Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Martin zadzwonił do mnie, mówiąc, że on i Eric będą na mnie czekali pod szkołą w samochodzie. Okazało się, że to nie Michael i Anton, a Tom i Din zgłosili na policję pobicie, przez co Thijs wylądował w areszcie. Umówiłam się z Nataly pod szkołą, ponieważ jako ostatnie zajęcia, miałam WF, na który ona nie chodziła. Z basenu wyrwałam się jako pierwsza, marząc tylko o tym, żeby jak najszybciej wyjaśnić sprawę z Thijsem i przytulić się do Martina. Biegnąc do szatni, jak idiotka pośliznęłam się na mokrych kafelkach, wpadając komuś pod nogi. Kiedy podniosłam wzrok, ze strachu zaschło mi w gardle. To był Tom, miłośnik Polek i mój największy prześladowca. Uśmiechnął się na mój widok. Szybkim ruchem zatkał mi usta dłonią i pociągnął w stronę męskiej przebieralni. Dopiero tam mnie puścił.

    – Co za miła niespodzianka – oznajmił uradowany, pożerając mnie wzrokiem. 

    Pod jego spojrzeniem, czułam się niemal naga, jedynie w granatowym, ociekającym wodą, kostiumie kąpielowym. Próbowałam wyminąć go i dotrzeć do drzwi. Brutalnie chwycił mnie za nadgarstek. Wykręcił mi rękę.

    – Puść mnie! – krzyknęłam rozpaczliwie.

    – Jeszcze czego – roześmiał się chłopak – tym razem się zabawimy.

    Popchnął mnie na stojące pod ścianą, drewniane szafki. Jedną ręką przytrzymał mi nadgarstki, podczas, gdy drugą zaczął błądzić po moim wilgotnym ciele. Szarpnęłam się. Kopnęłam go kolanem w krocze. Syknął z bólu, a potem warknął na mnie, nie zelżywszy jednak ani na chwilę uścisku. 

    – Pożałujesz tego – powiedział mściwie. 

    Poczułam, jak przesuwa rękę z mojego brzucha, na biust. Znów spróbowałam się wyrwać. Na próżno. Sparaliżował mnie strach. W otwartych drzwiach zobaczyłam szczupłą sylwetkę Antona. Więc jednak przyszedł do szkoły… Był blady na twarzy. Miał podbite oko, ślad po wczorajszej bójce. Spojrzałam na niego błagalnie, mimo, że jego także się bałam. Chłopak wszedł do środka.

    – Tom, zastanów się co robisz – zaczął łagodnie.

    Był znacznie wątlejszej budowy, od napastującego mnie blondyna, wyglądał też na mocno przestraszonego. 

    – Nie twoja sprawa – odwarknął trzymający mnie chłopak. – Im szybciej się stąd zmyjesz, tym lepiej dla ciebie – dodał. 

    – Daj jej spokój – poprosił niepewnie Anton – to nasza koleżanka z klasy…

    – W każdym razie nie moja – odparł blondyn, mocno zirytowanym głosem. 

    Na siłę, brutalnym gestem, opuścił moje ręce wzdłuż tułowia i mimo, że broniłam się jak tylko mogłam, zaczął zsuwać ramiączka od kostiumu. Anton podszedł do nas. Spróbował go ode mnie odsunąć. Tom przyłożył mu z całej siły pięścią w nos.

    – Nie wtrącaj się! – warknął gniewnie. – Uprzedzałem!

    Anton wstał. Tym razem po prostu rzucił się na blondyna. Tom, żeby się obronić, musiał mnie puścić. Odskoczyłam pod ścianę. Bijący się chłopacy zablokowali mi drogę do drzwi. Stałam tam skulona, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Czułam narastający, dławiący w gardle strach. Pewność miałam tylko co do jednego – to nie Anton wygra bójkę. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a ja stałam tam, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Marzyłam o tym, żeby być zupełnie gdzieindziej, ale niestety, byłam tutaj, w męskiej przebieralni i nie mogłam wyrzucić z ponurej wizji swojej najbliższej przyszłości, macających mnie, twardych dłoni Toma. Z nosa Antona leciała krew. Blondyn siedział na nim, w furii okładając go pięściami. Decyzją chwili rzuciłam się ku drzwiom. Zanim jednak Tom zdążył zareagować, wpadłam na czyjąś, blokującą drzwi postać. To był Michael. Z pobladłą twarzą wpatrywał się w leżącego na podłodze, w kałuży krwi, przyjaciela. Zaraz za nim pojawił się mężczyzna w średnim wieku, odziany w elegancki, prążkowany garnitur. Znałam go, przynajmniej z widzenia. To był nasz dyrektor. Wszedł do środka, ponurym spojrzeniem obrzucając patrzącego niedowierzająco Toma. Michael, bez słowa, otulił mnie swoją rozpinaną bluzą.

