Rozdział 6 – Włoskie lato bez planu
by VickyJestem przeszczęśliwa, gdy za pierwszym razem udaje mi się zdać egzamin prawa jazdy na skuter i za namową Lucy zapisuję się również na patent żeglarski. Mina jednak nieco mi rzednie, gdy jednym z instruktorów okazuje się Matteo, powód rozstania się Lucy z dziewczyną. Mam jednak nadzieję, że mnie nie pamięta i postanawiam go w miarę możliwości ignorować. Nasza grupa liczy sobie dwanaście osób, więc mam wrażenie, że nie powinno to być trudne, ale on niestety ma wobec mnie inne plany. Gdy tylko kończy się część teoretyczna, natychmiast wybiera mnie do swojej grupy. W ten sposób trafiam na jeden jacht z nim, starszym małżeństwem, które najwyraźniej postanowiło zrobić patent podczas wakacji i trójką rozchichotanych studentek, które robią do niego maślane oczy. Nie tak to sobie wyobrażałam.
Jacht na który wsiadamy jest znacznie mniejszy od tego, który ma ojciec Lucy, a jednak na tyle duży, że wciąż można go uznać za morską jednostkę. Matteo pokazuje nam rzeczy, których już wcześniej nauczył mnie mój przyszły przyrodni brat, więc mam wystarczająco dużo czasu, by zacząć powoli się irytować zarówno tym, jak wiele uwagi poświęca mi chłopak podczas praktycznych czynności, jak i tym, jak bardzo starają mu się przypodobać pozostałe dziewczyny. Nic dziwnego, że ten dupek ma tak wybujałe ego.
Pech chciał, że kiedy po dwóch bardzo męczących godzinach ponownie przybijamy do brzegu, zacina się klamra w mojej kamizelce ratunkowej, a ja nie mogę uciec tak szybko, jak bym tego pragnęła. Na domiar złego Matteo to zauważa i z uroczym uśmiechem oferuje mi pomoc, a ja nie mogę odmówić, bo zostaliśmy sami na przycumowanej w porcie łodzi.
– Znowu na siebie trafiliśmy, Nikole – odzywa się uradowany. – Nie uważasz, że to przeznaczenie i powinnaś przyjąć moje zaproszenie na kawę? – pyta.
– Nie, dziękuję – odpowiadam siląc się na uprzejmy ton.
Oddycham z ulgą, gdy wreszcie udaje mi się wyswobodzić z białej kamizelki ratunkowej, którą odkładam na miejsce.
– Daj spokój, to tylko niezobowiązująca kawa – namawia dalej, kiedy opuszczamy jacht.
– To może zaproś którąś z nich? – sugeruję wskazując dziewczyny, które z nami płynęły.
Teraz stoją przed budynkiem jacht klubu i przyglądają się nam bez skrępowania. Sprawiają wrażenie, jakby czekały tam specjalnie na niego. Zauważam, że Matteo krzywi się nieznacznie, ale na jego twarz szybko powraca arogancki uśmiech.
– Żadna z nich nie dorasta ci do pięt – stwierdza bez skrępowania, a ja mimowolnie się rumienię.
Nie mam pojęcia co mu na to odpowiedzieć i zastanawiam się, czy da mi spokój, jeżeli faktycznie pójdę z nim na kawę. Zdaję sobie sprawę, że powoli zaczynam mięknąć, ale wtedy ratuje mnie widok znajomej, zbliżającej się do nas postaci.
– To może Paolę? – proponuję, wskazując głową w kierunku nadchodzącej dziewczyny.
Matteo siarczyście przeklina, a ja życzę mu w duchu, żeby zaczął się z nią umawiać. Są siebie warci. Brunetka zatrzymuje się tuż przed nami i patrzy na mnie wrogo. Cieszę się, że tym razem nie ma przy sobie żadnego napoju, którym mogłaby mnie oblać.
– No to narazie – rzucam z udawaną wesołością i szybkim krokiem ruszam na parking, na którym zostawiłam swój nowy skuter.
Chcę jak najszybciej znaleźć się w domu, unikając po drodze jakichkolwiek awantur.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Uwielbiam pływać jachtem, ale tego dnia Luca nie może mi towarzyszyć, bo jego dzieciaki grają gościnny mecz w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów miasteczku. Zdaję sobie sprawę, że bez niego okropnie się nudzę. Postanawiam wypłynąć jachtem z portu i poopalać się na jego pokładzie. Nie jestem na tyle głupia, żeby wypływać nim w morze, ale wyprowadzanie łodzi z portu opanowałam już do perfekcji, szczególnie, że woda tego dnia jest naprawdę spokojna i nie widać na niej nawet pojedynczej fali. Związuję długie, jasne włosy w byle jaki kok, rozkładam na dziobie karimatę i kładę się na niej z książką w dłoni.
Jestem już niemal w połowie lektury, gdy moją uwagę przykuwa hałas motorowego silnika. Ktoś zbliża się do mnie z dużą prędkością. Zrywam się na nogi. Zaskoczona przyglądam się, jak ciemnowłosy chłopak podpływa do mnie skuterem wodnym. Natychmiast go rozpoznaję. Sprawnie przycumowuje skuter do jachtu i nieproszony wchodzi na pokład.
– Zwariowałaś?! – warczy na mnie wkurzony.
– O co ci chodzi? – pytam nie rozumiejąc.
W mgnieniu oka zrywa się silny, porywisty wiatr. Do tej pory spokojna woda robi się niemal biała. Fale uderzają o burty z coraz większą prędkością. Słońce chowa się nie tyle za chmurami, co za najprawdziwszą w świecie mgłą.
– Nie widziałaś przeklętych lamp w porcie?!
Matteo z wprawą porusza się po jachcie. Ustawia go na nawietrzną, tak, by jacht przyjął pozycję prostopadłą do fal. Ster wykłada na zawietrzną i mocuje. Podaje mi kamizelkę ratunkową. Wkładam ją odrobinę przestraszona i zaskoczona nagłą zmianą pogody.
– Przecież było słonecznie – usprawiedliwiam się, nie mając pojęcia, o jakie lampy mu chodzi.
– Czy ty do diabła spałaś na zajęciach? – pyta zirytowany, przekrzykując porywisty wiatr.
Rumienię się na myśl, że podczas kursu po prostu starałam się go unikać, przez co zapewne mogło mi umknąć trochę teorii. Fale są już tak silne, że muszę się czegoś przytrzymać, żeby nie wpaść do morza. Chłopak staje tuż przy mnie, osłaniając mnie sobą od wody i wiatru. Zamykam oczy, gdy kaskada wody zalewa cały pokład, włącznie z nami. Jestem oszołomiona i nie mam pojęcia, jak się zachować. Matteo jest jednak oazą spokoju, a ja nie panikuję tylko dzięki jego obecności.
Po dwudziestu minutach wszystko nagle cichnie. Słońce znów świeci na niebie, a morze jest zupełnie spokojne. Co do cholery?! W oddali widzimy wywrócony do góry nogami jacht.
– Poradzisz już sobie sama? – pyta spokojnie chłopak, a gdy kiwam mu głową, wsiada na skuter i płynie w tamtym kierunku, by sprawdzić, czy pasażerowie zatopionej łodzi nie potrzebują jego pomocy.
Czuję, jak uginają się pode mną nogi. Są jak z galarety. Siadam na pokładzie i biorę kilka głębokich oddechów. Potem zbieram się na odwagę i wracam do portu. Nigdy, przenigdy nie zamierzam już wypływać sama. Niezależnie od tego, jak bardzo by mi się nie nudziło.