Rozdział 7 – Pieśń księżyca
by VickyDamien z niechęcią pochylił się nad ciałem martwej czarodziejki. Rozerwał zsuniętą z jej ramiona bluzkę. Potem zabrał się za resztę ubrania, dokańczając dzieła zniszczenia. Przy pomocy magii usunął z komnaty swój specyficzny zapach. Skorzystał z przylegającej do pokoju łazienki, żeby starannie umyć ręce. Dotykanie tej dziewczyny napawało go obrzydzeniem, starał się jednak wmówić sobie, że było naprawdę konieczne. Jeszcze tylko kilka drobnych szczegółów i może spokojnie czekać na efekty swojego przedsięwzięcia. Póki co, wszystko szło zgodnie z planem.
Rozdział XXI
W powietrzu czuć było zbliżające się lato. Poranek zapowiadał piękny, ciepły dzień. Emi uśmiechnięta wracała z lasu. Chwilami było tak cudownie! Żałowała, że niedługo miną te dwa tygodnie, które chłopcy Illi’andin spędzali w Białym Pałacu. Jay popędził wcześniej, bo nie mógł znieść widoku „swojej dziewczyny” bawiącej się z wielkim, włochatym pająkiem, jakby był małym psiakiem. Czarnoskrzydły dotrzymał danej jej obietnicy i kilka dni wcześniej, wykradł z Czarnej Wieży podawane w ramach kary narkotyki. Emi męczyła się po zajęciach, w tajemnicy przed wszystkimi rozpracowując ich skład. Po jednej z lekcji zielarstwa, przyłapała ją Annani, starsza, przygarbiona nauczycielka, o łagodnych oczach dobrej babci. Zamiast przegonić natrętną dziewczynę zaproponowała jej pomoc. Teraz praca szła znacznie szybciej i czarodziejka była pewna, że sobie z nią poradzi.
Na dzielących Czarną Wieżę i Biały Pałac błoniach panowało straszne zamieszanie. Emi przystanęła zaskoczona. Nie miała pojęcia co się dzieje. Czarodzieje rozmawiali przyciszonymi głosami. Illi’andin rzucali złowrogie spojrzenia w kierunku ludzi. Panowała złowieszcza, nieprzyjazna atmosfera. Dziewczyna wzrokiem odnalazła brata. Podeszła do niego szybkim krokiem. W pewnym jednak momencie zatrzymała się jak wmurowana. Andre rozmawiał z Damienem, a raczej wyglądało, że na niego wrzeszczał.
– To mogła być Emi! On mógł to zrobić mojej siostrze! – krzyczał patrząc oskarżycielsko na szczupłą sylwetkę arystokraty.
– Nie, nie mógł – odpowiedział spokojnie blondyn. – Emi nic nigdy z jego strony nie groziło.
– Skąd masz pewność?! – warknął Andre. – Najwyraźniej niewiele widziałeś na temat swojego „przyjaciela”! – wypluł ostatnie słowo. – Zgwałcił ją, zanim przetrącił jej kark! Rozumiesz to?! Zgwałcił ją!
– O co chodzi? – spytała Emi podchodząc do nich wolno.
Obydwaj spuścili wzrok. Patrzyli w ziemię. Żaden z nich nie chciał jej odpowiedzieć.
– Ana nie żyje – mruknął w końcu cicho Damien.
– Co?! – wykrzyknęła czarodziejka niedowierzająco. – Jak to?
– Zabił ją twój czarnoskrzydły, z którym włóczysz się po nocach – syknął na nią wściekłym głosem Andre.
Emi odsunęła się od niego. Pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć przerażającym, obłudnym słowom brata.
– Nie! – wyszeptała. – Damien, on nie mówi poważnie, prawda? – zwróciła się do blondyna, patrząc na niego błagalnie. – Co to za dziwna gra? Nie chcę brać w niej udziału!
– Emi – powiedział cicho chłopak, podchodząc do niej. Położył dłonie na jej ramionach. Patrzył jej w oczy. – Jedynym zapachem zarówno w pokoju jak i na jej ciele był zapach Jaya… Sama wiesz, jaki bywa porywczy, kiedy się zdenerwuje. Ciągle się o coś kłócili z Aną… Poza tym może czegoś potrzebował… Czegoś, czego nie chciałaś mu dać… Mógł się bać, że nie wytrzyma i zrobi ci krzywdę…
Dziewczyna spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. Odsunęła się.
– Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz – szepnęła. – Damien, on nie…
Andre znalazł się przy niej. Zmusił siostrę, żeby popatrzyła w jego stronę.
– Ten chłopak cię okłamywał, Emi, we wszystkim! – powiedział stanowczo. – Dodatkowo zabił niewinną dziewczynę, bo taki miał kaprys. Zostanie odpowiednio ukarany, zapomnij o nim. Tak będzie lepiej.
– Ukarany? – spytała niepewnie dziewczyna.
Damien także spojrzał pytająco na Andre. W świecie Illi’andin nie było kar za spowodowanie śmierci. Jedyne co mogło, co powinno, grozić Jayowi, to chłosta za nieposłuszeństwo.
– Hanna Rosenberg osobiście stawiła się w Czarnej Wieży, żądając sprawiedliwości. Ogłoszono, że publicznie dostanie 50 razów, a potem przez czterdzieści osiem godzin będzie dostawał narkotyk, taki sam jakim każą arystokrację – tu wymownie spojrzał na Damiena. – Kiedy będzie już po wszystkim, czarnoskrzydły nie zostanie dłużej w szkole, odeślą go na dalsze szkolenie, do jednego z odleglejszych garnizonów.
Blondyn zachwiał się na nogach. Przecząco pokręcił głową.
– To niemożliwe! – jęknął, jakby jego słowa mogły cokolwiek zmienić.
Emi wpatrywała się w brata rozszerzonymi ze zdumienia i strachu oczami. Nie Jay! Tylko nie Jay! To nie działo się naprawdę! To musiał być jakiś koszmarny, aż nazbyt realny sen.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Andre nie odstępował Emi na krok, w przeciwieństwie do Damiena, który po ich rozmowie, natychmiast gdzieś zniknął. Dla dziewczyny cały świat jakby przestał istnieć. Czy Jay naprawdę mógł to zrobić? Wszystkie dowody wskazywały na to, że tak… Ale dlaczego, przecież on… Nie wątpiła w to, że potrafiłby zabić człowieka, był jak każdy inny drapieżnik, do tej pory, szczerze jednak wierzyła, że nigdy nie mógłby zrobić tego bez powodu. Do tego, to co zrobiono z ciałem Any, przekraczało wszelkie granice.