    – Sandrow – powiedział zwracając się do Michaela – zaprowadź pannę Merrowing do pielęgniarki, później wszyscy macie się stawić w moim gabinecie – uciął krótko, wyjmując z kieszeni komórkowy telefon i od razu wybierając numer. 

    Ostatni raz spojrzałam na, z trudem siadającego Antona. Razem z Michaelem wyszliśmy na korytarz. Chłopak w milczeniu szedł u mojego boku. Zatrzymałam się przed wejściem do damskiej przebieralni.

    – Spotkamy się u dyrektora – oznajmiłam tylko.

    – Ale miałem cię zaprowadzić do pielęgniarki! – zaprotestował chłopak, ja jednak zdążyłam już zniknąć za drzwiami damskiej szatni.

    Ubrałam się jak najszybciej potrafiłam. Drżącymi dłońmi wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer Nataly i w kilku, uogólniających słowach, nakreśliłam przyjaciółce nowa sytuację. Później głęboko zaczerpnęłam powietrza, zwinęłam bluzę Michaela do torby i wyszłam na korytarz by udać się prosto do gabinetu dyrekcji.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    W pokoju zebrał się spory tłumek. Było tu kilku nauczycieli, ochrona, pani wicedyrektor, a także Nataly, Martin i nawet Eric. Na krześle pod ścianą siedział także Michael. Natychmiast do nich podeszłam. Patrzyli na mnie zaniepokojonymi spojrzeniami.

    – Nic mi nie jest – wyszeptałam cicho, siadając na kanapie, tak blisko Martina, żeby nasze dłonie mogły się zetknąć. 

    To właśnie jego teraz najbardziej potrzebowałam. Chwilę później zjawił się dyrektor. Prowadził ze sobą Toma i nieco zakrwawionego, trzymającego przy nosie jakiś opatrunek, Antona. Zaraz po ich wejściu, nauczyciel WFu, przyprowadził Dina. Wyglądało na to, że poza dodatkiem w postaci niczemu niewinnej Nataly, byliśmy w komplecie.

    – Panie Kent, Sandrow, panowie Troy, zarzuty wysunięte przeciwko wam są dosyć poważne, a po dzisiejszym – odchrząknął – incydencie, nie mam wątpliwości, że również prawdziwe. 

    Panowie Troy? Więc Tom i Din byli rodzeństwem. Zadrżałam. No tak, mogłam się tego sama domyślić… Martin zacisnął mocniej dłoń na mojej dłoni. Uśmiechnęłam się do niego blado. 

    – Będziecie państwo wzywani pojedynczo, żebyście mogli przedstawić swoją wersję wydarzeń – oznajmiła stanowczo pani wicedyrektor, a potem wraz z dyrektorem i jednym z ochroniarzy, zamknęli się w gabinecie.

    Reszta osób została z nami. Wzywani byli wszyscy po kolei, trwało to ponad godzinę. Mnie dyrektor poprosił na samym końcu. Martin również wstał. 

    – Czego pan nie zrozumiał, panie Corvidae, w słowie pojedynczo? – zapytała chłodno jedna z nauczycielek.

     – Chyba pani nie myśli, że zostawię ją samą? – odpowiedział pytaniem na pytanie chłopak.

    Jego spojrzenie było lodowato zimne. Wyglądająca przez drzwi pani wicedyrektor skinęła głową.

    – Dobrze, niech wejdą obydwoje – zgodziła się łaskawie.

    Kiedy weszliśmy do gabinetu, Martin przysunął sobie dodatkowe krzesło i obydwoje usiedliśmy przed biurkiem, wyglądającego na mocno zmartwionego dyrektora. Siwe pasma w jego włosach, wyraźnie świadczyły o tym, jak trudna może być współpraca z młodzieżą. 

    – Pani Merrowin, proszę opowiedzieć co się dzisiaj stało – powiedział siląc się na spokojny ton.

    – Zaczepiał mnie chłopak, który z tego co się dowiedziałam, ma na imię Tom. Robił to już wcześniej – odpowiedziałam krótko.

