Rozdział 1 – Akademia
by Vicky
Wakacje minęły tak szybko… zbyt szybko! Ostatnie chwile wolności. Wiedziałam co mnie czeka. Ojciec przygotowywał mnie na ten wyjazd od lat. Ja jednak marzyłam po prostu o normalnym życiu, takim jakie prowadziłaby każda inna, zwyczajna nastolatka. Imprezy, szkoła, randki. W zamian otrzymałam prywatnych nauczycieli, kompletny brak przyjaciół, dużą dozę nieufności wobec każdego, kto naruszył moją strefę i forsowne treningi. Mamy w ogóle nie pamiętałam. Miałam zaledwie kilka lat, kiedy zginęła w wypadku, a ojciec chyba nigdy nie wybaczył mi tego, że jestem jego córką, a nie synem. Teraz natomiast najbliższe pięć lat miałam spędzić w tym specyficznym więzieniu – położonej na wyspie w pobliżu Francji i Wysp Brytyjskich Akademii Wojskowej.
Kiedy Daniel zapukał do moich drzwi, byłam już gotowa. Ramię w ramię powędrowaliśmy do szkolnego bufetu. Chłopak był właściwie moim pierwszym i jedynym przyjacielem w całym, siedemnastoletnim życiu. Jego kumple akceptowali mnie, bo on mnie akceptował i oczywiście również przez wzgląd na mojego ojca. Co robią i jak zachowują się moi rówieśnicy widziałam jedynie na filmach. Nić porozumienia pomiędzy mną, a Danielem pojawiła się właściwie przypadkiem. W maju on i jego zespół przyjechali do Anglii, do wiejskiej posiadłości w której mieszkaliśmy przez większą część roku. Dziesięciu najzdolniejszych chłopaków, ulubieńców mojego ojca, Charlesa Morringtona. W ciągu wakacji odbywali specjalny, dodatkowy trening. Stanowili chlubę Akademii. Zbyt łatwo budziły się tamte wspomnienia, a nie o wszystkim miałam ochotę pamiętać.
Przyjęcie charytatywne w filharmonii. Granatowa suknia, którą miałam na sobie, kojarzyła mi się z nocnym niebem. Niegdyś należała do mojej mamy, później przez długi czas wisiała w szafie nikomu niepotrzebna. Dopiero niedawno dorosła do niej moja sylwetka. Nie pierwszy raz zastanowiłam się nad swoim wyglądem i faktem, że brakuje mi przyjaciółki – takiej jakie posiadały dziewczęta z amerykańskich filmów. Czułam się bardzo samotna. Kiedy podszedł do mnie Daniel, moje serce zabiło jak oszalałe. Wszyscy chłopcy z Akademii byli rewelacyjnie zbudowani – nie mieli wyjścia – to ani trochę nie robiło na mnie wrażenia. W nim jednak było coś innego, specyficznego, taki koci, wdzięczny urok. Miał żywe, zielone oczy i przycięte na kilka milimetrów, jasne włosy. Gdy nudziłam się podczas szkoleń, niejednokrotnie zastanawiałam się jak wyglądałby, gdyby były nieco dłuższe. Również jego uśmiech był czarujący i w ciągu naszej trzymiesięcznej znajomości o tym także myślałam już wiele razy.
– Masz ochotę zatańczyć? – zapytał w taki sposób, jakby naigrywał się z wszystkich, panujących wśród starszych osób, eleganckich obyczajów.
– Z przyjemnością – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał w podobnym stylu.
Porwał mnie na parkiet, a z każdym jego dotykiem ogarniała mnie coraz większa euforia. Tańczyliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Kiedy wyszliśmy na nocny spacer po otaczającym filharmonię parku, poczułam się jak bohaterka romansu. W powietrzu unosiły się niemal namacalne cząsteczki magii.
– Zmarzłaś? – spytał Daniel, chwytając mnie za chłodną dłoń.
