Rozdział 9 – Pieśń księżyca
by Vicky
To co rozpętało się w powietrzu, było niesamowite. Przyglądająca się z trawy Emi, widziała na niebie tylko czarne, zamazane smugi. Nie mogła zrozumieć jakim cudem, olbrzymich rozmiarów smok, potrafił poruszać się z taką prędkością?! Po chwili otępiałego zaskoczenia, jej umysł zaczął pracować aż nazbyt sprawnie. Wielką falą zaczęła zalewać ją panika. Jay! Przecież Hikaru go zabije! Może i czarnoskrzydły był wojownikiem, ale ze smokiem z pewnością nie miał szans.
„Damien! Damien!” – zaczęła rozpaczliwie wołać w myślach, próbując odnaleźć wyblakłą nić połączenia, które kiedyś, gdy wspólnie ratowali Jaya, pomiędzy nimi powstało.
O dziwo zadziałało, bo już po chwili, na niewielką polanę, wpadł śnieżnobiały tygrys. Przybrał swoją ludzką postać, bez zbędnych pytań, sam orientując się w sytuacji.
– Cholera! Czy oni powariowali?! – zapytał z ciągle uniesioną ku niebu głową.
– Hikaru jakoś wpłynął na umysł Jaya i Jay się wkurzył – wyjaśniła pokrótce Emi, również nie odrywając wzroku od toczącej się w górze bitwy. – Do tego nie chciał pozwolić, żebym z nim poszła – dodała nieco ciszej.
– Musimy to przerwać, on go zabije – zdecydował zupełnie już spokojnym głosem, zrezygnowany Damien.
Chłopak podszedł ku podnoszącej się z trawy dziewczynie. Spojrzała na niego pytająco.
– Jak chcesz to zrobić?
Wzruszył ramionami.
– Nie mam jeszcze do końca pojęcia, ale potrzebny nam drugi smok… – wytłumaczył niezbyt jasno. – Pomożesz mi?
Emi skinęła głową.
– Co mam robić?
– Pożycz mi swoją magię, sam nie dam rady – mruknął. – Tak jak robiliśmy to już wcześniej.
Dziewczyna bez zastanowienia wsunęła drobną dłoń w jego rękę.
– W takim razie zaczynajmy.
Damien splótł swoje palce z jej palcami, a potem cały świat jakby zwolnił. Tocząca się w przerażającym tempie walka, była teraz bitwą dwóch ślimaków. Emi wyraźnie widziała płynne ruchy Jaya i zakończone niepowodzeniem próby Hikaru, żeby czarnoskrzydłego czymkolwiek uderzyć. Jay również nie trafiał, ale dziewczynę przerażała różnica w konsekwencjach tego, co jeden może zrobić drugiemu. Gdyby to smok uderzył czarnoskrzydłego, zapewne po prostu by go zabił, natomiast trafienie Jaya, nawet zaostrzonym, połyskującym w słońcu mieczem, mogłoby co najwyżej jeszcze bardziej Hikaru wkurzyć. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Sylwetka Jaya rosła. Zmieniał się w obarczonego czarnymi skrzydłami wilka. Emi czuła, jak Damien wysysa z niej całą moc i energię.
– Co robisz? – spytała zaniepokojona.
– Zaufaj mi, to najlepsze co jestem w stanie wymyśleć – odezwał się z wysiłkiem. – Gdybyśmy zmienili go w smoka, nie miałby pojęcia, jak w tej postaci walczyć.
