Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kiedy wróciłam na dół, Helena prowadziła z Duncanem uprzejmą konwersację. W korytarzu złapał mnie Eric. Uśmiechnął się do mnie promiennie. 

    – Cieszę się, że przyszłaś – powiedział na powitanie. – Słyszałem, że umarła twoja babcia, bardzo mi przykro – oznajmił, a brzmiało to zupełnie szczerze.

    Skinęłam tylko głową. Nienawidziłam kondolencji, współczujący ludzie, byli w tym wszystkim najgorsi. Sprawiali, że śmierć bliskiej osoby stawała się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Usiedliśmy w salonie. Po kilkunastu minutach zjawił się także Martin. Grzecznie przywitał się z moim wujem. Widziałam jego zimne oczy i bezbarwną maskę na twarzy. Czy oni wszyscy od urodzenia uczyli się gry aktorskiej?! Ból, który w nim wyczuwałam, kiedy rozmawiał z moim wujem był niemal namacalny, a mimo to chłopak stał tam, z zupełnie kamienną twarzą. Wiedziałam, że dalej nie może sobie wybaczyć bezsensownej śmierci Roberta. Byłam przekonana, że nigdy bym tak nie potrafiła. Zresztą doskonale zdawałam sobie sprawę, że jestem straszną beksą.

    Przez przeszło godzinę Helena opowiadała głównie o sobie, a Duncan uprzejmie przytakiwał. Później zaczęła zachwalać Erica i jego osiągnięcia, nie wspominając o Martinie ani słowem. Tak, ta kobieta zdecydowanie miała tylko jednego syna. Drugi najwyraźniej był dla niej jedynie zabawką. Przeprosiła nas także za nieobecność męża, który wyjechał w interesach. Zaczęłam się zastanawiać czy ten człowiek w ogóle, kiedykolwiek bywa w domu, ale patrząc na Helenę, z zupełnie innej perspektywy, wcale nie dziwiłam się, dlaczego.

    Później Eric przeprosił i zaproponował mi spacer po ogrodzie. Zgodziłam się z miłą chęcią, byleby tylko stamtąd wyjść. Martin także wstał. Kiedy wychodziliśmy z salonu, niewinnym gestem musnął moją rękę. Kiedy spojrzałam na niego, na jego twarzy gościł ponury, smutny uśmiech.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Chodziliśmy po ładnie zaprojektowanym, rozległym ogrodzie. Eric wyglądał na zdecydowanie niezadowolonego z obecności brata. Nie zaprotestował jednak ani jednym słowem. Wyglądało na to, że po prostu zaakceptował fakt, że Martin idzie z nami. Zdałam sobie sprawę, że rozmawiamy właściwie o niczym. Było bardzo niezręcznie.

    – Martin, jak twój proces? – zapytałam po części dlatego, żeby zdusić tą sytuację, a po części, ponieważ naprawdę chciałam wiedzieć.

    Zdziwiłam się, kiedy odpowiedział mi Eric.

    – Mój brat jest równie odważny, co i głupi – stwierdził gorzko. – Mimo, że zeznawał, odmówił ochrony świadków. W procesie skazali ojca Antona Kenta i wyciągnęli wystarczająco dużo zarzutów, żeby oskarżyć rodziców Michaela Sandrowa. Bez Martina, proces pewnie zostałby unieważniony. Sądzę, że nasi koledzy z klasy, będą chcieli się na nim mścić.

    Martin wzruszył ramionami.

    – Nie będą – odpowiedział tylko. – W końcu muszą mi dać spokój. Zresztą to ostatni miesiąc w tej szkole. 

    Zdałam sobie sprawę, że nie rozmawiali ze mną. To była ich prywatna kłótnia, która już najwyraźniej trwała od jakiegoś czasu. Czy Eric naprawdę martwił się o brata? Sama już nie wiedziałam, co mam o nim właściwie myśleć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wieczorem spotkałam się z Martinem w parku. Wuj musiał odreagować wizytę u Heleny, więc wyniósł się, natychmiast po odwiezieniu mnie do domu. Wspięliśmy się na jedno z porośniętych trawą i drzewami wzgórz. Ten park był inny od tego przy mojej starej kamienicy. Mniej dziki, bardziej zadbany, było w nim więcej ludzi. Dużo czasu zajęło nam znalezienie swojego własnego, odludnego kawałka. W końcu zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem. To było ładne miejsce, spory kawałek oddalone od ścieżek, przez co nikt tędy nie chodził. Usiadłam Martinowi na kolanach, oplatając ramionami jego szyję. Jak zwykle był irytująco nieznośny. Moje słowa, to co chciałam powiedzieć, topiły się w morzu jego pocałunków. 