Przecząco pokręciłam głową, ale on i tak otulił mnie swoją marynarką. Zdałam sobie sprawę, że wpatruję się w niego jak w słońce. W tamtym momencie był dla mnie spełnieniem marzeń. Znalazł się bliżej mnie. Czułam narastające napięcie. Wszystko wokół zdawało się iskrzyć. Wtedy pochylił się i mnie pocałował, albo to ja pocałowałam jego. Po prostu jakoś się stało. To był słodki i miękki, ale jednocześnie pełen pasji pocałunek. Mój pierwszy pocałunek w życiu. Cudowne, ciepłe uczucie rozlewało się po każdej, nawet najdrobniejszej komórce mojego ciała. W pewnym momencie Daniel się odsunął, a ja z trudem łapałam oddech.
– Wracajmy – powiedział cicho, znów biorąc mnie za rękę. Wtedy jeszcze nie podejrzewałam, że coś może być nie w porządku.
Gdy tylko znaleźliśmy się w budynku filharmonii, natychmiast podszedł do nas mój ojciec. Jak zwykle stał dumnie wyprostowany, a z jego postawy emanowała pewność siebie. Był przystojnym, charyzmatycznym i władczym człowiekiem, a dla mnie również odległym niczym drugi brzeg oceanu. Tym razem było w nim jednak coś więcej – wyraźnie wyczuwalna irytacja.
– Nie to miałem na myśli, kiedy kazałem ci pilnować mojej córki – odezwał się chłodno do Daniela, ignorując moją obecność.
Poczułam jak chłopak sztywnieje, obserwowałam jak nie ośmiela się podnieść wzroku. Kazał? Pilnować? Zalała mnie fala nieprzyjemnego chłodu.
– Tak, proszę pana – odpowiedział Daniel mechanicznie.
– Odwieziesz ją do domu, a za godzinę widzimy się w moim gabinecie – oznajmił mój ociec nie znoszącym sprzeciwu tonem.
– Tak, proszę pana – powtórzył chłopak wysnutym z emocji głosem.
Posłusznie poszłam za nim do samochodu. Nie odezwałam się do ojca, ponieważ nie lubiłam pozbawionych sensu czynności. Milczałam również przez całą drogę, a Daniel nie próbował nawiązać ze mną rozmowy. Czułam się oszukana i zdradzona. Kierowca minął bramę wjazdową i zatrzymał się pod naszą willą. Miałam ochotę pobiec, uciec jak najdalej, ale szłam spokojnym krokiem, panując nad własnymi emocjami. Pozwoliłam odprowadzić się pod drzwi pokoju, rzuciłam skąpe „dobranoc” i zniknęłam w bezpiecznym schronieniu swojego pokoju. Dopiero parę minut po tym jak zamknęły się drzwi przestałam walczyć z tak bardzo niechcianymi łzami.
Gdy następnego dnia usłyszałam ciche pukanie, bardzo zdziwił mnie widok stojącego w progu Daniela.
– Mogę wejść? – zapytał cicho, niemal błagalnie, a ja odsunęłam się by wpuścić go do środka.
– O co chodzi? Mój ojciec cię przysłał? – nie mogłam powstrzymać ani drwiącego tonu, ani cisnących się na usta słów.
– Nie – odpowiedział stanowczo, patrząc mi w oczy. – To ja chciałem cię przeprosić, za wczoraj i nie tylko.
Miałam ochotę go uderzyć, albo się do niego przytulić, albo wypchnąć go za drzwi. Sama nie wiedziałam czego właściwie od niego chcę.
– Przez cały czas przyjaźniłeś się ze mną tylko dlatego, że mój ojciec ci kazał? – to nie było pytanie, ja to wiedziałam, ale potrzebowałam od niego jasnego potwierdzenia.
Ku mojemu zaskoczeniu przecząco pokręcił głową. Nie potrafiłam przestać wpatrywać się w jego wiosennie zielone oczy.