    Dyrektor skinął głową.

    – Wiele skarg już wpływało na rodzeństwo Troy – oznajmił. – Za pobicie i próbę gwałtu, Tom zostanie wydalony ze szkoły w trybie natychmiastowym. Niedługo zjawią się tu wasi rodzice. Co może mi pani powiedzieć o panu Dinie, Michaelu i Antonie? Podobno są odpowiedzialni za złamanie ręki panu Devree i wielokrotnie grozili panu Corvidae. Oni też są na najlepszej drodze do tego, żebym wydalił ich ze szkoły.

    Zawahałam się. W końcu to właśnie Anton obronił mnie przed Tomem, a Michael zapewne w tym czasie poleciał po dyrektora.

    – To niezupełnie tak – odpowiedziałam patrząc prosto na mężczyznę. – To znaczy, z tego co wiem, wszyscy oni nie przepadają za Martinem, ale Anton i Michael nie brali w niczym czynnego udziału – skłamałam. –  Raczej próbowali załagodzić sytuację. To dwaj pozostali są sprawcami bójek. 

    Wpatrujące się we mnie, niebieskie oczy Martina, znów stały się lodowato zimne. Poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku.

    – Czy to prawda panie Corvidae? – zapytał mężczyzna.

    Chłopak przez chwilę milczał, a potem potwierdził skinieniem głowy.

    – Tak, panie dyrektorze – odpowiedział niechętnie.

    – W takim razie, to by zgadzało się z zeznaniami pana Erica Devree – oznajmił. – Doskonale, więc mamy jasną sytuację. Rodzeństwo Troy zostanie wydalone ze szkoły w trybie natychmiastowym, a panowie Sandrow i Kent będą na dwa tygodnie zawieszeni w prawach ucznia, a potem czekają ich prace społeczne.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy wychodziliśmy z gabinetu, w dalszym ciągu czułam bijący od Martina chłód. W salonie już czekał mój wuj. Była także Helena. 

    – W co znowu wpakowałeś mojego biednego Erica? – warknęła wściekle na pasierba, kiedy niechętnie podszedł do niej. – Jak zwykle same z tobą kłopoty!

    Martin odpowiedział milczeniem, a we mnie aż coś się zagotowało. Duncan położył mi rękę na ramieniu.

    – Wszystko w porządku? – zapytał z prawdziwym niepokojem w oczach.

    Skinęłam głową. Wiedziałam, że ja i mój wuj możemy zostać prawdziwymi przyjaciółmi. Jak na dorosłego był całkiem w porządku. Dyrektor ogłosił swój werdykt. Rodzice Toma i Dina zaczęli gwałtownie protestować, matki Antona i Michaela, wyraźnie odetchnęły z ulgą, sami chłopacy natomiast wyglądali na mocno zdziwionych. Kiedy wychodziliśmy, podeszłam do przyjmującego od matki burę Antona. Kobieta spojrzała na mnie pytająco, chłopak spuszczał wzrok.  

    – Ja chciałam tylko podziękować – oznajmiłam cicho. – Zachowałeś się bardzo w porządku, Anton. Dziękuję, że mnie przed nim obroniłeś.

    Chłopak uśmiechnął się lekko, niepewnie. Jego matka chyba dopiero teraz uwierzyła w niewinność swojego syna. Wyglądała na bardzo zaskoczoną.

    – Spoko – bąknął zmieszany chłopak.

    Później podeszłam do Michaela. Lubiłam mieć jasne sytuacje. 

    – Dziękuję za bluzę – powiedziałam wyjmując ją z torby i podając chłopakowi – i za powiadomienie dyrektora… – dodałam mniej pewnie.

    – To dzięki tobie nie wylecieliśmy ze szkoły, prawda? – zapytał.

    – Nie tylko – oznajmiłam z lekkim uśmiechem. – Eric zeznawał to samo co ja, a Martin potwierdził nasze zeznania. Zostawicie go już w spokoju? – zapytałam mniej pewnie.

    – Masz to jak w banku – wzdrygnął się chłopak. – wystarczy nam już kłopotów. 

    Uśmiechnęłam się do niego lekko. 

    – Więc do zobaczenia za dwa tygodnie.