    – Martin… – powiedziałam cicho, starając się go od siebie odsunąć.

    – Mhm? – zapytał przyciągając mnie do siebie z powrotem.

    Jego usta znalazły się na mojej szyi. Mimowolnie odchyliłam do tyłu głowę. Poczułam jak przesuwa dłonie po moich plecach i ramionach. Rozpraszał mnie. Sama już nie wiedziałam co chciałam mu powiedzieć. 

    – Martin! – zaczęłam odrobinę ostrzej. 

    Roześmiał się, a potem znów uciszył mnie gorącym pocałunkiem. Tym razem oplotłam ramionami jego szyję, odwzajemniłam pocałunek. Trudno, powiem mu później… oczywiście o ile jeszcze będę pamiętała, co chciałam powiedzieć.

    – No, no, no, co my tu mamy – usłyszałam nad nami gruby głos.

    Obydwoje poderwaliśmy głowy. Tak byliśmy pochłonięci sobą, że nie zwracaliśmy uwagi na nasze otoczenie. Tuż przy nas stali Anton, Michael i ten trzeci chłopak, którego imienia dalej nie znałam. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w nas także Eric. Martin zdjął mnie ze swoich kolan. Wstał z ziemi, zasłaniając mnie sobą.  

    – Czego chcecie? – warknął.

    – A jak myślisz, kapusiu? – syknął wściekle Anton. – Przez ciebie mój ojciec dostał wyrok. Ojciec Michaela ma proces o defraudacje i oszustwa podatkowe. Gdyby nie twoje pieprzone zeznania, nic by im nie udowodnili!

    – Mógł pomyśleć, zanim postanowił krzywdzić ludzi – odpowiedział spokojnie, ponurym głosem Martin. – To już się skończyło, dajcie mi spokój.

    – Pożałujesz tego skurwielu! – warknął Michael, a jego oczy ciskały błyskawice. 

    Chwilę później do grupy dołączył piąty chłopak. 

    – O! Lepszej okazji nie mogliśmy sobie wymarzyć – oznajmił rozbawionym głosem. 

    Z trudem przełknęłam ślinę. Rozpoznałam w nim miłośnika Polek, który chciał mnie zmusić, żebym mu obciągnęła na basenie. Niejasno zdałam sobie sprawę, że Anton i Michael byli wkurzeni, ponieważ mieli powód, jak niewłaściwy by nie był, ale dla tamtej dwójki to była po prostu zabawa. Ich się naprawdę bałam. Nieznajomy dryblas postanowił nie tracić czasu. Brutalnie odepchnął na bok Martina. Uśmiechnął się paskudnie.

    – Ciebie też chyba znam – powiedział mściwym głosem, oceniając mnie wzrokiem.

    Cofałam się, aż drogę zagrodził mi gruby pień drzewa, pod którym wcześniej siedzieliśmy. Martin, niewiele myśląc, rzucił się na podchodzącego do mnie chłopaka. Anton i Michael odciągnęli go w tył. Oberwał w brzuch. Zgiął się w pół. 

    – Zostawcie ją! – syknął, kiedy chłopak brutalnie chwycił mnie za ramię. – To ze mną macie porachunki, nie z nią.

    Potężnie zbudowany blondyn roześmiał się.

    – Z nią mam własne – odpowiedział rozbawiony, przyciągając mnie do siebie bliżej.

    Zaczęłam się wyrywać. Nadepnęłam mu na nogę. Syknął wściekle. Uderzył mnie. Do oczu napłynęły mi łzy. Zobaczyłam, jak Martin bezskutecznie próbuje się wyrwać chłopakom. Blondyn przytrzymał mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Patrząc prosto na Martina, zaczął wsuwać rękę pod moją koszulkę. Dopadł mnie paniczny strach. Coś ścisnęło mi gardło. Zobaczyłam błagalne spojrzenie Martina, było skierowane do stojącego bez ruchu Erica. Chłopak wyglądał jakby chciał zapaść się pod ziemię. Był blady, a w jego zielonych oczach widziałam szczere przerażenie. Zacisnął usta w wąską kreskę, a potem jakby powziął decyzję. W jednej chwili rzucił się na trzymającego mnie blondyna. Tamten, mimo, że znacznie potężniej zbudowany od szczupłego Erica, puścił mnie zaskoczony. Stanęłam oniemiała, niezdolna zrobić ani jednego kroku.