– Z początku tak – przyznał. – Właściwie to był zaszczyt. Twój ojciec wybrał mnie, bo uważa, że jestem najlepszy. Miałem cię chronić… mam cię chronić – sprostował.
– I przyszedłeś tu, ponieważ skoro już wiem, to jeśli się na to nie zgodzę, przydzieli mi kogoś innego? – próbowałam odgadnąć.
Ojciec był apodyktyczny, ale bardzo rzadko zdarzało się, żeby działał wbrew mojej woli. To potrafiłam w nim docenić.
– Nie – ponownie zaprzeczył, chowając ręce za plecami. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby był zdenerwowany. – Tak jak mówiłem wcześniej, przyszedłem przeprosić. I Emy… naprawdę cię polubiłem i bardzo chciałbym w dalszym ciągu móc być twoim przyjacielem – dodał, znacząco podkreślając ostatnie słowo.
Złamał mi serce. To był mój pierwszy zawód miłosny. Mimo wszystko jednak był tutaj. Ciepło mieszało się w moim sercu z nieprzyjemnym chłodem. Szybko jednak wzięłam się w garść. Nie mogłam sobie pozwolić na stratę jedynego, realnie istniejącego przyjaciela. Nie czułam się dość silna by samotnie stawić czoło czekającej na mnie Akademii.
– Myślę, że to dobre rozwiązanie – odpowiedziałam, z trudem przełykając ślinę.
Dopiero wtedy obdarzył mnie tym swoim cudownym, czarującym uśmiechem. Wydawało mi się, że odetchnął z ulgą.
– Więc wszystko między nami ok.? – zapytał. – Nawet nie wiesz jak się cieszę – oznajmił, kiedy skinęłam głową. – Do zobaczenia później.
– Na razie – odpowiedziałam starając się by nie brzmiało to jak wyrzut.
Kiedy szedł korytarzem, odprowadziłam go ponurym spojrzeniem. Lepsze to niż nic, pomyślałam, ale mieszanina pozytywnych i negatywnych uczuć pozostała.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Siedziałam na drewnianej ławce w rogu stołu. Emily Maria Morrington, najbardziej samotna dziewczyna na świecie. To nie to, że mnie nie lubili. Właściwie mnie nie znali, ale i nie chcieli poznać. Chłopcy z grupy Daniela byli dla mnie mili – wszyscy, co do jednego – ale żaden nie miał zamiaru się ze mną spoufalać. Mimo tego, że spędzili u mnie w domu kilka miesięcy, to właściwie nawet nie pamiętałam ich imion. Czułam się jak zbędny, ale akceptowalny dodatek. Milcząca. Pogrążona we własnym świecie. Dopiero po dwóch tygodniach dotarło do mnie, że siedzenie z nimi pierwszego dnia było poważnym, towarzyskim błędem. Byli dwa lata starsi i nie mieliśmy wspólnych zajęć. Koleżanki z grupy patrzyły na mnie z nienawiścią, koledzy bali się jakiegokolwiek kontaktu. Przyjaciele Daniela byli czymś na kształt elity, a ja nie należałam do żadnego z tych światów.
– Już się najadłam, idę poczytać – oznajmiłam cicho siedzącemu obok Danielowi, starając się by zabrzmiało to obojętnie, a nie tak ponuro jak się czułam.
– Daj znać gdybyś czegoś potrzebowała – odpowiedział nie odwracając wzroku od swojego poprzedniego rozmówcy.