Koło południa Emi poszła na arenę. Wyglądało na to, że na błonia wylała się tego dnia cała szkoła. Andre stanął za nią, gotowy walczyć z każdym kto śmiałby zaczepić jego siostrę. Obawiał się, że będą ją kojarzyć z czarnoskrzydłym, z mordercą i gwałcicielem. Dziewczyna stała przy murze, przypatrując się otępiała, jak Jaya wyprowadzają na plac. Chłopak stał spokojnie, jednak Emi dostrzegła, że ma zaciekły wyraz twarzy. Jego oczy płonęły, wargi zacisnął w wąską, białą linię. Coś go wyraźnie złościło. W pewnym momencie podniósł głowę, spojrzał na nią. Ich oczy się spotkały. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jay wyrwał się strażnikom Illi’andin. Wzbił się w powietrze. W jednej chwili znalazł się przed nią. Stanął na ziemi. Złożył skrzydła. Emi spojrzała na niego przestraszonym wzrokiem. W oczach chłopaka była bezdenna rozpacz.
– Emi, nie zrobiłem tego – powiedział cicho, błagalnie. – Proszę, uwierz mi. Nic innego nie ma znaczenia, tylko to, żebyś ty mi uwierzyła.
– Jay… – zaczęła cicho, ale zasłonił ją sobą Andre.
Wyzywająco patrzył w bursztynowe oczy chłopaka.
– Odczep się od mojej siostry – wycedził słowa przez zęby.
Czarnoskrzydły nic więcej nie zdążył powiedzieć. Pochwycili go strażnicy. Poddał się bez żadnej walki. Emi bezradnie patrzyła jak zabierają go z powrotem na arenę, jak przywiązują do pręgierza. Jak wymierzają bolesne razy. Całą sobą zapragnęła znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Nie mogła zapomnieć nocy spędzonej w lesie. Tak jak każdej poprzedniej, spędzonej u boku Jaya.
Rozdział XXII
W pokoju panował półmrok. Zaszło już słońce, a on nie zamierzał się pofatygować, o to, żeby zapalić światło. Dlaczego był takim idiotą? Czemu nie wziął tego pod uwagę? Siedział skulony na podłodze, pod ścianą. Tym razem nie obchodziło go nawet to, że brudzi i gniecie ubranie. Jay… Co oni mu zrobią? To wszystko tylko i wyłącznie jego wina, a ten fakt przerażał go jeszcze bardziej.
Ktoś wszedł do pokoju. Damien nawet nie podniósł głowy, ale i tak wszędzie rozpoznałby ten kuszący, przyjemny zapach. Emi nic nie powiedziała. Podeszła do niego wolniutko. Usiadła przy chłopaku, kładąc mu głowę na ramieniu. Damien bez zastanowienia objął dziewczynę. W jej karmelowych oczach błyszczały łzy. Według planu, Jay miał zostać odwołany z Białego Pałacu i umieszczony na powrót w Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a on sam planował ją pocieszać. W najgorszych nawet myślach, nie spodziewał się, że to dziewczyna, będzie musiała pocieszać jego.
– Damien, nic mu nie będzie, prawda? – spytała cichutko.
Zaskoczony podniósł wzrok. Nie spodziewał się, że ona martwi się o to samo co on. Nie takie były jego założenia. Teraz jednak nie potrafił nad sobą zapanować.
– Oni podali mu czarny, Emi! Czarny, rozumiesz? Chcą mu go podawać przed dwie doby! Wiesz co on robi? – dziewczyna przecząco pokręciła głową. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, karmelowymi oczami. – Dostałem go raz i nigdy więcej nie chcę! Sprawia, że ciało wszystko odczuwa tysiące razy bardziej – odpowiedział ponuro. – Zimno, gorąco, najlżejszy szept jest wtedy dla ciebie jak krzyk, a ból… Emi, po tych razach dzisiaj na placu, on tego zwyczajnie nie przeżyje!
Dziewczyna cała się trzęsła. Łzy spływały po jej bladych, porcelanowych policzkach. Spojrzała Damienowi w oczy.
– Musimy coś zrobić – oznajmiła gorączkowo. – Pomóż mi, proszę…
Blondyn roześmiał się gorzko odrzucając głowę do tyłu.
– Co niby mamy zrobić?! – warknął na nią, nie panując nad sobą. – Nawet jeżeli udałoby mi się go stamtąd zabrać, on umrze, jeżeli znajdzie się na zewnątrz. Narkotyk go zwyczajnie zabije! Nic się nie da zrobić! Po prostu nic, to już koniec, Emi.
Dziewczyna wstała. Drobne dłonie zacisnęła z całej siły w pięści, tak, że aż zbielały jej kłykcie. W karmelowych oczach płonął ogień.
– A co, gdyby nie działał? Zabrałbyś go stamtąd? – zapytała cicho, poważnym głosem.
– Gdybym widział jakąkolwiek szansę, spróbowałbym – oznajmił twardo Damien. – Nawet, gdyby znaczyło to, że sam przy tym zginę.
– Doskonale – powiedziała podchodząc do drzwi. – W takim razie spotkamy się za godzinę pod szkołą. Przygotuję antidotum – oznajmiła niemal wybiegając na korytarz.
Blondyn wpatrywał się w zamykające się za dziewczyną drzwi. Skąd? Jak? To co mówiła nie miało najmniejszego sensu, ale w zamarzniętym do tej pory sercu Damiena, pojawiła się cicha, rozpaczliwa nutka nadziei.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Zbliżała się północ. Emi siedziała po środku, rozjaśnionej światłem księżyców polany, skupiając się na tym, żeby utrzymać magiczne połączenie pomiędzy sobą, a Damienem. Plan był prosty. Chłopak miał dotrzeć do Jaya, podać mu antidotum, a potem przetransportować go tutaj. Problem leżał w tym, że milion rzeczy mogło się nie udać. Emi nawet nie chciała myśleć o tym, co wtedy się stanie.
Powietrze zadrżało. Poczuła jak stworzony ich wspólnymi siłami portal uchyla się lekko. Chwilę później na trawie, kilka metrów przy niej, leżał nieprzytomny Jay. Obok czarnoskrzydłego klęczał na wpół przytomny ze zmęczenia Damien.