Ogromnych rozmiarów zwierzę rosło coraz bardziej, wkrótce już dorównując rozmiarami zdumionemu, czarnemu smokowi. Jay wyjątkowo szybko odnalazł się w nowej, dziwacznej sytuacji. Nie miał co prawda miecza, ale dysponował teraz pazurami i rzędem ostrych zębów. Błyskawicznym ruchem rzucił się do szyi smoka. Hikaru syknął wściekle i sparował atak, odrzucając zwierzę do tyłu, na jego odsłoniętej w tym miejscu skórze, pojawiła się jednak ciemna krew. Dalej toczyła się zacięta walka. Szala zwycięstwa tym razem zaczęła przechylać się na stronę Jaya. Wilk kąsał w każde, możliwe, nie pokryte sztywnymi łuskami miejsce, w błyskawicznym tempie odskakując za każdym razem do tyłu. Smok, nie przyzwyczajony do walki z równym przeciwnikiem, broczył krwią z coraz większej ilości niewielkich ran i skaleczeń. W końcu, wycieńczony, opadł na ziemię. Jay przygotował się do skoku, wyraźnie planując zakończyć tą walkę śmiercią przeciwnika. Emi przymknęła oczy, z wysiłkiem utrzymując się na nogach.
– Jay, nie zabijaj go! – wrzasnęła resztkami sił. – Jeżeli go zabijesz, nigdy w życiu się już do ciebie nie odezwę! – dodała pierwszy argument, który przyszedł jej do głowy.
Wilk warknął nieprzyjaźnie, ale ustąpił. Stanął nad przeciwnikiem, jeżąc sierść i czekał. Pierwszy swoją ludzką postać przybrał Hikaru, dopiero potem zrobił to on sam. Emi osunęła się na trawę, Damien, z pobladłą twarzą oparł się o drzewo. To kosztowało ich zbyt wiele. Smok usiadł, podtrzymując się na rękach. Jego twarz była teraz pełną wściekłości maską.
– Jak śmiesz się wtrącać? – syknął rozeźlony bezpośrednio do Damiena. – Mam takie samo prawo zabijać jak ty!
– Nie moich przyjaciół – odpowiedział mu z trudem blondyn.
– Taaak? – zadrwił Hikaru. – To może opowiedz im o dziewczynie, którą zamordowałeś z zimną krwią? Bo ona chyba była ich przyjaciółką – odezwał się z podłą satysfakcją w głosie. – Z twojego umysłu wyczytałem nawet jej imię. Nazywała się Ana – rzucił z czającym się w spojrzeniu okrucieństwem, wpatrując się bezpośrednio, w błękitne oczy Damiena.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
To było dziwne uczucie, taka pustka, kiedy wie się, że się przegrało. Damien ze stoickim spokojem obserwował pytające, niedowierzające twarze Emi i Jaya.
– Zabiłeś ją? – z ust dziewczyny padło cichutkie, nieuniknione pytanie. Damien poczuł się teraz bardziej zmęczony niż kiedykolwiek dotąd. Niechętnie skinął głową. – Dlaczego? – nie mogła zrozumieć Emi.
To jednak nie miało znaczenia, jej żal, jej łzy w oczach, nie mogły konkurować ze wściekłym spojrzeniem Jaya.
– Ty padalcu! – warknął czarnoskrzydły. – Przez cały ten czas miałem cię za przyjaciela, a ty… ty chciałeś mojej śmierci!
– Nie, to nie tak… – spróbował bez przekonania Damien, ale nigdy nie dane było mu dokończyć.
Szary wilk o bursztynowych oczach, rzucił się na niego, przygważdżając blondyna do ziemi. Damien nie zamierzał się bronić, bo to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Leżał rozciągnięty pod drzewem, na trawie i czekał na zbliżającą się śmierć. Nagle wilk zaskowyczał. Stanął w płomieniach. Sturlał się z chłopaka i zaczął tarzać w trawie.
– Andre, przestań! Przestań! – krzyczała już Emi, do wyłaniającego się z lasu brata.
Ogień zgasł, a wilk zerwał się z trawy wściekle warcząc. Hikaru, mimo, że brudny i podrapany, a na twarzy jeszcze bledszy niż zwykle, wyraźnie bawił się zaistniałą sytuacją.
– On nie chciał skrzywdzić Jaya – wyjaśnił Andre, patrząc tylko na swoją siostrę. – Wymyślił po prostu durny sposób na to, żeby go chronić.
