Rozdział 2 – Pamiętnik Smutnej Królewny
by Vicky
Camden Town, byłam przekonana, że gdyby nie sytuacja, w której się znalazłam, pokochałabym to miejsce całym sercem. Kiedy tylko opuściliśmy stację metra, w oczy rzuciły mi się różnobarwne kramy i stragany. Namioty pełne hinduskich chust i sukien, budki z chińskim jedzeniem, sklepy z gotyckimi strojami. Wszystko wyglądało tak, jakby w bajkowym miasteczku trwał wieczny karnawał. Uczepionej ramienia mojego przyjaciela latynoskiej piękności nie zamykała się buzia. Byłam szczęśliwa, że niezbyt wiele rozumiem z tego co mówiła. Zastanawiałam się w duchu, czy Daniel mocno się na mnie pogniewa, jeżeli wyciągnę mp3. Nie miałam ochoty na słuchanie wesołej paplaniny, a już na pewno nie tej wydobywającej się z ust rozszczebiotanej Sary.
Usiadłyśmy przy drewnianym stole, a Daniel przyniósł dla nas smażony makaron z dodatkami. Zawsze lubiłam chińskie jedzenie, ale mój żołądek nie miał ochoty nawet na to. Siedziałam w milczeniu, bawiąc się swoim jedzeniem. Mimo otaczających mnie cudowności, myślałam tylko o tym, kiedy wreszcie znajdę się w domu. Chciałam być sama. W końcu, zrezygnowana, zaczęłam przysłuchiwać się temu co mówi Sara. Z lubością krytykowała mój wygląd. Moje potargane włosy, podarte, jeansy i wyblakłą od prania koszulkę. Z przykrością stwierdziłam, że ona sama wygląda idealnie. Letnia mini spódniczka, odsłaniający połowę brzucha top i sandałki z cienkich, skórzanych pasków. Była naprawdę piękna i z pewnością nie brakowało jej wyczucia smaku. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę jest mi tak bardzo wszystko jedno. W każdym razie od tego co usłyszałam, poczułam się tylko jeszcze gorzej. Zresztą dla kogo niby miałabym się stroić? Nie miałam już swojego Gabriela…
Po posiłku weszliśmy do wielkiego namiotu, pełnego indyjskich ubrań i ozdób. Spodobały mi się barwne hinduskie chusty. Zawsze uwielbiałam wszelkiego rodzaju szale. Sara natychmiast zaczęła przymierzać jakąś sukienkę zmuszając Daniela, żeby komentował jej wygląd. Patrząc na tą dwójkę, poczułam jak coś we mnie pęka. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Po cichu wysunęłam się z namiotu i puściłam pędem w wąską alejkę, pomiędzy stylizowanymi na XIX wieczne sklepikami.
Zatrzymałam się dopiero, kiedy minęłam kilka kolejnych zakrętów. Byłam w labiryncie brukowanych uliczek. Nareszcie mogłam spokojnie odetchnąć. Nie miałam nic przeciwko towarzystwu mojego przyjaciela, ale nie wtedy, kiedy była przy nim Sara. Sklepy kusiły swoimi wystawami. Stałam przed pomalowaną na ciemną zieleń witryną jakiegoś sklepiku z antykami. Przez szybę patrzyła na mnie smutnym wzrokiem porcelanowa lalka, w ciemnozielonej sukni. Miała takie dziecięce spojrzenie, a jednocześnie była naprawdę piękna. Chabrowe oczy, złote loczki, ciemnozielona, aksamitna suknia. Natychmiast pomyślałam o małej Julce, młodszej siostrzyczce Gabriela. Weszłam do środka zapytać ile kosztuje. Mimo, iż byłam pewna, że sporo przepłaciłam, wyszłam ze sklepu jako szczęśliwa właścicielka porcelanowej lalki. Już wolnym krokiem, zupełnie spokojnie, zagłębiłam się w alejkę, snując się od wystawy do wystawy, oglądając przedziwne, prezentowane tutaj przedmioty.
W końcu wyszłam na główną ulicę, mijając wabiące barwnymi neonami kluby. Ludzie w Camden Town byli tak samo niesamowici jak sklepy. W tłumie co chwilę widać było różnokolorowe, sterczące irokezy, zarówno u kobiet jak i mężczyzn, oraz trzy ulubione barwy „rasta”. Do tego byli tu przedstawiciele narodowości niemal całego świata. Uśmiechnęłam się na myśl, że z pewnością, nikt nie zwróci uwagi na moją wyblakłą koszulkę i wytarte jeansy. W tym miejscu było mi naprawdę dobrze.