– Co się stało? – spytała zaniepokojona dziewczyna.
– Musiałem uleczyć jego plecy – mruknął. – To wyczerpało moje siły. Dobrze, że byłaś ze mną – westchnął.
Emi przysunęła się do leżącego na trawie Jaya. Położyła sobie jego głowę na kolanach. Delikatnie odgarnęła mu z czoła posklejane włosy. Nawet nie chciała myśleć, przez co musiał przejść czarnoskrzydły.
– Wszystko z nim w porządku? – zapytała cichutko Damiena.
– Nie wiem – westchnął blondyn podchodząc do nich. – Zobaczymy jak się obudzi. Nie mam tylko pojęcia co dalej – mruknął cicho. – Wiesz, że muszę tam wrócić…
Emi niechętnie skinęła głową. Nie odrywała wzroku od pobladłej, zmarnowanej twarzy Jaya.
– Wrócimy – powiedziała cichutko. – Obydwoje. Potem ułożymy jakiś plan.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Damien chodził niespokojnie w kółko, podczas gdy Emi siedziała na trawie, delikatnie głaszcząc włosy Jaya. Z nadzieją i trwogą czekali, aż chłopak się obudzi. W końcu, po prawie godzinie, otworzył bursztynowe oczy. Odbijało się w nich jasne światło księżyca, ale było tam coś jeszcze… coś przerażającego. Czarnoskrzydły jednym, płynnym ruchem zerwał się z ziemi. Ostrzegawczo warkną na wpatrującą się w niego dziewczynę. Emi ani drgnęła. Jay z niesamowitą prędkością znalazł się przy Damienie. Powalił go na trawę.
– Zwariowałeś?! – warknął na niego blondyn.
Czarnoskrzydły rzucił mu się do gardła. Chłopak z trudem trzymał go z daleka od siebie. Gdyby Jay myślał logicznie, Damien nie miałby z nim w fizycznej walce, najmniejszych nawet szans.
– Jay, przestań – jęknęła błagalnie Emi. Czarnoskrzydły odwrócił wzrok. Spojrzał na nią wrogo. – Chodź do mnie – poprosiła łagodnym tonem, wyciągając do niego ręce. Z ust chłopaka wydobył się zwierzęcy warkot. Patrzył to na nią to na Damiena. Wyraźnie się wahał. – Jay… – poprosiła cicho. Chłopak wstał, niechętnie, jak skarcony psiak, podszedł do niej. – Damien podejdź do linii drzew, tylko powoli – poprosiła cicho, tym samym łagodnym tonem. – To jego terytorium. On działa instynktownie.
Blondyn niechętnie posłuchał. Stanął na skraju lasu.
– Świetnie – mruknął Damien, obrzucając ponurym spojrzeniem Jaya, który przykucnął w gotowej do ataku pozycji, zasłaniając sobą Emi. – Dlaczego ty możesz tam być, a ja nie? – zapytał cierpkim tonem.
– Chyba uznał, że jesteś jego rywalem – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. Spojrzała błagalnie na chłopaka. – Damien co się z nim dzieje? On nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jest, czuję w nim tylko drapieżnika…
– Emi… – westchnął blondyn, pokręcił głową, odganiając od siebie ponure myśli – ten narkotyk… wydaje mi się, że jego umysł nie potrafił sobie poradzić z takim bólem…
Dziewczyna poruszyła się odrobinę. Czujne oczy Jaya natychmiast spojrzały na nią. Wyciągnęła rękę. Delikatnie dotknęła jego odsłoniętego ramienia. Potem pogładziła go po szorstkim policzku. Zamruczał. Przysunął się do niej bliżej.
– Musimy coś zrobić – szepnęła.
– Nie mam pojęcia co – powiedział Damien stanowczo, zagryzając zęby – ale coś wymyślę.
Emi skinęła głową. W jej oczach zalśniły łzy. Oplotła ramionami szyję Jaya, przytulając się do niego mocno. Zaskoczony wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem przygarnął do siebie opiekuńczym gestem.
– Wróć do mnie proszę – wyszeptała cichutko, załamującym się głosem. – Kocham cię Jay, nie możesz mnie tak zostawić. Błagam cię, wróć.
Rozdział XXIII
Damien szedł szybkim krokiem, szerokim korytarzem Białego Pałacu. Musiał tu wrócić. Potrzebował kolejnej dawki narkotyku i wiedział doskonale, że nie poradzi sobie bez następnych. Niechętnie zostawił Emi i Jaya samych w lesie. Piekielnie się o nich bał. O to, że jego przyjaciel może nieświadomie skrzywdzić dziewczynę, o to, że jakieś stworzenie może skrzywdzić jego, ale przede wszystkim obawiał się tropicieli, którzy z pewnością zostaną wysłani na poszukiwanie czarnoskrzydłego.
Ktoś zagrodził mu drogę. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył górującą nad sobą postać Andre. Brat Emi patrzył na niego wściekłym wzrokiem.
– On uciekł i nie uwierzę, że nie miałeś z tym nic wspólnego! – warknął. – Gdzie ona jest?! Gdzie moja siostra?! – pytał rozgniewanym głosem.
Damien próbował go zignorować, po prostu wymijając, Andre jednak nie dał się zbyć tak łatwo. Chwycił chłopaka za ramiona i popchnął go na ścianę. Blondyn syknął z bólu. Potem, na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmiech.
– No dalej, pokaż na co cię stać – mruknął uwodzicielskim, aksamitnym głosem.
Andre odskoczył jak oparzony. Niechętnie, z obrzydzeniem i pogardą spojrzał na Damiena. Potem, jakby uszło z niego powietrze.
– Gdzie jest Emi? – zapytał cicho, niemal błagalnie. – Czy nic jej nie jest?
Illi’andin westchnął. Spojrzenie jego błękitnych oczu spotkało się z karmelowymi tęczówkami Andre.
– Nie tutaj – powiedział stanowczo. – Jeżeli chcesz porozmawiać, to chodźmy gdzieś indziej. W bardziej odosobnione miejsce – zaznaczył.
Brat Emi rozejrzał się po korytarzu. Byli na nim sami. Niechętnie skinął głową i ruszył w kierunku własnego pokoju, a Damien, z bardzo mieszanymi uczuciami powlókł się za nim.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Damien półleżał rozwalony na wygodnym, drewnianym łóżku. Znudzonym wzrokiem wodził za chodzącym niespokojnie, po własnym pokoju, Andre. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Przez spędzone z ojcem lata wyćwiczył to w sobie do perfekcji, w środku jednak wszystko się w nim kotłowało.
