć!

    — Rozumiem — odpowiada Asher. — Jest jednak Ethana — powtarza i chociaż mówi spokojnie, nagle robi się jakoś bardzo cicho wokół nas.

    Aaron patrzy na Lilien.

    — Powiedz mu.

    Znowu patrzę na nią, a w brzuchu robi mi się nieprzyjemnie zimno. Jestem pewien, że każe mi oddać smoka. Jednak siostra tylko kręci głową.

    — To prezent Ethana. I zostaje u Ethana.

    Aaron robi się czerwony.

    — To niesprawiedliwe! — podnosi głos. — Powiem o wszystkim Cassianowi! — już niemal krzyczy.

    I wtedy kilka osób stojących obok patrzy w naszą stronę.

    — Czy to są duchowe kamienie?

    — Ile ich tam jest?

    — Przecież to jest majątek…

    — Kto dał dziecku coś takiego?

    Nagle wszyscy patrzą na mnie. Na mnie i na moją szkatułkę. Ściskam ją jeszcze mocniej i odruchowo przysuwam się bliżej Ashera. Stoi spokojnie, jakby w ogóle nie przejmował się tym, że wszyscy zaczynają szeptać i przyglądać nam się coraz uważniej. Patrzę na Cassiana, który stoi kawałek dalej i patrzy w naszą stronę. Potem znowu na Ashera. I wtedy myślę, że jeśli ktoś miałby zostać moim starszym bratem, to zdecydowanie wolę, żeby to był Asher, a nie Cassian.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Ian

    Stoję przy jednym z bocznych stołów i obserwuję salę. Bankiet wygląda dokładnie tak, jak miał wyglądać — tłum ludzi, nazwiska, które coś znaczą, nazwiska, które dopiero będą coś znaczyły, drogie garnitury, jeszcze droższe suknie i rozmowy prowadzone półgłosem, bo w takich miejscach najważniejsze rzeczy zawsze mówi się cicho.

    Oficjalny powód jest prosty. Rodzina Everhartów postanowiła pochwalić się osiągnięciami swojej najmłodszej córki. Nieoficjalny powód zna każdy, kto tu dziś stoi. Jeszcze kilka miesięcy temu wszyscy byli przekonani, że partnerem Lilien zostanie Cassian Vale. To było logiczne. Vale’owie i Everhartowie od lat robili razem interesy, nasze rodziny znały się lepiej niż większość małżeństw. Jego rodzice traktowali Lilien jak własną córkę, a moi Cassiana jak przyszłego zięcia. Układ był prosty, przewidywalny i bezpieczny, przynosił wiele korzyści obydwu rodom. 

    Potem jednak pojawił się Asher Aurelian. Drugi syn imperatora z magicznego świata. Miejsca, w którym rodzina Everhartów nie miała żadnej realnej władzy, choć bardzo chciałaby ją mieć. 

    Do tej pory to wydarzenie wygląda w mojej głowie jak coś nierealnego, scena z romansu dla nastolatek, a jednak Asher właśnie stoi kilka metrów ode mnie, trzyma moją siostrę za rękę i rozmawia spokojnie z ludźmi, dla których był niczym postać z legendy.

    Patrzę na rodziców Cassiana. Jak zawsze stoją blisko Lilien. Jego matka poprawia jej włosy, jego ojciec coś do niej mówi, oboje patrzą na nią z takim ciepłem, jakby naprawdę była ich córką, a nie przyszłą synową. Cassian stoi obok, trochę z boku, jakby to wszystko działo się obok, a nie wokół niego.

    To nie jest nowość. Zmieniło się jednak coś jeszcze innego. Nasza matka nie jest kobietą, która łatwo się zachwyca. Przez całe życie widziałem ją chłodną, elegancką, uprzejmą i zawsze odrobinę zdystansowaną, nawet wobec własnych dzieci. Jednak dziś patrzy na Lilien tak, jakby była jej największym życiowym sukcesem, zaś na Ashera tak, jakby właśnie wygrała na loterii, o której nikt poza nią nie wiedział, że bierze w niej udział.

