Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Obudziła się przestraszona. Rozejrzała się po znajomym, jasnym pokoju. Przetarła zaspane oczy. Bała się. Znowu miała sny, wizje. Dotyczyły jej dzieci. Tyle było w nich bólu i cierpienia. Była przerażona, ponieważ to, o czym śniła, zawsze się sprawdzało. Wstała z szerokiego, dębowego łóżka, narzuciła na ramiona cienki szlafrok i wyszła z sypialni. 

    W klasycznym fotelu z wysokim oparciem siedział ciemnowłosy mężczyzna. Czytał książkę. Na jej widok odłożył lekturę i uśmiechnął się szeroko. Jego duże, pełne melancholii, brązowe oczy, błyszczały. Podeszła do niego i usiadła mu na kolanach, a on przytulił ją do siebie czule. Patrzył na nią jak na jakieś cudowne zjawisko. Byli razem od prawie dwudziestu lat, a jego zauroczenie nią, jego miłość, nie zmieniły się ani odrobinę. Wtuliła się mocno w mężczyznę, oparła głowę na jego ramieniu. Delikatnie pogładził jej włosy.

    – Znów miałaś sny? – spytał lekko zaniepokojony.

    – Tak – powiedziała cicho. – To były złe sny, jak ten pierwszy, o tobie.

    – O ile pamiętam, to dzięki tamtemu ciągle żyję – uśmiechnął się do niej figlarnie. Potem spoważniał. – Opowiedz mi o nich – poprosił.

    – Niektóre były niejasne, zamglone… inne zupełnie wyraźne. Czarny, ogarnięty furią wilk, biegnący przez las. Wydaje mi się, że to ona go w jakiś sposób skrzywdziła… nasza córka.

    – Pragnę ci przypomnieć, że zanim jednak postanowiłaś być ze mną, próbowałaś mnie zabić. Do tej pory mam bliznę. – Uśmiechnął się do niej, jakby właśnie opowiedział dobry żart. – Dzieciakom też się ułoży.

    Skinęła głową. Wtuliła się w niego bardziej.

    – Obyś miał rację. Widziałam też cienie, jakby ludzi z mgły. Wyraźnie nie o wszystkim chcieli nam powiedzieć. One są niebezpieczne.

    Oczy mężczyzny natychmiast spoważniały. 

    – Ktoś, z jakiegoś powodu, używa magii zaświatów. To zakazane. Kogo atakowały?

    – Cahir bronił Gabrieli. Jeden z nich go dotknął. Matt, martwię się o nich – westchnęła kobieta.

    – Nie bój się, Gabi nie jest głupia, Cahir też nie. Nic mu nie będzie. Dotknięcie nie jest dla niego groźne, wystarczy, że napije się krwi.

    – To nie wszystko – powiedziała cicho. – To już się wydarzyło, wiem o tym. Ten kto nasłał cienie poluje na nich, nie wiem na które, możliwe, że na obydwoje. 

    Brązowe oczy mężczyzny zapłonęły.

    – W takim razie my znajdziemy go pierwsi. Nikt nie będzie bezkarnie zadzierał z naszymi dziećmi – powiedział twardo.

    Eliza uśmiechnęła się do niego czule. Takiego go właśnie kochała. W pewnym momencie do pokoju weszła mała dziewczynka. Tarła rączką zaspane oczy. Podbiegła do nich. Kobieta podniosła ją i posadziła sobie na kolanach. 

    Kto by pomyślał, że na jednym fotelu zmieszczą się trzy osoby, przyszła jej do głowy absurdalna myśl.

    – O co chodzi July? – łagodnie spytał dziewczynki Matt.

    – On ja ugryzł tato! Ugryzł Gabi!

    – Kochanie, kto ugryzł twoją siostrę? – spytała Eliza lekko zaniepokojonym głosem.

    Dziewczynka ześliznęła się z kolan matki i podbiegła do niskiej, białej półki. Po chwili wróciła z książeczką w dłoni. Jej tytuł brzmiał „Calineczka”. Otworzyła ją na ostatniej stronie i swoim małym paluszkiem wskazała złotowłosego księcia elfów. 