– Bo przecież on tak baaaardzooo go kocha – dodał rozbawionym głosem smok. – No cóż, pech chciał, że czarnoskrzydły woli dziewczyny – roześmiał się mrużąc szmaragdowe oczy.
Jay przybrał swoją ludzką postać i gapił się jak ogłuszony na przyjaciela. Kiedy tamten spojrzał mu w oczy, wzdrygnął się mimowolnie. Damien poczuł jak wszystko w nim drży. Na twarz starał się przybrać wyćwiczoną przez lata, obojętną maskę, ale zwyczajnie nie potrafił. Zaczął żałować, że Jay nie rzucił mu się od razu do gardła, bo gdyby to zrobił, on teraz byłby martwy, a oprócz śmierci, pragnął jedynie zapaść się pod ziemię. Emi, odrobinę chwiejnie wstając z trawy, podeszła do czarnoskrzydłego, wplatając mu się pod ramię. Jay natychmiast zignorował całe otoczenie, po prostu przytulając ją do siebie, jakby wszystko inne nie istniało. Damien nie potrafił tego dłużej wytrzymać. Przybrał postać białego tygrysa i nie zwracając na nic więcej uwagi, popędził przez las.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Znajdowali się w jednej z nieużywanych, pałacowych komnat. Jay niespokojnie chodził po pokoju. Emi skonsternowana wpatrywała się w niego już od dłuższego czasu.
– Przestań wreszcie – zażądała, nie mogąc już dłużej wytrzymać.
Chłopak zatrzymał się, spojrzał na nią, a potem jakby opadł z sił.
– Nienawidzę go – oznajmił. – Nienawidzę!
– Wcale nie – stwierdziła dziewczyna podchodząc do niego bliżej. Przytulił ją mocno do siebie. – Jest twoim przyjacielem – wyjaśniła. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się martwił, kiedy dowiedział się, w jaki sposób cię ukarano. Chyba spodziewał się, że zabijając Anę i zrzucając na ciebie odpowiedzialność za jej morderstwo, po prostu nas rozdzieli.
– Dlaczego w ogóle chciał to zrobić? – bursztynowe oczy Jaya płonęły.
Emi spuściła wzrok.
– Nasi rodzice zaplanowali nasz ślub – mruknęła cichutko. – Wszystko wskazywało na to, że w żaden sposób nie damy rady go uniknąć.
Jay warknął nieprzyjaźnie.
– Widziałem, że jest zazdrosny, ale przez cały czas myślałem, że ten skurwiel zakochany jest w tobie!
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
– We mnie? – nie mogła powstrzymać się od leciutkiego uśmiechu. – To ty nie wiedziałeś, że Damien jest gejem?
– Nie miałem pojęcia – przyznał szczerze Jay.
Westchnęła, a on przytulił ją do siebie jeszcze mocniej.
– Co nie zmienia faktu, że i tak nie potrafię mu tego wybaczyć.