    Na początku myślę, że ta cała sytuacja z prezentem dla Ethana to pokaz siły. Demonstracja. Jasny komunikat: mogę pozwolić sobie na rzeczy, których wy nawet nie potraficie wycenić. Bardzo szybko okazuje się, jak bardzo się pomyliłem.

    Najpierw pojawiają się jego ludzie. Nie nasi. Jego.

    Poruszają się po sali spokojnie, pewnie, jakby znali to miejsce od lat, i podchodzą kolejno do mojej matki, do mojego ojca, a na końcu do mojego dziadka.

    Najpierw moja matka dostaje elegancką, ciemną teczkę. Otwiera ją powoli, z uprzejmym uśmiechem, jakby spodziewała się biżuterii albo dokumentów jakiejś fundacji. Uśmiech znika po kilku sekundach.

    — To akt własności willi nad Morzem Srebrnym, milady — mówi spokojnie jeden ze służących Ashera. — W magicznym świecie. Rezydencja wraz z ogrodami i prywatnym dostępem do wybrzeża została przepisana na pani nazwisko.

    Moja matka bardzo rzadko nie wie, co powiedzieć. Teraz nie mówi nic.

    Potem przychodzi kolej ojca. Dostaje plik dokumentów. Przegląda je szybko, coraz wolniej, potem jeszcze raz od początku.

    — Firma handlowa działająca między naszymi światami — wyjaśnia służący. — Pełne prawa własności i sieć kontaktów są już przygotowane. Wystarczy pańska decyzja, w którą stronę chce ją pan rozwijać.

    Mój ojciec odkłada dokumenty bardzo ostrożnie, jakby były zrobione ze szkła. Ma rozmarzony, niemalże euforyczny wyraz twarzy. 

    Na końcu służący podchodzą do mojego dziadka i dopiero wtedy widzę, jak zmienia się atmosfera na sali.

    Dziadek jest głową rodu. Nawet mój ojciec podejmuje ostateczne decyzje dopiero po rozmowie z nim. Jeśli ktoś chce coś załatwić z Everhartami, tak naprawdę musi rozmawiać właśnie z nim.

    Służący podaje mu niewielką, ciemną kasetkę. Dziadek otwiera ją powoli. Nie stoję wystarczająco blisko, żeby zobaczyć wszystko, ale widzę światło duchowych kamieni i dostrzegam, jak na ułamek sekundy zastyga mu ręka.

    — Jego Wysokość uznał — mówi spokojnie służący — że dostęp do płynnych środków w naszej walucie ułatwi państwu funkcjonowanie w magicznym świecie.

    Dziadek zamyka kasetkę i przez chwilę patrzy na Ashera w milczeniu. Za taką ilość duchowych kamieni można kupić kilka miast. Albo niewielkie państwo.

    Podnoszę wzrok i patrzę na Ashera. Nie wygląda jak człowiek, który próbuje zaimponować mojej rodzinie. Raczej… jak strategiczny partner, który właśnie zawiera umowę. 

    Goście zaczynają szeptać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Patrzą na Ethana i jego smoka, na moją matkę, na mojego ojca i dziadka. Nazwisko Everhart pada coraz częściej, ale teraz wymawiane jest trochę inaczej, z przesadną ostrożnością, podziwem i niepokojem. Potęga naszej rodziny właśnie rośnie na oczach wszystkich.

    Powinienem się cieszyć. Zamiast tego patrzę na Lilien, która stoi obok Ashera i uśmiecha się do czegoś, co mówi jej do ucha. Wygląda na szczęśliwą i spokojną. Jakby była dokładnie tam, gdzie chciała się znaleźć. Po raz pierwszy zaczynam się zastanawiać, jaką cenę tak naprawdę ma szczęście mojej młodszej siostry.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    To i tak jest już jakiś postęp. Lilien stoi obok mnie i nie ucieka. Rozmawia ze mną normalnie, bez ciągłych uszczypliwości. Dostrzegam, jak bardzo stara się przestać obwiniać mnie za rzeczy, których nigdy nie zrobiłem. Nie wiem, co się zmieniło, ale nie zamierzam tego zepsuć.