    – Biegnij!!! – krzyknął do mnie Eric. 

    To mnie otrzeźwiło. Ominęłam drzewo i pędem rzuciłam się do ucieczki.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Moje serce biło jak oszalałe. Nie mogłam złapać tchu. Odwróciłam się, żeby spojrzeć za siebie. Gonił mnie chłopak, którego imienia dalej nie poznałam. Był blisko, a ja już nie miałam siły dalej biec. Skręciłam ze ścieżki w krzaki, mając nadzieję, że może tam go zgubię. Ściemniało się. Powoli zaczynały zapalać się latarnie. Wpadłam na dobrze wyposażony plac zabaw dla dzieci. Na drabinkach i drewnianych konstrukcjach siedzieli jacyś chłopacy, popijając piwo. Mieli na sobie czarne koszulki z logami metalowych zespołów. Było ich czterech. Popatrzyli na mnie zaskoczeni, ale nie jak na intruza, który wtargnął w ich życie. Nie miałam czasu się zastanawiać. Schowałam się za nimi.

    – Marika? – usłyszałam swoje imię wypowiedziane pytającym głosem.

    Spojrzałam w kierunku osoby, która się odezwał. To był Thijs, chłopak Nataly. Z ulgi niemal ugięły się pode mną nogi.

    – Pomóż mi, proszę – powiedziałam zdyszana, z trudem łapiąc powietrze.

    Czułam jak coś potwornie kłuje mnie w klatce piersiowej. Ledwo wypowiedziałam te słowa, na plac zabaw dotarł mój prześladowca. Stanął na środku, zaskoczony nową sytuacją. Otrząsnął się jednak szybko, uznając, że nieznajomi nie będą się wtrącać. Przyskoczył do mnie jednym susem. Chwycił za ramię i pociągnął za sobą. Thijs zsunął się z drabinek. Był naprawdę rosły i dobrze zbudowany. Podszedł do nas pewnym krokiem.

    – Puść ją – rozkazał stanowczo.

    – Nie wtrącaj się! To nie twoja sprawa! – odwarknął tamten, ciągle boleśnie ściskając moje ramię.

    – Właśnie, że moja, więc chyba masz pecha – odpowiedział spokojnie Thijs.

    Chwycił chłopaka za rękę, uwalniając mnie z jego uścisku. Jego koledzy wstali. Podeszli do nas niespiesznie. Blondyn stchórzył. Najpierw, cofając się powoli, opuścił plac zabaw, a potem popędził przed siebie przez park. Zadrżałam.

    – Nic ci nie jest? – zapytał łagodnie Thijs.

    – Mi nie – odpowiedziałam, ciągle nie mogąc się uspokoić – ale tylko dlatego, że uciekłam. Za to chcą skrzywdzić moich przyjaciół – powiedziałam błagalnie patrząc na chłopaka Nataly. – Razem z tym jest ich czterech przeciwko im dwóm – dodałam niepewnie.

    Wysoki, szczupły brunet uśmiechnął się zadziornie. 

    – Pomożemy im Thijs? – zapytał z wyraźnie brzmiącą w głosie nadzieją, jakby chciał powiedzieć „nareszcie coś się będzie działo”.

    Reszta mu przytaknęła. Thijs uspakajająco położył mi rękę na ramieniu.

    – Chodź, zaprowadzisz nas tam – powiedział ciągle tym samym spokojnym, łagodnym głosem. – Jak widzisz, moi koledzy są bardzo chętni do pomocy – uśmiechnął się lekko.

    Nie byłam w stanie dłużej biec, ale szłam najszybciej jak mogłam. Thijs zostawił mnie u podnóża pagórka na którym rosły dęby, zabraniając mi się stamtąd ruszać. Stałam tam, niespokojnie czekając na to co stanie się dalej. Jedyne, co mogłam robić, to błagać w duchu, żeby nic złego nie stało się Martinowi i Ericowi. Nawet nie dopuszczałam do siebie myśli o tym, co mogłoby się stać, gdybym go w porę nie spotkała.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Pierwszą osobą, którą zobaczyłam w szarym półmroku, oświetlanym jedynie odległym, dochodzącym z drogi, światłem latarni, był Martin. Zbiegł ze wzgórza, niemal wpadając na mnie. 