    – To on ugryzł Gabi – odpowiedziała pełnym przekonania, dziecięcym tonem.

    Matt i Eliza popatrzyli po sobie zdziwionymi, zaniepokojonymi spojrzeniami. Działo się coś bardzo niebezpiecznego.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Po rozmowie z Natalią humor Gabrieli się znacznie poprawił. Dziewczyna wykazała dużo więcej zrozumienia niż Gabriela mogłaby się kiedykolwiek spodziewać. Pod koniec rozmowy śmiały się już zupełnie wesoło, odkładając swoje troski i problemy na dalszy plan. Zwiedzać Tropical Island poszły już w zupełnie dobrych nastrojach, a ich wesołość potęgowała jeszcze obecność czarującego, jak zawsze, Eryka. Ku radości Gabrieli, nawet Daniel gdzieś zniknął. Dobry humor dziewczyny mącił jedynie snujący się za nimi jak cień, z ponurą, gradową miną, Cahir.

    Pół dnia spędzili łażąc bez celu po kompleksie. Eryk, ubrany w białą koszulę i niebieskie jeansy odmówił jakiegokolwiek pływania czy innych wodnych rozrywek, ale dziewczyny nic sobie z tego nie robiąc beztrosko pluskały się w słonej, niby-oceanicznej wodzie. Wampir siedział na złotej plaży, z zainteresowaniem przyglądając się ich spontanicznej, niewinnej radości. Cahir podszedł do niego, zrezygnowany, siadając na piasku.

    – Czego od niej chcesz? – zapytał ponuro przeszywając go chłodnym spojrzeniem swoich niesamowitych, czarnych oczu. – Dlaczego nie zostawisz jej w spokoju?

    Eryk nie odwrócił się w jego stronę. Wciąż wpatrywał się w rozbawione dziewczyny.

    – Fascynuje mnie – odpowiedział cicho wampir. – Z jakiegoś powodu uważasz ją za swoją własność. Czemu?

    Cahir skrzywił się. Słysząc słowa Eryka uświadomił sobie, że tak jest naprawdę. Gabriela była jego i nic innego nie miało znaczenia, ale czy rzeczywiście? Dziewczyna dokonywała własnych wyborów, niekoniecznie takich, jakie on sam by zaakceptował. Kochał ją, ale jego miłość była czysto egoistyczna. Uważał, że ponieważ darzy Gabrielę uczuciem, ona musi to uczucie odwzajemniać. Więc dlaczego tak się nie działo?

    – Nie wiem – przyznał szczerze, a w jego głosie słychać było rozpacz i gniew. – Ona jest tą jedyną, potrzebuje jej – dodał jakby na własne usprawiedliwienie.

    Eryk roześmiał się. Obrzucił chłopaka zagadkowym spojrzeniem.

    – A co jeżeli ona tego nie chce? Zmusisz ją? – zapytał.

    – Nigdy! – warknął Cahir, rozwścieczony sugestią wampira.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Tropical Island opuścili dopiero kiedy zaszło słońce. Ku zdziwieniu wszystkich, na dworze czekały na nich pękające z dumy wilkołaki. Daniel kompletnie zignorował chłopaków i wsiadł do samochodu, Eryk także. Cahir i Gabriela jednak przywitali się z nimi przyjaźnie, a Natalia nieśmiało spoglądała na Maurycego zza ramienia nowej przyjaciółki. Chłopak wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, a ona oblała się szkarłatnym rumieńcem.

    Nagle Cahir pchnął Gabrielę na ziemię, zasłaniając ją sobą. Maurycy, już jako rudy wilk, odepchnął na bok Natalię. Nad ich głowami przeleciała kula żywego ognia. Z powietrza, w ich stronę zbliżały się niewyraźne sylwetki. Każda z nich miała rozłożyste, ciemne skrzydła. Wyglądały jak anioły, anioły ciemności. Cahir podniósł się z ziemi, pomagając wstać Gabrieli. 

    – Illi’andinn – syknął. – Czego oni tu chcą?!