    — Twoja rodzina naprawdę wie, jak urządzić przyjęcie — mówię, rozglądając się po sali.

    — To nie przyjęcie — odpowiada Lilien. — To pokaz siły.

    — Rzeczywiście, czuję się bardzo zastraszony ilością kawioru.

    Przewraca oczami, ale widzę, że się uśmiecha i to mi na razie wystarcza.

    Kątem oka widzę Hargrove’a i jego prawnika. Stoją przy jednym z bocznych stolików. Dokumenty leżą już przygotowane.

    — Wybaczysz mi na chwilę? — pytam. — Muszę porozmawiać z jednym z partnerów biznesowych ojca.

    — Jasne — mówi. — Tylko nie znikaj na pół godziny.

    — Postaram się zniknąć bardzo efektywnie — odpowiadam jej zadowolony z samego faktu, że chce, żebym do niej wrócił.

    Odchodzę, zanim zdąży zadać jakiekolwiek pytanie. Penthouse w centrum miasta to najlepsza decyzja, jaką mogę teraz podjąć. Neutralne miejsce bez żadnych skojarzeń i wspomnień, nie będzie tam historii, które ktoś już kiedyś opisał w książce. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest to, żeby Lilien weszła do jakiejś willi, spojrzała na ogród albo taras i pomyślała: tu mieszkałeś z Angelicą. Nawet jeśli to nie byłaby prawda, wystarczyłoby, że ona zaczęłaby to sobie wyobrażać. Nie zamierzam przegrywać z jej wyobraźnią.

    — Panie Vale — odzywa się Hargrove. — Wszystko przygotowane. Brakuje tylko pańskiego podpisu.

    Przeglądam dokumenty jeszcze raz i składam podpis.

    — Proszę dopilnować, żeby wszystkie formalności zostały zamknięte jeszcze w tym tygodniu — mówię.

    — Oczywiście. Gratuluję zakupu. To jedna z najlepszych lokalizacji w mieście.

    — Wiem — odpowiadam.

    Wracam do Lilien i Ashera. Stoją obok siebie i rozmawiają z kimś z dalszej rodziny. Wyglądają… spokojnie. Jak para na oficjalnym przyjęciu, układ, który już został ustalony. Czuję ukłucie irytacji. 

    Zatrzymuję się obok nich i dokładnie w tym momencie podchodzi do nas grupka gości.

    — Panowie — mówi jeden z nich z szerokim uśmiechem — słyszeliśmy, że obaj macie niesamowite umiejętności. Może zechcielibyście coś zademonstrować? To byłaby niesamowita atrakcja dla gości.

    Oczywiście. Zawsze musi pojawić się taki moment. Czuję, jak Lilien lekko sztywnieje obok mnie. Doskonale wie, że w przeciwieństwie do Ashera, u mnie nadal nie obudziła się wrodzona umiejętność i taka demonstracja skończyłaby się dla mnie upokorzeniem na oczach całej sali.

    Już mam coś powiedzieć, kiedy ku mojemu zdumieniu Asher odzywa się pierwszy.

    — Nie — mówi spokojnie.

    Gość wygląda na zaskoczonego.

    — Och, to tylko mały pokaz, coś symbolicznego…

    — Moc nie służy do zabawy ani do występów — odpowiada Asher. — I nie jest czymś, co pokazuje się na życzenie.

    Zapada cisza. Uprzejma, elegancka cisza, która oznacza, że temat jest zamknięty. Goście wycofują się z uśmiechami i przeprosinami.

    Patrzę na Ashera. Lili przytula się do jego ramienia, a ja czuję nieprzyjemny ucisk w żołądku.

    — Dziękuję — szepcze do niego cichym, ale wyraźnie zachwyconym głosem.

    Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że na treningu w akademii w żaden sposób nie zainterweniował. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta — nie było wtedy przy nas Lilien. 