Zmęczona stanęłam na przystanku autobusowym. Miałam nadzieję, że Daniel się o mnie nie martwi. Zamierzałam po prostu wrócić do domu. Z daleka rozpoznałam, siedzącą na murku, Sarę. Chciałam się schować, ale zauważyłam, że dziewczyna, skulona, ukryła twarz w dłoniach. Podeszłam do niej niechętnie. Kiedy zorientowała się, że nad nią stoję, podniosła zapłakaną twarz.
– What do you want from me?! – rzuciła poprzez łzy.
– What happend? – zapytałam, wysilając się na w miarę zrozumiałą angielszczyznę.
Zerwała się z miejsca. Popatrzyła na mnie z nienawiścią, szpecącą śliczną twarz.
– He broke up with me! It’s your fault! It’s all your fault! – wykrzyknęła rozpaczliwie, a potem odepchnęła mnie i uciekła.
Przeklęłam w duchu. Nie mogłam jej tak po prostu zostawić, nie w takim stanie. Cholerny Daniel! Dlaczego musiał bawić się akurat dzisiaj? Bez namysłu puściłam się pędem za znikającą w zaułku dziewczyną.
Uliczka na którą wyszłam była niemal zupełnie pusta. Przeszłam całą i wyjrzałam za róg. W brukowanej alejce coś się działo. Sara cofała się pod ślepą ścianę jakiegoś budynku, odsuwając się od zagradzających jej drogę chłopaków. Obydwaj wyglądali iście jak wyrzutki społeczne. Jeden był szczupły i bardzo wysoki, miał czerwonego, okazałego irokeza i cały był w kolczykach, drugi, ubrany na czarno, trzymał w ręku do połowy opróżnioną butelkę, najwyraźniej z jakimś alkoholem.
– Hej, laska, nie rozumiesz po ludzku? – złościł się punk. – Chcemy z tobą miło pogadać… no co jest? – mówił do pobladłej na twarzy, śmiertelnie przestraszonej Sary.
Zebrałam się w sobie. Polacy plagą zalewali Londyn. Byli dosłownie wszędzie. Nie mogłam jej tak zostawić. Raźnym krokiem, z podniesioną głową, weszłam w wąską uliczkę.
– Co chcecie od mojej koleżanki? – zapytałam.
– O! Nasza! – zawyli radośnie.
– Nudzimy się – mruknął ten ubrany na czarno. – Nie macie trochę czasu?
– Innym razem – odpowiedziałam pospiesznie, biorąc Sarę za rękę i oszołomioną ciągnąc w stronę skąd przyszłam.
Mieli zawiedzione miny, ale pozwolili nam przejść. Zatrzymałam się dopiero na głównej ulicy. Sara w dalszym ciągu wyglądała na przestraszoną. Spuściła wzrok.
– Thanks… – powiedziała cicho.
– Lets find Daniel, please – odezwałam się tylko, nie mając ochoty z nią rozmawiać, nie chciałam też jednak zostawiać dziewczyny samej w takim roztrzęsionym stanie, uznałam, że przynajmniej powinniśmy odprowadzić ją do domu.
Podała mi swoją komórkę i pozwoliła zadzwonić. Daniel odebrał dopiero za siódmym razem. Odezwał się nieprzyjemnym głosem, myśląc, że to Sara do niego wydzwania. Kiedy usłyszał, że to ja, natychmiast zmienił swój ton. Teraz był jeszcze bardziej wkurzony.
„Gdzie ty do cholery jesteś?! Wszędzie cię szukam!” – wrzasnął na mnie.
– Czekamy na przystanku autobusowym – oznajmiłam, po czym rozłączyłam się i oddałam telefon Sarze.
Daniel pojawił się po kilku minutach. W jego miodowych oczach płonął ogień.
– Ty kretynko, co ty sobie myślisz?! – warknął na mnie.
Spojrzałam na niego chłodno, ale nic nie odpowiedziałam. Wzruszyłam tylko ramionami.
– Możemy odprowadzić Sarę do domu? – zapytałam spokojnie.
Niechętnie skinął głową. Obrażony wsiadł z nami do czerwonego, dwupiętrowego autobusu. Usiedliśmy na górze. Żadne z nas nie miało ochoty się odzywać. Patrzyłam na uciekające za oknem ulice Londynu. Mimo absurdu sytuacji, naprawdę podobała mi się taka przejażdżka.