    Stanął tak, żeby zasłaniać sobą dziewczynę, stado wilków stanęło tuż za ich plecami. Zielone oczy Gabrieli wpatrywały się w przybyłe istoty, próbując przebić panujący na parkingu półmrok. Dookoła, poza nimi samymi, nie było żywego ducha. Dziewczyna czuła otaczającą ich magię, widziała zbliżające się tłumnie sylwetki. Byli odcięci od świata i otoczeni.

    Nagle po jej prawej stronie znalazł się Daniel. Położył jej rękę na ramieniu.

    – Nie waż się drgnąć – wyszeptał rozkazująco. – Nic nie mogą nam zrobić – dodał pewnym głosem.

    Kiedy postacie wylądowały na ziemi, stanęła przed nimi dystyngowanie wyglądająca kobieta. Kasztanowe włosy miała zaplecione w gruby, sięgający pasa warkocz. Gabriela spostrzegła w jej oczach niebezpieczne błyski. Widziała z jaką nienawiścią i pogardą patrzy na Daniela. Cahir stanął bezpośrednio przed nią, obrzucając ją ponurym spojrzeniem. Nikt inny się nie poruszył.

    – Co tu robi gwardia? – zapytał cichym, groźnym tonem.

    Kobieta roześmiała się. Była naprawdę rozbawiona. 

    – A jak ci się wydaje, Synu Cienia? – zwróciła się do Cahira, w jej głosie jednak pobrzmiewał niejaki szacunek. – Widzę, że zrobiliście sobie dość dziwaczną wycieczkę. Macie – chrząknęła – ciekawe towarzystwo. Po drodze udało wam się złamać przynajmniej połowę postanowień paktu. 

    Gestem dłoni przywołała jednego z otaczających ich ścisłym kręgiem mężczyzn. Bez wahania podszedł do kobiety i stanął u jej boku.

    – Pani? – spytał, jakby celem jego życia było spełnianie jej poleceń.

    – Wilkołaki bez stada, wyrok śmierci – powiedziała tonem, jakby mówiła o tym, z czego zrobi na obiad sałatkę. 

    Wyraźnie chciała mówić coś dalej, ale Cahir bez wahania wszedł jej w słowo.

    – Oni mają stado – powiedział uśmiechając się ponuro. – To moje wilkołaki. Nie słyszałem, żeby to było zakazane…

    Spojrzała na niego groźne. Chciała coś powiedzieć, ale ubiegł ją stojący koło niej mężczyzna.

    – Zrodzony z Cienia ma rację, pani – powiedział odrobinę niechętnie. – Nikt nigdy nie wymyślił takiego prawa, a to dlatego, że on jest pierwszym Illi’andinn, który potrafi przemieniać się w wilka…

    – Wiem to Juliuszu – syknęła nieprzyjaźnie. – Gdyby nie był taki wyjątkowy, Rada już dawno temu przestałaby tolerować jego wybryki. Tym razem mu nie odpuszczę!

    – Więc pewnie będziesz pierwszą osobą, która tu zginie, Dannie – wtrącił się nieoczekiwanie Daniel. – Chłopak czuje się odpowiedzialny za swoje stado i będzie ich bronił za wszelką cenę.

    Kobieta obrzuciła go wściekłym spojrzeniem. Wyraźnie nie tego się spodziewała.

    – Nie po to przybyłaś – odezwał się cicho Eryk, który dopiero teraz wyszedł z cienia. – Od pilnowania porządku są Łowcy. Po co tu jesteś pani kapitan? – zapytał spokojnym, grzecznym tonem. – Darujmy sobie niepotrzebne groźby i przejdźmy od razu do setna sprawy.

    Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie na widok Eryka. 

    – Czemu mnie nie uprzedziłeś o jego obecności tutaj? – zapytała stojącego obok mężczyzny.

    – Mówiłem pani, że jest z nimi wampir – odpowiedział niepewnie.

    Pokręciła niedowierzająco głową.

    – Nie ważne, to nie ma znaczenia – westchnęła. – Masz rację, nie jestem tutaj po to, żeby załatwiać urzędowe sprawy czy dokonywać egzekucji na niższych formach życia – pogardliwym spojrzeniem obrzuciła wilkołaki. – Przybyłam tu po córkę Matta Cuttberta. Z wami rozmówię się później.