Gdy wyszłam z jadali wcale nie skierowałam się do pokoju. Minęłam główny hol, w którym zawsze było gwarno i skręciłam w wąski korytarz, a potem boczną klatkę schodową i zeszłam nią w dół. Przyłożyłam kartę do zainstalowanego w drzwiach czytnika. To była część budynku do której uczniowie nie mieli wstępu. Ja jednak mogłam wejść wszędzie, tak samo jak Daniel i jego grupa. Natomiast to miejsce znalazłam już pierwszego dnia i od razu stało się moim ulubionym. Niewielki, otoczony murem ogród. Rosły w nim głównie niewysokie magnolie i blade, japońskie róże. Znajdowało się tu kilka ławeczek, skromne trawniki, które przylegały do wąskich, pokrytych żwirem alejek i niepozorna, drewniana altanka. Nigdy nie spotkałam tu żywej duszy, przez co miejsce wydało mi się jeszcze bardziej cudowne i tajemnicze. Wrzesień na wyspie był ciepły i słoneczny. Usiadłam na trawie, na wszelki wypadek chowając się za altanką. Wyjęłam z torby książkę, z nadzieją, że pomoże mi choć na chwilę uwolnić się od niespecjalnie szczęśliwej codzienności. Zaczytałam się tak bardzo, że nawet nie zauważyłam kiedy ktoś nade mną stanął.
– Co tu robisz?! – usłyszałam nad sobą rozwścieczony głos.
Podniosłam wzrok by spojrzeć w rozgniewane, lodowato-zimne oczy. Może powinnam się go bać? Zdziwiła mnie własna obojętność. Czy jeżeli wystarczająco długo będę go ignorowała on po prostu sobie stąd pójdzie?
– Czytam – odpowiedziałam spokojnie, znów pochylając się nad trzymaną na kolanach powieścią.
Wyrwał mi ją z rąk.
– Nie wolni ci tu być! – warknął.
– A tobie wolno? – zaryzykowałam.
Zaskoczyła mnie pojawiająca się w jego oczach panika. Powoli, przecząco pokręcił głową. Dopiero po tym jak cicho zaklął, usłyszałam dochodzące z oddali głosy.
– Przeszukajcie dokładnie ogród! – rozkazał jeden z nich, a ja zrozumiałam, że to raczej niezbyt dobrze, że jestem w stanie tak wyraźnie rozróżnić słowa. Byli zbyt blisko.
Chłopak bezszelestnie przesunął się kilka kroków i przykucnął w cieniu altanki, tuż obok mnie. Kolejny rozkazujący głos wydał mi sie znajomy. James Cunnighan. Nie pamiętałam jaki miał stopień. Słyszałam niejednokrotnie jak rozmawiał z moim ojcem. Odetchnęłam głęboko, a potem powoli wstałam. W końcu co niby mogli mi zrobić? Wyszłam zza altanki, by wpaść na czterech, odzianych w mundury i uzbrojonych mężczyzn.
– Dzień dobry. Czy coś się stało? – zapytałam mając nadzieję, że brzmię wystarczająco niewinnie.
Ktoś natychmiast wyrwał się by do mnie podejść, ale przyjaciel ojca zagrodził mu drogę.
– Emily, co tu robisz? – zapytał ostro.
– Czytałam – odpowiedziałam spokojnie, poniewczasie zdając sobie sprawę, że nie mogę im nawet zaprezentować książki.
– Mam na myśli to, jak się tu dostałaś – wyjaśnił.
Wzruszyłam ramionami.
– Ojciec pokazał mi ten ogród – skłamałam.
Wydawało mi się, że James odetchnął z ulgą.
– I dał ci kartę dostępu? – drążył dalej.
Skinęłam głową co znowu było kłamstwem. To Daniel zadbał o to, żebym ją miała. Tak na wszelki wypadek, ale tego nie mogłam mu przecież powiedzieć.
– Jak długo tu jesteś? Nie widziałaś nikogo? – wtrącił stojący obok mężczyzna.
– Myślę, że około godziny – odpowiedziałam – i nikogo tu w tym czasie nie widziałam – dodałam bez wahania.
James westchnął.
– Alarm odwołany, to ona najwyraźniej nieświadomie złamała zabezpieczenia, ale na wszelki wypadek przeszukajcie jeszcze zachodnie skrzydło! Odprowadzę Emily do pokoju – to najwyraźniej on był tutaj u władzy, ponieważ pozostali zasalutowali i bez protestów opuścili ogród.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu, a ja starałam się nie myśleć o tym w co się właśnie wpakowałam.