    Patrzymy na siebie przez chwilę. Nie ma w tym spojrzeniu sympatii. Nigdy nie będzie. Jest za to coś innego — świadomość. On wie, że ją kocham. Ja wiem, że on ją kocha. I obaj wiemy, że w tej chwili najważniejsze jest to, żeby ona była bezpieczna i szczęśliwa, nawet jeśli oznacza to, że musimy stać obok siebie i udawać, że potrafimy ze sobą rozmawiać jak cywilizowani ludzie.

    — Rozejm nadal obowiązuje — mówię w końcu.

    — Oczywiście — odpowiada spokojnie.

    Lili przygląda się nam podejrzliwie.
    — Nie podoba mi się to, jak na siebie patrzycie.

    — To bardzo zdrowa, męska relacja oparta na wzajemnym szacunku — mówię.

    — I absolutnym braku zaufania — dodaje spokojnie Asher.

    Dziewczyna wzdycha.

    — Wspaniale. Czyli jednak się dogadujecie.

    — Nie — mówimy jednocześnie.

    To chyba pierwszy raz tego wieczoru, kiedy naprawdę się z nim zgadzam.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Siedzę w parującej wodzie przyjemnie zrelaksowana. Jestem piekielnie zmęczona, ale muszę przyznać, że wieczór był całkiem fajny. Mogłabym się przyzwyczaić. Podobała mi się uwaga, jaką przyciągałam i to, jak wszyscy podziwiali Ashera. Nawet Cassian, ze swoimi głupimi żartami, okazał się przyjemnym towarzystwem. Najbardziej jednak zaskoczyła mnie rodzina Lilien. W mojej ulubionej powieści przedstawiona była jako chłodna i zdystansowana, tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. 

    Jej — a może teraz powinnam już myśleć, że mój — młodszy brat Ethan jest małym słodziakiem o archetypie tsundere, który mówi zupełnie co innego, niż naprawdę myśli. Starszy brat, Ian, jest śmiertelnie poważny, ale w samym jego sposobie bycia wyczułam, że naprawdę się o mnie troszczy. Ojciec patrzył na mnie łagodnie, a podczas rozmowy sam na sam powiedział mi, że zawsze mogę na niego liczyć i jeżeli będę miała dość, to po prostu mogę wrócić do domu. Dziadek, który miał być potężny i przerażający zadeklarował mniej więcej to samo. Z kolei matka… byłam pewna, że gdyby tylko miała taką możliwość, to z miejsca adoptowała by Ashera, a to zdecydowanie mogłam zrozumieć. Zdecydowanie zamierzam spędzić z nimi więcej czasu!

    Co ciekawe, kiedy uderzyła mnie myśl, że to miejsce oryginalnej Lilien, którego nie powinnam zajmować, ta sama świadomość, która mnie tu wysłała, wyraźnie dała mi do zrozumienia, że się mylę. Wtedy ja również nabrałam takiej pewności. Po prostu wiedziałam, że przynajmniej w tej rzeczywistości oryginalna Lilien tak naprawdę nigdy nie istniała — nie jako samoświadoma osoba. Nie miałam jednak ochoty się nad tym zastanawiać, bo im dłużej o tym myślałam, tym bardziej oddalałam się od rzeczywistości.  

    Ku mojemu zdumieniu, po bankiecie, Cassian zabrał nas nie do willi, w której w książce mieszkał z Angelicą, a do położonego w centrum miasta penthouse. Oznajmił jednak od razu, że nie będzie odpowiadał na żadne pytania, a ja tym razem mu odpuściłam. 

    Przez chwilę bawię się pachnącą pianą, która unosi się nad powierzchnią wody. Chciałabym, żeby życie zawsze było takie spokojne, ale zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek, a nadchodzące tygodnie rzucą uczniów Akademii w wir niebezpiecznych wydarzeń. 