    – Na razie – odwzajemnił mój uśmiech Michael.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Razem z Nataly, Duncanem, Ericem i Heleną, wyszliśmy przed budynek szkoły. Martina nigdzie nie było. Bez niego pojechaliśmy na komisariat. Wuj wpłacił kaucję, a my złożyliśmy zgodne zeznania w sprawie Thijsa. Troyowie wycofali zarzuty. Sprawa rozeszła się po kościach. Helena zaprosiła nas do siebie. Tym razem Duncan, widząc moją zaniepokojoną minę, bez słowa protestu przyjął jej zaproszenie. Byłam pewna, ze odgadł, o kogo się tak bardzo martwię.

    – Mój biedny Eric! – powiedziała kobieta, kiedy usiedliśmy w eleganckim salonie. – Twój niesforny brat zawsze musi wpakować cię w jakieś tarapaty! Od zawsze tak było.

    Widziałam jak Eric na przemian to blednie, to purpurowieje na twarzy, ale Helena najwyraźniej tego nie zauważyła, bo tylko kontynuowała swój wywód o niesforności Martina. W końcu chłopak nie wytrzymał.

    – Nie masz racji! – wykrzyknął twardo, zrywając się z kanapy. – Mój brat jest bohaterem! I to zawsze on wyciągał mnie z tarapatów! Te wszystkie dowcipy, to co się działo, to zawsze były moje pomysły! – wyrzucał z siebie wszystko to, co tłamsił w środku przez lata. – Nigdy jego! Nie jestem twoim aniołkiem, mamo, po prostu potrafię dobrze grać! Zresztą uczyłem się od mistrzyni! – rzucił jej w twarz, a potem wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. 

    Helena wpatrywała się niedowierzająco w miejsce, w którym przed chwilą jeszcze stał chłopak. Potem opadła na kanapę, chwytając leżący na eleganckim stoliku wachlarz. Rozłożyła go i z uporem lepszej sprawy, zaczęła wachlować pobladłą twarz. 

    – Przepraszam – bąknęłam w stronę wuja, a potem opuściłam pokój w ślad za Ericem. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wchodząc do pokoju na drugim piętrze, zobaczyłam otwarte drzwi od sypialni. Na łóżku Martina leżała rozpięta, sportowa torba podróżna. Chłopak nieskładnie wrzucał do niej rzeczy. Kiedy weszłam obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem, nie przerywając swojej pracy.  

    – Co robisz? – zapytałam marszcząc brwi.

    – Wyjeżdżam – oznajmił.

    – Dlaczego? – spytałam przestraszona, że go stracę.

    – Mam tego wszystkiego dość – powiedział ponuro.

    – Mnie masz dość?

    – Między innymi.

    W oczach stanęły mi łzy. Więc tak to się skończy? Usiadłam na jego łóżku.

    – Kocham cię – powiedziałam wpatrując się we własne kolana. – Proszę cię, zostań ze mną.

    Chłopak prychnął.

    – Nie rozumiesz – powiedział chłodno. – Nie mam nikogo, jestem sam, na nikogo nie mogę liczyć, na nikim nie mogę polegać. Mojego ojca wiecznie nie ma, na temat Heleny, nie będę się wypowiadał, Eric dba tylko o własne sprawy, a dzisiaj zawiodłem się również na tobie. Nie mam tu czego dłużej szukać, chcę się stąd po prostu wyrwać. Ten dom mnie zabija.

    Spojrzałam na niego mokrymi od łez oczami.

    – Martin, jesteś głupkiem! – krzyknęłam na niego. – Nie znam twojego ojca, a Helena jest jaka jest, ale twój brat postawił się jej, nazywając cię dzisiaj bohaterem. Nie pozwolił jej złego słowa na ciebie powiedzieć! – chłopak zamarł z czarnym t-shirtem w ręku, patrzył na mnie niedowierzająco. – Jeżeli chodzi o mnie, to Anton dzisiaj obronił mnie przed Tomem, a Michael powiadomił o wszystkim dyrektora. Jak mogłabym w tej sytuacji na nich naskarżyć?

    – Co do mieszkania w domu – wtrącił się wuj Duncan, który niezauważony przez nas, jak zwykle zbyt pochłoniętych swoimi osobami, wśliznął się w międzyczasie do środka – to może mógłbyś wytrzymać jeszcze ten miesiąc? – zapytał. – Na wakacje zapraszam cię do siebie do Walii, dawno cię u nas nie było – dodał z ponurym uśmiechem. – Sądzę, że Marika bardzo by się ucieszyła… Później też nic cię tu nie trzyma – kontynuował spokojnie. – Z tego co pamiętam, chciałeś iść do college w Aber, prawda? Masz dość dobre oceny, żeby dostać stypendium, nie potrzebujesz pieniędzy ojca… Jeżeli będziesz chciał, to pewnie dasz sobie jakoś radę sam. Co ty na to? Przyjmiesz moje zaproszenie? – zapytał na koniec.