Wysiedliśmy przy Sainsbury’m na Fellows Road, stamtąd było już do naszej kamienicy bardzo blisko. Odprowadziliśmy Sarę do domu. Kiedy tylko dziewczyna zniknęła za drzwiami mieszkania, Daniel odetchnął z ulgą. Potem spojrzał na mnie, a ja wiedziałam, że w dalszym ciągu jest wściekły.
– Co to miało być? Dlaczego zniknęłaś? – zapytał już w miarę spokojnym głosem, kiedy tylko odeszliśmy kawałek od kamienicy, w której mieszkała dziewczyna.
– Miałam dość – powiedziałam cicho. – Po prostu miałam dość.
– Czego? – zapytał, a w jego głosie wyczułam bolesny smutek. – Mojego towarzystwa?
– Nie Daniel, patrzenia na ciebie i Sarę razem – westchnęłam.
Chłopak prychnął, ale nie skomentował. Po krótkiej chwili milczenia zatrzymał się na środku chodnika. Objął mnie ramieniem, przyciągnął do siebie. Wtuliłam się w niego, oplatając go w pasie rękami.
– Nigdy więcej mi tak nie znikaj – mruknął cicho. – Martwiłem się o ciebie.
– Dobrze, nie będę – odpowiedziałam odsuwając się od niego odrobinę. – Chodźmy do domu – poprosiłam.
Westchnął. Ponownie objął mnie ramieniem.
– Jak podobało ci się Camden? – spytał zmieniając temat.
– Bardzo – odpowiedziałam uśmiechając się odrobinę.
– Kupiłaś coś przynajmniej?
– Tak, lalkę na prezent – oznajmiłam, przypominając sobie, jak zadowolona jestem z tego zakupu. – Było jej samej na wystawie smutno – zażartowałam – pokażę ci w domu.
– Ja też coś dla ciebie mam – stwierdził zdejmując plecak i wyciągając z niego reklamówkę.
W środku była szmaciana torba na ramię z postaciami z Nightmare Before Christmas. Pisnęłam radośnie, zarzucając przyjacielowi ręce na szyję. Pocałowałam go w policzek. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio wykrzesałam z siebie tyle entuzjazmu. Moje życie powoli zaczynało się na nowo.
6 sierpnia, czwartek
Obudziłam się rano, czując w sobie olbrzymią, niemal namacalną, pustkę. Czy tak miało być już zawsze? Nie czułam jej tak boleśnie w sobie, tylko w momencie, kiedy w pobliżu był Daniel. Teraz jednak chłopak był w pracy, a ja zostałam ze swoim podłym samopoczuciem sama. Moje czarne wizje przerwał dobiegający z kuchni hałas. O tej porze nikogo nie powinno być już w mieszkaniu. Mój przyjaciel miał dzisiaj dzienną zmianę, a ciocia Natalia zazwyczaj wychodziła do pracy bladym świtem. Odrobinę przestraszona wyjrzałam z pokoju. Mama Daniela krzątała się po kuchni. Uśmiechnęła się na mój widok.
– Napiszesz się kawy? – zapytała pogodnie, zdejmując z suszarki drugi kubek.
– Chętnie – powiedziałam siadając na jednym z drewnianych krzeseł. – Ciociu, co tak późno robisz w domu?
– Wzięłam sobie na dzisiaj wolne – oznajmiła poważnie. – Muszę chociaż trochę odpocząć. Poza tym – uśmiechnęła się do mnie nieco figlarnie – miałam nadzieję, że wreszcie spełni się moje marzenie i będę miała z kimś iść do zoo. Mojego syna nie dało się namówić – westchnęła teatralnie.
– Dobrze ciociu, z przyjemnością z tobą pójdę – powiedziałam odwzajemniając jej uśmiech.
Z ulgą zdałam sobie sprawę, że nie muszę Natalii okłamywać, bo naprawdę miałam ochotę z nią pójść. Wycieczka do zoo wydawała się w tym momencie rewelacyjnym pomysłem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Londyński ogród zoologiczny znajdował się w północnej części Regent Parku, czyli tak naprawdę tuż pod naszym domem. Powierzchnię czternastu hektarów zamieszkiwało ponad sześćset pięćdziesiąt różnych gatunków zwierząt, między innymi: pingwiny, słonie, mrówkojady, małpy, żyrafy, kangury, warany i mnóstwo innych. Całe to tałatajstwo zdecydowanie warte było naszej uwagi. Chodziłyśmy z ciocią Natalią po parku zajadając różową watę cukrową. Dawno tak dobrze się nie bawiłam jak w jej towarzystwie.