    – Czego chcesz od Gabrieli? – warknął coraz bardziej zirytowany Cahir.

    – To nie twoja sprawa – odpowiedziała mu wyniośle – wiedz jednak, że grozi jej niebezpieczeństwo. Jeżeli nie pójdzie z nami, umrze. 

    – Zamierzacie ją chronić? Dziewczyna może i jest córką Illi’andinn, ale nie należy do naszej rasy – powiedział ponuro Daniel. – Czemu się nią przejmujecie?

    – Zrodzony z Cienia wie dlaczego, prawda Cahir? – zapytała jakby rozbawiona, a chłopak niechętnie skinął głową. – Zabieram dziewczynę, z resztą rozliczymy się później. 

    – W takim razie ja też idę z wami – powiedział stanowczo Cahir. – Nie zostawię jej samej.

    – O nie mój drogi, sam podjąłeś się innego zadania – roześmiała się kobieta. – Zresztą nie jesteś nawet Łowcą, nie masz prawa iść z nami,

    Chłopak zacisnął dłonie w pięści, spojrzał na nią z nienawiścią. Daniel wzruszył ramionami. Uśmiechnął się do stojącej przed nimi kobiety naprawdę czarującym uśmiechem.

    – W takim razie ja pójdę – oznajmił pogodnie, a z jego łopatek w jednej chwili wyrosły olbrzymie, szare skrzydła.

    Kobieta spojrzała na niego niedowierzająco, jednak tylko skinęła głową. Daniel chwycił niczego niespodziewającą się Gabrielę w ramiona i wzbił się w powietrze, a wraz z nim, ku niebu wzleciały wszystkie otaczające ich kręgiem postacie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Cahir bezradnie wpatrywał się w pociemniałe niebo. Jego dłonie same zacisnęły się w pięści. W czarnych oczach szalał ogień. Czuł jak jakaś niewidzialna dłoń nieprzyjemnie zaciska mu się na gardle. Zabrali od niego Gabrielę, a on kompletnie nic nie mógł na to poradzić. Może by nawet uszedł z życiem, gdyby próbował walczyć z całą armią, ale ucierpiałyby na tym wilkołaki, Natalia i Daniel, a być może również Gabriela, którą za wszelką cenę pragnął chronić. 

    Dannies, kapitan gwardii Illi’andinn, jedna z ważniejszych osób w Radzie, w jakiś sposób poznała tajemnicę dotyczącą dziewczyny. Cahir nie miał pojęcia jak się dowiedziała. Gabriela, jak jej matka i młodsza siostra, była jasnowidzącą. W swoich snach potrafiła zobaczyć rzeczywistość. Zarówno to, co dzieje się w danej chwili jak i to, co dopiero ma się wydarzyć. Cahir nie był do końca pewien czy dziewczyna sama zdaje sobie z tego sprawę. Zaczął się zastanawiać czy to z tego powodu groziło jej niebezpieczeństwo, szybko jednak odrzucił tą możliwość. Magia, którą wyczuwał w powietrzu była zbyt potężna. Wrogowie zbyt silni, żeby zainteresowała ich taka błahostka. Musiało chodzić o coś jeszcze.

    Chłopak odwrócił się do, ciągle stojących za jego plecami, wilkołaków. Maurycy patrzył na niego wyczekująco, opiekuńczo obejmując ramieniem Natalię. Pozostali niepewnie rozglądali się na boki. Eryka nigdzie nie było widać. Cahir obrzucił ich wściekłym spojrzeniem, to właśnie przez nich musiał tu zostać. Starał się zapanować nad ogarniającym go gniewem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę, w najmniejszym stopniu nie jest to ich wina.

    – Co zrobimy? – po długich minutach ciszy ośmielił się zadać pytanie Maurycy.

