Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

     

    Leżeliśmy ściśnięci na dnie jednej z niewielkich, cumujących w porcie łodzi. Był późny wieczór i mimo letniej pory zaczynało robić się chłodno, a przemoczone ubrania ani trochę nie pomagały.

    – Skąd oni wiedzieli, gdzie jesteśmy? – westchnęła Kat.

    Zdziwiło mnie, że tym razem Jaime milczał. Zebrałam się jednak na odwagę i sama postanowiłam się przyznać.

    – Zadzwoniłam do znajomego detektywa – przyznałam cicho – sądziłam, że policja pomoże Annie. Bałam się, że Daniel ją skrzywdzi – wyjaśniłam ponuro.

    – Teraz już wiesz, jak jest – fuknęła na mnie Kat.

    W ciemności widziałam jedynie zarys ich sylwetek, natomiast doskonale słyszałam nierównomierne oddechy. 

    – On nie chciał jej skrzywdzić – odezwał się po dłuższej chwili milczenia Tomas. – Ta sytuacja, którą widziałaś pod pokładem… – zaczął niepewnie – to moja wina. Myślałem, że coś wie i chciałem ją porządnie nastraszyć. Daniel mi nie pozwolił, dlatego się pokłóciliśmy.

    Nie odpowiedziałam. Poczułam jak moje oczy znowu stają się mokre. Po raz kolejny go oceniłam i znowu niewłaściwie.

    – Wiem, że ta propozycja wam się nie spodoba, dziewczyny – odezwał się Jaime, chyba też trochę po to, żeby rozładować napięcie – ale sugeruję, żebyśmy wszyscy zdjęli te mokre ciuchy, bo się pochorujemy tutaj, a sądzę, że spędzimy tu całą noc.

    – Zboczeniec – warknęła na niego Kat, ale najwyraźniej posłuchała, bo poczułam jak się porusza obok mnie w ciasnej przestrzeni. 

    Ja również zdjęłam przemoczoną bluzę i spodnie, kładąc je obok adidasów, które zsunęłam z nóg już wcześniej. Jaime włożył mi pod głowę swoje ramię, przyciągając mocno do siebie. Poczułam, że robi mi się odrobinę cieplej i wygodniej. Z drugiej strony miałam przylegającą do mnie Kat, która drżąc wtulała się w ramiona Tomasa. Byli przyjaciółmi. Poczułam się bardzo źle z tym, że to ja ich zdradziłam.

    – Kiedy spotkamy się z Danielem? – zapytałam. – Czy macie jakieś umówione miejsce albo coś w tym stylu?

    Odpowiedziała mi cisza. W końcu, kiedy już myślałam, że nikt nic nie powie, odezwała się Kat.

    – Nie spotkamy się z nim – wyjaśniła szeptem. – Odciągnie ich kawałek, a potem da się złapać, żeby dali nam spokój.

    Jęknęłam cicho, zamykając oczy.

    – Nie martw się – odezwał się Jaime tuż do mojego ucha. – Nie zabiją go, dopóki nie da im tego, czego chcą, a w tym momencie nie mają go czym szantażować.

    Cudowne pocieszenie! W myślach błagałam jedynie, żeby nie zrobili mu krzywdy.

    – Czy to naprawdę była policja? – zapytałam.

    – I tak i nie – odpowiedziała mi Kat. – Widzisz, Daniel ma dowody pogrążające polityków i to nie tylko portugalskich. Są zakodowane, to cholerne rzędy cyfr, z których nie jesteśmy w stanie zrobić żadnego użytku – wyjaśniła. – Oni jednak są, dlatego wszyscy chcą go dopaść. Na dodatek rozpuścili plotkę, że Daniel ukradł pieniądze. W ten sposób poluje na niego więcej ludzi. Ci szukający skarbu chcą go mieć żywego, tak samo jak portugalski rząd, inni jednak woleliby żeby zginął, bo wtedy te dane prawdopodobnie nigdy nie wyjdą na jaw. 

    Usłyszałam ciche warknięcie Tomasa.

    – Czemu jej to mówisz?! – spytał rozeźlony. – Przecież to przez nią mamy kłopoty. 

    – Może gdyby wiedziała wcześniej, to by tego nie zrobiła – odcięła się Kat. – Uważam, że to nie fair, że on niczego jej nie powiedział. Niewiedza wcale nie zapewni jej bezpieczeństwa. Tkwi w tym tak samo jak my.