– Ja też nie – niechętnie przytaknął jej Jay.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Robert Lander, do tej pory najlepszy przyjaciel Andre, nienawidził teraz czarodzieja z całego serca. Och, udawał, że jest zadowolony z przebiegu wydarzeń, bo co innego mu pozostawało? Wielka bitwa, współpraca z Illi’andin, przejęcie szkoły. Tylko dlaczego, skoro po swojej stronie mięli smoka, nie pozabijali od razu tych wszystkich przeklętych szumowin? No tak, Andre wytłumaczył mu ich szansę, tą samą, którą wraz z Damienem Hayazakim przedstawił przed Illi’andin. Jego mała, spłoszona siostrzyczka – najchętniej wyplułby to słowo – wcale nie była człowiekiem. I mimo, że jej matką była czarodziejką, zgwałconą przez jedną z tych bestii, ona sama pozostawała w jakiś sposób, żeńską wersją arystokratów Illi’andin. Najzabawniejsze było to, że teraz wszyscy o tym wiedzieli – wszyscy, tylko nie ona sama. Teraz, kiedy zobaczył przeklętą dziewuchę, kiedy samotnie zmierzała w kierunku lasu, bez zastanowienia postanowił udać się za nią, w nadziei, że znajdzie jakiś sposób, żeby się jej pozbyć, raz na zawszę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Emi stała nad krawędzią głębokiego, skalistego wąwozu, w którym spalono wszystkie ciała, składając hołd umarłym. Zastanawiała się czy było to lepsze od praw, jakimi rządził się sojusz. Zmuszanie młodych dziewcząt do małżeństw, z rozbestwionymi, pozwalającymi sobie na wszystko chłopakami, nie było niczym dobrym, tak samo jak narkotyki, które podawano Illi’andin, ale czy równoważyło tą całą śmierć? Nie potrafiła jednak tak szczerze, do końca żałować, bo dzięki bitwie, dzięki zdobyciu szkoły, właśnie dzięki tej całej śmierci, żył Jay. Był tutaj i nikt, nigdy więcej, nie zabroni im bycia razem. W pewnym momencie coś poruszyło się między szarymi cieniami drzew. Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, w samą porę, by zobaczyć błysk stali. Poczuła jak chłód rozlewa się po całym jej ciele, kiedy w jej brzuch wbił się wąski sztylet.
– Giń suko! – usłyszała znajomy, ale tym razem pełen nienawiści, głos Roberta.
Chłopak jednak nie zdążył wyciągnąć sztyletu, żeby pchnąć jeszcze raz, bo w tym właśnie momencie, rzucił się w jego kierunku, olbrzymi, biały cień. Tygrys przewrócił czarodzieja na trawę, a potem obaj stoczyli się z krawędzi wąwozu. Emi poczuła jak odpływa. Ból był nie do zniesienia. Osunęła się na trawę, by po chwili stracić przytomność.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
– Nic jej nie będzie? – spanikowanym głosem dopytywał się Andre.
– Zamknij się, albo wyjdź – usłyszała ostry głos czarnoskrzydłego.
Z trudem uniosła powieki. Poczuła szorstką rękę Jaya, która łagodnym gestem odgarnęła jej włosy ze spoconego czoła. Zobaczyła ulgę w jego bursztynowych oczach.
– Jay… – wyszeptała cicho, a potem nagle coś sobie przypomniała. – Damien, co z Damienem? Gdyby nie on, pewnie już bym nie żyła…
Czarnoskrzydły skrzywił się odrobinę, ale nic nie odpowiedział. Andre podszedł i usiadł po drugiej stronie siostry.
– Razem z Robertem wpadł do wąwozu – wyjaśnił. – Prawdopodobnie by się zabił, gdyby nie twój smok. Otworzył jakiś portal, do którego obydwaj wpadli. Potem sam w niego zanurkował i wrócił razem z Damienem. Roberta więcej nie widzieliśmy. I dobrze, bo inaczej sam bym go zabił – powiedział poważnym głosem.
– O ile zdążyłbyś zrobić to przede mną – warknął ponuro Jay.
– Więc gdzie oni są teraz? – spytała odsłaniając kołdrę i patrząc na swój zupełnie zdrowy, nawet nie zadraśnięty brzuch.
Jay i Andre wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, jakby bali się reakcji dziewczyny. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się jej brat.
– Hikaru odpoczywa w twoim pokoju. Wyleczenie twojej rany mocno go wyczerpało – wyjaśnił.
– A Damien? – nie zamierzała przestać się dopytywać.
– Damiena nie ma – oznajmił twardo Jay. – Zostawił list.
– List? – nie zrozumiała dziewczyna.
– Uznał, że lepiej będzie, jeżeli na jakiś czas się usunie – wyjaśnił niechętnie Andre.
– Uciekł jak tchórz – sprecyzował czarnoskrzydły.
Andre zmierzył go nieprzyjemnym wzrokiem, ale to przemilczał. Nagle Emi coś jeszcze przyszło do głowy.
– Dlaczego Robert próbował mnie zabić? Co by mu to dało? – spytała niespokojnie.