    – Nic ci nie jest? – zapytał z niepokojem, przyciągając mnie do siebie i mocno oplatając ramionami.

    Przecząco pokręciłam głową. Tak bardzo się o niego martwiłam! Wtuliłam się w chłopaka, szczęśliwa, że nic mu się nie stało. Chwilę później dołączył do nas Thijs. Prowadził ze sobą krzywiącego się z bólu Erica. Nikt inny się nie pojawił. 

    – Masz samochód? – zwrócił się do brata Martin, nie wypuszczając mnie z objęć. – Trzeba cię zawieść na pogotowie, możliwe, że złamałeś rękę. Jakoś nie bardzo widzę cię w tym stanie na motorze…

    – Stoi przy ulicy – powiedział coraz bardziej blady na twarzy Eric.

    Thijs odprowadził nas do samochodu. 

    – Dacie sobie radę? – zapytał.

    – Tak, zajmę się bratem – powiedział ponuro Martin, biorąc od Erica kluczyki. – Dzięki za pomoc.

    Chłopak Nataly uśmiechnął się kwaśno. 

    – Dajcie znać, jeżeli mielibyście jakieś problemy – powiedział odsuwając się od samochodu.

    Odwróciłam się w jego stronę. 

    – Dziękuję, Thijs – powiedziałam, wiedząc, że w życiu mu się za tą przysługę nie odwdzięczę. – Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym na ciebie nie wpadła – zadrżałam na samą myśl.

    – Nie ma sprawy – odpowiedział uśmiechając się lekko. – Trzymajcie się.

    Wsiedliśmy do samochodu. Usiadłam na tylnym siedzeniu, przy Ericu. Wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Martin zawiózł go do szpitala. Dopiero teraz, kiedy czekaliśmy w wielkim, jasno oświetlonym holu, zobaczyłam jak bardzo brudne i zniszczone, było ubranie chłopaka. Na jego twarzy widniały nieprzyjemne zadrapania. Sam też musiał nieźle oberwać, ale wyraźnie się tym nie przejmował, za to widziałam w jego oczach, jak bardzo martwi się o brata. Chodził niespokojnie w tę i we w tę, podczas gdy ja siedziałam na obitym zielonym materiałem, poczekalnianym krześle.   

    – Martin, opowiedz mi, co się w ogóle stało, kiedy uciekłam… – poprosiłam, mając nadzieję, że może czymś, chociaż na chwilę, zajmę chłopaka.

    Wzruszył ramionami, zatrzymując się naprzeciwko mnie. 

    – Właściwie niewiele – westchnął. – Eric trochę oberwał, a potem Michael i Anton pokłócili się z Tomem. Mój brat jest ich kumplem i chyba nie chcieli go mieć na sumieniu. Potem wrócił Din, na szczęście bez ciebie i niemal pobili się sami między sobą, o to co mają dalej zrobić. W każdym razie zapewne byłoby dużo gorzej, gdyby nie pojawił się ten wielkolud z kolegami – mruknął niechętnie Martin. – Przepraszam, że cię w to wpakowałem. Ciebie i Erica – dodał ponuro.

    – Nie spodziewałam się, że się wtrąci – wyznałam szczerze. – To mi do niego nie pasuje. Pozytywnie mnie zaskoczył.

    Martin usiadł przy mnie. Położyłam dłoń na jego dłoni, oparłam głowę na ramieniu chłopaka. 

    – W końcu to mój brat – powiedział cicho. – Co innego miałby zrobić? Zawsze mogłem na niego liczyć, kiedy naprawdę tego potrzebowałem – mruknął. – Właściwie, to nawet nie jestem pewien czy rzeczywiście mamy tego samego ojca, zważywszy na to jak jego matka lubi się puszczać, ale czy płynie w nas ta sama krew czy nie, tak naprawdę Eric jest chyba jedyną osobą, którą mogę z czystym sumieniem nazwać rodziną. Jest odważniejszy niż wygląda – dodał jeszcze ciszej.