    – A jak wy się w tym znaleźliście? – ośmieliłam się zapytać.

    Ponownie odpowiedziało mi milczenie. Tym razem to Jaime zdecydował się odpowiedzieć.

    – Daniel pracował dla przemytników diamentów. Wozili towar na statkach z portugalskich kolonii w Afryce. – Mówił takim tonem, jakby opowiadał przygodową historię, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Daniel z jakiegoś powodu jest jego bohaterem. – Zgarnął nas do pomocy. Zorganizował całą grupę. Zanim się nami zajął, żyliśmy na ulicy. Było nas około dwudziestki, ale przeżyliśmy tylko my.

    – Przyszli w środku nocy i zabili wszystkich na statku – wtrąciła się Kat, a ja poczułam jak drży. – Potem okazało się, że chodzi o jakieś dane z dowodami i listą. Daniel je wykradł, gdyby tego nie zrobił, my również byśmy nie żyli, tak jak i on. To było trzy lata temu – kontynuowała – od tego czasu właściwie ciągle uciekamy.

    Jaime przyciągnął mnie do siebie mocniej.

    – Niedawno zabili jego matkę – powiedział bardzo cicho. – Mimo, że ukrywał ją Interpol. Dlatego właśnie postanowił odnaleźć ciebie.

    Z trudem przełknęłam ślinę. Kolejna ofiara tej dziwnej, chorej gry, dla której, jak do tej pory, nie widziałam żadnego rozwiązania. Teraz przestały mnie dziwić szramy na jego rękach, już nie zastanawiałam się, dlaczego chciał zniknąć z mojego życia i dlaczego tak bardzo żałował, że się w nim pojawił. W dalszym ciągu nie mogłam uwierzyć, że to również moja rzeczywistość.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Podróż do Portugali była niczym sen. Nie miałam pojęcia skąd Tomas wziął samochód i wolałam o to nie pytać. Kupiliśmy również nowe ubrania i prowiant. Kat dzwoniła do kogoś. Dowiedziała się, że Daniel, oskarżony o porwanie Anny, trafił do portugalskiego więzienia i dlatego tam właśnie jechaliśmy. Pozostali wyglądali na bardzo przerażonych tym faktem, a ja mimo strachu nie wiedziałam dlaczego. Kiedy dotarliśmy na miejsce, spaliśmy pod namiotem na jakimś kempingu. Nie byłam w stanie spać ani jeść. Wszystkie moje myśli krążyły wokół Daniela i w żaden sposób nie potrafiłam się od tego uwolnić. Spędziliśmy tam dwa tygodnie i właśnie wtedy stwierdziłam, że mam dość. Poczułam, że muszę coś zrobić, nie miałam tylko pojęcia co. Nie chciałam jednak w żaden sposób narażać pozostałej trójki. Nad ranem wymknęłam się z kempingu i złapałam jadący do miasta autobus. Kiedy na końcowym przystanku otworzyły się drzwi, tuż za mną wysiadł mężczyzna w czarnym garniturze, zauważyłam go kątem oka, a potem towarzyszyła mi tylko ciemność. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Ocknęłam się obolała  i przemarznięta od leżenia na kamiennej podłodze. Niejasno wracały do mnie wspomnienia. Znowu zachowałam się jak idiotka. W pomieszczeniu z wysoko umieszczonymi oknami panował półmrok. Upiornie bolała mnie głowa, a oczy powoli przyzwyczajały się do kiepskiego światła. Usiadłam, próbując skupić się na jednym punkcie. Zakręciło mi się w głowie. Po chwili otworzyły się ciężkie, okute metalem, drzwi. Jakiś mężczyzna kogoś wepchnął do środka, a potem z powrotem je zamknął. Moje serce na moment zamarło, a potem puściło się dzikim galopem. Minęły niecałe trzy tygodnie, a on wyglądał koszmarnie. Nie miał na sobie koszulki i widziałam, że sporo schudł. Jego ciało pokrywały siniaki, kontrastujące z podłużnymi bliznami na rękach, w różnym stadium gojenia  i ślady po gaszonych papierosach. Włosy chłopaka miały może dwa milimetry, co znaczyło, że musieli ogolić go na łyso. I tylko żywo zielone oczy patrzyły wciąż tak samo. Nie mogłam złapać tchu. To była moja wina i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Podszedł do mnie szybkim krokiem, opadł przy mnie na kolana, położył dłonie na moich ramionach.