    Drzwi do łazienki się otwierają, a do pomieszczenia wchodzi Asher. Podnoszę na niego wzrok, odrobinę głębiej chowając się w pianie. Nie ma już na sobie eleganckiego garnituru, a proste spodnie i czarną bokserkę. Uśmiecham się do siebie, widząc magiczny tatuaż z moim imieniem, który znajduje się na jego przedramieniu. 

    — Przyszedłeś umyć mi plecy? — pytam go pogodnie.

    — Przyniosłem ci coś do picia — mówi, podchodząc bliżej i podając mi szklankę wypełnioną lodem i przezroczystą, jasnofioletową cieczą — ale to też chętnie zrobię — przygląda mi się bez skrępowania i siada na brzegu wanny. 

    Biorę łyk napoju i stwierdzam, że smakuje wybornie. Kiedy kończę pić, Asher zabiera ode mnie szklankę i odstawia ją na szafce przy umywalce.  

    Mruczę z zadowolenia, kiedy okazuje się, że faktycznie zaczyna mnie myć. Jego dotyk jest delikatny i zmysłowy, a ja jestem zachwycona. Potem pomaga mi wyjść z wanny i otula mnie dużym, grafitowym ręcznikiem. Bierze mnie na ręce, a ja stwierdzam, że zdecydowanie mogłabym się do tego przyzwyczaić. 

    Asher zanosi mnie do dużej sypialni, która robi na mnie ogromne wrażenie. Wygląda jakby została wyjęta z nocy, z ciszy i z czyjegoś bardzo dopracowanego snu. Tonie w granacie i miękkim półmroku. Na środku stoi szerokie, ciemne łóżko, a nad nim ciągną się podświetlone półki z książkami i dekoracjami. Najbardziej jednak przyciąga wzrok sufit — lśniący, pełen drobnych świateł, jak zamknięte nad głową nocne niebo. Rozglądam się wokół oszołomiona. Czuję czystą radość na myśl o tym, że Cassian zabrał nas właśnie tutaj, zamiast, tak jak w „Różach i Zaklęciach” do willi, którą przygotowali dla niego rodzice. Myślałam, że nie zobaczę dzisiaj nic piękniejszego, niż widok z ostatniego piętra na panoramę nocnego miasta, a jednak, pokój w którym się znalazłam, jest idealny.   

    Kiedy Asher stawia mnie na miękkim dywanie, bez skrępowania zrzucam na podłogę ręcznik i sięgam po przewiewną, nocną koszulkę. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że w drzwiach sypialni stanął Cassian. Wpatruje się we mnie bez słowa, z taką miną, jakbym była dziełem sztuki. W końcu, po ciągnących się w nieskończoność sekundach, otrząsa się i odwraca wzrok.

    — Przepraszam — rzuca i wychodzi z pokoju.

    Zawstydzona wkładam na siebie pospiesznie koszulkę, a potem majtki. Kiedy odzyskuję trzeźwość myślenia, dociera do mnie, że Asher nawet nie próbował mnie przed nim zasłonić. Po prostu stał obok, w żaden sposób nie reagując. 

    Teraz przyciąga mnie do siebie oplatając ramionami, jak gdyby nigdy nic.

    — Pomóż mu obudzić jego wrodzoną zdolność — odzywa się cicho. — Bez twojej bliskości nie ma na to szans.

    Wyrywam się z jego objęć. 

    — Pomyślę o tym — niemalże warczę, wkurzona, że chłopak moich marzeń pcha mnie w ramiona innego.

    — Lili — Asher patrzy na mnie uważne, spod długich rzęs — przestań być taka uparta. Mówiłem ci już wcześniej, gdybyś nic nie czuła do Cassiana, magia nie pozwoliłaby mu cię wybrać. To po prostu tak nie działa. 

    — Co za różnica — prycham urażona. — Kocham ciebie, nie jego i to z tobą pragnę być. 

    Przez chwilę chłopak wygląda na zaskoczonego, ale szybko odzyskuje rezon. Ponownie do mnie podchodzi, tym razem jednak podnosi mnie i siada na łóżku, sadzając mnie sobie na kolanach. Oplata mnie ramionami i wtula twarz w moją szyję.