    Uśmiechnęłam się delikatnie. Po tym co dzisiaj zrobił, moja ocena Erica gwałtownie skoczyła w górę. Cieszyłam się, bo mimo, że nie był obiektem moich westchnień, bardzo ciężko mi było nie lubić tego pogodnego i zawsze, w każdej sytuacji uprzejmego chłopaka.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    We trójkę pojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Marty jeszcze nie było. Eric był potłuczony i miał rękę w gipsie, ale poza tym, nic poważniejszego mu się nie stało. Posadziłam ich na kanapie i zaparzyłam herbaty. Potem sama usiadłam, wplatając się pod ramię Martina. Eric zaskoczył mnie i tym razem. Spojrzał na nas dziwnym wzrokiem.

    – Mogłem się tego domyślić – mruknął rozbawiony. – Jakoś mi umknęło. Długo to się ciągnie? – zapytał rzeczowo.

    – Pocałowałem ją po tamtym pierwszym ognisku – przyznał Martin. 

    – Nieźle graliście, przez tak długi czas – westchnął Eric.

    – To ty jesteś mistrzem aktorstwa – roześmiał się Martin. – My niczego nie udawaliśmy, naprawdę się kłóciliśmy – przyznał. – Nie masz nic przeciwko temu, prawda? – spytał lekko zaniepokojony.

    – Jasne, że nie – powiedział Eric – po prostu, gdybym wiedział, nie robiłbym z siebie głupka. 

    – I tak, dalej mam ci za złe takie traktowanie dziewczyn – wtrąciłam się im do rozmowy, patrząc twardo na Erica. – Czemu Marta jest na ciebie taka wściekła? – zapytałam nieco spokojniej.

    Spojrzał na mnie zaskoczony. Westchnął.

    – No tak, to ty byłaś z moim bratem nad morzem? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi. – Obraziła się, bo nie mogłem z nią tego zrobić – powiedział, spuszczając wzrok. – Naprawdę mi na tobie zależało – przyznał niechętnie – a po rozmowie z Martinem, poczułem się jak ostatni dupek – dodał ponuro. Jakoś dziwnie ucieszyła mnie wiadomość, że przynajmniej ze sobą nie spali. – Chociaż, w sumie, czasem on sam nie jest wcale lepszy! Na przykład ta historia z Nataly Danstown… – dodał szczerząc zęby w uśmiechu.

    Spojrzałam pytająco na Martina, czując lekki niepokój. Chłopak skarcił brata wzrokiem. 

    – Nic szczególnego – odpowiedział na moje nieme pytanie. – Zaprosiła mnie na randkę, jakoś na początku semestru. Byłem głupi i się zgodziłem, zamiast odmówić jej tak jak reszcie. Poszliśmy razem do kina. Tyle.

    – Acha – wtrącił się niezrażony Eric – a potem ją kompletnie zignorował. Tak po prostu olał, bez słowa.

    Teraz przynajmniej wiedziałam, czemu Nataly reagowała na niego w tak ostry sposób.

    – Dlaczego? – zapytałam, wiedząc, że Martina, jakkolwiek by się nie zachowywał, to wcale nie bawi igranie z ludzkimi uczuciami.

    – Dziewczyny zaczęły jej dokuczać – mruknął. – Tak jak tobie, na początku, z powodu Erica.

    Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym jak wredne potrafiły być moje koleżanki z klasy. 

    – Dalej jej dokuczają – powiedziałam niechętnie – ale ona sobie jakoś z tym radzi. Teraz, dzięki tym moim urodzinom, które urządził Eric, już znacznie mniej…

    Martin skrzywił się nieznacznie, ale nie skomentował. 

    – Macie dla mnie jeszcze jakieś rewelacje? – spytał Eric. – Nie lubię żyć w niewiedzy – oznajmił.

    – Ja nie – odpowiedziałam mu z wesołym uśmiechem – ale chętnie bym się dowiedziała, dlaczego postanowiliście zepsuć bal. Ten fakt dalej nie daje mi spokoju.

    Eric zaczerwienił się lekko. 

    – To był zwykły dowcip – przyznał niechętnie. – Nudziliśmy się z Antonem… Chcieliśmy, żeby coś się zaczęło dziać.

    Spojrzałam pytająco na Martina.

    – W takim razie co ty masz z tym wspólnego?

    Chłopak wzruszył ramionami.

    – Właściwie to nic – stwierdził ponuro. – Niechcący dowiedziałem się co planują i dlatego tam poszedłem. Nie chciałem, żeby Eric wpakował się w jakieś głupie kłopoty. Przyszedłem za późno, żeby mu to wybić z głowy, ale zdążyłem przynajmniej zadbać o to, żeby wykasować nagranie z kamer. 