– Chcesz powiedzieć, że zostawiłeś moją siostrę sam na sam z mordercą?! – wrzasnął na niego Andre.
– On tego nie zrobił – powiedział cichym, spokojnym głosem Damien.
– Nie zabił jej? – syknął brunet. – Skąd masz pewność? Wszystkie dowody wskazują przeciwko niemu! To, że to twój „kochaś” raczej do mnie nie przemawia… Może mu się znudziłeś i chciał spróbować dziewczyny, tylko trochę go poniosło?
Damien prychnął rozbawiony. Do tej pory sam chciał, żeby Andre tak właśnie myślał, ale teraz, przytłoczył go czarny humor zaistniałej sytuacji. Zdecydował postawić wszystko na jedną kartę. Nie obchodziło go co myśli o nim Andre, poza tym był przekonany, że chłopak nigdy w życiu nie skrzywdzi swojej siostry.
– Jay to stuprocentowy hetero – oznajmił przypatrując się uważnie reakcji czarodzieja – który na domiar złego kocha twoją siostrę.
– Przecież mówiłeś, że jest twoim przyjacielem… – zawahał się Andre.
– Bo jest – odparł z prostotą Damien – ale nie koniecznie musi o mnie wszystko wiedzieć – westchnął.
– Tak czy inaczej to nie daje mu żadnego alibi! Co jeżeli skrzywdzi Emi? – zapytał czarodziej odwracając wzrok od blondyna.
Nerwowo splótł przed sobą ręce. Wyjrzał przez okno. Wyglądało na to, że robi wszystko, byleby tylko nie musieć patrzeć na wyciągniętego na jego łóżku Illi’andin.
– Nie skrzywdzi – powiedział uspokajająco Damien. – I to nie on zabił Anę.
– Skoro nie on, to kto?! – warknął Andre, gwałtownie odwracając się od okna.
Blondyn spojrzał mu prosto w oczy. Jego twarz była nieprzeniknioną maską. Po chwili milczenia, uśmiechnął się drapieżnym, aroganckim uśmiechem.
– Ja – oznajmił ze stoickim spokojem, nie spuszczając wzroku z karmelowych oczu Andre.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Zaczynało świtać. Emi leżała na wilgotnym od rosy kocu. Tuż obok niej spał Jay. Czarnoskrzydły oddychał spokojnie i miarowo, ale dziewczyna była pewna, że zbudziłby się na nawet najcichszy, niepokojący odgłos. Obiecała Damienowi, że rankiem wróci do szkoły, ale nie chciała jeszcze wstawać. Poza tym nie była pewna, jak na jej odejście zareaguje Jay. Rozczesała palcami jego splątane, nieco przydługie włosy. Przytuliła się do pleców chłopaka. Była przekonana, że on wiedziałby co zrobić w tej sytuacji.
Spędziła dłuższą chwilę, po prostu wpatrując się w niego. Nie był taki cudownie, oszałamiająco przystojny jak Damien. Było w nim raczej coś dzikiego, groźnego, ale jednocześnie przyciągającego uwagę Emi. Pochyliła się nad nim. Dłonią musnęła policzek chłopaka. Pocałowała go delikatnie w usta. Otworzył oczy, spojrzał na nią. Czarodziejce przez chwilę wydawało się, że widzi błysk zrozumienia w bursztynowych oczach, ale potem czarnoskrzydły wstał, ziewnął leniwie odsuwając ją od siebie, rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze zapewne, aby zapolować. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała na kocu, a potem, niechętnie ruszyła w kierunku szkoły, ufając, że czary których użył na Jayu, Damien nie pozwolą chłopakowi podążyć za nią.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Andre zakręciło się w głowie od zasłyszanych informacji. Śmierć czarodziejki, to, że ją zamordowano, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ogarnął go jeszcze większy strach. Teraz nie bał się już tylko o Emi, ale także o to, co stanie się z Damienem, jeżeli o jego czynie dowie się ktokolwiek z zewnątrz. Całą duszą, wszystkimi myślami, pragnął nienawidzić Damiena i całym sobą zwyczajnie nie potrafił. Poczuł jak zalewa go fala złości.
– Idiota! Kretyn! – rzucił się na łóżko, potrząsając leżącym na nim chłopakiem. – Czemu to zrobiłeś?! Miałeś przynajmniej jakiś motyw czy była to po prostu kolejna z twoich chorych zabaw?!
– Przestań – rozkazał Damien, odsuwając się od niego. – Zabić Anę, tak, żeby wszyscy myśleli, że zrobił to Jay, wydawało mi się doskonałym pomysłem. W każdym razie najlepszym jaki przyszedł mi do głowy – oznajmił. – Jay miał zostać odwołany do Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a Ana i tak była już martwa, ponieważ z tego co wiem, na wrzesień zaplanowano jej ślub z Jonathanem Brownem, a każdy wie, że to sadysta. Długo by charakteru tej dziewczyny nie wytrzymał. – Damien na chwilę przymknął oczy. – Nie przewidziałem tylko konsekwencji. Nie sądziłem, że w ten sposób go potraktują. Schrzaniłem sprawę, a sam problem w żaden sposób się nie rozwiązał.
Andre opadł na łóżko, wpatrując się w sufit. Wyglądał na zrezygnowanego.
– Skoro Jay to hetero, czemu aż tak bardzo zależy ci na tym, żeby ich rozdzielić? – spytał niechętnie.
– Ponieważ miałem dosyć tej chorej sytuacji – mruknął Damien. – Nasi rodzice postanowili, że pod koniec lata mam wziąć ślub z Emily. Jay od zawsze miał zostać kapitanem straży w moim domu. Nie chciałem patrzeć jak z dnia na dzień coraz bardziej cierpi. On naprawdę ją kocha – westchnął cicho – a ja kocham jego – dodał prawie niedosłyszalnym szeptem.
– Ale jak to? – spytał niedowierzająco Andre. – Przecież twój ojciec wie o twojej orientacji… Jak mógł zaplanować twój ślub z Emi?
Damien popatrzył na niego delikatnie rozbawiony.
– Tym większą sprawiło mu to przyjemność – powiedział, jakby wyjaśniał oczywistą rzecz dziecku – a ja, jak zawsze, nie mam możliwości się nie zgodzić.