    – Jagoda, nic ci nie jest? – spytał zaniepokojony.

    Przecząco pokręciłam głową, nie będąc pewna czy dam radę mówić. Odetchnął z ulgą, przyciągnął mnie do siebie, tuląc w objęciach. 

    – Przepraszam – udało mi się w końcu wyszeptać. – Przepraszam.

    Pokręcił głową, obejmując mnie tylko jeszcze mocniej.

    – To moja wina. Namieszałem w twoim życiu. Nigdy nie powinienem był się do ciebie zbliżać. Po prostu nie potrafiłem się powstrzymać – westchnął. – Wybacz mi.

    – Przykro mi z powodu śmierci Joyce – odezwałam się cichutko.

    – Skąd wiesz? – spytał zaskoczony, delikatnie odsuwając mnie od siebie.

    Skrzywiłam się lekko.

    – Rozmawialiśmy, przepraszam.

    – Nie, nic się nie stało – mruknął, podnosząc mnie i prowadząc pod ścianę przy drzwiach. – Już dawno powinienem był z tobą porozmawiać. Za wszelką cenę chciałem cię chronić, a tylko wszystko zepsułem.

    Usiadł na podłodze, oparty plecami o ścianę, a mnie posadził tuż przy sobie. Wtuliłam się w niego, a on objął mnie mocno. 

    – Gdzie jesteśmy i jak się tu znalazłeś? – zapytałam.

    – Nie mam pojęcia – odpowiedział niechętnie. – Policja zamknęła mnie do więzienia, a ci ludzie mnie stamtąd wyciągnęli i zabrali tutaj. Koniec historii. Kiedy to wszystko się skończy, przyrzekam ci, że już nigdy więcej nie będziesz musiała oglądać mnie na oczy – dodał po chwili, nie patrząc na mnie i zapewne nie zdając sobie sprawy, że to najgorsze słowa, jakie usłyszałam kiedykolwiek w życiu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Noc spędziłam na podłodze w objęciach Daniela, trochę rozmawialiśmy, ale głównie towarzyszyło nam milczenie. Nad ranem pojawili się jacyś mężczyźni. Nie miałam pojęcia kim są. Jeden z nich odciągnął mnie od Daniela. Wyglądał na rozbawionego i bardzo dobrze mówił po polsku, czego nie omieszkał mi uświadomić, rzucając złośliwe uwagi i komentarze. Widziałam jak kajdankami przykuwają Daniela do prostego, drewnianego krzesła. Zaczęli go bić. Szarpnęłam się, ale jedyną reakcją na moje starania by się uwolnić był śmiech. Wstrzyknęli mu w żyłę jakieś świństwo. Chłopak zadrżał.

    – To tiopental – oznajmił z szyderczym uśmiechem trzymający mnie mężczyzna. – Substancja psychoaktywna za pomocą której można uzyskać informacje od człowieka, który nie chce ich ujawnić. Tak zwane serum prawdy – wyjaśnił usłużnie. 

    Nie potrafiłam powstrzymać jęknięcia, a on tylko się roześmiał. Potężnie zbudowany, stojący nad Danielem mężczyzna znów go uderzył. Z rozciętej wargi chłopaka sączyła się krew. Wyglądał na coraz bardziej oszołomionego. Wyraźnie z czymś walczył. Przestali go bić. Zaczęli z nim rozmawiać. Zadawali proste, niezłożone pytania, a on na nie odpowiadał, zupełnie tak, jakby starał się przekazać jak najwięcej. Kiedy zbaczał z tematu, mężczyzna zawracał go z powrotem na właściwie tory. To o co im chodziło, rzeczywiście było rzędami cyfr, a na dodatek zapisanymi w zwykłym telefonie komórkowym. Zakodowana lista czołowych polityków, którzy w jakiś sposób zostali przekupieni. Okazało się jednak, że Daniel go nie miał, nie wiedział również gdzie jest, gdyż spodziewał się takiej ewentualności jak ta. Komórkę przekazał niczego nieświadomemu Markowi – jeszcze jak byliśmy w Polsce. Teraz prawdopodobnie leżała z nim na dnie oceanu. O dziwo mężczyźni nie byli niezadowoleni ani rozczarowani. Rozkuli chłopaka i pchnęli na podłogę. Skulił się bardzo szybko oddychając. Podeszłam do niego zapłakana. Położyłam się przy nim. Tuliłam go do siebie, a on, na wpółprzytomny, nie mógł przestać mówić. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie, o Marku i o tym jak bardzo mnie kocha. 