    Po każdym mogłabym się takich rzeczy spodziewać, ale z pewnością nie po Ericu! Jeżeli ten chłopak miał takie pomysły, to kolejne dwa lata w liceum imienia świętego Franciszka będą dla mnie prawdziwym wyzwaniem. 

    – Obydwaj jesteście psychopatami! – stwierdziłam, zagłębiając się w kanapę. 

    Zasłoniłam twarz dłońmi, tłumiąc niepohamowany wybuch śmiechu.

    – Nic ci nie jest? – spytał zaniepokojony Martin, zabierając moje ręce od twarzy. – Wariatka – mruknął, kiedy zobaczył, że się śmieję.

    – Przepraszam – powiedziałam, nie potrafiąc przestać się śmiać – cały czas myślałam, że to twoja sprawka i że towarzyszył temu jakiś wyższy, nieznany mi cel! Nigdy nie wpadłabym na to, że Ericowi „się nudziło”.

    – Dzięki, cieszę się, że masz o mnie dobre zdanie – westchnął cierpiętniczo Martin.

    – Właściwie czemu mnie tam zaprosiłeś skoro planowałeś tego typu zabawę? – zapytałam ciekawa jego odpowiedzi.

    – Przecież nie chcieliśmy zepsuć całego balu – naburmuszył się lekko obrażony chłopak.

    Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej, ponieważ drzwi wejściowe się otworzyły. Zamilkliśmy. Nasze spojrzenia odruchowo powędrowały w tamtą stronę.

    – Rozgość się – usłyszałam, dochodzący z korytarza, znajomy głos Marty.

    Do pokoju wszedł Jonathan, jeden z moich kolegów z klasy, który również był na mojej imprezie urodzinowej. Najwyraźniej Marta nie próżnowała. Chłopak stanął jak wryty, patrząc na nas zaskoczony.

    – Cześć – przywitał go wesoło Eric, nie wstając z kanapy.

    Na dźwięk jego głosu Marta wyjrzała zza pleców Jonathana Wyglądała nie tylko na zdziwioną, ale także i zmieszaną.

    – Co wy tu robicie? – spytała głupio.

    – Ja tu mieszkam – odpyskowałam przyjaciółce, która coraz bardziej zaczynała mnie irytować – a to są moi goście. Hej Jonathan – dodałam, żeby nie wyjść na totalną zołzę. – Miło cię widzieć.

    Chłopak z lekko zawiedzioną miną usiadł przy nas na kanapie. Najwyraźniej liczył na coś zupełnie innego, a ja wolałam sobie nie wyobrażać co to mogło być. 

    – Co ci się stało w rękę? – zaciekawiony zapytał Erica. 

    – Biłem się – odpowiedział z dumą chłopak.

    Westchnęłam. Myliłam się co do Erica. On także był nie do zniesienia. Podczas gdy chłopacy wdali się w ożywioną dyskusję, podeszła do mnie Marta. Przeprosiła i niemal siłą zabrała mnie do swojego pokoju.

    – Czemu go tu zaprosiłaś?! – spytała oskarżycielsko. 

    – Raczej ty mi wytłumacz co tu robi Jonathan – odpowiedziałam ponuro. – Myślałam, że to Eric ci się podoba.

    – No tak… – zmieszała się Marta – ale ja go niespecjalnie obchodzę. 

    – Dlatego postanowiłaś umawiać się z moimi kolegami z klasy? – zapytałam. – Ułożyłaś sobie jakąś listę? 

    – Potem miał być Anton – przyznała niechętnie dziewczyna, a ja zdumiona wytrzeszczyłam na nią oczy.

    Chciałam jej tylko dogryźć. Nigdy nie podejrzewałabym, że to co mówię, okaże się prawdą.

    – Ale dlaczego? – spytałam zaskoczona.

    – Żeby Eric był zazdrosny – mruknęła spuszczając wzrok.

    – Jesteś głupia! – warknęłam na nią. – Nie możesz się tak zachowywać! Zresztą, skoro masz tu Erica, to może wyjaśnijcie sobie parę spraw? – zasugerowałam spokojnie.

    Marta wzruszyła ramionami.

    – Niech ci będzie – westchnęła i razem wróciłyśmy do pokoju.  