– Nie dziwię się, że ojciec pokazał ci ten ogród – odezwał się James, obdarzając mnie ciepłym, troskliwym uśmiechem, takim o jakim zawsze marzyłam na surowej twarzy ojca. – W końcu sam postarał się o stworzenie tego miejsca.
– Mój ojciec? – zapytałam głupio, ale byłam zbyt zaskoczona by silić się na elokwencję.
– Tak, nie powiedział ci o tym? – James roześmiał się pogodnie. – Powstał dla Marry Ann, kiedy przestała móc opuszczać wyspę. Myślę, że to bardzo romantyczny gest, nie sądzisz?
Mój ojciec? Romantyczny? I kim była wspomniana Marry Ann? Bałam się dalej wypytywać, żeby nie zdradzić swojego kłamstwa, więc tylko skinęłam głową i dalszą drogę pokonaliśmy w ciszy. James pożegnał się gdy tylko znaleźliśmy się pod drzwiami mojego pokoju.
– Nie zabierzesz mi karty? – spytałam zaskoczona.
– Niech to będzie nasza mała tajemnica – mrugnął do mnie z pogodnym uśmiechem. – Nie sądzę, żeby właścicielka miała ci za złe to, że odwiedzasz jej ogród, zwłaszcza, że sama już w nim raczej nie przebywa. Trzymaj się Emily, cieszę się, że mieliśmy okazję się spotkać. Gdybyś czegoś potrzebowała, wystarczy, że mnie poszukasz.
– Dziękuję – odpowiedziałam, z ulgą uciekając do bezpiecznego azylu mojego pokoju.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Zajęcia w szkole były prowadzona na naprawdę wysokim poziomie. Cieszyłam się z dobrego przygotowania, jakie zafundował mi ojciec. Nie ze wszystkim jednak sobie radziłam. Głównie skupialiśmy się na przedmiotach ścisłych. Fizyka, matematyka i biologia – z nimi nie miałam problemu. Była jednak niestety jeszcze chemia, a tego przedmiotu, jak bardzo bym się nie starała, zwyczajnie nie potrafiłam zrozumieć. Nie miałam również kogo poprosić o pomoc. W laboratorium przeprowadzaliśmy różne, skomplikowane doświadczenia, a ja nigdy nie miałam pojęcia jak co i dlaczego akurat właśnie tak ma działać. Kiedy wszyscy już wyszli, ja jeszcze kończyłam swoje zadanie. Nie planowałam się zbyt łatwo poddawać i uznałam, że potrzebuję na to nieco więcej czasu. Skupiona podgrzewałam próbówkę, dodając coraz to nowe odczynniki.
– Nie rób tego! – usłyszałam głośny rozkaz, ale było już za późno, ponieważ zdążyłam przechylić trzymane w ręce naczynie.
Ktoś siarczyście przeklinając przewrócił mnie na podłogę, przykrywając sobą. Próbówka wypadła mi z ręki, rozbijając się na kafelkach i rozlewając resztę płynu. Huk wybuchu, dźwięk tłuczonego szkła, nieprzyjemny, gryzący dym. Ciężar zelżał. Powoli usiadłam.
– Odbiło ci?! – usłyszałam wściekłe warknięcie.
Podszedł do rzędu okien i kolejno zaczął otwierać je na oścież. Dym powoli znikał. Próbówki i kolby na moim stanowisku były potłuczone. Wszędzie rozsypały się odłamki szkła i porozlewały różnobarwne płyny. Na kilku sąsiadujących z moim stolikach naczynia również były popękane. Cóż… to by podsumowywało moje zdolności z chemii.
– Ja nie chciałam… – odezwałam się obronnie, napotykając lodowate spojrzenie chłopaka.