    – Nie chciałem tego – wyznał cicho – to po prostu samo się stało. Ja nigdy… po prostu nie mogłem nad sobą zapanować. Potem, kiedy powiedziałaś mi, że nie zerwiesz z moim bratem, to było okropne, jak cios. Chciałem cię ukarać – wyznał – a jednak tego też nie potrafiłem. Tak bardzo cię kocham, Jagoda i nawet nie wiem dlaczego, to się po prostu stało. Najpierw mnie tylko cholernie pociągałaś, a potem… teraz zrobiłbym dla ciebie wszystko. Marzę o tym, żebyśmy uciekli i zamieszkali gdzieś razem, nikt inny nie jest mi potrzebny. 

    – I tak właśnie zrobimy – odpowiedziałam zdecydowanym tonem, delikatnie dotykając jego twarzy. – Ja też cię kocham, choć wolałabym, żebyś wyznał mi to w innych okolicznościach – mruknęłam uśmiechając się blado.

    Nasze ręce splotły się ze sobą, a chłopak mówił dalej. Leżeliśmy na zimnej podłodze, wtuleni w siebie nawzajem, aż w końcu zamilkł, a jego oddech się wyrównał. Wpatrywałam się załzawionymi oczami w ciemność, zastanawiając się co z nami teraz będzie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Nie miałam pojęcia ile czasu minęło, kiedy znów wpadli do środka. Tym razem gdzieś nas ze sobą zabrali. Kiedy wepchnęli nas do jakiegoś pokoju, Daniel jeszcze bardziej zesztywniał. Gdy spojrzał na jednego z mężczyzn, najwyraźniej tego, który tu dowodził, w jego zielonych oczach dostrzegłam przerażenie. Postawili nas pod jedną ze ścian. Chłopak nie puszczał mojej ręki, a ja czułam jak zaciska ją zbyt mocno na mojej dłoni. Jego przerażenie mnie sparaliżowało. Sprawiło, że nie byłam w stanie się ruszyć. Coś było cholernie nie tak, jeszcze gorzej niż zanim tu przyszliśmy, a ja nie miałam pojęcia co. Później do pomieszczenia wciągnęli kogoś jeszcze. Więzień na głowie miał czarny worek. Zamarłam, kiedy go z niego zdjęli. Nie uwierzyłam w to co widzę, bo przed moimi oczami stał duch. Marek! Blady, wychudły, ale jednak w dalszym ciągu on! Wściekłym, wzrokiem spojrzałam na Daniela, myśląc, że znów mnie okłamał, ale on wpatrywał się w brata tak samo niedowierzająco jak i ja. Przywiązali chłopaka do stołu, tak, że jego głowa znajdowała się niżej niż nogi. Usta zatkali mu jakąś szmatą, a potem zaczęli wlewać wodę. Szarpał się i wyrywał, na jego twarzy malowało się przerażenie. Rzuciłam się w jego stronę, ale Daniel przytrzymał mnie stanowczo, przyciągając do siebie. Czytałam o takich torturach w jakiejś gazecie. Jemu się wydawało, że tonie! Sam widok mroził mnie w środku, a jednak, Daniel stał tam opanowany i milczał. 

    – Nie pomożesz mu – syknął, ściskając moje przedramię – a sobie możesz zaszkodzić.