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    W końcu wyszło na to, że zarówno Eric jak i Martin zostali u nas na noc. Tylko Jonathan pożegnał się, zniechęcony całą sytuacją i ignorowaniem go przez Martę. Poniedziałkowy ranek okazał się być pochmurny i ponury. Przynajmniej nie padało. To jednak i tak nie miało znaczenia, ponieważ wszystko we mnie śpiewało, tylko dlatego, że tego właśnie ranka, obudziłam się w ramionach Martina. To miał być piękny dzień, również dlatego, że mieliśmy już dłużej naszych uczuć nie ukrywać przed resztą świata. Bolało mnie tylko to, że Martin wcale nie wyglądał na zachwyconego z tego powodu. Wyszliśmy przed dom. Usiadłam za chłopakiem, na wiśniowym motorze. Odwrócił się w moją stronę. Spojrzał mi poważnie w oczy.

    – Posłuchaj kociaku, jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał. – Ja w tym roku kończę tą szkołę i idę do college, ty będziesz się tam uczyła przez kolejne dwa lata…

    – Nie zaczynaj znowu! – warknęłam na niego. – Mam to gdzieś i doskonale o tym wiesz!

    Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam lekki uśmiech na jego twarzy. Nie powiedział już nic więcej, tylko po prostu ruszył. Tym razem wjechaliśmy na teren szkoły. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed frontową bramą. Kiedy Martin zdjął kask, wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku. Zawahałam się. Teraz już wcale nie byłam pewna, czy to taki dobry pomysł. Nienawidziłam być w centrum uwagi, ale kiedy spojrzałam w jego roziskrzone, niebieskie oczy, wszystkie wątpliwości pękły, jak bańka mydlana. Zdjęłam kask, chłopak objął mnie ramieniem i odprowadzani morzem spojrzeń oraz gorliwymi szeptami, razem weszliśmy do budynku szkoły.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Widziałam, że dziewczyny z mojej klasy aż nosi, kiedy zobaczyły jak Martin odprowadza mnie pod samą salę lekcyjną. Został ze mną aż do dzwonka. Mimo nieskrywanej ciekawości, żadna z koleżanek nie ośmieliła się do nas podejść. Antona ani Michaela nie było w szkole, Eric także się nie pojawił, ale w tym wypadku, przynajmniej wiedziałam dlaczego. Nataly spóźniona wbiegła do klasy, zajmując wolną ławkę obok mojej. No cóż, przynajmniej ona nie będzie wypytywała mnie o Martina, to znaczy, jeszcze nie będzie. Już na samym początku lekcji, zaczęły sypać się karteczki. Zalewało mnie dosłownie ich morze. Nataly przyglądała się temu zdumiona, a ja tylko wzruszyłam ramionami, wcale się z tego nie ciesząc. „Martin?!” brzmiały zdumione napisy „Co? Kiedy? Gdzie? Jak? Opowiadaj natychmiast!”. Trwało to przez całą lekcję, a ja zbywałam wszystkie dziewczyny odpisując, że porozmawiamy na przerwie.

    Kiedy tylko opuściliśmy klasę, otoczyło mnie morze zaciekawionych twarzy. Nawet Nataly znalazła się w tym zbiegowisku. Pytania sypały się jedno po drugim, a każde kolejne głupsze i bardziej namolne.

    – Hej! Hej! Może wreszcie dacie jej coś powiedzieć? – uspokoiła dziewczyny Kate, a ja poczułam do niej prawdziwą wdzięczność.

    Koleżanki spojrzały na mnie wyczekująco.

    – Tak, przyjechałam z Martinem do szkoły – bąknęłam niechętnie. – I tak, chyba jesteśmy razem – dodałam nagle tracąc całą pewność siebie – a Erica nie ma w szkole, ponieważ złamał rękę – odpowiedziałam, na jedno z sensowniejszych pytań.

    Widziałam, zaskoczone, niechętne spojrzenia dziewczyn, ale potem Kate, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczęła mi gratulować. To przełamało lodową barierę. Posypały się gratulacje. W korytarzu rozbrzmiewały śmiechy. Angela stwierdziła, że to iż chodzę z Martinem, oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że Eric jest wolny, a wtedy w ogóle już rozluźniła się atmosfera. Poszukałam wzrokiem Nataly. Mojej przyjaciółki nigdzie nie było. Chciałam jej poszukać, ale koleżanki mi na to nie pozwoliły. Życzyły sobie całej mojej uwagi. Z całego zamieszania uratował mnie dopiero Martin. Tyle czasu z nim spędziłam, że zupełnie zapomniałam o jego szkolnej opinii mrocznego księcia. Kiedy pojawił się w korytarzu, ludzie dosłownie rozstępowali się na boki, a on po prostu, patrząc prosto przed siebie, szedł samym środkiem. Od razu podszedł bezpośrednio do mnie, ignorując otaczające mnie dziewczyny. One także się odsunęły, zawczasu robiąc mu przejście.