Rozdział XXIV
Kiedy Emi wracała do szkoły, zobaczyła jak las przeszukują po prostu całe oddziały. Widziała latających nad drzewami Illi’andin. Zadrżała. Błagała w myślach, żeby ich czary zadziałały. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co zrobią z chłopakiem, jeżeli go znajdą. Wiedziała, że pomogłaby mu nawet, jeżeli to on zamordował Anę, chociaż szczerze nie chciała w to wierzyć. Gdyby Jay chciał fizycznych zbliżeń, tak jak mówił Damien, po prostu poderwałby sobie jakąś ślicznotkę, udowodnił już, że potrafi. Takie bezsensowne zabójstwo kompletnie nie miało sensu, nie pasowało do niego, za czym idzie, ktoś chciał go wrobić. Tylko dlaczego?
Dziewczyna przeszła przez lśniący bielą, kamienny most. Wróciła do szkoły, tak jak obiecała Damienowi, ale wiedziała, że nie zostanie tu długo. Musieli uciekać. Przebywanie w puszczy, tak blisko szkoły, było dla Jaya zbyt niebezpieczne. Rozumiała dlaczego Damien musi zostać. Wiedziała, że jeżeli go zmuszą, to prędzej czy później opowie co się z nią stało, jednak miała nadzieję, że ona i Jay, dotrą już w tym czasie wystarczająco daleko.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Damien podniósł wzrok znad czytanej książki, gdy tylko Emi weszła do pokoju. Jego leniwie wyciągnięta na łóżku postać stała się spięta i nerwowa.
– Co z nim? – zapytał bez zbędnych wstępów.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Wyspał się, a potem poleciał polować – mruknęła. – Zostawiłam go tam i wróciłam do pałacu. Martwię się – westchnęła siadając przy chłopaku.
Blondyn usiadł. Objął ją ramieniem.
– Wszystko będzie dobrze – powiedział, jakby starał się sam siebie o tym przekonać.
Emi uśmiechnęła się leciutko. W tym momencie nie pragnęła niczego innego, jak tylko wrócić do lasu, tam gdzie był Jay. Wiedziała, że nic nie będzie w porządku, dopóki go nie zobaczy.
– Damien, ja nie mogę tu zostać – powiedziała cicho. – On też nie może. Szukają go całe oddziały.
Chłopak skinął głową.
– Jay nie może, ale ty zostaniesz – powiedział chłodno. – Zabiorę go do zamku w Dorfen, mój ojciec się nim zajmie. Rada się na to zgodzi, ponieważ nie będzie miała wyjścia, a Jay dostanie narkotyki, tak na wszelki wypadek.
Karmelowe oczy Emi rozszerzyły się ze zdumienia i niedowierzania.
– Damien, ty chcesz mu zrobić to co oni zrobili tobie? – zapytała przerażona. – Chcesz go uwiązać jak psa na łańcuchu?
– Lepiej to, niż żeby go zabili – warknął rozeźlony jej słowami chłopak.
Emi wstała. Przecząco pokręciła głową.
– Sądzę, że Jay wolałby zginąć, niż się na to zgodzić – powiedziała odwracając się od Damiena i wybiegając z pokoju.
Chłopak z powrotem opadł na łóżku. Nikt nie powiedział, że życie będzie usłane różami i łatwe.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kiedy tylko Damien opuścił jej pokój, Emi wróciła, żeby się spakować. Wrzuciła trochę rzeczy do płóciennego plecaka i przewiesiła przez ramię sztruksową torbę. Będzie musiało wystarczyć. Jeżeli nie mogła liczyć na Damiena, trudno, poradzi sobie sama. Jeszcze nigdy nie czuła tak wielkiej determinacji, jak w tym momencie.
Jeszcze w korytarzu dziewczynę zatrzymał Andre. Siłą zaciągnął ją do swojego pokoju. Zaskoczona spojrzała na siedzącego na łóżku brata, Damiena. Co on tu robił?
– Miałeś rację – przyznał niechętnie brunet, starannie zamykając za nimi drzwi. W jego karmelowych oczach było zniechęcenie i smutek. – Emi postanowiła nas bez słowa opuścić.
– Wcale nie bez słowa – zaprotestowała dziewczyna. – Napisałam do ciebie list – dodała usprawiedliwiająco.
Andre z trudem powstrzymał się przed warknięciem.
– Nigdzie nie idziesz – powiedział ostro, z całej siły ściskając jej ramiona. – Nie zamierzam stracić siostry przez jakiegoś przeklętego Illi’andin! Damien, możesz zdjąć rozciągnięte w lesie osłony – zwrócił się do siedzącego spokojnie, z ponurą miną, blondyna.
– Nie! – krzyknęła Emi rozpaczliwie. – Nie możesz mu tego zrobić!
Damien uśmiechnął się z przekąsem.
– Już ci mówiłem, jaki mam plan – mruknął. – Nic mu nie będzie.
Dziewczyna nie wierzyła. Jakkolwiek nie ułożyliby się z Damienem, Emi była przekonana, że go skrzywdzą, być może nawet zabiją, w imię swoich dziwnych, niepisanych zasad.
– Nie rób tego – poprosiła cicho. – Pozwól mi z nim odejść.
– I co potem? – zapytał wkurzony Andre. – Dokąd pójdziecie? Co zrobicie? Dareshia to dosyć mała planeta. Nie zdołacie się tu na dłużej ukryć.
Emi spojrzała na niego zaskoczona.
– Kto powiedział, że planuję tutaj zostać? Przez Anduriańską Puszczę dotrzemy do portali, a potem… potem rozpocznie się nowe życie.
Damien roześmiał się gorzko. Wstał i podszedł do dziewczyny. Teraz obydwaj nad nią stali.
– Zwariowałaś – skwitował jej pomysł.
Dziewczyna popatrzyła na nich skonsternowana. Przez dłuższą chwilę zatrzymała wzrok na Damienie, a potem zrozumiała. Wiedziała już co może, co potrafi zrobić.
– Chodź ze mną – zaproponowała patrząc mu w oczy.
Znów się roześmiał.
– Czy nie wytłumaczyłem ci dosyć jasno, co mnie tu trzyma? – zapytał. – Naprawdę uważasz, że nie próbowałem się od tego uwolnić? Nie jestem dość silny, żeby wytrzymać bycie na głodzie.