    Miał rację i doskonale o tym wiedziałam, a mimo to, nie potrafiłam wybaczyć mu tej racjonalności. Przecież to był jego brat! Na dodatek cudem żywy. To znaczy jeszcze żywy… bo byłam teraz przekonana, że wszyscy troje tutaj zginiemy. Nie miałam pojęcia ile czasu to się ciągnęło, ale trwało zdecydowanie zbyt długo. W końcu odwiązali go i pchnęli na podłogę. Drżał cały, nie podnosząc wzroku. Ktoś wyciągnął po mnie ręce. Krzyknęłam. Uderzył mnie w twarz. Poczułam jak mężczyzna rozdziera brudny materiał szarej bluzki, odsłaniając mój stanik. Daniel już nie stał tak spokojnie. Rzucił się na trzymającego mnie faceta. Wcześniej miał rację. Na to właśnie czekali. Mężczyzna odepchnął mnie mocno, a ja upadłam, uderzając plecami o ścianę. Zaczęli bić chłopaka, a ja łkałam skulona, starając się na to nie patrzeć. Przestali dopiero, kiedy stracił przytomność. Odrobinę zdyszani, niczym po ciężkiej pracy, rozluźniając ramiona, z zadowolonymi uśmiechami wyszli z celi, zostawiając nas pogrążonych w kompletnej ciemności.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    W pomieszczeniu panowała kompletna ciemność. Nie było tu żadnych okien. Nawet z wąskiej szpary pod drzwiami nie dochodziło światło. Usłyszałam, że Marek się poruszył. Poczułam jego ciepło, gdy znalazł się bliżej. 

    – Nic mu nie będzie – szepnął lekko zachrypnięty, jakby natężenie jego głosu mogło cokolwiek zmienić. 

    Dotknął mojego ramienia. Otulił mnie swoją koszulą.

    – Wiem, że to niewiele – mruknął.

    Skrzywiłam się na samo wspomnienie tamtego mężczyzny w pobliżu mnie, wiedząc, że tego nie widzi. W rozdartej, szarej koszulce czułam się zupełnie naga.

    – Dziękuję – powiedziałam równie cicho. Przez chwilę milczałam, a potem nie byłam w stanie dłużej wytrzymać. – Jakim cudem żyjesz? – musiałam zapytać. – Powiedziano mi, że jacht został wysadzony w powietrze.

    – I tak było, ale oni chcieli mnie żywego.

    – Więc jesteś tutaj od tego czasu?

    – Tak – przyznał ponuro.

    Wzdrygnęłam się mimowolnie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić co przeżył i czuł. To było jak horror. Objął mnie i przyciągnął do siebie, a ja wtuliłam się w niego.

    – Cieszę się, że was widzę – westchnął – również nie miałem pojęcia czy żyjecie. Choć wolałbym spotkać cię w innej sytuacji…

    – Ja też – mruknęłam opierając głowę o jego tors – możesz mi wierzyć, że ja też.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Obudził mnie dotyk dłoni. Otworzyłam oczy. Daniel przesuwał palcami po moim policzku. Leżał naprzeciwko mnie i wpatrywał się we mnie uważnie. Obejmujący mnie w pasie Marek, z którego nieświadomie zrobiłam sobie poduszkę, w dalszym ciągu spał. Poczułam się bardzo nieswojo, ale nie ruszyłam się z miejsca, nie chcąc go obudzić. 

    – Kocham cię, Jagoda – szepnął.

    Poczułam w brzuchu stado wściekłych motyli. Mówił cicho. Jemu najwyraźniej też zależało na tym, żeby nie obudzić brata. Wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej, ale z ulgą przyjęłam, że najwyraźniej nic poważnego mu się nie stało. Wzięłam go za rękę. Uśmiechnął się do mnie nieco blado. 

    – Cześć – usłyszałam za plecami mruknięcie Marka, który odsunął się ode mnie.

    Powoli usiadłam. Bałam się tego, co nas czeka, co może się jeszcze wydarzyć. Do tego w tym momencie czułam się bardzo nieswojo. Daniel chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie usłyszeliśmy wybuch. Ktoś wysadził w powietrze drzwi. Chłopak odruchowo wstał, zasłaniając mnie sobą. Stanęłam za jego plecami, czując z boku obecność Marka. Do środka wpadli odziani na czarno mężczyźni, byli w maskach i z karabinami. Poczułam zaskoczenie, gdy opuścili broń. Jeden z nich ściągnął nakrycie głowy i wystąpił do przodu, podczas gdy inni stanęli w drzwiach. Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu, Marek stanął przed nami i uścisnął mu dłoń. Z ulgi zakręciło mi się w głowie. To nie mógł być zły znak. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Byliśmy w hotelu! Prawdziwym! Z prysznicem i restauracją. Jedzenie! Kiedy się do niego dorwałam, myślałam, że nigdy nie przestanę jeść. Woda, mydło i czyste ubrania były równie cudowną rzeczą. Nie miałam pojęcia co się właściwie wydarzyło, ale ludzie, którzy nas uratowali, to byli Amerykanie, a Marek w jakiś sposób z nimi współpracował. Znaleźli nas dzięki temu, że śledzili Daniela. Traktowali nas dobrze i zarówno oni, jak i Marek, zapewniali, że teraz nic nam już nie grozi. Mimo to nie ufałam im i wiedziałam, że Daniel również nie ufa.