– Mam do ciebie prośbę, Wiki – odezwała się nieśmiało Natalia, kiedy wracałyśmy do domu. – Wiem, że ci ciężko, ale nie odpychaj go od siebie tak od razu, daj mu szansę.
– Co masz na myśli, ciociu? – spytałam nie bardzo wiedząc o co jej może chodzić.
– Mówię o moim synu, jest w tobie zakochany po uszy, chyba od zawsze – westchnęła Natalia.
Spojrzałam na nią niedowierzająco.
– Żartujesz, prawda?
– Więc w ogóle tego nie zauważyłaś? – roześmiała się kobieta. – Zastanów się przez chwilę. Za każdym razem kiedy miałaś przyjechać zostawiał swoją aktualną dziewczynę, o żadnej nie myślał na poważnie. Zawsze tylko ty byłaś dla niego ważna, Wiki. Po prostu daj mu szansę, niczego więcej od ciebie nie wymagam. Przemyśl to proszę.
Wróciłam do domu pogrążona we własnych myślach. Daniel? Nie, to nie było możliwe… Natalia coś sobie ubzdurała. Byliśmy po prostu przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi, ale nikim więcej. Kiedy jednak przypomniałam sobie ten pocałunek sprzed dwóch lat… Nie! Zdecydowanie nic więcej nas nie łączyło! Poza tym to nie było by fair… nie wobec Gabriela… Czułam, że zwyczajnie nie mam prawa być kiedykolwiek szczęśliwa. Nie, kiedy go ze mną nie ma.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Po południu wyszłam na samotny spacer. Miałam ochotę posiedzieć trochę na Primrose Hill i podziwiać z wysoka unikalne piękno Londynu. Chciałam też przez chwilę pobyć sama. Kiedy weszłam na wzgórze, na jednej z białych, drewnianych, pustych o tej porze dnia, ławek siedziała skulona postać. Z trudem rozpoznałam w niej Sarę. Miała wygniecione ubranie, a jej piękne, zazwyczaj lśniące włosy były teraz matowe i w nieładzie. Zawahałam się. Właściwie nie miałyśmy o czym rozmawiać, ale coś, jakaś bijąca od niej aura smutku, zmusiła mnie, żeby do niej podejść.
– Hi – przywitałam się, zwracając na siebie uwagę dziewczyny.
Podniosła na mnie wzrok. Przez chwilę patrzyła niechętnie, a potem jej ciemnobrązowe, migdałowe oczy rozjaśniły się nadzieją. Odsunęła się, robiąc mi miejsce na ławce. Usiadłam obok niej, nie do końca będąc pewną, czego Sara ode mnie oczekuje.
– You are his friend, aren’t you? – powiedziała cicho. – Could you help me, please? – zapytała błagalnie. – I just wanna talk to him… nothing more… I even don’t understand what has happend between us.
– I don’t know – odpowiedziałam nie będąc pewna, czy jestem w stanie pomóc w jakikolwiek sposób dziewczynie. – He never used to listen to me. But I can try… – westchnęłam w odpowiedzi na jej zawiedzione spojrzenie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Pół godziny później stałyśmy pod hotelem, w którym pracował Daniel. Kiedy wreszcie wyszedł z budynku, uśmiechnął się na mój widok. Potem przystanął zaskoczony, zobaczywszy także Sarę.
– Co ona tu robi? – warknął na mnie nieprzyjaźnie.
Wiedziałam, że to się tak skończy. Zbyt dobrze go znałam. Postanowiłam jednak, że będę brnęła w to dalej. Najwyżej przyjaciel jeszcze bardziej się na mnie pogniewa.
– Chciała z tobą porozmawiać – oznajmiłam spokojnie, patrząc mu wyzywająco w oczy,
Zdziwiłam się, kiedy zamiast gniewnych słów, zobaczyłam na jego twarzy lekki uśmiech.
– Ok. załatwię to – oznajmił – ale potem wrócimy do domu, a ty poświęcisz mi całą swoją uwagę. Umowa stoi?
Skinęłam głową, zbyt zaskoczona jego spokojną reakcją, żeby protestować. Daniel zabrał Sarę i zniknęli za rogiem, w hotelowym ogrodzie, a ja zostałam sama. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Zaczęłam się zastanawiać co oni właściwie mają sobie do powiedzenia, że tyle to trwa. Wstałam i przeszłam równiutko ułożonym chodnikiem do rogu budynku. Nie chciałam się wtrącać, ale nie uśmiechało mi się przesiedzieć tam kolejnej godziny. Usłyszałam podniesione głosy i żywiołową rozmowę.