    Martin niechętnie odłożył koszulkę. Spojrzał na mężczyznę z dziwnym wyrazem twarzy.

    – Muszę to przemyśleć – powiedział cicho. 

    Duncan skinął głową.

    – Zostawię was samych – powiedział z lekkim, łobuzerskim uśmieszkiem, który rozświetlił jego srogą twarz. – Czekam na ciebie na dole, Mariko. Tylko nie siedź za długo.

    Mrugnął do mnie, a potem wyszedł z pokoju. Martin usiadł na łóżku, w pewnym oddaleniu ode mnie. Nie spojrzał na mnie ani razu.

    – Kociaku, przepraszam – odezwał się po dłuższej chwili milczenia. – Po prostu muszę przez jakiś czas pobyć sam – westchnął. – Przykro mi, że nic z tego nie wyszło.

    – Czy to twoja ostateczna decyzja? – spytałam czując się, jakby chlusnął we mnie wiadrem zimnej wody.

    – Tak – odpowiedział cicho – przepraszam.

    Na sztywnych nogach wstałam z łóżka. Potem, nie oglądając się za siebie, wyszłam przez pomalowane na czarno drzwi sypialni.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Czerwiec przeminął, a Martin nie dał żadnego znaku życia, ani mnie, ani nawet Ericowi. Przez cały miesiąc chodziłam jak we śnie. Skończył się rok szkolny. Wuj Duncan zaprosił mnie do swojej posiadłości w Walii. Zaproponował mi, żebym zaprosiła przyjaciół, tak więc Marta, Nataly, Eric i Thijs mieli dołączyć do mnie w pierwszym tygodniu lipca. Na razie byłam sama i to mi właściwie odpowiadało. Nienawidziłam Martina całym sercem, a jednocześnie tęsknota za nim aż dławiła mnie w środku. Próbowałam sobie tłumaczyć, że przecież ma wolny wybór, wcale nie musi mnie chcieć, a jednak coś tam w środku krzyczało, że to bardzo nie fair i nie potrafiłam zrozumieć dlaczego ze mną zerwał, czemu, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, mnie zostawił. Nienawidziłam go i nie potrafiłam przestać kochać.

    Posiadłość wuja Duncana okazała się renesansowym pałacem. Sam budynek był przepiękny, a otaczający go park jeszcze ładniejszy. Dach z czerwonej cegły, ozdobione dziesiątkami kolumn białe ściany, cztery, zwieńczone ładnie zdobionymi kopułami, wieżyczki, a wszystko to tonęło w morzu różanych krzewów i winorośli. Prowadzącą do posiadłości drogę, wyznaczały rosnące po obu jej brzegach, równiutko przystrzyżone cyprysy. Kiedy weszliśmy do domu, oprócz tradycyjnie odzianej, uśmiechniętej służby, powitał nas także tryskający szczęściem na widok swojego pana hart. 

    Spędziłam z wujem naprawdę przyjemny tydzień. Uczył mnie jeździć konno, zwiedzaliśmy wspólnie Walię. Mimo to w dalszym ciągu nie potrafiłam być ani odrobinę szczęśliwa i z trudem zmuszałam się nawet do najlżejszego uśmiechu. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    W piątek po południu czerwonym, sportowym samochodem Erica, przyjechali moi przyjaciele. Przywitałam się z nimi, a potem unikałam ich jak mogłam, mając nadzieję, że będą dobrze bawili się także beze mnie. Letnie wieczory spędzałam na drewnianej, ogrodowej huśtawce, z książką w ręku. Czytałam wszystko jak leci, starannie omijając jedynie wszelakie romanse. Tej tematyki miałam zdecydowanie dość! 

    Dostałam także swój pokój. Był przestronny i ładnie urządzony, a okna wychodziły w nim na pałacowy dziedziniec. Późnym wieczorem, siedziałam na szerokim parapecie, w długiej, białej koszuli nocnej, starannie szczotkując swoje jasne włosy. Patrzyłam w gwiazdy, bo te spadające, podobno spełniają nasze marzenia. 