    Kiedy wyszłam z łazienki, po ponad półgodzinnej kąpieli, na moim łóżku czekał Daniel. Miał połamanych kilka żeber, ale poza tym nic mu nie dolegało. Opatrzono jego wszystkie zadrapania i rany. Poruszał się dosyć sztywno, ale przynajmniej mógł chodzić. Chciałam powiedzieć mu tyle rzeczy, o tylu sprawach musieliśmy porozmawiać, ale nie potrafiłam zrobić nic innego, jak tylko rzucić mu się w ramiona. Całował mnie zachłannie, łapczywie i już po chwili leżałam na łóżku. Nawet nie zauważyłam, kiedy nasze ubrania znalazły się na podłodze. Starałam się być delikatna, bojąc się, że sprawię mu niepotrzebny ból. On się nie starał. Jego oczy płonęły z pożądania, nawet nie próbował się powstrzymywać. Jego dłonie były wszędzie. Na moim brzuchu, piersiach, pośladkach. Rozkosz rozchodziła się po całym moim ciele. W końcu, niecierpliwie, posadził mnie na sobie. Jego dłonie ani na moment nie przestawały mnie dotykać, kiedy rytmicznie poruszałam się, siedząc na nim. Wpatrywał się we mnie w z takim cudownym zachwytem! Doszliśmy w tym samym momencie, za bardzo spragnieni siebie nawzajem. Położyłam się obok, a on przyciągnął mnie do siebie zaborczo. Nagle do moich myśli wkradł się strach. Co, jeżeli to miało być pożegnanie? Nie chciałam, żeby Daniel mnie zostawiał. Nigdy! Za wszelką cenę pragnęłam być z nim.

    – Nie znikniesz? – zapytałam cicho, a on natychmiast w moim głosie wyczuł obawę.

    Spojrzał na mnie poważnie.

    – Kocham cię. O niczym bardziej nie marze niż bycie z tobą – oznajmił.

    – To nie jest odpowiedź na moje pytanie – warknęłam odsuwając się od niego.

    Przyciągnął mnie do siebie z powrotem.

    – Jeżeli tylko nie będziesz przez moją obecność bardziej narażona na niebezpieczeństwo, nie zostawię cię. Przenigdy.

    Wiedziałam, że tym razem to moje oczy płoną niezdrowym blaskiem.

    – Znajdę cię, nawet jeżeli spróbujesz uciec. Będę szukała tak długo aż znajdę.

    Uśmiechnął się, czule głaszcząc moje włosy.

    – Liczę na to – zamruczał.

    Dopiero gdy to powiedział, zrobiłam się spokojniejsza. Nie zostawi mnie. Nie po tym wszystkim. Nasz śmiech i przekomarzanie się przerwał wchodzący do pokoju Marek. Gwałtownie okryłam się kołdrą. Skrzywił się, ale niczego nie skomentował. Obrzucił nas tylko ponurym spojrzeniem.

    – Jak już skończycie – powiedział zupełnie spokojnie – to przyjdźcie do mojego pokoju. Musimy porozmawiać. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

      Siedzieliśmy na łóżku Marka, podczas gdy on zajął jedno ze stojących przy stoliku krzeseł. Czułam się skrępowana, ale mimo tego, nie potrafiłam powstrzymać się przed chociażby ukradkowym dotykaniem Daniela. On również co chwila palcami muskał moją dłoń. Marek udawał, że tego nie widzi.

    – Zapewne chcecie wiedzieć, co się stało? – zapytał patrząc bratu w oczy.

    Daniel przytaknął, nie wchodząc mu w słowo.