    – Udamy się do Irlandii, tak jak planowaliśmy – oznajmił cicho Cahir, a w jego głosie słychać było jakąś dziwną, mroczną determinację – tylko, żeby było szybciej, polecimy z Berlina samolotem.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Gabriela otworzyła oczy. Leżała na, stojącej w rogu dużego pokoju, krwistoczerwonej kanapie. Nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Pamiętała tylko, że była wściekła na Daniela, za to, że ją zabrał, a potem w jej umyśle była już tylko ciemność. Rozejrzała się dookoła. Ściany pomieszczenia, w którym się znajdowała, zbudowano z szarego kamienia, pozostawionego w całej swojej surowości. Ozdobione były jedynie w niektórych miejscach czerwonymi draperiami. Zupełnie jak w średniowiecznym zamku. Pod przeciwległą ścianą pokoju stał drewniany, długi stół, a przy nim kilka krzeseł. Podłogę wyścielał puchaty, brązowy dywan. Na jednym z krzeseł siedział wygodnie rozparty Daniel, który z drwiącym uśmiechem wpatrywał się w elegancko ubraną, chodzącą niespokojnie po pokoju, kobietę.

    – Czemu się w to wmieszałeś, Danielu Maes? – zapytała ponurym głosem nieznajoma – Myślałam, że teraz współpracujesz z Radą, zamiast działać na naszą niekorzyść.

    Jej gruby, brązowy warkocz podskakiwał w takt niespokojnych kroków. W jej oczach Gabriela widziała mieszaninę zadziwienia i urazy.

    – Nie przyszło ci do głowy, że miałem ochotę cię trochę podrażnić, Dannie? – zakpił blondyn.

    – Nie jestem aż taką idiotką, Danielu! – warknęła kobieta. – Do czego potrzebna ci dziewczyna? Dlaczego chcesz jej pilnować osobiście?

    Blondyn prychnął. Na jego twarzy zagościł nieprzyjemny, koci uśmiech.

    – Na twoim miejscu martwił bym się raczej czym innym – odpowiedział niemal pogodnie. – Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli spadnie jej włos z głowy, będziesz miała małą, prywatną wojnę z dwójką czysto krwistych? Nie sądzę, żebyś wtedy długo pożyła, Dannie. Nawet ty się przed nimi nie obronisz. Możesz pogrywać z Cahirem, ale nie z Mattem.

    Kobieta spojrzała na  niego wściekłym wzrokiem.

    – Już ci mówiłam, że dostałam polecenie, żeby ją chronić – syknęła nieprzyjemnie. – Nie wiem tylko, gdzie jest w tym wszystkim twoje miejsce, Danielu. Nienawidzisz jej ojca przynajmniej tak samo mocno jak ja. Czemu zależy ci na dziewczynie?

    – Niczego się ode mnie nie dowiesz, pani kapitan – roześmiał się blondyn. – Nie zamierzam zdradzać ci moich tajemnic. Nasza dyskusja dobiegła końca, Dannie. Żegnam.

    Gdyby ta, elegancko ubrana, kobieta potrafiła zabijać wzrokiem, Daniel z pewnością już by nie żył. 

    – Zapłacisz mi za to Danielu – warknęła wściekle, po czym, trzęsąc się ze zdenerwowania, wyszła z pokoju.

    Blondyn roześmiał się w głos. Najwyraźniej igranie z tą kobietą dostarczało mu wiele przyjemności. Gabriela dopiero teraz odważyła się usiąść. Spojrzała oskarżycielsko na Daniela.

    – Gdzie my do cholery jesteśmy? – zapytała oskarżycielskim, nieprzyjemnym tonem.

    Mężczyzna spojrzał na nią, a w jego jadowicie zielonych oczach zobaczyła gniew. W jednej chwili znalazł się tuż przy niej. Chwycił ją za nadgarstki i przycisnął jej ręce do oparcia kanapy. Gabriela poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Jej oddech gwałtownie przyspieszył. Zaczęła odczuwać strach. Daniel był zbyt szybki, zbyt silny. Trzymał jej ręce tak, że zaczęła odczuwać ból. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak niebezpieczny może być ten mężczyzna, a tutaj, nikt jej przed nim nie obroni.