    W pewnym momencie usłyszałam warkot silnika. Na dziedzińcu zapaliły się, działające na fotokomórki lampy. Serce zabiło mi jak oszalałe. Zerwałam się gwałtownie na widok podjeżdżającego pod pałac, wiśniowego motocykla. Na bosaka, jedynie w nocnej koszuli, nie fatygując się zakładaniem choćby kapci wybiegłam na dwór. On naprawdę tam był! Zdjął kask i zsiadł z motocykla. Zwolniłam. Podeszłam do niego, zatrzymując się na odległość kilku metrów. Przecież mnie nie chciał… tylko co w takim razie tu robił?

    – Marika – łagodnie wypowiedział moje imię.

    Podszedł do mnie. Odsunęłam się. Nie potrafiłam znieść jego bliskości. Odwróciłam się, a wszystko we mnie krzyczało, żeby teraz uciec, byle dalej od niego! Chwycił moją rękę. Nie pozwolił odejść. Poprowadził mnie w kierunku drzew, gdzie byliśmy osłonięci przed całym światem. Spojrzał na mnie, a jego oczy płonęły żywym ogniem. „Niebieskie płomienie spalają najprędzej, niech spalą na proch, a ze mną myśl gorzką, żem dłużna ci może, choć dałeś kwiat groszku, a ja ci łez groch…”, przyszły mi na myśl słowa piosenki. 

    – Wróciłem – oznajmił mi tak zwyczajnie – na stałe. Kocham cię – dodał, patrząc mi prosto w oczy.

    Wyrwałam rękę z jego uścisku. Odsunęłam się od niego gwałtownie.

    – Skąd pewność, że cię ciągle będę chciała? – warknęłam na niego. – Uważasz, że możesz sobie zniknąć na miesiąc bez słowa, a potem tak po prostu wrócić? Jak gdyby nigdy nic?

    Roześmiał się. Podszedł do mnie. Przyciągnął do siebie, przytulił. Z oczu popłynęły mi nieproszone łzy. Wczepiłam się palcami w jego, wystającą spod rozpiętej, motocyklowej kurtki, koszulkę. Przylgnęłam do niego, mocząc materiał łzami.

    – Bo przywiozłem ze sobą zakładnika – oznajmił, nie wypuszczając mnie z objęć. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął z niej maskotkę kotka, z największymi na świecie, najbardziej błagającymi oczami, jakie w życiu widziałam. – Przyjechał aż z Francji – dodał, podając mi go.

    Roześmiałam się poprzez łzy. Przytuliłam kociaka pomiędzy sobą a Martinem. Nie mogłam uwierzyć, że chłopak naprawdę tu jest.

    – Nienawidzę cię – szepnęłam.

    Przytulił mnie do siebie bardziej. Pocałował moje włosy. 

    – Tęskniłem za tobą – mruknął – tak cholernie tęskniłem! Nie wiem jak można żyć bez powietrza! Nigdy więcej już nie chcę tego doświadczyć. Jesteś dla mnie wszystkim, kociaku.

    Miałam ochotę go uderzyć, kopnąć, ugryźć, cokolwiek, ale tylko się do niego tuliłam. Nareszcie, po ponad miesiącu czekania, znów tulił mnie w swoich ramionach. 

    – Załatwiłeś już swoje sprawy? – spytałam z przekąsem.

    – Tak – odpowiedział łagodnie. – Jestem cały twój, o ile oczywiście będziesz mnie chciała. Ślicznie wyglądasz w tej koszuli – dodał uśmiechając się łobuzersko.

    Warknęłam na niego. Zbył to śmiechem. Chciałam mu coś powiedzieć, zwymyślać go od najgorszych, ale nie pozwolił mi już więcej się odezwać. Stanowczym gestem oplótł moją talię dłońmi, a potem mnie pocałował. Tak długo czekałam na ten pocałunek, tak bardzo tęskniłam! Zatonęliśmy w morzu pocałunków. Znaleźliśmy się we własnym, cudownym świecie, tracąc poczucie rzeczywistości, a ja odnalazłam nadzieję, na to że teraz już wszystko będzie dobrze. Miałam wuja, którego zdążyłam już pokochać, cudownych przyjaciół, na których zawsze mogłam liczyć i Martina, który stanowił dla mnie centrum wszechświata. Na niebie świeciły jasne gwiazdy, widać było drogę mleczną, a „jutro”, świeże i nowe, zapowiadało się być cudownym dniem. 

    The End

    Note