    – Żyjesz? – zapytał cicho, podchodząc do mnie bliżej. Skinęłam głową. Uśmiechnęłam się do niego niepewnie. Nie tego się spodziewałam. – Chodź – powiedział, biorąc mnie za rękę, a ja, odprowadzana zazdrosnymi spojrzeniami koleżanek, posłusznie poszłam za nim. 

    Zaprowadził mnie na pustą klatkę schodową. Usiedliśmy na szerokim parapecie wychodzącego na dziedziniec szkoły okna.

    – Jesteś straszny! – oznajmiłam.

    – Dlaczego? – spytał zaskoczony.

    – Ludzie przed tobą uciekają – mruknęłam.

    Roześmiał się.

    – Ty też planujesz?

    – Nie – westchnęłam – ja chcę z tobą zostać.

    Moich uszu dobiegło stłumiona sapnięcie. Rozejrzałam się dookoła. Na dole, pod schodami siedziała Nataly. Nie zauważyłam jej wcześniej. Martin najwyraźniej też nie. Po jej rumianych policzkach spływały łzy.

    – Co tu robisz? – zapytałam podchodząc i kucając przy niej.

    – Zostaw mnie – poprosiła cichym, stłumionym głosem.

    – Coś się stało? – spytał Martin, stając nad nami.

    Nataly przecząco pokręciła głową.

    – Idźcie już – poprosiła.

    – Nie ma mowy, dopóki nie powiesz o co chodzi! – oznajmiłam.

    Dziewczyna westchnęła. Usiadłam przy niej, żeby pokazać, że nigdzie sobie nie idę. Zdziwiłam się, kiedy Martin też przy nas usiadł.

    – Doskonale – stwierdziła pełnym napięcia tonem. – Chcecie wiedzieć? I tak już mi wszystko jedno! Z moją, podobno, przyjaciółką umawia się chłopak, którym całą sobą gardzę, bo postanowił zabawić się moim kosztem – tu wymownie spojrzała na Martina. – Ciekawe czy jej zrobisz to samo? – zapytała ponuro. – Marika zasługuje na kogoś lepszego niż ty! – oznajmiła. – Poza tym, żeby dzień był jeszcze lepszy, mój chłopak został aresztowany pod zarzutem pobicia – dodała wtulając twarz w dłonie. 

    Oczy Martina pociemniały. Gwałtownie wstał. 

    – Dokąd idziesz? – zapytałam, mając nadzieję, że jednak wyjaśni i chociaż odrobinę przeprosi Nataly.

    – Tam gdzie powinienem pójść na samym początku – mruknął zupełnie zrezygnowany. – Do dyrektora. Myślałem, że to sprawa między nami, ale skoro oni grają w ten sposób, to nie widzę powodu, żeby ich kryć – oznajmił. – Poza tym Nataly – zwrócił się do mojej przyjaciółki, która usłyszawszy swoje imię podniosła na niego wzrok – naprawdę cię lubię, jesteś fajną dziewczyną, ale Marikę kocham, a to zdecydowanie nie to samo. 

    Potem po prostu odwrócił się i odszedł, a ja po raz niewiadomo który wpatrywałam się w jego znikające plecy.

    – Gdyby nie twój chłopak, Nataly – zwróciłam się do dziewczyny – to by mnie wczoraj, w parku jakiś typ zwyczajnie zgwałcił. Co do Martina – kontynuowałam, korzystając z faktu, że patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczami – to zaczął cię ignorować, kiedy zorientował się, że z jego powodu dokuczają ci dziewczyny z klasy. Koniec historii.

    – O Boże! – westchnęła dziewczyna – a ja dzisiaj rano tak nawrzucałam Thijsowi, kiedy do mnie zadzwonił! Idiotka ze mnie! Powinnam mu bardziej ufać – końcówka zdania rozpłynęła się we łzach.

    Objęłam ramieniem barki Nataly. 

    – Nie martw się – uśmiechnęłam się do niej pogodnie – jakoś to wszystko wyjaśnimy, a teraz umyjesz buzię zimną wodą, a potem wrócimy na zajęcia.

    Note