– Więc zawsze już będziesz więźniem swojego ojca? Niewolnikiem rady? – zapytała ostro. – Damien, zawsze byłeś sam – powiedziała cicho – próbowałeś, ale wtedy nikt cię nie wspierał. Teraz będziesz miał mnie i Jaya. Pomyśl o tym, błagam.
– Nie dam rady – odpowiedział jej gorzko Damien. – I nie masz racji, nie byłem sam. Przy wcześniejszych próbach był ze mną Andre.
Rozdział XXV
Mimo, że dzień był jasny i słoneczny, pod gęsto rosnącymi drzewami Anduriańskiej Puszczy panował półmrok. Szary wilk, z dumą, niósł w pysku, upolowaną przez siebie zdobycz. Była to niewielkich rozmiarów sarna. Na tylko stara, by nie być już koźlęciem, a jednocześnie na tyle młoda, by nie móc stać się jeszcze matką. To była dobra zdobycz. Skonsternowany przystanął tuż na krawędzi drzew. Polana, na której powinna czekać jego partnerka, była pusta. Rzucił sarnę na trawę. Rozejrzał się dookoła. Wyczuł jej słodki, kuszący zapach. Mimo to, dziewczyny już tutaj nie było. Zaniepokojony ruszył jej tropem. Po kilkunastu minutach, zaskoczony, wrócił w dokładnie to samo miejsce. Warknął wściekle, a potem spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. Pusta, pełna uroku, polana. Po kilkunastu kolejnych podejściach, przybrał swoją ludzką postać. Rozłożył czarne, jak noc, pokryte piórami skrzydła i wzbił się w powietrze.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Emi leżała we własnym łóżku, wtulając twarz w błękitną poduszkę. Spakowany plecak stał oparty o ścianę. Po policzkach dziewczyny spływały słone łzy. Damien zdjął magiczne osłony, więc to, kiedy znajdą Jaya, było jedynie kwestią czasu. Przez cały dzień pilnowali jej na zmianę z Andre, więc ona sama nic nie była w stanie zrobić. Schwytają go, a potem na zawsze stanie się ich niewolnikiem. Była przekonana, że tak naprawdę, Jay wybrałby raczej śmierć. I całkiem możliwe, że dostanie taki właśnie wybór. Jej brat siedział przy biurku, czytając książkę i coś z niej zawzięcie przepisując. Emi zaczęła się zastanawiać, który z nich będzie dla niej łatwiejszym przeciwnikiem, Damien czy Andre. Jedno wiedziała na pewno – musiała stąd jakoś uciec. Nie zostawi Jaya samego, nawet jeżeli to on zamordował Anę. W pewnym momencie poczuła coś, jakby silniejszy podmuch wiatru. Duże, wychodzące na dziedziniec okno, się uchyliło, a nieprzytomny Andre osunął się na podłogę. Szeroko otwartymi, karmelowymi oczami, wpatrywała się w stojącego nad jej bratem Jaya. Czarnoskrzydły w rękach miał myśliwski nóż. Uklęknął przy nieprzytomnym chłopaku, odwracając go tak, by łatwiej było poderżnąć mu gardło.
– Nie! – wyrwało się z ust przerażonej dziewczyny, kiedy rzuciła się w stronę klęczącego Jaya. – Proszę, nie – jęknęła błagalnie, kiedy spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem.
Chwyciła go za rękę i odciągnęła na bok. Warknął na nią, ale z ulgą przyjęła, że pozwolił jej na to. Podniosła z podłogi swój spakowany plecak. Ledwo zdążyła zarzucić go na plecy, kiedy Jay porwał ją w ramiona i wyskakując przez okno, wzbili się w powietrze. Wylądował dopiero na ich wspólnej polanie. Postawił dziewczynę na ziemi. Nie miała pojęcia, jakim cudem nie zauważyli ich żadni, przeszukujący teren Illi’andin, jakoś się jednak udało i była z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Wtuliła się na powrót, w odsłonięty tors Jaya, a on niezbyt pewnie, objął ją ramionami.
– Jak dobrze, że nic ci nie jest – wyszeptała, z trudem powstrzymując łzy ulgi. Rozejrzała się po polanie. – Nie możemy tu zostać, musimy uciekać. Oni chcą cię złapać i uwięzić – odezwała się gorączkowo.
Jay najwyraźniej zrozumiał, ponieważ warknął gardłowo, a potem rozprostował, czarne jak noc, pokryte sztywnymi piórami, skrzydła.
– Nie, nie w ten sposób – zaprotestowała dziewczyna. – Tak będzie znacznie łatwiej nas wypatrzyć. Pójdziemy piechotą – powiedziała stanowczo i biorąc Jaya za rękę, zagłębiła się w gęstwinę Anduriańskiej puszczy.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Mimo, że nie było to najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie, szli przez całą noc. Emi nie bała się niczego co żyło w lesie, bała się natomiast polujących na Jaya Illi’andin. Chłopak przez cały czas szedł spięty, gotowy odeprzeć jakikolwiek atak. Dziewczyna wyraźnie czuła jego napięte mięśnie. Widziała też, że jego ręka bez przerwy błądzi przy pochwie od myśliwskiego noża. Wzdrygnęła się na myśl, że bez wahania gotowy był, z zimną krwią, zamordować jej nieprzytomnego brata. Może naprawdę mógł zabić Anę? Próbowała odegnać od siebie mroczne myśli, ale zmęczenie i strach, robiły swoje, rozbudzając od środka jej umysł. Nie! Powiedziała sobie stanowczo, mógłby, ale tego nie zrobił! Zatrzymali się dopiero, kiedy nie była w stanie już dalej iść. Nigdy jeszcze nie odchodziła aż tak daleko, więc nie znała tej części puszczy. Wiedziała, że od tej pory, będzie musiała zawierzyć swojemu i Jaya instynktowi. Kiedy tylko opadła pod rozłożystym drzewem, na miękki mech, chłopak przybrał postać wilka. Natychmiast się poderwała. Szedł polować.
– Jay, nie – zatrzymała go pełnym prośby głosem. – Zabrałam ze sobą jedzenie, zostań ze mną, proszę.