– But why? – zapytała ze łzami w oczach Sara. – All was fine till… – spojrzała lśniącymi od powstrzymywanego płaczu oczami w miodowe oczy Daniela – till she arrived! – Zacisnęła usta w wąską linię. – It always was her, am I right?
Daniel odwrócił się od dziewczyny. Jego ramiona lekko opadły. Westchnął.
– Yes – odpowiedział cicho. – Im sorry, Sara. I love her, I always did. There is nothing more I care about.
Dziewczyna pokręciła głową. Obrzuciła Daniela ostatnim, tęsknym spojrzeniem, a potem, dumnie odeszła pokrytą drobnym żwirem ścieżką. Cofnęłam się po cichu kilka kroków. Miałam w głowie kompletny mętlik. Kiedy nabrałam pewności, że Daniel mnie nie usłyszy, puściłam się pędem mało uczęszczaną ulicą w stronę parku. Chciałam być teraz sama. Po tym co usłyszałam, nie byłam pewna, jak dam radę spojrzeć przyjacielowi w oczy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Słońce już zupełnie zniknęło za horyzontem, kiedy zdecydowałam się wreszcie wrócić do domu. Z ulgą weszłam do pustego mieszkania. Natalii nie było, Daniela najwyraźniej też nie. Pospiesznie zaczęłam pakować swoje rzeczy do podróżnego plecaka. Gdybym się pospieszyła, jeszcze dziś mogłabym się załapać na autobus do Polski. Zawsze na ostatnią chwilę były jakieś wolne miejsca. Niemal kończyłam składać ubrania, kiedy do pokoju wszedł Daniel. Popatrzył na mnie obojętnie. Stanął luzacko opierając się o framugę otwartych drzwi.
– Co znowu? – zapytał zrezygnowany.
– Wracam do domu – odpowiedziałam dopinając plecak.
– Nie – oznajmił spokojnie.
– Daniel, przepraszam – westchnęłam podnosząc na niego wzrok. Moje żywo zielone oczy spotkały się z jego miodowymi. – Nie radzę sobie sama ze sobą. Chcę być w domu.
– Nie – powtórzył stanowczo. – Zostajesz tutaj.
– Ale… – zaczęłam.
– Zostajesz i tyle – przerwał mi podchodząc bliżej.
Ukucnął przy mnie na dywanie. Jego spojrzenie przestało być obojętne. Stało się intensywne i niemal bolesne. Nie wytrzymałam. Musiałam odwrócić wzrok.
– O co chodzi? – zapytał. – Znowu mi zniknęłaś. Przecież było dobrze…
– Daniel… – zaczęłam cicho, wiedząc, że najlepiej będzie zdobyć się na szczerość, mimo, iż wcale nie przychodziło to łatwo. – Czy ty mnie kochasz? – zapytałam nie patrząc na niego.
– Przecież wiesz, że tak – mruknął, delikatnym, ale stanowczym gestem podnosząc mój podbródek, tak, żebym musiała spojrzeć mu w oczy.
Złapałam go za rękę, ale tym razem nie spuściłam wzroku.
– Nie o tym mówię – westchnęłam. – Pytam, czy jesteś we mnie zakochany.
Westchnął. Usiadł przy mnie.
– To nie ma znaczenia – oznajmił cichym, ale stanowczym głosem.
– Jak to nie ma? – zapytałam. – Daniel, jeżeli…
– Cicho! – przerwał mi w połowie zdania. – Nawet, jeżeli coś do ciebie czuję, to fakt, że się o tym dowiedziałaś, nie powinien nic między nami zmienić, prawda?
– Ale… – zaczęłam.
– Nie, Vicky! – niemal warknął. – Po prostu nie! – dodał nieco spokojniej. Patrzył mi prosto w oczy, wyzywająco, przeszywając na wylot moją duszę. – Jesteś dla mnie ważna, najważniejsza na świecie i cię nie puszczę. Nie będziesz sobie radziła sama. Nawet, jeżeli jestem w tobie zakochany, to wcale nie oznacza, że masz obowiązek odwzajemniać to uczucie. Rozumiesz? – zapytał nie odwracając wzroku. Wpatrywał się we mnie dopóki nie skinęłam głową. W moich oczach zalśniły łzy. – Jesteśmy przyjaciółmi i nimi zostaniemy – stwierdził przysuwając się bliżej i obejmując mnie ramieniem.