    – Nie będziesz się do mnie zwracała tym tonem – syknął. – Zrozumiałaś?

    – Daniel… – zaczęła cicho.

    Blondyn wykręcił jej rękę do tyłu, tak, że w oczach dziewczyny stanęły łzy.

    – To nie Cahira powinnaś się bać, tylko mnie – powiedział cichym, złowieszczym tonem. – Zrozumiałaś? – powtórzył pytanie.

    – Tak – jęknęła cicho, nie na żarty przestraszona Gabriela.

    – Świetnie – oznajmił puszczając jej ręce, a ona natychmiast odsunęła się jak najdalej od niego, na sam brzeg krwistoczerwonej kanapy. – Jesteśmy w Manhain, najlepiej strzeżonej z istniejących twierdzy Illi’andinn.

    Gabrieli nic ta nazwa nie mówiła. Równie dobrze mogli znaleźć się w piekle, a jej nie zrobiłoby to żadnej różnicy. Siedziała przez chwilę w milczeniu, trawiąc przedstawione jej rewelacje. W końcu jednak odważyła się zadać nasuwające się jej natrętnie pytanie.

    – Naprawdę nienawidzisz mojego ojca? – spytała cichym, lekko drżącym głosem.

    – Jak nikogo na świecie – odpowiedział Daniel, nie patrząc na nią.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Mimo późnej pory przez Berlińskie lotnisko przewijały się tłumy ludzi. Samolot do Dublina odlatywał o szóstej rano, jakimś cudem udało im się nabyć na niego bilety. Ze stolicy, do Kilkenny nie było już tak daleko, zwłaszcza jeżeli mieliby pobiec jako wilki, albo w wypadku Cahira, po prostu polecieć. W chłopaku wszystko się niemal gotowało. Był wściekły, a jednocześnie czuł się cholernie bezradny. Dziękował w duchu, że przynajmniej Gabriela nie została zupełnie sama, w końcu był z nią chociaż Daniel, jakkolwiek kiepskim towarzystwem by nie był. 

    Kiedy tylko wysiedli z samolotu Cahir przekazał wilkołakom krótkie instrukcje, a sam nie czekając na nic, rozwinął czarne jak noc, olbrzymie, nietoperzowate skrzydła i niezauważony przez nikogo, wzbił się w powietrze.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Na przedmieściach Kilkenny, średniowiecznego Irlandzkiego miasteczka, stała ładna, pomalowana na biało, wiktoriańska willa. Otoczona była ogrodem, w którym rosły głównie dzikie, pnące róże. Były tam też owocowe drzewa, krzewy i mały, skalny ogródek. Tył podwórka był zarośnięty chaszczami, sprawiając sobą dziwne wrażenie celowości, jakby ktoś specjalnie zostawił takie właśnie miejsce – raj do zabaw dla dzieci. Oczywiście była też huśtawka, taka z prawdziwego zdarzenia, drewniana, powieszona na gałęzi dorodnego włoskiego orzecha o rozłożystych konarach. Na drewnianym, prostym ganku stała ciemnobrązowa ławka, na której można było usiąść, żeby z tej perspektywy oglądać ogród i zachodzące nad domami słońce.

    Było koło godziny dziewiątej, kiedy drzwi willi uchyliły się, tylko na tyle, żeby wypuścić na dwór złotowłosą dziewczynę, a właściwie już kobietę. Tak naprawdę patrząc na nią, ciężko było określić jej wiek. Wyglądała na młodą, nie nosiła na sobie żadnego widocznego piętna starzenia się, ale jej oczy… Oczy w kolorze wiosennego nieba były głębokie i mądre. Każdy uważniejszy obserwator spostrzegłby, że kobieta jest zbyt młoda by w ten sposób patrzeć na świat. Postać wyszła, niemal wymknęła się z domu i usiadła na ławce okrywając się popielatym, polarowym kocem. Wyraźnie na coś czekała, pogrążona we własnych myślach, zbyt cierpliwa, żeby wstać i zacząć niespokojnie chodzić, jak na jej miejscu uczyniłoby większość oczekujących na jakieś wydarzenie ludzi.

    Note