Odetchnęła z ulgą, kiedy posłuchał. Przemienił się z powrotem i usiadł przy niej na trawie. Bez wahania przyjął od niej jedną z wyjętych z plecaka kanapek. Zjedli w milczeniu. Przysunęła się do niego, zwijając się przy nim w jak najciaśniejszy kłębek. Przymknęła oczy. Poczuła jak chłopak układa się na mchu, tuż za jej plecami. Niczego w tej chwili tak bardzo nie pragnęła, jak tego, żeby wrócił. Chciała, żeby znowu był sobą.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Damien otworzył drzwi i zamarł. Na podłodze w pokoju leżał nieprzytomny Andre. Emi nigdzie nie było. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w to co widzi, ale kiedy szok minął, natychmiast wyczuł w komnacie specyficzny zapach Jaya. Na chwilę przymknął oczy. To nie wyglądało dobrze. Jeżeli Illi’andin znajdą ich razem, po prostu ją zabiją. Uklęknął przy chłopaku. Nie miał czasu na subtelności. Skupił się na odnalezieniu umysłu Andre, a potem siłą woli, brutalnie go przebudził. Karmelowe oczy otworzyły się, chłopak cicho jęknął. Z trudem usiadł.
– Co się stało? – zapytał ciągle odrobinę nieprzytomny.
– Był tu Jay, zabrał Emi i uciekli – wyjaśnił gorzko Damien. – To nie wróży nic dobrego.
Andre zaczął przeklinać, na czym świat stoi. Gwałtownie wstał. Zakręciło mu się w głowie, ale chwycił oparcie krzesła. Jego karmelowe oczy, w których mogłaby zatonąć żeńska połowa szkoły, rozbłysły. Pojawiły się w nich groźne iskierki.
– W takim razie musimy ją znaleźć – oznajmił stanowczo.
Damien nie potrafił się nie uśmiechnąć. Był pewien, że to właśnie ten ogień płonął kilka lat wcześniej w Andre.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Po trzech dniach mozolnej, uciążliwej wędrówki, nareszcie osiągnęli cel. Przez całą drogę Jay działał czysto instynktownie, a Emi wyczuwała w nim jedynie drapieżnika, jakby coś bardzo głęboko w umyśle zakopało jego własne „ja”. Opiekował się nią, był blisko, ale to nie był do końca on. Tak bardzo pragnęła, żeby do niej wrócił! Teraz, kiedy wreszcie dotarli do jaskini, w której znajdowały się magiczne portale, zaczęła zastanawiać się, w jaki sposób będzie mogła mu pomóc. Wiedziała, że po prostu musi coś z tym zrobić. Kiedy tylko minęli linię drzew, wychodząc na porośniętą trawą i purpurową koniczyną polanę, Jay zatrzymał się w miejscu. Warknął ostrzegawczo, ale było już za późno. Dookoła nich pojawili się uzbrojeni w miecze i topory Illi’andin. To była zasadzka, a oni nieświadomie w nią wpadli.
– Zabić dziewczynę! Chłopaka wziąć żywcem! – czarnoskrzydły mężczyzna po czterdziestce wydał rozkaz, a składający się z siedmiu, skrzydlatych Illi’andin oddział, z wyjętą, gotową do ataku bronią, ruszył w ich stronę.
Jay warknął. Zasłonił sobą Emi, mimo, że kompletnie nie miał z nimi szans. Coś ścisnęło ją w środku. Była przekonana, że chłopak będzie walczył i zginie tu razem z nią. Nie mogła do tego dopuścić. Skupiła się i całą siłą woli wyobraziła sobie otaczającą ich mydlaną bańkę, taką, której w żaden sposób nie da się przebić.
– Tarcza – wyszeptała rozciągając w myślach przezroczystą materię.
Zaskoczeni żołnierze odbili się od niewidzialnej bariery. Jay spojrzał na nich zdezorientowany. Emi uśmiechała się przez chwilę, a potem zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie swojej tarczy w żaden sposób poruszyć. Byli w pułapce. Illi’andin spróbowali się przebić jeszcze kilka razy, a potem zrezygnowani stanęli w gotowości bojowej. Po jakimś kwadransie dziewczyna poczuła, że szybko się męczy. Usiadła na trawie, a Jay przykucnął tuż przy niej. Wyraźnie już oswoił się z nową sytuacją. Czuła, że po prostu w ten sposób odwleka własną śmierć. Musiała coś wymyślić i to naprawdę szybko.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Biały tygrys obserwował z krzaków znudzony, ale ciągle czujny i gotowy do ataku oddział brązowoskrzydłych Illi’andin. Cieszył się, że tyle czasu poświęcili na rozwijanie magicznego talentu Emi. Tylko dzięki niemu jeszcze żyła. Gdyby nie to, byłoby już za późno. Wycofał się po cichu, wracając do miejsca, w którym zostawił zaniepokojonego Andre. Przyjął swoją ludzką postać.
– Nic im nie jest, zdolna dziewczyna – stwierdził. – Rozciągnęła nad sobą i Jayem tarczę. Żołnierze nie mogą się przez nią przebić.
Brat Emi spojrzał na niego niedowierzająco.
– Ona? Tarczę? Przecież ona nie ma żadnego talentu…
– Ma większy niż myślisz – uśmiechnął się Damien. – Nie udawaj, przecież świetnie wiesz kim był jej ojciec.
– Wiem – syknął Andre z nienawiścią w głosie. – Był potworem, który zgwałcił moją matkę. Emi to jednak nie dotyczy. Ona nie jest nim!
– W każdym razie to po nim odziedziczyła naszą magię. Jest naprawdę silna – mruknął z uznaniem – tylko jeszcze nie do końca potrafi nad tym panować. Zresztą sam zobaczysz, teraz nie mamy czasu na omawianie tego, co twoja siostra potrafi zrobić.
Andre tylko skinął głową, nie komentując. Obydwoje, skradając się, podeszli do linii drzew. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mają szans z całym oddziałem. Jedyną nadzieją, było odwrócenie ich uwagi i szybka ucieczka, ku znajdującym się w jaskini portalom. W pewnym momencie całą trawę ogarnął ogień, rozdmuchiwany przez coraz silniejszy wiatr. Wojownicy wznieśli się w powietrze. Na to tylko czekał Andre. Rozpętał się istny huragan. Damien, pod postacią białego tygrysa, podkradł się tuż pod otaczającą Emi i Jaya przezroczystą bańkę. Otaczające go płomienie w żaden sposób nie robiły mu krzywdy. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, Jay zawarczał groźnie. Damien przybrał swoją ludzką postać.
– Nie mamy czasu – powiedział cicho – uspokój go, błagam! Jedyna szansa, że wyjdziemy z tego żywi, to portale.