Wtuliłam się w niego jak mała dziewczynka. To był ciągle ten sam Daniel. Mój Daniel, mój najlepszy przyjaciel. Przy nim zawsze było dobrze i nic na świecie nie mogło tego zmienić.
7 sierpnia, piątek
Tej nocy śnił mi się Gabriel. To był smutny sen, ale nie bolał tak jak wszystkie poprzednie. Po prostu odszedł, ale tym razem ja nie zostałam zupełnie sama. Obudziłam się ze świadomością, że muszę sobie jakoś dać radę. Nie dla mamy, nie dla Daniela, ale dla siebie samej. To był pierwszy dzień mojego nowego życia. Nie zamierzałam zapomnieć o Gabrielu, to było niemożliwe, postanowiłam jednak, że zostaną mi tylko te dobre, cudowne wspomnienia, bo tak właśnie chciałam go zapamiętać. Na zawsze.
Kiedy wygrzebałam się z pościeli, Daniela już nie było. Przeciągnęłam się ziewając. Kolejny dzień miałam spędzić sama. Cieszyłam się z tego. Musiałam przemyśleć wiele rzeczy. Od poniedziałku mój przyjaciel miał dwa tygodnie wolnego. Planowaliśmy wycieczkę nad morze, a ja naprawdę, całym sercem chciałam wyrwać się z marazmu, który mnie ogarnął. Pragnęłam znowu się uśmiechać. Marzyłam o tym, żeby być szczęśliwa. Dla Gabriela i dla siebie samej.
Ubrałam się i zjadłam lekkie śniadanie. Zdziwiłam się jak bardzo przez ten miesiąc mój żołądek przestał być tolerancyjny. Nie byłam w stanie wcisnąć w siebie nic większego od miseczki płatków. Kiedy skończyłam zmywać naczynia, usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam nieco zaskoczona. W progu stała Sara. Nie wyglądała już na ani trochę załamaną. Teraz na myśl przywodziła modelkę z okładki kolorowego czasopisma. Idealna fryzura, modne ubranie i elegancka torebka. Tylko lekko zaczerwienione policzki świadczyły o tym, że czymś się przejmowała.
– May I come in? – zapytała i nie czekając na odpowiedź wepchnęła się do środka.
– Yes, sure – odpowiedziałam zastanawiając się czego tym razem może ode mnie chcieć.
Zamknęłam za nią drzwi i zaprosiłam do kuchni. Stanęła na środku pomieszczenia, wpatrując się we mnie natarczywie. Jej brązowe oczy płonęły.
– You are so silly! – niemal wrzasnęła na mnie. – Why do you reject him? He is crazy loving you moron! He always did!
Mówiła z gorliwością godną lepszej sprawy. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ta dziewczyna naprawdę lubiła Daniela i najwyraźniej nie chodziło tylko o to, że się jej podobał, tak jak zdawało mi się na początku.
– Sara, slow down, please. Lets sit – powiedziałam wskazując jej krzesło. Niechętnie usiadła. – He is my best friend. What do you want from me? – zapytałam spokojnie, siadając naprzeciwko niej.
Odwróciła ode mnie wzrok. Wpatrywała się w stół.
– You are his dream, Vicky… – westchnęła cicho. – I wish it would be me, but Im not…
– You really like him, Sara, don’t you? – zapytałam łagodnie.
Spojrzała na mnie ponuro. Najwyraźniej nie wiedziała co ze sobą zrobić. Wyglądało na to, że nie należy do osób, które zwykły przegrywać. Byłam przekonana, że dzisiejsze zachowanie Sary jest dla niej czymś zupełnie nowym i nienaturalnym. Wiele ją musiało kosztować.
– Never, ever before any boy broke up with me. Daniel was first – uśmiechnęła się do mnie odrobinę smutno. – Yes, I like him, but today i understanded, that I also started to like you. So please, don’t hurt him. Do you love him, Vicky? – zapytała cicho.
Spojrzałam na nią, a potem spuściłam wzrok.
– I don’t know – odpowiedziałam, i była to najszczersza odpowiedź, jaką mogłam jej dać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Kwadrans po tym, jak pożegnałyśmy się z Sarą, do domu wpadła spanikowana Natalia. Pod kamienicą czekała zaparkowana taksówka. Poczułam ucisk w żołądku. Ogarnął mnie strach.