– Idiotka! – syknął rozeźlony.
Chciałam coś powiedzieć, ale przerwało mi skrzypnięcie otwierających się drzwi.
– Co tu się dzieje?! – zapytał surowym tonem nasz srogo wyglądający profesor.
Miałam zamiar odezwać się, przeprosić, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa. Jeszcze bardziej niż samej chemii nie rozumiałam i bałam się chyba tylko właśnie mojego nowego nauczyciela.
– Ćwiczyłem przy projekcie. Źle odmierzyłem odczynniki – odezwał się ku mojemu ogromnemu zdziwieniu chłopak.
Nauczyciel tylko skinął głową, a potem nacisnął jeden z guzików stojącego na biurku interkomu. Przez krótką chwilę z kimś rozmawiał, a ja kompletnie nie rozumiałam o czym. Gdy skończył, zwrócił się do chłopaka.
– Zgłosisz się na placu. Masz piętnaście minut – głos nauczyciela był chłodny i rzeczowy.
– Tak jest – odpowiedział tamten wysnutym z emocji tonem, ominął mnie i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia.
Stałam, wpatrując się oniemiała w stworzone przeze mnie pobojowisko, nawet nie próbując zgadywać co właśnie się stało.
– A ty? Co jeszcze tu robisz? – surowy wzrok nauczyciela spoczął teraz na mnie.
Szybkim ruchem podniosłam swoją torbę, strzepując z niej odłamki szkła. Na szczęście nie była niczym zalana.
– Dowidzenia – rzuciłam przez ramię, niemalże biegnąć w kierunku wciąż otwartych drzwi.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Stołówkę wypełniał dziki tłum, a Daniela nigdzie nie było. W dalszym ciągu nie mogłam przestać rozmyślać o wydarzeniach w laboratorium chemicznym. Mechanicznie chwyciłam jedną z tac, ustawiając się w długiej kolejce. Kiedy sięgałam po sałatkę owocową, brzegiem tacy niechcący potrąciłam plecy stojącej przede mną dziewczyny. Odskoczyła jak oparzona.
– Przepraszam – odezwałam się zaskoczona, wiedząc, że nie uderzyłam jej zbyt mocno.
– Nie szkodzi – mruknęła, zabierając swoje jedzenie i opuszczając kolejkę.
Znałam ją, przynajmniej z widzenia. Należała do mojej grupy. Wyglądała dość niepozornie. Była mojego wzrostu, ale cerę miała bardzo bladą i piegowatą. Miała też ładne, ale cienkie kasztanowe włosy i sylwetkę ukrytą pod za dużą bluzą z kapturem. Obserwowałam jak przedziera się przez tłum, a potem siada przy pustym stoliku w rogu sali. Spojrzałam w kierunku stolika chłopaków. Daniela wciąż nie było. Poczułam, że to zrządzenie losu i… moja jedyna szansa na to by się z kimkolwiek w tej szkole zaprzyjaźnić. Minęły już dwa tygodnie, a ja poza lekcjami właściwie z nikim nie zamieniłam ani jednego słowa. Pewnym krokiem – znacznie pewniejszym niż się czułam – ruszyłam za nią.
– Hej, mogę tu usiąść? – zapytałam stając naprzeciwko niej.
– Ze mną? – zapytała zaskoczona, podnosząc wzrok.
W jej miodowych oczach czaił się jakiś dziwny lęk, ale widziałam w nich również podobną do mojej własnej nadzieję. Postawiłam tacę i usiadłam, uznając to za przyzwolenie.
– Jestem Emily – przedstawiłam się uprzejmie. – Chodzimy razem na zajęcia.
Skinęła głową.
– Mam na imię Sara – odezwała się po chwili.
Rozmowa się nie kleiła, ale wystarczyła mi sama jej obecność. Ona chyba miała podobne odczucia.
– Nienawidzę tej szkoły – wyznałam szczerze, kiedy wstałyśmy odnieść nasze tace.