    – Wiedziałem co mi zostawiłeś – wyjaśnił ponuro. – Kontaktowała się ze mną nasza matka. Chciała, żebyśmy byli bezpieczni. Przekazałem listę jej przyjacielowi, który jest jednym z księży Werbistów, misjonarzem, a on jakimś cudem skontaktował się z amerykańskim rządem. To co dostała portugalska mafia, nie było prawdziwe. Nie zrezygnowałem z rejsu, bo wydał mi się idealnym pomysłem. Ucieczką. – Spuścił wzrok. – Teraz przeze mnie oni wszyscy nie żyją.

    Widziałam ból na twarzy Daniela.

    – Też tak sądziłem – mruknął niechętnie. – Co się stało z listą i dlaczego jeszcze żyjemy? – spytał ponuro.

    Wzruszył ramionami.

    – Zapewne ma ją FBI, kolejna rzecz, którą Amerykanie będą mogli szantażować inne kraje.

    Daniel skrzywił się, ale nie skomentował.

    – A co z nami? – zapytałam.

    Tym razem to Marek nie wyglądał na zadowolonego. 

    – Obiecali nam ochronę, tyle, że w Stanach. To oznacza rezygnację ze wszystkiego. Rodziców, przyjaciół, kraju i całego dotychczasowego życia. Jeżeli jednak nie chcemy ich narażać, to chyba nie mamy wyboru.

    Nieświadomie ścisnęłam rękę Daniela. Nie zważając na obecność brata objął mnie ramieniem, przytulając do siebie.

    – Proszę, nie róbcie tego – odezwał się Marek, przepełnionym żalem głosem, a my gwałtownie odskoczyliśmy od siebie. – Nie przy mnie – westchnął. – Miałem wiele czasu na przemyślenia i pogodziłem się z tym, że brat ukradł mi dziewczynę, ale nie potrafię wam wybaczyć – nie patrzył na nas – jeszcze nie teraz.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Siedziałam w samolocie, przy oknie i przyglądałam się temu, jak ucieka przed nami ziemia. Na niebie były jedynie niewielkie, białe chmurki, wśród których teraz się unosiliśmy. Nie bałam się lotu, ani trochę. Natomiast bałam się nowego życia. Poczułam na ramieniu rękę siedzącego obok mnie Marka. Uśmiechnął się do mnie, jednocześnie pokrzepiająco i jakoś tak dziwnie, nieśmiało. 

    – Boisz się, prawda – odezwał się cicho. Skinęłam głową, mimo, że było to raczej stwierdzenie niż pytanie. – Ja też – przyznał. Przez chwilę milczał, ale nie spuszczał ze mnie wzroku. – Mój brat cię kocha, a ty kochasz jego i nie potrafię was za to winić, chociaż przyznam, że mam do was żal – tu skrzywił się nieznacznie – o sposób, w który to załatwiliście. Tylko mu o tym nie mów, jeszcze nie teraz, dobrze?

    Uśmiechnęłam się do niego ciepło. Skinęłam głową. Nawet teraz, po tym, co zrobiłam, nie przestał być moim przyjacielem. Kiedy lot się wreszcie ustabilizował, a stewardesa pozwoliła odpiąć pasy, Marek wstał. Myślałam o tym, jak długo nie będę mogła zobaczyć rodziców. Czy kiedykolwiek będę mogła bezpiecznie wrócić do swojego kraju? Wysyłali nas na jakiś odległy uniwersytet, położony w stanie Floryda, w obcej, niewielkiej, nadmorskiej miejscowości. Mieliśmy tam spędzić kilka najbliższych lat. Pocieszała mnie tylko świadomość, że nie będę sama. Kat, Tomas i Jaime podobno już tam byli. Ten ostatni miał uczęszczać do pobliskiej szkoły. Ze mną był Marek i przede wszystkim Daniel… którego naprawdę, każdą komórką swojego ciała kochałam. Jak na zawołanie zjawił się przy mnie. Opadł na miękki fotel. Gdy tylko się zbliżył, motyle w moim brzuchu zaczęły odstawiać swój wariacki taniec. Był zadowolony, jak kot, który opił się śmietanki. Oparłam głowę na jego ramieniu.

    – Tak jak chciałaś – zamruczał w moje włosy, całując je delikatnie. – Będziemy razem i to tak długo, że w końcu ci zbrzydnę.

    Razem! Co za cudowne słowo.

    – Nie ma na to najmniejszych szans – oznajmiłam mu, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu.

    The End

    Note