    — Oczywiście, że jesteś moja i dopilnuję, żeby tak zostało — odzywa się cichym, melodyjnym głosem — jednak sama mówiłaś, że potrzebujemy Cassiana. Chcesz przyglądać się, jak giną twoi przyjaciele, bo Cassian jest zbyt słaby, żeby komukolwiek pomóc? — precyzyjnie wytrąca mi z ręki jakiekolwiek argumenty. — Akademia od zawsze była niebezpieczna, a jeżeli dodatkowo wydarzy się to, co nam powiedziałaś…

    — Nie… ja tylko… — szepczę niepewnym głosem.

    — Lili — Asher stanowczo powtarza moje imię — to twoja decyzja i nie będę jej podejmował za ciebie, ale gwarantuję ci, że jeżeli się nim nie zajmiesz, to nie zostaniemy tu ani ty, ani ja. Zabiorę cię gdzieś daleko stąd, gdzie będziesz bezpieczna, nawet jeżeli będę musiał to zrobić wbrew tobie. Nie zamierzam ryzykować! — Oznajmia twardo. — Nawet najmniejsza szansa, że cię stracę to za dużo.

    Nie patrzy na mnie, wciąż wtula twarz w moją szyję, ale wiem, że mówi zupełnie poważnie. Łącząca nas magia, nie pozwala nam okłamywać siebie nawzajem. Czuję przyjemną lekkość. Motyle w moim brzuchu stają się wyjątkowo nieznośne. Przytulam się do niego jeszcze mocniej. Chcę, żeby zostało tak już na zawsze. 

    Wizja ucieczki jest aż nazbyt kusząca, ale nie mogę być odpowiedzialna za śmierć Angelicy. Fabuła i tak już skręciła nie tam, gdzie powinna.

    — Dobrze, niech ci będzie — wzdycham niezadowolona. — Zrobię co w mojej mocy, żeby Cassian obudził swoje umiejętności. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Znajduję Cassiana siedzącego samotnie w ogrodzie na dachu. Na mój widok wstaje z miejsca. Przygląda mi się przez dłuższą chwilę, a potem bez słowa odwraca się i odchodzi. 

    — Cassian, zaczekaj! — podbiegam do niego, a on się zatrzymuje, odwracając ku mnie. — Śpij dzisiaj z nami, proszę, nie chcę, żeby to się kiedykolwiek powtórzyło — mówię rozgorączkowana, wskazując dłonią na jego brzuch. 

    Chłopak prycha z niedowierzaniem.

    — Co na to Asher? — pyta udając ciekawość.

    Biorę go za rękę.

    — Uważa, że powinnam pomóc ci obudzić twoje zdolności — wyjaśniam cicho, spuszczając wzrok. 

    — Więc chcesz się zmusić, do bycia przy mnie? — pyta. — Poradzę sobie, Lili, nie musisz się mną przejmować. 

    Wyrwa rękę z mojego uścisku, a potem ponownie odwraca się i próbuje odejść. Tym razem zatrzymuję go, oplatając dłońmi jego przedramię. 

    — Gdybym nic do ciebie nie czuła, moje imię nigdy nie mogłoby się pojawić na twoim ramieniu — mówię mu to samo, co wcześniej powiedział mi Asher, byleby tylko go przy sobie zatrzymać. 

    Cassian odwraca się ku mnie, a ja widzę, jak z trudem przełyka ślinę. 

    — Zostanę z wami — odpowiada mi cicho — mam tylko nadzieję, że nie będziesz tego potem żałowała. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Leżę na łóżku plecami wtulona w śpiącego za mną Ashera. Ja sama nie mogę zasnąć. Wpatruję się w leżącego po drugiej stronie Cassiana. Chłopak nawet nie próbował mnie dotknąć i wiem, że jeżeli ja sama niczego nie zainicjuje to nigdy do niczego między nami nie dojdzie. 

    Wyciągam rękę i delikatnie odgarniam spadające na jego twarz włosy.