– Chodź – rzuciła tylko chwytając w pośpiechu kilka rzeczy – Daniel jest w szpitalu. Pojedziemy do niego.
Posłusznie wyszłam za nią z mieszkania. Dopiero w taksówce opanowała się na tyle, żeby opowiedzieć mi co się stało. Nie włączyłam telewizora, nie wychodziłam z domu, więc nie wiedziałam. W Londyńskim autobusie wybuchła bomba. Brzmiało to nieprawdopodobnie i absurdalnie. Miało wręcz abstrakcyjny wydźwięk, a jednak było prawdą. Faktem też było, że był tam Daniel. Na szczęście, tylko przechodził ulicą, ponieważ nikt z pasażerów pojazdu nie przeżył. Był jednak poważnie ranny i z powodu nadmiaru ofiar, lekarze nie potrafili określić jego stanu.
Wysiadłyśmy przed budynkiem szpitala i weszłyśmy do środka. Ze wszystkich sił starałam się nie myśleć, żeby na nowo nie przeżywać swojego koszmaru. Wiedziałam, że jeżeli stracę Daniela, to nie zostanie mi już nikt. Nie będę miała żadnego powodu by żyć.
Ponieważ był to najbliższy wypadkowi szpital w centrum, panowało tu dzikie zamieszanie. Zginęło dwadzieścia osiem osób, kolejnych siedem było ciężko rannych, dodatkowo prawie czterdzieści odniosło lekkie obrażenia. Środek dnia, w centrum Londynu, to była tragedia. Po wybuchach na stacjach metra, miasto powinno być przygotowane na więcej, jednak najwyraźniej nie wystarczająco.
Minęła ponad godzina, zanim wreszcie udało nam się czegoś konkretnego dowiedzieć. Zarówno dla Natalii jak i dla mnie była to straszna godzina. Po głowie snuły się same ponure, czarne myśli, a wszystko w środku krzyczało z panicznego przerażenia. Kiedy wreszcie srogo wyglądająca pani doktor, w zielonym, chirurgicznym kitlu, powiedziała nam, że z Danielem wszystko w porządku, zalała mnie tak ogromna fala ulgi, że ledwo utrzymałam się na nogach.
Jedna z pielęgniarek zaprowadziła nas do szpitalnego pokoju. Daniel półleżał na podniesionym łóżku. Ucieszyłam się, że jest przytomny. Uśmiechnął się blado na nasz widok. Głowę miał owiniętą bandażem, a na rękach ranki po odłamkach szkła, był też lekko poparzony, ale nic ponadto mu nie dolegało. Natalia posiedziała z nami przez chwilę, upewniła się, że jej synowi nic nie dolega, a potem pojechała do domu. Ja nie chciałam. Zostaliśmy z Danielem sami. Położyłam się obok niego na łóżku, a on przytulił mnie do siebie. Bliskość chłopaka niemal boleśnie docierała do mojej świadomości. Nie mogłam, nie chciałam, stracić również i jego.
– Naprawdę mnie kochasz? – zapytałam cichutko.
– Zawszę cię kochałem – mruknął tuląc mnie do siebie bardziej. – Pamiętasz jak mnie wkurzyłaś i oderwałem twojej lalce głowę? – uśmiechnął się do mnie czule, a ja skinęłam głową. Daniel nigdy nie był specjalnie grzecznym dzieckiem. Właściwie, to nawet pasowałoby określenie go mianem chuligana. – Płakałaś wtedy – stwierdził – ale kiedy przyszedł mój ojciec i zapytał co się stało, zamiast poskarżyć na mnie, schowałaś lalkę za plecami. Chyba od wtedy cię kocham – westchnął.
– Nie chciałam, żebyś oberwał – mruknęłam w odpowiedzi, lekko zażenowana. Nie sądziłam, że jeszcze to pamięta.
Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, dlaczego nic o tym nie wiedziałam, a potem przypomniałam sobie własną, spontaniczną reakcję, na to, co usłyszałam i już znałam odpowiedź. Mój przyjaciel wiedział o mnie więcej niż ja sama.
Spędziliśmy ponad dwie godziny tuląc się do siebie i cicho rozmawiając, a potem przegoniła mnie pielęgniarka. Niechętnie zostawiłam Daniela w szpitalu i wróciłam do domu, miejsca w którym mój przyjaciel miał się pojawić dopiero następnego dnia.