Uśmiechnęła się do mnie. Naprawdę uśmiechnęła, to nie był sztuczny czy udawany uśmiech.
– Więc z pewnością istnieje coś co nas łączy – odpowiedziała, a potem się roześmiałyśmy. Obie. Na lekcje poszłyśmy razem już w zupełnie innej, znacznie lżejszej atmosferze.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Trzeba było należeć do którejś ze sportowych drużyn, a żeby się do jakiejś dostać, trzeba było osiągnąć dobre wyniki. Głupia zasada. W akademii, oprócz nauk ścisłych, ważna była przede wszystkim sprawność fizyczna. Z tym nie miałam problemu, za to z jakąkolwiek grą zespołową – owszem. Razem z Sarą zdecydowałyśmy, że spróbujemy naszych sił w pływaniu, głównie dlatego, że to pozwalało nam pozostać na uboczu. Granatowe, mocno zabudowane kostiumy, indywidualnie liczony czas, nic co mogłoby rzucać się w oczy. Siedziałam obok Daniela na trybunach i czekając na swoją kolej przyglądałam się jak inni pływają na czas. Nadeszła kolej Sary. Dziewczyna była niesamowita. Nie widziałam jeszcze, żeby ktoś tak sprawnie i szybko pływał. Kiedy się jej przypatrywałam, gdy wyszła z wody, mój wzrok przyciągnęły jej plecy. Miała na nich podłużne, krzyżujące się ze sobą, czerwone pręgi.
– Daniel, co jej jest? – spytałam zaniepokojona, wskazując mu głową Sarę.
Chłopak skrzywił się nieznacznie.
– To jedna z nich – wyjaśnił. – Zapewne złamała jakiś punkt regulaminu. Oni są traktowani inaczej niż reszta. Mają swój własny system kar.
– Co masz na myśli? – nie zrozumiałam.
Westchnął.
– Są eksperymentem – wyjaśnił cicho. – Ich geny zostały zmienione. Są silniejsi, szybsi, ich obrażenia znacznie łatwiej się goją, ale to miało też skutki uboczne, takie jak agresja. Zresztą sama widziałaś – stwierdził wymownie. – Dlatego akademia ma dla nich własny system, regulamin i kary. Gdybyś ty coś przeskrobała zapewne wykonywałabyś jakieś prace dla któregoś z nauczycieli, albo odbyła jakiś forsowny trening. Ich kary najczęściej są cielesne.
Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, a pytaniem, które najbardziej chciałam zadać było w tym momencie „ale jak to?”. Daniel znał mnie najwyraźniej już na tyle dobrze, żeby wiedzieć jak bardzo się tym przejęłam.
– Em, jakoś muszą ich trzymać w ryzach, a to działa. Po prostu ich unikaj, dobrze? Szybko nauczysz się ich rozpoznawać.
O nie! Nie miałam zamiaru ich unikać, na pewno nie Sary – pierwszej osoby, która w ogóle chciała tu ze mną rozmawiać. Na szczęście nie musiałam się tym stwierdzeniem dzielić z Danielem, ponieważ instruktor wyczytał z listy moje nazwisko. Cały mój gniew i irytację włożyłam w siłę mięśni i bez problemu dostałam się do drużyny. Na liście byłam druga – płynęłam tylko kilka sekund dłużej od Sary.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Powietrze było coraz chłodniejsze, ale ja wciąż uwielbiałam siedzieć w „moim” ogrodzie. Po prostu z trawnika przeniosłam się do altanki. Wcześniej chciałam tu zabrać Sarę, ale po tym co usłyszałam od Daniela, uznałam, że to nienajlepszy pomysł. Nie wybaczyłabym sobie gdyby przeze mnie ktoś miał zrobić jej krzywdę. Znałam ją dopiero od dwóch dni, ale już stała się ważną dla mnie osobą. Miałam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.