Znowu odpowiedziało jej ponure milczenie. Tym razem przerwał je Jay.
– Ponieważ jesteś jedną z nas – odezwał się patrząc jej w oczy. – Jesteś Illi’andin.
Stwierdzenie to wydało się Emi tak absurdalne, że miała ochotę parsknąć śmiechem. Oni się jednak nie śmiali. Mówili całkiem poważnie. A potem było już tylko gorzej. Andre opowiedział siostrze historię, jak jeden z arystokratów zgwałcił jej matkę. Opowiedział też o tym, jak dla dobra sojuszu, zatuszowano całą sprawę. Dziewczyna tak mocno zacisnęła usta, że stały się teraz wąską, białą linią.
– Wiedziałeś o tym? – spytała Andre. – Obydwaj wiedzieliście?
Jej brat przecząco pokręcił głową.
– Ja wiedziałem, ale Jay dowiedział się dopiero dzisiaj, ponieważ Damien wspomniał o tym w liście.
– Czy moglibyście wyjść? – poprosiła, nie zwracając uwagi na to, że znajdowali się w pokoju Andre. – Chciałabym zostać sama.
Niechętnie skinęli głowami.
– Kocham cię – szepnął na pożegnanie Jay, pochylając się i całując skroń dziewczyny. –
Nie obchodzi mnie kim jesteś. Kimkolwiek byś nie była, ja i tak zawsze będę cię kochał.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Wypchany plecak ciążył Andre coraz bardziej. Ciążyło mu również to, że stąd odchodzi. Po cichu i ukradkiem, jak włamywacz.
– Znajdziesz go? – podskoczył zaskoczony, na dźwięk znajomego głosu.
Odwrócił się, by stanąć twarzą twarz, z opartym o pień drzewa Jayem.
– Nie wiem ile zajmie mi to czasu, ale znajdę, a potem wrócimy tutaj. Razem.
Czarnoskrzydły skinął głową. Uśmiechnął się ponuro.
– Mam nadzieję, że szybko go przekonasz. Jest moim przyjacielem. Cokolwiek by myślał czy zrobił. Poza tym uratował Emi. To dzięki niemu żyje. Przekonaj go, żeby wrócił.
– Przekonam – oświadczył Andre, któremu zrobiło się trochę lepiej. – Powiedz jej, że ją kocham.
– Przekażę – mruknął czarnoskrzydły.
Potem, kiedy nie było już nic do powiedzenia, Andre odwrócił się i odszedł, a Jay stał jeszcze chwilę, wpatrując się w jego, oddalającą się, samotną sylwetkę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Emi leżała na trawie, wtulając się w ramiona Jaya. Milczeli, skupieni na własnych myślach. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Oparła się na łokciu, pochylając nad chłopakiem, by miękko pocałować go w usta.
– Co teraz będzie się działo? – spytała.
– Nic – oznajmił. – My zachowany swoje treningi, a wy powinniście zachować lekcje magii. Jeżeli chcemy dalej walczyć o swoje, mogą się nam wkrótce przydać.
– Czy myślisz, że kiedyś ludzie oswoją się z Illi’andin? Będziemy potrafili żyć w pokoju?
Jay spojrzał jej prosto w oczy.
– Jeżeli kiedykolwiek się to uda, to jestem pewien, że stanie się to w tej właśnie szkole.
Dziewczyna westchnęła. Z powrotem opadła na trawę.
– Kocham cię – mruknęła cicho, wtulając się mocno w jego ramię.
– No widzisz? – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, jego bursztynowe oczy błyszczały. – Jeżeli nam się udało, to czemu miałoby się nie udać innym?
– Jay! – powiedziała z nutką nagany w głosie.
Roześmiał się.