    — Śpisz? — pytam cichutko. 

    Otwiera oczy i patrzy na mnie uważnie. W półmroku widzę jego niesamowite, bursztynowe tęczówki. 

    — Nie śpię — odpowiada mi równie cicho.

    Przysuwam się do niego powoli, wplatając palce w jego gęste włosy. Czuję, jak Cassian przestaje oddychać. Ustami delikatnie dotykam jego warg, są przyjemnie ciepłe i miękkie. Z początku chłopak nie reaguje, ale gdy się nie odsuwam, kładzie dłoń na moim policzku i sam powoli zaczyna pogłębiać pocałunek. Zamykam oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Moje tętno przyspiesza, a po całym ciele rozlewa się fala przyjemności. Nigdy nie sądziłam, że pocałunek z Cassianem aż tak bardzo mi się spodoba. Chemii między nami z pewnością nie da się zaprzeczyć.    

    Czuję, jak ręka Ashera przesuwa się po moim udzie. Leżący za moimi plecami chłopak zaczyna całować moją szyję i powoli schodzi w dół, do ramienia. Cassian jeszcze bardziej pogłębia pocałunek, jego język zaczyna splatać się z moim językiem. Dotyk Ashera niemalże parzy. Cassian również nie pozostaje bierny i teraz czuję jego dłoń na swoim brzuchu. Jestem pewna, że jeżeli nie przestaną, to zaraz stracę resztki rozumu i kompletnie się w nich rozpłynę.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Jej palce w moich włosach sprawiają, że przez moment przestaję myśleć logicznie. Nie obchodzą mnie konsekwencje, ani fakt, że on leży tuż za jej plecami i na pewno nie śpi. Przestaję myśleć o tym, że to nie ja zostałem przez nią wybrany. Liczy się tylko to, że ona całuje właśnie mnie.

    Jej usta są miękkie, ciepłe, zachłanne i trochę niepewne, jakby sama nie wiedziała, czy robi dobrze, czy właśnie popełnia największy błąd swojego życia. Kiedy czuję jej dłoń na karku, uciekają ode mnie ostatnie resztki rozsądku.

    Oddaję pocałunek mocniej, głębiej, tak jak chciałem zrobić to już setki razy, ale nigdy nie miałem prawa. Moja dłoń przesuwa się po jej talii, po brzuchu, jakbym chciał upewnić się, że naprawdę tu jest, że to nie jest kolejny sen.

    Wtedy zdaję sobie sprawę, że Asher również jej dotyka. Zamieram na ułamek sekundy. Wystarczy, żebym przypomniał sobie, kim jestem w tym układzie. 

    Powinienem się odsunąć. Udawać, że to się nie wydarzyło, tak jak udawałem już setki innych rzeczy, ale kiedy Lili przysuwa się jeszcze bliżej i cicho wzdycha prosto w moje usta, cała moja silna wola przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

    Moja dłoń przesuwa się wyżej, po jej żebrach, po plecach, przyciągam ją jeszcze bliżej siebie, jakbym chciał ukraść te kilka minut i schować je gdzieś głęboko w pamięci, na później. Na czas, kiedy znowu będę musiał patrzeć, jak wybiera jego.

    Widzę, jak Asher całuje jej szyję, a jej ciało reaguje na jego dotyk i nienawidzę tego, że on wie dokładnie, co robi, a może bardziej tego, że tym razem ja również to wiem. 

    Odsuwam się od niej odrobinę, zanim zrobię coś, czego nie będę potrafił cofnąć. Opieram czoło o jej czoło i przez chwilę po prostu oddycham, próbując odzyskać kontrolę nad własnym ciałem i myślami.

    — Ty naprawdę nie masz pojęcia, co z nami robisz, prawda? — mówię cicho.

    Patrzę jej w oczy i już wiem, że jestem skończony, ponieważ ona patrzy na mnie tak, jakby naprawdę jej na mnie zależało, a to jest dla mnie o wiele bardziej niebezpieczne niż jakikolwiek pocałunek.

    Note