Emi skinęła głową. Bańka pękła, a ona chwyciła Jaya za rękę i zaczęli biec. Damien dotrzymywał im kroku. Przed samą jaskinią dołączył do nich Andre. Wojownicy wylądowali tuż za ich plecami. Wejście do groty ogarnęły płomienie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie powstrzymają ich na długo. Illi’andin popełnili podstawowy błąd i nie doceniając przeciwnika, nie zabrali ze sobą żadnego czarodzieja. Wiedzieli, że tak naprawdę, tylko dzięki temu udało im się przeżyć. Teraz stali w oświetlonej dziwnym, różnobarwnym światłem grocie a przed nimi znajdowało się siedem, emanujących kolorowym blaskiem portali.
– Który? – spytał rzeczowo Damien, zwracając się do Emi.
– Nie mam pojęcia – jęknęła dziewczyna.
– Szybciej! – ponaglił ich Andre – zaraz tu będą!
Damien przewrócił oczami i skoczył w pierwszy z brzegu, a cała trójka podążyła za nim.
Rozdział XXVI
Miejsce w którym się znaleźli, wyglądało jak Raj na Ziemi. Otoczona zielonymi wzgórzami dolina tętniła życiem. Na wschodzie widać było barwną tęczę. Kolorowe kwiaty bujnie porastały zieloną trawę. Krzewy owocowały setkami przeróżnych jagód, a drzewa uginały się pod ciężarem owoców. Emi westchnęła z zachwytu.
– Jak tu pięknie! – odezwała się zauroczona.
– I pewnie równie niebezpiecznie – zdusił jej entuzjazm brat.
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i postąpiła kilka kroków do przodu. Jay warknął. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Spojrzała na niego zaskoczona, a w tym samym momencie, z bujnej trawy wyłoniły się jakieś stworzenia. Chowały się tam, zupełnie niewidoczne dla ich oczu. Bestie były olbrzymie, włochate, o nieco krowich pyskach. To nie były jednak zwierzęta, o czym świadczyły zgrabnie przycięte kawałki ubrań i pozaplatane na długiej sierści warkoczyki. Mieli też broń i teraz, w ich kierunku zwracały się złowrogo długie włócznie.
– Jak śmiecie bezcześcić naszą ziemię? – odezwał się gromkim głosem, w zrozumiałych dla nich języku, jeden z nich.
Wyglądał na starszego, ponieważ jego zwierzęca twarz była przyprószona siwizną. Skórzana toga, którą miał na sobie, przywodziła na myśl rzeźnicki fartuch. W dłoniach, zamiast drzewca włóczni, trzymał gruby, naznaczony sękami, kij. Emi poczuła, jak wszystkie mięśnie ciągle trzymającego ją Jaya, napinają się do walki. Do przodu wystąpił jednak Andre.
– Nazywam się Andre Lucas Morrington, wraz z siostrą i dwójką przyjaciół przechodziliśmy przez portale i trafiliśmy tutaj przypadkiem – wyjaśnił pewnym głosem.
Tamten lekko zmrużył zamglone oczy. Po chwili, jakby namysłu, skinął głową.
– Jeżeli nie macie nic na sumieniu, przejdźcie granicę kręgu – odezwał się stanowczo, wskazując porośnięty barwnymi kwiatami i niewielkimi, kolorowymi grzybkami obszar, w którego centrum stali. – Pojedynczo. Inaczej magia was zabije.
Andre wzruszył ramionami, powtarzając wcześniejszy gest swojej siostry, a potem ruszył w kierunku postaci, które rozstąpiły się, robiąc mu przejście. Kiedy stanął między nimi, owłosione bestie opuściły broń.
– Witaj w naszej krainie, Andre Lucasie Morringtonie, teraz jesteś naszym gościem, nie wrogiem – odezwał się jeden z wojowników.
– Idź Jay – szepnęła cicho Emi, wiedząc, że i tak nie mają dużego wyboru, a nie wyczuwała wrogości od tych stworzeń, co dziwniejsze nawet, zdawała sobie sprawę, że są roślinożerne.
Popchnęła go leciutko w kierunku Andre. Warknął na nią, ale posłuchał i po chwili stał już obok jej brata. Damien przewrócił oczami i ruszył w ślad za nim. Minął granicę grzybów, a potem rozpłynął się w powietrzu. Jakby go nigdy tam nie było. Emi przerażonym wzrokiem spojrzała w smutne, zamglone oczy bestii z drewnianą laską, na zaskoczone oblicze Andre, a potem rzuciła się do miejsca, w którym zniknął Damien, by sama nigdy nie pojawić się po drugiej stronie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Damien rozejrzał się, a potem zaczął przeklinać. No cóż, tego właśnie przecież mógł się spodziewać. Zdawał sobie sprawę, że powinien o tym wiedzieć. To było w zakresie teorii, którą mu od dziecka wpajano. Gdyby tylko przykładał do niej odrobinę większą wagę… Cholerni szamani i ich magiczne kręgi! Wzdrygnął się na myśl o przypominających krowy na dwóch nogach, owłosionych bestiach. Zabił z zimną krwią niewinną istotę i to go tutaj ściągnęło, samego, z dala od przyjaciół. Stał na twardej, zabarwionej czerwienią skale, a dookoła niego rozciągało się zamglone pustkowie. Ani jedna roślina nie przebijała się przez twardy grunt. Nie żyło tu żadne zwierzę, a on sam, również pojawił się w tym miejscu, by go zabiło. Nagle, pojawiając się znikąd, upadł przy nim jakiś kształt.
– Co do cholery?! – zapytał ni to siebie, ni to dziwnego pustkowia, a potem rozpoznał Emi. Natychmiast przypadł do dziewczyny, pomagając jej wstać. – Co ty tu robisz? – szepnął niedowierzająco.
Dziewczyna pozbierała się z ziemi i rozejrzała dookoła, ignorując jego pytanie.
– Gdzie my jesteśmy? – zadała swoje własne.
– Pojęcia nie mam – przyznał niechętnie, z nienawiścią patrząc na czerwone, płaskie skały i niemal w tej samej barwie niebo.
– Dlaczego nas rozdzielili? – spytała ponownie.
Damien przecząco pokręcił głową.
– To nie oni, to magia ich krainy – westchnął. Potem spojrzał na nią z zainteresowaniem. – Ja wiem czemu tu jestem, ale dlaczego ty się ze mną w tym miejscu znalazłaś? Żeby krąg cię nie przepuścił, trzeba kogoś z zimną krwią zabić.