– Ja też cię kocham – przyznał, wiedząc, że to właśnie taką odpowiedź pragnęła usłyszeć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Leżał w białej pościeli, wpatrując się w ozdobione niebieskimi kwiatami, drewniane meble i zastanawiał się co on właściwie tu robi? Bitwa się zakończyła, a oni wygrali, na Dareshii nie został już ani jeden dorosły czarodziej czy Illi’andin. Wszyscy ci, którzy złożyli broń, zostali pokojowo przeprowadzeni przez portale. Reszta po prostu zginęła, a ich ciała spalono w leśnym wąwozie. Co prawda w szkole na nowo utworzyły się dwa obozy – czarna wieża dla Illi’andin i biały pałac dla czarodziejów, a młodzi ludzie podchodzili do siebie nawzajem jak pies do jeża, ale wyraźnie widać było wzajemny podziw obu stron, dla wykazanej podczas bitwy odwagi i nieśmiałe próby kontaktów, zwłaszcza między czarodziejkami, a chłopakami Illi’andin. Z pewnością go już nie potrzebowali, więc dlaczego tu jeszcze był? Hikaru przeciągnął się, a potem syknął z bólu. Pierwszy raz w życiu odczuwał negatywne skutki walki i wyczerpania leczeniem. Zazwyczaj po prostu nikt nie miał z nim szans, a pomagać nie miał komu, bo nie litował się nad innymi. Więc co się zmieniło? Może to, że tak naprawdę nie chciał tego sukinsyna zabić… może bał się ujrzeć nienawiść w karmelowych oczach… a może… Jego rozważania przerwał hałas otwierających się drzwi.
– Cześć – Emi wśliznęła się do środka i usiadła obok niego na łóżku. W dłoniach trzymała parujący kubek. – Przyniosłam ci kakao – uśmiechnęła się łagodnie – pamiętam twój rozmarzony wyraz twarzy, kiedy wspominałeś o słodyczach – wyjaśniła.
Smok usiadł, dziwiąc się w jakim stopniu może kogoś boleć jego własne ciało. Pieprzony wilk! Czemu dał mu się tak pogryźć?
– Dzięki – mruknął, zastanawiając się czy w ogóle powinien coś powiedzieć.
Dziewczyna podciągnęła nogi, opierając się tuż przy nim o ścianę, w końcu to było jej własne łóżko…
– Namieszałeś – westchnęła zasmucona.
– Wiem – przyznał czując się dziwnie skonsternowany.
Nie tego się po niej spodziewał. Powinna powiedzieć, że go nienawidzi, robić mu wyrzuty, rzucić się na niego z pięściami czy cokolwiek takiego, ale nie. Ona siedziała tutaj, wpatrując się w swoje kolana i czekała na jego wyjaśnienia. Wyjaśnienia, których nie było. Chciał ją zabrać na czerwoną planetę, albo gdziekolwiek indziej, w końcu była mu to winna. Nienawidziłaby go, a on by się dobrze bawił, robiąc jej na złość. Coś go jednak powstrzymywało i na to „coś” był bardziej wkurzony niż na całą tą głupią planetę, czarodziejów, rasę Illi’andin i samego siebie.
– Co teraz zrobisz? – zapytała.
– Będę tak samo nieznośny jak do tej pory – odpowiedział szczerze.
Coś w nim drgnęło, kiedy obdarzyła go promiennym uśmiechem.
– To znaczy, że z nami zostajesz?
Mimo, że wcześniej nie miał jasno sprecyzowanych planów, to teraz wiedział, że tak. Przecież tych głupich dzieciaków trzeba było pilnować, bo inaczej gotowi pozabijać się nawzajem. Nie będąc pewnym własnego głosu, po prostu skinął głową. Emi pisnęła. Oplotła ramionami jego szyję, delikatnie pocałowała go w policzek. Potem jednak odsunęła się gwałtownie.
– Obiecaj, że nawet nie spróbujesz zabić któregokolwiek z moich przyjaciół – zażądała.
Smok prychnął, ale ponownie skinął głowa.
– Obiecuję – westchnął, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądało jego nowe, ciekawsze życie.
The End
Słowniczek:
Wairudo – dziki
Hayazaki – wczesny kwiat
Senshi – żołnierz
Hikaru – zbyt jasny
Fukkura – puszek