8 sierpnia, sobota
Wiele myślałam o tym, co łączyło mnie z Danielem, co mieliśmy do tej pory, co obydwoje mogliśmy stracić i wreszcie podjęłam decyzję. Kochałam go, a kiedy poczułam, że mogę go stracić, uświadomiłam sobie tylko jak bardzo. Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Nie mogłam jednak z nim być. Z moją miłością walczyły wyrzuty sumienia, wspomnienia dotyczące Gabriela. Myśląc w ten sposób o Danielu, czułam się po prostu nie fair.
Tym razem nie poszłam z Natalią do szpitala. Kiedy koło południa wrócili do domu, za wszelką cenę starałam się nie zostać z przyjacielem sam na sam. Zauważył, że coś jest ze mną nie tak. Pogoda była ładna, słoneczna, a on czuł się zupełnie dobrze, nie miałam więc żadnej wymówki, kiedy stanowczym tonem zaproponował spacer. Poszliśmy razem na Primrose Hill, skąd roztaczał się niesamowity widok na panoramę Londynu. Zamiast na jednej z białych, drewnianych ławek, po prostu usiedliśmy na trawie. Natychmiast odsunęłam się, kiedy spróbował objąć mnie ramieniem.
– Daniel, ja nie mogę – szepnęłam, spuszczając wzrok.
Roześmiał się. Zdziwiłam się, jak wielką ulgę słyszę w jego śmiechu.
– Więc jednak też coś do mnie czujesz – bardziej stwierdził niż zapytał, dalej rozbawiony.
– Daniel, ja… – zaczęłam, ale nie pozwolił mi skończyć.
Przyciągnął mnie do siebie stanowczym gestem. Wplótł palce w moje włosy. Pocałował. Zakręciło mi się w głowie od tego pocałunku. Cały świat przestał istnieć. Przypomniałam sobie, jak cudownie poczułam się wtedy, ponad dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy pocałował mnie pod moim domem. Wspomnienie było dla mnie jak zimny prysznic. Odepchnęłam go od siebie. Spojrzałam na niego wściekłym wzrokiem. Jego miodowe oczy spoważniały. Już się nie śmiał.
– Dlaczego? – zapytał. – Uważasz, że on naprawdę by tego dla ciebie chciał? Żebyś była nieszczęśliwa? Vicky, zastanów się… Nie twierdzę, że powinnaś o nim zapomnieć, bo on zawsze gdzieś tam w tobie będzie, w twoim sercu, w twoich myślach, ale nie możesz przestać żyć! Kocham cię, ale nic bym nie zrobił – oznajmił twardo – dalej bylibyśmy tylko przyjaciółmi, gdyby nie to, że ty do cholery odwzajemniasz moje uczucie! – Popatrzył na mnie poważnie. Jego spojrzenie było zimne i przenikliwe. – Powiedz, że mnie nie kochasz, to dam ci spokój – rozkazał.
Zadrżałam. Z trudem przełknęłam ślinę. Nienawidziłam go za to. Jak zwykle miał rację. Chciałam mu to powiedzieć, ale zwyczajnie nie potrafiłam.
– Kocham cię – wyszeptałam, spuszczając wzrok.
Westchnął, przymknął oczy. Objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie. Wtuliłam się w niego, kładąc mu głowę na ramieniu.
– Nawet nie wiesz od jak dawna, marzyłem o tym, żeby to usłyszeć – powiedział cicho, wtulając twarz w moje włosy. – Wszystko się jakoś ułoży, obiecuję – wyszeptał, a we mnie kotłowały się setki sprzecznych emocji.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a potem znów mnie pocałował. Tym razem nie protestowałam. Odwzajemniłam jego pocałunek z niesamowitą tęsknotą i żarliwością. Przylgnęłam do niego całą sobą, oplatając rękami jego szyję. Daniel miał rację. Nigdy nie zapomnę Gabriela. On zawsze będzie w moim sercu, ale wcale nie musiało to oznaczać, że nie ma tam miejsca dla kogokolwiek innego. Nareszcie obudziłam się z trwającego ponad miesiąc koszmaru. Obok wypełniającej mnie pustki i żalu pojawił się niewielki promyczek słońca, nadzieja na to, że mimo wszystko potrafię jeszcze być szczęśliwa.
„Wnet spotkała się królewna z czarodziejem, który lustra złożył do jej stóp
Co królewna spojrzy na nie to się śmieje, więc ze szczęścia płacze stary król.
Mała, piękna królewna, jest radośniejsza od słonecznych snów…”
The End