– Znowu tu jesteś? – usłyszałam znajomy głos, w którym pobrzmiewało więcej niż nuta irytacji.
Tym razem odważnie spojrzałam w zimne, niebieskie oczy. Mimo panującego na zewnątrz chłodu, chłopak miał na sobie jedynie wojskowe spodnie i czarnego t-shirta. Wcale jednak nie wyglądał jakby miał zmarznąć.
– Tak, tylko, że mnie, w przeciwieństwie do ciebie, wolno tu być – odpowiedziałam rzeczowo.
Z niedowierzaniem pokręcił głową, chyba zdziwiła go moja odpowiedź.
– Więc zamierzasz mnie wydać? – zapytał jakby nieco rozbawiony.
– Nie, jeżeli zostawisz mnie w spokoju – oznajmiłam, nie spuszczając z niego wzroku.
Przyjrzał mi się uważnie, a potem wzruszył ramionami.
– Brzmi fair.
– Doskonale – audiencję uznałam za skończoną i wróciłam wzrokiem do książki.
Z jakiejś przyczyny nie mogłam w ogóle skupić się na czytanych literach. Nie chciały składać się w słowa. Ponownie podniosłam wzrok, ale jego już obok mnie nie było. Rozejrzałam się po ogrodzie. Ćwiczył na trawniku obok altanki, na którym wcześniej zwykłam czytać. Lubiłam oglądać treningi – przynajmniej gdy sama nie musiałam w nich uczestniczyć, ale to głównie ze względu na Daniela. Uwielbiałam na niego patrzeć. Teraz było inaczej. On był inny. Nie miał tego kociego wdzięku, było w nim raczej coś niepokojąco mrocznego, coś co mnie intrygowało. Sama nie wiedziałam kiedy odłożyłam książkę na ławkę i wyszłam z altanki. Kiedy przyszła mi do głowy ta absurdalna myśl, moje ciało już ją wykonywało – jakby ktoś mnie zahipnotyzował. Chłopak obrzucił mnie pytającym spojrzeniem, kiedy znalazłam się tuż obok niego. Podwinęłam do góry tył jego koszulki i niemal zachłysnęłam się powietrzem, na widok fragmentu jego pleców. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, natychmiast chwycił mnie za nadgarstek, patrząc na mnie jak na wariatkę. Zasłużyłam, bo chyba tak właśnie się zachowałam. Odsunął mnie od siebie.
– To przeze mnie? – zapytałam cicho. – Dlaczego się wtedy przyznałeś?
– Pomogłaś mi wcześniej. Nie lubię mieć długów – oznajmił zimno. – Dzięki temu jesteśmy kwita, prawda?
Nie, nie byliśmy, to nie było fair, a ja pomogłam mu wtedy instynktownie, niczego nie oczekując w zamian. Przecząco pokręciłam głową.
– Nic złego by mnie nie spotkało.
– Nie? Jesteś pewna? Bo wyglądałaś na przerażoną – zadrwił. – Kilka tygodni sam na sam z panem „za bardzo lubię nastoletnie dziewczynki” wydało mi się znacznie gorszą perspektywą. Na mnie to nie robi wrażenia – dodał nieco łagodniej, gdyż najwyraźniej wpatrywałam się w niego spłoszonym wzrokiem. – Już się przyzwyczaiłem.
Wzdrygnęłam się mimowolnie. Byłam zbyt przejęta, by cokolwiek mu odpowiedzieć – chociażby głupie „dziękuję”. Puścił mój nadgarstek, obrzucił mnie pełnym pogardy spojrzeniem, a potem odszedł – bez słowa. Stałam jeszcze przez chwilę, wpatrując się w jego oddalające się plecy. Ogród był ze wszystkich stron otoczony murami akademii, a mimo to dosięgnął mnie zimny, przenikliwy wiatr. Zostałam sama, choć może niezupełnie – towarzyszyło mi aż nazbyt wiele nieprzyjemnych, ponurych myśli.